visit tracker on tumblr

Blog > Komentarze do wpisu
O spotkaniach z pisarzami, cz. I: Commonwealth Prize i Elif Shafak

Na spotkanie musi być pomysł. Nie sztuką jest zaprosić kilku pisarzy, zapodać im temat i kazać rozmawiać. Niestety spotkanie przebiega dobrze, jeśli goście mają coś do powiedzenia, a z tym bywa różnie. Byłam ostatnio na wielu tego typu imprezach i wrażenia mam mieszane.

Pierwszy wieczór to spotkanie z dwoma autorami już nagrodzonymi Commonwealth Prize w ubiegłych latach, którzy teraz są jurorami w tegorocznym konkursie: Hishamem Matarem i Tahmimą Anam, oraz czworgiem, nominowanym w tym roku do nagrody w obszarze Europa i Azja: Leilą Aboulelą i Barbarą Trapido (nominacje za najlepszą książkę) oraz Maxem Schaeferem i Emmą Henderson (nominacje za pierwszą książkę). Commonwealth Prize przyznawana jest corocznie pisarzom z krajów Wspólnoty Narodów i jest jedną z bardziej cenionych przeze mnie nagród. Co ciekawe, istnieje podział na cztery obszary geograficzne według pochodzenia pisarzy i niezależne jury zamieszkałe i pochodzące z tych rejonów, znające literaturę danego kontynentu czy subkontynentu, decyduje, w czyje ręce powinny trafić nagrody. Nie dzieje się więc tak, że jakiś mężczyzna, co nosa nie wychylił ze swego wygodnego domku na przedmieściach Londynu ocenia książki z Karaibów, Afryki i Kanady. Spotkanie miało na celu przybliżyć zainteresowanym czytelnikom nominowane książki i nie było złe, aczkolwiek dośc powierzchowne.

Leila Aboulela

Leila Aboulela

Poza Leilą Aboulelą, której "Coloured Lights" wywarły na mnie wielkie wrażenie (i której nową powieść, "Lyrics Alley" kupiłam i leży u mnie teraz na półce z autografem autorki), nikt z tegorocznych nominowanych obecnych na spotkaniu nie przekonał mnie do swych powieści. Trapido ("Sex & Stravinsky") wydała mi się bardzo skoncentrowaną na sobie osobą, potrafiła długo i zawile mówić o źródłach własnych pomysłów, a ja myślałam, że jeśli pisze w ten sam sposób co mówi, to biada czytelnikom. Max Schaefer zrobił wrażenie sympatycznego mężczyzny, i chociaż obrał sobie bardzo ciekawą, autentyczną postać za bohatera "Children of the Sun" (brytyjskiego neonazistę i jednocześnie gwiazdę porno w latach 70.), to temat książki nic a nic mnie nie pociąga. Tahmima Anam, której jedyną książkę o Bangladeszu przeczytałam przed moją podróżą, jest przemiłą i dowcipną kobietą, a przy tym bardzo bystrą i inteligentą. Słuchanie Hishama Matara to zaś czysta przyjemność, nawet jak niewiele mówi. Byłam już kiedyś na spotkaniu z nim i do dziś mile je wspominam. Tym razem podobało mi się, w jaki sposób opisał proces pisania, powołując się na wypowiedź Dickensa, twierdzącego, że jego sposób myślenia jest niczym lunatyka unikającego okna. Matar pisze nie zastanawiając się za bardzo nad tym, co robi, słowa same spływają mu na papier (a raczej ekran komputera). Wszyscy zgodzili się z nim, mówiąc, że  wiele uwagi poświęcają kreowaniu postaci, zanim zasiądą do biurka, ale pisanie przychodzi potem niemal automatycznie. Każdy z nominowanych pisarzy wyjaśniał, skąd wziął pomysły na książki, jak sobie radził z wtrącaniem obcych słów (czy należy zamieszczać słowniczek wyrazów obcych? Odpowiedź jednogłośna była, że nie należy), jak opisywał po angielsku kulturę, w której nie mówi się w języku angielskim. Uderzyła mnie myśl Matara, który twierdzi, że wszystko jest autobiografią. Najmniej fakty i detale, ale punkt widzenia, pasję i emocje, które zapisuje się w książce kryją w sobie najwięcej elementów autobiograficznych. Łatwiej wymyślić fakty niż okraszać dane wydarzenie nieswoimi uczuciami.

