visit tracker on tumblr

Blog > Komentarze do wpisu
Filmowa mozaika: Stany Zjednoczone - w sidłach dramatu

Tyle filmów oglądam, że aby wszystkie tu opisać, musiałabym co drugi dzień wstawiać notkę o filmach. Nie wszystkie polecam gorąco, ale olbrzymia większość warta jest uwagi. Przejmę więc chwilowo model omawiania filmów w większym skrócie, za to w jednej notce pojawią się wzmianki o kilku. Cykl zaległościowy zatytułowałam "Filmowa mozaika" i będzie dotyczył kinematografii amerykańskiej, europejskiej, południowokoreańskiej i japońskiej. Na pierwszy ogień idą Stany Zjednoczone.

Późnym, zimowym wieczorem obejrzałam "Frozen River" (reż. Courtney Hunt, 2008), film wielce wychwalany w Wielkiej Brytanii, lecz bardzo krótko pokazywany w kinach. Pragnę zatrzymać się przy nim na dłużej, gdyż to perełka, jakich mało. Skromny, kameralny dramat o takiej sile rażenia, że oklaskiwany i obsypany honorami "Precious" wypada przy nim blado. "Frozen River" opowiada o starzejącej się matce dwójki dzieci, pracującej na pół etatu na kiepsko płatnej pozycji sprzedawczyni w hipemarkecie w prowincjonalnej wsi na północy USA, tuż przy granicy z Kanadą. Kobietę krótko przed Bożym Narodzeniem zostawił z dwójką dzieci mąż-alkoholik. Zniknięcie męża jednak nie martwi jej tak bardzo jak fakt zabrania przez niego ostatniej raty na wymarzony, składany dom, który zamówiła i który ma być skonstruowany na jej posesji. Bohaterka ma niecały miesiąc na zdobycie pięcu tysięcy dolarów, a szansa ich zarobienia pojawia się nagle i niespodziewanie. Niczym szatan kuszący do grzechu na jej drodze staje dziewczyna z Rezerwatu Mohawków, która obietnicą łatwego zarobku namawia bohaterkę do wejścia w interes jej życia - szmuglowanie Chińczyków przez granicę kanadyjsko-amerykańską, przebiegającą na zamarzniętej zimą rzece. Melissa Leo jest rewelacyjna w roli zdesperowanej kobiety, której nie czeka w tej zapomnianej przez Boga dziurze żadna poprawa losu i która niczym tonący brzytwy chwyta się ostatniej szansy na realizację swego marzenia. Nie wszystko przebiega jednak zgodnie z planem, a napięcie, stopniowo dawkowane, jest tak duże, że gdybym obgryzała paznokcie, miałabym palce poranione do krwi.

Los twardej, widać, że solidnie poranionej przez życie bohaterki, ale też jej koleżanki, małomównej Indianki z jej życiowym dramatem wzrusza do łez. Najbardziej jednak było mi żal bezimiennych Azjatów, którzy nie wiedząc co ich czeka przekraczali granicę w bagażniku samochodowym, po czym dostawali się w ręce kolejnego pionka wielkiej siatki ludzi zajmujących się przemytem taniej siły roboczej. W pewnym momencie bohaterka pyta Indiankę, ile ci ludzie płacą za dostanie się do Stanów Zjednoczonych. Z niedowierzaniem przyjmuje odpowiedź i niemal krzyczy: "Czterdzieści tysięcy, by przyjechać TUTAJ?! Przecież tu nic nie ma!". I w ten prosty sposób reżyser znakomicie przedstawił mit "American Dream", który dla wielu jeszcze nie prysł, zaś dla innych nigdy nie istniał.

O "Precious" (reż. Lee Daniels, 2009) słyszał chyba każdy. Film, nakręcony na podstawie powieści autobiograficznej autorstwa niejakiej Sapphire, opowiada drogę, którą przebywa bohaterka, tytułowa Precious, by uniezależnić się od matki, co do której określenie “toksyczna” byłoby łagodne; by wreszcie stawić czoło swojemu analfabetyzmowi i by ułożyć sobie życie po swojemu. Miałam wrażenie, że na dziewczynę spada przynajmniej dziesięć współczesnych plag biblijnych. Jest monstrualnie otyła, wykorzystywana przez oboje rodziców seksualnie od lat dziecięcych, w wyniku gwałtów ojca urodziła już jedną dziewczynkę z zespołem Downa, a teraz jest w ciąży ponownie. W dodatku nie potrafi przeczytać poprawnie trzyliterowego słowa. Matka znęca się nad nią fizycznie i psychicznie. Zbyt wiele jak na jedną piętnastolatkę? To nie wszystkie jej problemy, nie chcę jednak zdradzać całej treści.

