visit tracker on tumblr

Blog > Komentarze do wpisu
Londyński Międzynarodowy Festiwal Filmowy - część II


Bilet na "Elenę" (reż. Andrey Zvyagintsev, Rosja, 2011) kupiłam w ciemno, nawet nie musiałam czytać streszczenia filmu. Nazwisko reżysera jest dla mnie wystarczającą reklamą. Dotychczas widziałam tylko "Wygnanie" i "Powrót", o których pisałam kiedyś z zachwytem tutaj. Podobnie jak te filmy "Elena" jest kameralnym, rodzinnym dramatem, w którym nic nie jest czarno-białe. Nie chcę zdradzać treści, bo opowiadanie jej zepsułoby późniejszą przyjemność oglądania. Reżyser uniknął stereotypów w ukazaniu średniej klasy społeczeństwa moskiewskiego, bazujących na stawianiu znaku równości między nuworyszami a brakiem ogłady i smaku. Bohater, zamożny straszy pan, dba o ciało i ducha, odżywiając się zdrowo, ćwicząc na siłowni i słuchając opery. U biedniejszych mieszkańców szarego blokowiska królują jednak alkoholizm, lenistwo, przemoc i bezmyślność połączona z czystą głupotą. Sceny z tymi bohaterami nie należą do przyjemnych. Pomiędzy tymi dwoma światami pomostem jest Elena, nie przynależąca już ani do jednego ani do drugiego, pełna zrozumienia i empatii dla obu. Co powoduje, że podejmuje krok zmieniający życie wszystkich bliskich jej ludzi, próbując pozamieniać szczebelki drabiny społecznej? 



Zvyagitsev jak zwykle nie tłumaczy, nie wyjaśnia wyborów głównej bohaterki. Pozostajemy z nią i jej dylematem, z jej wyrzutami sumienia (bądź ich brakiem) sami i to do nas należy ocena jej zachowania. To jeden z tych filmów, po których widz zadaje sobie pytanie, co zrobiłby na miejscu Eleny i wychodzi z kina z głową pełną refleksji. Film o tym, ja łatwo można zmienić czyjeś życie, ale jak niekoniecznie zmienia się człowieka. Przepiękny, bardzo surowy sposób pokazywania wnętrz i krajobrazów, mimo że odmienny od pejzaży wiejskich znanych z "Wygnania" i "Powrotu", bo przedstawiający Moskwę, a jednak w tym samym stylu - brawa należą się kamerzyście. Jeden z lepszych filmów, jaki widziałam w ostatnim czasie, na szczęście dostrzeżony już też przez krytyków, więc można będzie liczyć na szerszą dystrybucję w Wielkiej Brytanii.


"Oslo, August 31st" ("Oslo. 31.August") reż. Joachim Trier, Norwegia, 2011) to mój faworyt całego festiwalu. Zachwyciło mnie kiedyś "Reprise", a teraz mogę śmiało stwierdzić, że Joachim Trier opisuje świat, który jest mi bliski, który znam i rozumiem, mimo że doświadczenia moje i bohatera (w obu filmach granego przez znakomitego Andersa Danielsena Liego) są zupełnie inne. W "Reprise" bohater przeżył załamanie nerwowe po nagłym sukcesie, jaki osiągnęła napisana przez niego powieść, w "Oslo, August 31st" reżyser uczynił go narkomanem, który spędził w ośrodku odwykowym sześć lat i za dwa tygodnie wyjdzie z niego. Anders (tak samo jak aktor ma na imię bohater filmu) odwiedza Oslo, swoje rodzinne miasto, będąc na całodziennej przepustce z powodu rozmowy o pracę w jednym z wydawnictw. Wykorzystuje tę okazję, by odwiedzić dawnych przyjaciół, ukochane miejsca, by poczuć się znów normalnym, beztroskim, młodym chłopakiem bez ciężkiego bagażu doświadczeń. 