Tahmima Anam

Tahmima Anam

LSE (London School of Economics) w każdym tygodniu organizuje szereg interesujących, darmowych spotkań dla wszystkich chętnych, nie tylko studentów. Raz w roku przez cztery dni odbywa się też na uczelni festiwal literacki Space for Thought. W lutym wybrałam się na cztery spotkania. Pierwsze, z Elif Shafak (tak w jęz. angielskim zapisuje się jej nazwisko) było niezmiernie udane. Prowadził je starszy brat Orhana Pamuka, Sevket Pamuk, profesor na uczelni, historyk i dyrektor wydziału Contemporary Turkish Studies.

Pamuk i Shafak

Elif Shafak i Sevket Pamuk

Ciekawa byłam bardzo, jakie wrażenie Shafak sprawia na żywo, bowiem Paul Theroux, który spotkał się z nią w Stambule, opisywał w "Pociągu Widmo do Gwiazdy Wschodu", że pisarka była tak urocza, iż trudno mu było koncentrować się na słuchaniu tego, co miała do powiedzenia. Potwierdzam, Shafak jest niezmiernie urocza. Opowiadała o początkach pisania, o tym jak jako ośmiolatka zaczęła tworzyć pamiętnik. Ale ponieważ jej życie wydawało jej się nudne, zapisywała fikcyjne wydarzenia, pełne fikcyjnych postaci. Nawet nie wiadomo kiedy z jej pamiętników zaczęły powstawać książki. A jak przyznała: "Książki były najbarwniejszym elementem mojego życia". Nie interesowało jej bycie sobą, lubiła i nadal lubi wcielać się w różne osoby, wymyślać im życie. Stąd wzięło się jej zainteresowanie kwestiami tożsamości i przynależności - "Skoro możemy mieć wiele głosów, czy możemy przynależeć do wielu różnych miejsc?". Moim i autorki zdaniem jak najbardziej możemy. Dorastając m.in. w Stambule, u zbiegu dwóch światów, siłą rzeczy zakres zainteresowań Shafak obejmuje też pojęcia Wschodu i Zachodu i granic między nimi, zarówno politycznych jak i kulturowych. Stambuł ma dla niej konsystencję nie wody i oleju - nieprzenikających się płynów - ale wody perfumowanej, gdzie Wschód z Zachodem przenikają się nawzajem i nie można stwierdzić, gdzie się zaczynają lub kończą. Poprzez literaturę, zdaniem pisarki, możemy zbudować dialog między nimi, ale niezbędne jest sześć czynników:

1) empatia - cytując Joyce Carol Oates: "Czytanie jest jedynym środkiem, za pomocą którego wnikamy mimowolnie, często bezradnie, w skórę drugiej osoby, jej głos, jej duszę";

2) mikroelement - poza ogólnymi zagadnieniami konieczne jest skupienie na szczególe, indywidualnych losach bohaterów;

3) humor - oraz współczucie, bo z nich rodzi się literatura, która w przeciwieństwie do polityki, nie bierze siebie tak bardzo serio; Shafak stwierdziła, że w jej powieściach wiele jest humoru, ale też żalu i wspomniała o tradycji ottomańskiej, gdy sułtani wędrowali po ulicach w przebraniu, przyglądając się zwykłemu życiu swych poddanych - tak rodziło się ich współczucie do osób prowadzących cięższe życie.

4) płynność - oznaczająca ciągłe zmiany; literatura, niczym woda, wciąż ulega zmianom;

5) powiązania - jesteśmy wszyscy połączeni ze sobą nawzajem, podobnie łączą się i podróżują idee i teorie;

6) koczownicze umysły - pisarz wciąż podróżuje, niekoniecznie dosłownie, ale choćby w obszarze własnego umysłu;

Shafak mówiła o procesie tworzenia książki, o swym braku potrzeby pouczania czytelników. Wyznała: "My, pisarze, stajemy się często aroganckimi, skoncentrowanymi na sobie ludźmi". Właściwą perspektywę do życie i otoczenia daje jej pisanie do tureckich gazet, w jednej z nich ma swoją stałą rubrykę. Poruszyła też temat pisania po angielsku, jej ostatnia książka "The Forty Rules of Love" została napisana oryginalnie po angielsku. Dla Shafak, która wychowywana była w kilku językach (urodziła się w Strasburgu, dorastała w Madrycie i Ammanie, mieszkała w Turcji i wielu miastach amerykańskich) i ma dyplomy magistra ze stosunków międzynarodowych i Gender and Women's Studies oraz doktorat z nauk politycznych, pisanie po angielsku przychodzi instyktownie, intuicyjnie czasem słowa napływają do niej w języku angielsku. Język angielski dla pisarki jest niezmiernie stymulujący, bardzo matematyczny i precyzyjny, ma wymiar ściśle intelektualny. Jednocześnie lubi powiększać swoje słownictwo w języku tureckim, sięgać do ottomańskich określeń czy tych, wywodzących się z sufizmu. Przyznaje, że jak każdy władający kilkoma językami, w każdym z nich jest inną osobą. Języki, w których mówimy, zmieniają nas, a nasz rozwój jest nieustającą podróżą.