Rozumiem, iż reżyser Lee Daniels, chciał uniknąć patosu i wprowadził elementy humorystyczne do filmu. Niestety mają one w moich oczach ten efekt, że rozrzedzają dramat, sprawiają, iż jeśli tylko człowiek potrafi przenieść się w świat fantazji, wszystko jest do zniesienia. Owszem, mechanizm obronny trzeba sobie wypracować, gdy ma się takie życie jak Precious, ale nie uważam, by został on w filmie wiarygodnie przedstawiony. Ponadto pewne kwestie zepchnięte zostały na margines, a już końcowa scena świadczy dobitnie o usilnym pragnieniu zaserwowania widzom happy endu. Do pewnego momentu film oglądało mi się nieźle, lecz mniej więcej od połowy miałam wrażenie, że reżyser realizuje motto Paolo Coelho: „Kiedy się czegoś mocno pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenie”. Jak na mój gust z historii o znakomitym potencjale, zrobiono – mimo dużej dawki przemocy, agresji, bardzo dosadnego słownictwa i bardzo realistycznej gry aktorskiej – film zbyt cukierkowy. Nie jest zły, ale Lee Daniels mógłby się uczyć od Courtney Hunt, jak przy większym minimalizmie osiągnąć większy efekt.

Darren Aronofsky jest reżyserem, któremu będę ufać w ciemno. Choć przed „Black Swan” (2010) widziałam tylko dwa jego filmy: „Requiem for a Dream” i „Pi”, oba zrobiły na mnie wielkie wrażenie i miałam przeczucie, że jego najnowsze dzieło mnie nie zawiedzie. Nie myliłam się. Aronofsky ma niezwykły talent do opowiadania historii z bohaterami tracącymi stopniowo kontrolę nad stanem swojego umysłu. W przypadku Niny, baletnicy, która marzy o głównej roli w balecie „Jezioro Łabędzie”, problem stanowi fakt, iż ma ona nad sobą zbyt dużą kontrolę. Jest świetna, gdy tańczy Białego Łabędzia, ale zapierające dech w piersiach wykonanie tańca Czarnego Łabędzia wymaga od niej uwolnienia swych ciemnych stron charakteru, które boi się dopuścić do głosu.

Natalie Portman jest rewelacyjna w roli dziewczyny, która musi nauczyć się przestać być słodką, miłą panienką, przepraszającą za to, że żyje, ale musi też dorosnąć. Z dziecka stać się kobietą, która nie potrzebuje mamusi, by ta zdjęła z niej suknię po przyjęciu i ukołysała do snu. Vincent Cassel, mój ulubiony francuski aktor, sprawdza się – jak widać równie dobrze - jako dresiarz z paryskiego banlieu ("La Haine") i jako nauczyciel baletu. Podobały mi się też niezmiernie role drugoplanowe – matki Niny i baletnicy, która zmuszona jest przejść na emeryturę. I znów Aronofsky z wielkim kunsztem ukazał dramaty kobiet, które w pewien sposób przegrały swoje życie. W „Requiem for a Dream” była niezapomniana Ellen Burstyn, próbująca schudnąć za wszelką cenę, znów stać się atrakcyjna. W „Black Swan” mamy dwie kobiety, zaprzeczające starzeniu, przemijaniu czasu, utracie marzeń.

„Black Swan” jest też filmem o dążeniu do perfekcji za cenę poświęcenia samego siebie. Nina nie jest w stanie pogodzić w sobie pierwiastka dobra i zła, nie może osiągnąć harmonii. Miota się rozpaczliwie między rolą Białego i Czarnego Łabędzia, a balet jest jej życiem. Zbyt dosłownie traktuje fikcyjną opowieść, trzymana przez mamę w złotej klatce nie zna świata poza baletem. Nic więc dziwnego, że baletem oddycha, ale też balet powoduje, że spala się wewnętrznie.