Elif Shafak 1

Elif Shafak z moim egzemplarzem "Bękarta ze Stambułu"

Ponieważ Shafak tak dobrze czuje się wymyślając postaci i wydarzenia, nie czuje się reprezentantką żadnej konkretnej grupy, klasy społecznej czy płci. Przytoczyła kilka ciekawych anegdotek dotyczących jej czytelników (stwierdzając m.in.: "W Turcji gdy ludzie kochają książkę, kochają też i autora"), opowiadała też o swym doświadczeniu z nauczaniem w USA (przez ostatni semestr wykładała kreatywne pisanie na jednej z tamtejszych uczelni). Opowiadała o trudnościach, jakie sprawia czasem pisanie w Turcji, gdzie pewne kwestie są wciąż tabu. Przyznała się do depresji poporodowej, podczas której przez dziesięć miesięcy nie była w stanie napisać ani słowa, lecz potem, analizując swój stan i znaczenie kreatywności w życiu człowieka, stworzyła książkę pt. "Black Milk: On Motherhood, Writing and the Harem Within", o tym, jak w trudnym okresie jej życia inne głosy, poza intelektualnym, doszły w niej do władzy. Poruszyła również sprawę zarzutu, który niektórzy krytycy wysuwają wobec jej pisarstwa, szczególnie w Turcji, a mianowicie, iż jej książki są zbyt popularne, by można je było traktować jako literaturę wysokiej klasy. Dla Shafak podział na literaturę popularną i intelektualną jest bzdurny, jej zdaniem duża popularność nie musi koniecznie świadczyć o niższej wartości danego dzieła. Jej samej w ogóle nie interesuje, do jakiej szufladki zostaną wrzucone jej książki, najważniejsze jest to, że poruszają na czytelników. Ze strony publiczności padały kolejne pytania: o znaczenie filozofii w jej życiu, o feminizm, o ulubione książki. Pisarka odpowiadała dość powierzchownie na nie, przyznała, że uwielbia zadawać sobie egzystencjalne pytania i ekspolorować ten temat w swych książkach. Ceni literaturę rosyjską, angielską, francuską i amerykańską (trudno o większe uogólnienia), ale np. "Trylogię kairską" Mahfouza była w stanie przeczytać zaledwie kilka lat temu, gdyż dopiero w 2008 roku dzieła egipskiego noblisty przetłumaczone zostały na turecki!

Dla mnie niezmiernie ciekawe było to, co powiedziała na koniec o swojej miłości do miast, pewnie dlatego, że czuję identycznie. Shafak inspiruje mianowicie miasto, jego hałas i gwar. Pisze jej się doskonale na stacjach kolejowych, w pociągach, kawiarniach. Cisza i spokój, wieś i pustkowie zabijają jej kreatywność, blokują i odwracają jej uwagę. Zwiedziwszy kawał świata za najciekawsze i najwspanialsze miasta do życia Shafak uznaje Stambuł i Londyn - obecnie zwłaszcza Londyn, tętniący energią. Jej kolejna książka osadzona będzie właśnie w Londynie lat 70. ubiegłego wieku, a opowiadać będzie o tureckiej rodzinie, która tu wyemigrowała. Shafak przyznała, że historia będzie dość smutna, jej samej zdarza się płakać w trakcie pisania. Nie mogę się doczekać, aż książka ukaże się w księgarniach!

Elif Shafak 2

wszystkie fotografie mojego autorstwa
wtorek, 01 marca 2011, chihiro2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2011/03/01 14:49:48
Czekałam na ten tekst:)
Faktycznie Shafak urocza, a jak jeszcze sobie wyobrażę jak opowiada ... to musiało być cudowne przeżycie. Już kiedy czytam to aż chce mi się biec po nową jej książkę. :) To musi być bardzo ciekawa osoba!
-
2011/03/01 17:20:19
jedyne słowa jakie mi się cisną po przeczytaniu powyższego tekstu ( a i te nazwać trudno słowami, o posiadaniu przez nich sensu nie wspominając) to ; Och! Och!i może jeszcze Ach!
same wspaniałe rzeczy opisujesz a mnie się buzia otwiera.
ujęło mnie:(...) Przyznaje, że jak każdy władający kilkoma językami, w każdym z nich jest inną osobą. Języki, w których mówimy, zmieniają nas, a nasz rozwój jest nieustającą podróżą.(...) po stokroć tak
podobnie jak fascynacja miastem, ruchem, komunikacją, gwarem
jestem zachwycona!
-
Gość: zuza, *.cdma.centertel.pl
2011/03/01 20:17:26
Wydaje się, że P.Theroux miał rację, z tego co napisałaś E.Shafak jest bardzo interesującą rozmówczynią i piękną kobietą. Dzięki, że piszesz dużo o takich spotkaniach, mnie to bardzo przybliża pisarza. Wydaje mi się, że warunki do tworzenia, które inspirują Shafak są jednak nietypowe dla innych pisarzy.
Czytałam tylko Pchli Pałac i nie była to lektura łatwa do przebrnięcia, szczególnie na początku. Londyn w latach 70-tych brzmi bardzo ciekawie.
-
Gość: przestrzenkultury, 150.254.104.*
2011/03/01 21:16:26
Elif na Twoich zdjęciach jest po prostu piękna. Moje przyjaciółki są Elif zachwycone, czytają bezustannie. Ja póki co mam na półce i czekam.
Pozdrawiam
-
2011/03/02 11:51:51
@Moni-libri: Bardzo ciekawa, przyznaję :) Ja wszystkich jej książek nie chcę czytać, ale tę z akcją w Londynie przeczytam z wielkim zainteresowaniem, bo brakuje mi książki o tureckich imigrantach tutaj, których jest strasznie dużo.

@Dea: Ja też byłam pod jej urokiem i tego, co mówiła, szkoda, że spotkanie nie trwało dłużej. Przyznam tylko, że było za dużo osób na sali, spotkanie było zorganizowane w wielkiej, wypełnionej po brzegi auli uniwersyteckiej, a ja wolę mniejsze i bardziej kameralne salki.

@Zuza: Lubię chodzić na takie spotkania, bo pozwalają mi spojrzeć na pisarzy nowymi oczami, przybliżają mi ich jako ludzi i zdejmują z piedestału, jeśli bym kiedykolwiek kogoś na piedestale stawiała (ale nie robię tego właściwie nigdy).

@Przestrzenkultury: Ja, wstyd przyznać, też nie czytałam jeszcze nic. Kupiłam "The Bastard of Istanbul" i wkróce przeczytam, ale idąc na spotkanie nie miałam jeszcze przeczytanej żadnej jej książki.
-
2011/03/02 14:05:17
Ja czytałam tylko Pchli pałac i zaczęłam Bękarta ... . Czytając opis najnowszej książki Safak przyznaję, że bardzo mnie interesuje, zastanawiam się jednak czy po Bękarcie, przez którego nie przebrnęłam (co nie oznacza, że nie skończę) chcę teraz coś czytać. Jednak, jak napisałam takie spotkanie może się przyczyniać do sięgnięcia z większą ochotą po czyjeś książki:)
-
2011/03/02 14:10:04
A mnie się podoba to, co Shafak powiedziała o podziale na literaturę popularną i intelektualną: "duża popularność nie musi koniecznie świadczyć o niższej wartości danego dzieła". Zgodzę się z tym, bo sama czasem tak stwierdzam czytając jakąś popularną powieść. Bo czasem wystarczy kilka akapitów, kilka zdań, by znaleźć w treści coś, co kłuje w serce i wywołuje zadumę. No i ten Londyn, który tak Was zachwyca i pozytywnie nastraja do życia! Tego odrobinkę zazdroszczę, bo brak mi w moim mieście wydarzeń kulturalnych, brak mi tej świadomości, że moje miejsce jest tu, gdzie jestem. A o spotkaniach z pisarzami to mogę chyba sobie pomarzyć.
-
2011/03/02 14:48:41
@Moni-libri, zdecydowanie! Rzadko chodzę na spotkania z pisarzami, których książek nie czytałam, podczas tego festiwalu akurat zrobiłam kilka wyjątków :) Mam przeczucie, że lektura "Bękarta..." nie będzie dla mnie wyzwaniem :)