Aronofsky zapewnił mi totalne oderwanie się od wszystkiego, co znam. Doskonały dramat psychologiczny, poruszająco piękny i przerażająco wiarygodny. Uwielbiam grę z widzem, który do końca nie wie, co jest iluzją, zrodzoną w chorym umyśle, a co prawdą. „Black Swan” zapewnił mi wszystko, czego mogłabym pragnąć od filmu tego rodzaju.

środa, 02 lutego 2011, chihiro2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2011/02/02 13:17:02
Oj tak, "Frozen River" (dzięki za wcześniejszą rekomendację!) jest świetne! Niesamowicie poruszył mnie dramat tej kobiety, jej brak możliwości i jakichkolwiek perspektyw. Ona nawet nie żyła w marazmie czy rutynie, bo te dawałaby jej przynajmniej jakąś stabilizację. Ona żyła w skrajnej nie-stablilizacji i nie była w stanie utrzymać finansowo ani siebie ani dzieci. Masz rację, reżyser świetnie i bardzo sugestywne nawiązał do mitu "american dream" poprzez zaskoczoną odpowiedz kobiety: "Czterdzieści tysięcy, by przyjechać TUTAJ?! Przecież tu nic nie ma!". Nie potrafię wyobrazić sobie życia w tamtejszych rejonach: przerażająca pustka, szarość i wszechobecne poczucie beznadziei. No i ten mróż...
Natomiast jeśli chodzi o "Czarnego Łabędzia" to mnie osobiście rozczarował.
Podobnie jak Ty, oglądałam wcześniej tylko "Requiem" i "Pi" Aronofsky'ego, którymi byłam zachwycona. Nie wiem, czy to wina scenariusza (którego samAronofsky nie napisał), czy roli Natalie Portman (która mnie nie przekonywała i irytowała) czy może jeszcze coś innego. Film odebrałam jako dość kiczowaty i naiwny. Niby reżyser igra z widzem, ale od początku ma się świadomość, na czym ta gra polega i jak się skończy. Nie wyczuwałam też żadnego większego napięcia, wręcz drażniła mnie jego przewidywalność. Właściwie jedyne, co mi się podobało to wyrazna już u Aronofsky'ego konsekwencja w ukazywaniu osób dążących do perfekcji za wszelką cenę. Wątek, który determinuje wszystkie jego filmy i który ukazuje ambicję jako uzależnienie, od którego nie sposób się wyzwolić.
Z zalet wymieniłabym jeszcze rolę Vincenta Cassela, która w moich oczach trochę "naprawiała" ten film.
A swoją drogą, jesteś już drugą osobą, którą znam, a z która kompletnie nie zgadzam się w kwestii odbioru "Czarnego Łabędzia", ciekawe...
Może po poprzednich filmach miałam zbyt wygórowane oczekiwania? Albo też po prostu nie przekonuje mnie nowa twórczość Aronofsky'ego.

"Precious" nie oglądałam, ale po Twojej recenzji i wcześniejszej anty-rekomendacji, chyba nie zamierzam.