@Matylda: Ja też absolutnie zgadzam się z nią i uważam podział za anachroniczny (choć bywają książki bardzo popularne, które są zwykłą grafomonią, jak i książki bardzo wartościowe, których lektura jest średnią przyjemnością dla większości).
Mam specyficzny stosunek do Londynu - kocham to miasto najbardziej na świecie, a im dłużej w nim mieszkam, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to dla mnie idealnie miasto do życia. Co nie znaczy, że zdarzają mi się "skoki w bok" i krótkie przeprowadzki :)
Ciekawa sprawa z tymi spotkaniami literackimi w Polsce. W Wielkiej Brytanii jest cała masa festiwali literackich, które w ogóle nie odbywają się w wielkich miastach, a na prowincji. Najsłynniejszy festiwal w Hay-on-Wye odbywa się w miasteczku, które liczy zaledwie 1900 mieszkańców (i ponad 30 księgarni :))! Czemu w Polsce pisarze tak rzadko zaglądają do małych miast?
-
2011/03/03 14:48:46
Wiesz, zdarza mi się czasem gdzieś zauważyć/przeczytać, że do jakiejś biblioteki w mieście A czy B jest zaproszony jakiś pisarz. Wiadomo, nie światowego formatu, ale niekoniecznie znany tylko lokalnej społeczności. Taki znany w całym kraju. To mnie cieszy, choć często są to spotkania w odległych od mojego miasta miasteczkach Podkarpacia. Wiadomo, że nie jeżdżę, bo są to spotkania organizowane w ciągu dnia i środku tygodnia, a na to sobie pozwolić nie mogę. Przyczyny wiadome: praca. Ale takie spotkanie, przynajmniej w moim mieście, to naprawdę rzadkość. Informacje o tych spotkaniach docierają do mnie często po fakcie. Reklama takich wydarzeń leży całkowicie! Ale ja zauważyłam, że w moim (wojewódzkim!) mieście wartościowe wydarzenia kulturalne, jeśli w ogóle są, to odbywają się tak, aby jak najmniejszą liczbę osób przyciągnąć. Poważnie. Żadnych ogłoszeń, plakatów, reklam w mediach. Byleby było miejsce dla bliskich znajomych organizatorów, a ludzie z ulicy są niepotrzebni. Jest to jawne ograniczanie dostępu do takich spotkań/wydarzeń. Jest w tym coś z ludzkiej zawiści, ludzkiej pychy: było się na spotkaniu z pisarzem X, albo z aktorem Y! Jest się wtedy czym pochwalić w swoim gronie, zabłysnąć. Takie mam wrażenie. To strasznie małomiasteczkowa mentalność, dulszczyzna i snobizm. Ale tak niestety tu jest. Pewna prowincjonalność pokutuje i wciąż wychodzi z nas. Na kulturę w moim mieście wydaje się śmieszne pieniądze. Ale przecież kultura to nie chleb, bez niej można żyć. Ech...
-
2011/03/04 13:56:50
@Matyldo, strasznie smutne jest to, co piszesz. Brak właściwej promocji to fatalna sprawa, a przecież to bardzo istotne, by wszyscy mieli szansę i możliwość z wyprzedzeniem przynajmniej kilkutygodniowym dowiedzieć się, kto i kiedy będzie występował. U nas większość festiwali i spotkaniem ogłasza się z minimum 2-3-miesięcznym wyprzedzeniem, dzięki czemu można sobie wszystko dobrze zaplanować. Zresztą stron internetowych z informacjami jest multum, a tygodnik Time Out - prenumeruję magazyn, ale jest też doskonała strona (www.timeout.com/london ) - informuje o wszystkim. Nie sposób przegapić interesującego wydarzenia, nawet jak dziennie samych koncertów muzycznych w mieście odbywa się kilkadziesiąt. Wystarczy się rozejrzeć. Szkoda, że u Ciebie nawet rozglądanie czasem nie pomaga.
Kultura to może nie chleb, ale to to, co się na chleb kładzie. Równie ważne, bez tego jedzenie chleba nie jest przyjemnością.
-
2011/03/04 18:26:32
Ja też się zawsze cieszę z ciekawego spotkania z pisarzem/rką, bo wcale nie tak łatwo o takie. Lubię, gdy jest jakiś pomysł na rozmowę, gdy autor próbuje nawiązać kontakt. Niestety nie wszyscy mają odpowiednie umiejętności, niektórzy nie są zwierzęciami scenicznymi - określam ich "wsobnymi". Trudno się zresztą dziwić, to chyba zawód, w którym człowiek spędza dużo czasu sam na sam z sobą. Pod wpływem Twojego wpisu wyciągnęłam z "czarnogodzinowych" zapasów lektur po polsku "Pchli pałac" :)