Ps. Dziękuję także za "Dogtooth"...fenomenalne!
-
2011/02/02 14:37:38
"Frozen River"podobal mi sie , zrobil na mnie wrazenie i przez jakis czas pozostal w myslach ,
"Czarny labedz" mial slabe momenty , gra nie byla przekonywujaca czasami i moj umysl zaczynal gdzies wedrowac .Aczkolwiek bardzo podobala mi sie koncowka , byla mocna i piekna ( od momentu kiedy jej oczy robia sie czerwone) i sadze , ze jak dostane dvd to bede odtwarzala ten watek wielokrotnie :-)
-
Gość: zuza, *.cdma.centertel.pl
2011/02/02 18:47:38
Oglądałam tylko "Precious" wyświetlany u nas pod tytułem "Hej skarbie". Prawdę powiedziawszy takie filmy mnie nie pociągają. Nagromadzenie popapranego życia i nieszczęść przekracza w tym filmie jakąś umowną średnią. Pewnie to się zdarza ale mam nadzieję, że jednak nieczęsto. Oczekuję wiec w takich filmach trochę optymizmu nawet jeżeli może być przewidywalny, dlatego też pozytywne egzemplarze z placówki dla trudnej młodzieży bardzo mnie cieszą bo dają szansę zmiany beznadziejnego losu tytułowej bohaterki. O świetnej grze dziewczyny(amatorka!) i jej matki napisano wiele ale ja się dołączam bo podobała mi się. Podobno reżyser miał podobne doświadczenia w dzieciństwie i młodości i ten film to rodzaj terapii. Dobija mnie świadomość potwornej ułomności ludzi odpowiedzialnych za los takich dzieci jak bohaterka filmu, to wbrew naturze, logice życia i w ogóle zaprzeczenie człowieczeństwa.
"Rzeka ocalenia" albo też "Zamarznięta rzeka" od jutra w nFilm Hd jeżeli ktoś ma dostęp. Piękne stwierdzenie "Przecież tutaj nic nie ma" - przypomina mi scenerię z wielu amerykańskich filmów.
"Czarny łabędź" właśnie wszedł na nasze ekrany. Ma niezłe recenzje chociaż podkreśla się przede wszystkim znakomitą rolę N.Portman. Dążenie do perfekcji i wszelka obsesja jest mi zupełnie obca chociaż lubię porządnie wykonywać zadaną pracę.
Wspominałam kiedyś, że nie znam za bardzo kina południowokoreańskiego ( o którym zamierzasz pisać) więc z pewnością obejrzę dzisiaj "Matkę" Joon-ho Bonga w Ale kino.
-
Gość: kinga, *.zone8.bethere.co.uk
2011/02/02 21:44:18
Dla mnie Black Swan to ogromne rozczarowanie. Po obejrzeniu nie moglam zupelnie zrozumiec skad ten caly szum i huk i Oskary i Globy. Ogladalam "Requiem..." i "The Wrestler" i oba zrobily na mnie olbrzymie wrazenie ale ostatni film Aronofskiego to jak dla mnie klapa na prawie-calej lini ( prawie, bo jednak scena tancu Czarnego Labedzia i rola matki - super). Dretwy, sztuczny, nudny. Gdyby nie ta scena z Czarnym Labedziem to wszystko co ma ten film do pokazania mozna zmiescic w jego zwiastunie kinowym.
-
2011/02/02 22:15:35
Tez lubie Aronofskiego, choc najwiekszym sentymentem darze Pi, a nie slynne requiem dla snu. Po black swan obiecuje sobie duzo i mam nadzieie ze nie za wiele. Jakby sama akcja okazała sie kiepska, zawsze pozostanie mi ogladanie kostiumow w wykonaniu siostr z Rodarte. A przy okazji filmowych polecanek i filmow o zatracaniu sie pomiedzy rzeczywistoscia a sceniczna fikcją to polecam Actrices w rezyserii i wykonaniu Valeri Bruni Tedeschi. Nie jest to nowosc (film jest z roku 2007), ale moim zdaniem warto objerzec tę gorzko slodką psychologiczna tragikomedie o kobiecie mocno zagubionej w zyciu i w sztuce.
-
2011/02/03 15:11:42
@Ka.bu.ki: Bardzo się cieszę, że i Tobie "Frozen River" się podobał. Masz rację, ona nie żyła w marazmie, miała energię, żeby coś zmienić w swoim życiu, ale nie miała ujścia tej energii, na tamtejszej prowincji po prostu się nie da. Ja też nie mogę sobie wyobrazić, jak mogłabym tam żyć, zdecydowanie wolałabym wioskę bangladeską niż tę amerykańską szarzyznę.
Zaskoczyłaś mnie natomiast opinią na temat "Czarnego Łabędzia". Kiczowaty? Kiczowaty to był pokój Niny. Sama gra aktorska Portman bardzo mi się podobała, aktorka była moim zdaniem niezwykle wiarygodna z tym swoim dążeniem do perfekcji, obsesjami, lękami i uzależnieniem od mamusi. Przypominała mi pewną moją byłą przyjaciółkę, wiesz którą (tyle że Portman była o niebo bardziej utalentowana w tym, co robiła).
O "Dogtooth" napiszę jeszcze, prawda, że to film zupełnie nietypowy? Jeśli tak oryginalne jest nowe kino greckie, to ja poproszę więcej :)

@Royal-blue: W balecie chyba zawsze jest coś pięknego, a końcówka była niezwykła. Natomiast ja nie dostrzegłam słabych fragmentów, siedziałam w napięciu cały czas.

@Zuza: Odnośnie "Precious" optymizm i pozytywne aspekty same w sobie mnie nie drażniły, drażniło mnie ich przedstawienie, takie typowo amerykańskie "Jesteś panią swego losu, dasz radę!". Ja też wierzę, że człowiek jest kowalem swego losu, ale tam miałam wrażenie pewnej niezręczności, nachalnej propagandy konkretnej postawy życiowej. Kobiety grały nadzwyczajnie dobrze, ale np. Monique (grająca matkę) zna podobne życie z własnego doświadczenia - czytałam w licznych artykułach i wywiadach. Reżyser także, a i sama aktorka grająca rolę Precious nasłuchała się sporo pod adresem swej tuszy w życiu. Dyskryminacja osób otyłych, czarnoskórych to kolejny dowód na "tolerancję" Amerykanów... A analfabetyzm wśród nastolatków amerykańskich zdarza się i to wcale nie tak rzadko! Będąc w USA oglądałam film dokumentalny o pewnym liceum w Baltimore, do którego chodzą sami czarnoskórzy uczniowie. Niektórzy notorycznie nie chodzili do szkoły, bo nie mogli wytrzymać pięciu minut w ciszy i skupieniu, dziewczyny 15-16-letnie rzucały szkołę, bo nie potrafily dać sobie rady (jakoś prześlizgnęły się przez parę klas nie umiejąc czytać) i zachodziły w ciążę. Przyszłość, jaka czekała tych nastolatków to narkotyki, prostytucja, sutenerstwo, pięcie się po drabinie hierarchi w lokalnych gangach. Ewentualnie praca w supermarkecie, gdzie zarabia się marne grosze i z czego nie można utrzymać rodziny - ale do tego trzeba choć trochę umieć liczyć. Film był dramatyczny, na szczęście miał pozytywny wydźwięk i pokazywał starania grupy nauczycieli i uczniów o niezamknięcie szkoły (z powodu marnych wyników szkole groziło zamknięcie).
"Zamarzniętą rzekę" gorąco polecam! A "Matkę" wypożyczyłam jakiś czas temu na dvd i czeka na obejrzenie :)

@Kinga: No proszę, kolejna osoba rozczarowana "Czarnym Łabędziem". Ewidentnie jestem wyjątkiem, bo mnie ten film ani nie nudził, ani nie wydał mi się sztuczny, a bardzo autentyczny. Natomiast chciałabym zobaczyć "Fountain", "Wrestlera" już mniej.

@Pee-a-boo: Kostiumy są cudne, ja też bardzo cenię Rodarte :) Ciekawa jestem Twojej opinii, jak widać są bardzo podzielone.
Nie znam "Actrices", ale lubię bardzo Valerię Bruni Tedeschi, rozejrzę się za filmem. Dziękuję bardzo za polecankę!
-
2011/02/03 15:33:45
A propos 'Czarnego łabędzia' - nie jesteś wyjątkiem, mi też się bardzo podobał ;) Przewidywalność, o której wspomina Kabuki, mi tu nie przeszkadzała, bo miałam wrażenie, że bardziej chodziło tu o pokazanie pewnych mechanizmów i skupić się na psychice bohaterki, niż na zaskakującej akcji. Więc nawet momentami grubymi nićmi szyty symbolizm mnie tu nie raził. Portman też bardzo mi się w tej roli podobała, moim zdaniem była autentyczna i po prostu świetna! Natomiast - i tu się z Twoją opinią nie zgadzam ;) - nie pasował mi Cassel jako nauczyciel baletu (to też mój ulubiony francuski aktor, tutaj niestety się nie sprawdził).

Czytałam (w polskiej prasie zresztą) wywiad z Aronofsky'm, który mówił o genezie filmu i o tym, że początkowo myślał o zrobieniu jednego filmu o dążeniu do perfekcji z dwoma bohaterami - baletnicą i zapaśnikiem, reprezentujących dwa przeciwne bieguny... W końcu zdecydował się na dwa różne filmy, ale nadal uważa 'Wrestlera' i 'Czarnego łąbędzia' niejako za dyptyk. I rzeczywiście, po obejrzeniu tego ostatniego sięgnęłam jeszcze raz po 'Wrestlera' - polecam takie zestawienie, filmy mają zupełnie inny klimat, ale oba są dobre (i nie mogę się zdecydować, który jest lepszy, 'Black Swan' na pewno atrakcyjniejszy wizualnie i bardziej efektowny, no ale...) Natomiast do 'Fountain' robiłam trzy podejścia i za każdym razem zasypiałam - w tym samym momencie zresztą ;)

"Frozen River" wpisana na listę!
-
2011/02/06 10:31:04
"Frozen River" jest u nas dostępne na DVD, sprawdzę więc, czy znajduje się w wypożyczalni niedaleko nas, bo bardzo chętnie bym zobaczyła. Lubię takie kameralne dramaty, a sam temat już mnie zaintrygował i zasmucił.
"Precious" mnie zawiodło. To dobry film, ale... dość płytki, powiedziałabym. W tym znaczeniu, że jak napisałaś, za dużo w nim tego hollywoodzkiego optymizmu. Nastoletnia dziewczyna z czarnej dziury wszelkich możliwych patologii jedynie siłą własnej woli wyrywa się i układa prawie wszystkie kawałki swojego życia. Taki "pokrzepiacz serc". Owszem, wzruszył mnie, chwilami przebiegały po mnie dreszcze, ale w sumie szybko o nim zapomniałam po obejrzeniu.
"Czarny łabędź" natomiast jeszcze przede mną, mam nadzieję zobaczyć go w najbliższym czasie. Ja Aronofsky'ego widziałam do tej pory jedynie "Źrodło", które było strasznym zawodem. Mimo kilku ciekawych wątków, film uznałam za banalny. Koleżanka nazwała go "wydmuszką" - piękna oprawa i muzyka, ale niestety nic godnego uwagi. Co prawda wielu moich znajomych filmem jest zachwyconych. Może to kwestia własnych przemyśleń? Dla mnie "Źródło" nie miało nic nowego do zaoferowania, metafory były grubymi nićmi szyte, a te poruszające, naprawdę ciekawe wątki ginęły wśród tych "ambitnych". Szkoda. Mam natomiast świadomość, że te podobno lepsze filmy tego reżysera jeszcze przede mną, nie zraziłam się więc do niego zupełnie. Ciekawa jestem bardzo, czy Tobie się "Źródło" spodoba :)
Ściskam!
-
2011/02/08 13:56:11
@Gorąca: No to się zgadzamy w niemal wszystkim odnośnie "Czarnego Łabędzia" :) Cassel ma moim zdaniem plastyczną twarz, mimo że jest też jednocześnie bardzo charakterystyczna. Sylwetkę ma tak smukłą, że wiarygodnie wyglądał jak nauczyciel. I ma też tę surowość nauczyciela baletu, a w dodatku swoisty francuski urok, co wychodziło, gdy mówił o uwodzeniu...
Dziękuję za informacje zza kulis, muszę tego "Wrestlera" obejrzeć.

@Mandżuria: "Frozen River" polecam gorąco! O "Precious" mamy identyczne zdanie. Pokrzepiacz serca, dobre określenie, bo mimo tragicznych losów cały ten optymizm i pozytywne myślenie jest grubymi nićmi szyte. "Źródło" to właśnie "Fountain", Gorąca pisze, że zasypiała na nim trzy razy, Ty jesteś zawiedziona, chyba sobie ten film daruję, zdaję się na Wasze rekomendacje. U nas nawet specjalnie nie było słychać o tym filmie, nie wiem, czy w ogóle jest dostępny łatwo.
-
2011/02/09 09:20:15
Zachęcona Twoja opinią zdobyłam "Frozen river", mam nadzieję, że na dniach uda mi się obejrzeć:)
A co do "Czarnego łabędzia", nikt tak trafnie jak Ty nie opisał tego filmu. czytałam Twoją recenzję przed pójściem do kina i zaraz po powrocie- 100% trafiona.
siedziałam wciśnięta w fotel przez cały film, ale widzę, że jesteśmy w mniejszości...:)
pozdrawiam
-
2011/02/09 18:48:12
Widziałam Precious i jakoś nie mogłam po tym filmie dojść do tego, co właściwie o nim sądzę. Bo temat był poważny, aktorzy amatorzy zagrali znakomicie, sceny z niemowlęciem, jak nim ta matka o malo rzuciła i jak bohaterka uciekała z tym maleństwem, mnie dotknęły głęboko. Ale myślę, że masz rację, pomimo ogormu nieszczęść jakie spadły na bohaterkę, było to zbyt wygładzone, zbyt pokrzepiające. Mam nadzieję, że będę miała okazję widzieć pozostałe filmy z twojej listy, zwłaszcza Frozen River.
Mnie Arnofsky'ego Wrestler się bardzo podobał. Jeśli to prawda, że Black Swan tworzy z tym filmem dyptyk, to bardzo chętnie go obejrzę. Jesli chodzi o Fountain, to może to i "wydmuszka", ale niektóre sceny zrobiły na mnie duże wrazenie i nigdy ich nie zapomnę. Ale fakt, że jako całość ten film wg mnie nie przemawia, tak jakby chciał zawrzeć w sobie wszystko, życie, śmierć, cały świat, a to przecież niemożliwe. Za dużo tego na jedno dzieło. A jak jest czegoś za dużo, to się robi z tego nic.
-
2011/02/10 11:49:28
@La_Polaquita: Widzę, że mamy podobne zdanie o "Precious". Pewnie gdyby nie było tych humorystycznych i ugładzonych elementów, nikt by na film nie poszedł. Wiele osób, słysząc, że film czy książka opowiada naprawdę dramatyczną historię, reaguje: "To nie na moje nerwy, to nie dla mnie". Dlaczego nie? Człowiek wiele zniesie.
Ładnie to ujęłaś, "A jak jest czegoś za dużo, to się robi z tego nic". Trzeba wielkiego wyczucia, by udało się zamieścić "wszystko" i nie było wrażenia galimatiasu.
-
Gość: przestrzenkultury, 150.254.104.*
2011/02/13 14:51:17
ja o black swan. Wczoraj obejrzałam i jestem pod wrazeniem, chociaz przeczuwalam, ze Arnofsky nie zawiedzie. Mowia, ze to nie jest jego najlepszy film, i pewnie cos w tym jest, zwlaszcza po Raquiem for a Dream ale z pewnoscia jest jednym z lepszych.
-
2011/02/14 20:30:47
@Przestrzenkultury: Ja widziałam tylko trzy filmy Aronofsky'ego, więc trudno mi porównywać, ale jak wiesz, wrażenie na mnie zrobił.
-
2011/04/24 00:53:13
Trafiłem na ten blog szukając czegoś o Freedom - J.Franzen. Bardzo ciekawe wpisy. Teraz nadrabiam zaległości. Czytam i czytam. Jak najbardziej podzielam zdanie co do Czarnego Łabędzia. Im więcej o nim myślę tym coraz lepszy mi się wydaje. A do obejrzenia Frozen River właśnie ta recenzja ostatecznie mnie przekonała. Precious już od dawna chcę obejrzeć ale zawsze jest coś pilniejszego. To, że film się kończy happy endem to raczej nie wina reżysera a historii skoro jest oparta na faktach. Nie wiem, czy dobrze rozumiem pojecie film cukierkowy ale po pierwszym akapicie tej recenzji nigdy bym tak o Precious nie pomyślał. A motto Paulo Coehlo nie wydaje mi się takie złe ;)
-
2011/04/26 10:35:45
@Parnassus: Cieszę się, że trafiłeś do mnie i zostałeś na dłużej :) "Frozen River" polecam naprawdę gorąco, znakomity film. Ja też bym, przed obejrzeniem, nie powiedziała o "Precious", że jest cukierkowy, ale już po obejrzeniu niestety nasuwa mi się to słowo. Także ten happy end nie jest taki dosłowny - happyendowa jest bardziej postawa bohaterki niż te ciosy, które dostaje jeszcze na końcu od życia. Moim zdaniem reżyser przesadził z osładzaniem historii, ukazaniem jej mniej dramatyczną, a tu efekt komediowy (mimo że oryginalny) jakoś mi nie pasuje.