Dawno nie odczuwałam takiego kłucia w sercu, jak podczas oglądania "Oslo, August 31st". Miałam wrażenie chwilami, że oglądam Londyn, że widzę na ekranie ludzi, których dobrze znam, że słucham problemów, znanych mi z obserwacji. Ten film pokazał mi, jak niewielka jest różnica kulturowa między moim środowiskiem a tym norweskim (swoją drogą w Londynie mieszkają tysiące Norwegów, i jeszcze więcej Szwedów, więc muszą się tu dobrze czuć), może za wyjątkiem wątku narkotykowego. Jak podobne są przemyślenia moich znajomych, problemy i dylematy (szczególnie krążące wokół posiadania dzieci). Reżyser był obecny po projekcji i odpowiedział na kilka pytań, z których część była kompletnie idiotyczna i nie miała najmniejszego związku z filmem. Podziwiałam go za opanowanie, elokwencję i erudycję - i tylko utwierdziłam się we wrażeniu, że musi być fajnym mężczyzną (był norweskim mistrzem deskorolki, grał w zespole punkowym, studiował w szkole filmowej w Londynie i oglądał wówczas codziennie filmy). Trier skomentował film, tłumacząc, że choć jest to luźna adaptacja powieści "Le feu follet" Pierre'a Dreu la Rochelle'a (sfilmowana już przed laty przez Louisa Malle'a), to środowisko pokazane na ekranie jest mu osobiście dobrze znane, a Oslo przedstawia sobą możliwości i perspektywy, jakie bohater mógłby posiadać. Przygnębiająca jest świadomość, że żyje się w mieście, wprawdzie - jak Trier to określił - "na przedmieściach Europy", ale oferującym wszystko, czego człowiek potrzebuje do rozwoju i samorealizacji, a nie potrafi się wykorzystać szans, jakie stają na drodze. Nic dziwnego, że w społeczeństwie stawiającym na sukces, w którym luki w CV budzą podejrzenia, Anders uważa się za przegranego. Ten głęboko melancholijny film (nawet utwór, jaki dobiega z radia w taksówce, gdy Anders jedzie do Oslo, to piosenka A-ha "I've been losing you") zostanie ze mną na długo. Polecam gorąco "Oslo, August 31st" większości dwudziesto- i trzydziestoparolatkom, może też jakąś strunę w Was poruszy.


O niemieckim filmie "Sleeping Sickness" ("Schlafkrankheit", reż. Ulrich Köhler, Niemcy-Francja-Holandia, 2011) pisano, że jest współczesną wersją "Jądra w ciemności" i coś w tym jest. Zamiast Kurtza, handlarza w wiosce w Kongo, który dał się zauroczyć Afryką i przypasował się do kongijskiego otoczenia, mamy niemieckiego lekarza Ebbo Veltena pracującego w szpitalu we francuskojęzycznej części Kamerunu, leczącego pacjentów zarażających się śpiączką afrykańską. Z pierwszej części filmu dowiadujemy się, że Velten miał obawy przed powrotem do Niemiec, do żony i córki, bał się, że nie odnajdzie się w Niemczech. W drugiej części okazuje się że został w Kamerunie. Zamiast angielskiego bohatera Charlesa Marlowa, pracującego dla belgijskiej firmy handlowej w Kongo i poszukujące Kurtza, występuje w filmie francuski, czarnoskóry inspektor z WHO, mający za zadanie przeprowadzenie ewaluacji projektu, stworzonego przez Veltena, od której będą zależały przyszłe fundusze na szpital. 



Köhler z przejmującą szczerością pokazuje dzisiejsze realia - lekarzy i pracowników organizacji charytatywnych w krajach rozwijających się, którzy żerują wręcz na pomocy finansowej z zewnątrz, a na boku czerpiąc z niej prywatne korzyści. Początkujący gracze są jeszcze pełni ideałów, jeszcze wierzą w szczerość i uczciwość innych. Bardziej doświadczeni przepełnieni są goryczą, a ideały dawno potracili. Po publikacji książki Dambisy Moyo pt. "Dead Aid: Why Aid is Not Working" przed kilkoma laty (Moyo jest międzynarodową ekonomistką o najlepszym CV, jakie ekonomista może sobie wyobrazić) zaczęto coraz głośniej mówić o bezsensowności pomocy humanitarnej krajom afrykańskim. Wcześniej takie głosy wprawdzie już się pojawiały, ale pochodziły od zachodnich specjalistów i obserwatorów. Tymczasem Moyo, obywatelka Zambii, jako pierwsza Afrykanka ośmieliła się elokwentnie i trafnie opisać, w jaki sposób ciągła pomoc niszczy Afrykę i uzależnia jej mieszkańców od datków od dobrych wujaszków z Zachodu, przyczyniając się w dodatku do szerzenia się korupcji. Ten temat porusza też reżyser filmu, przedstawiając brak skrupułów i naginanie statystyk, byle tylko wciąż napływały pieniądze. Podejście współczesnego przybysza z Zachodu nie różni się również drastycznie od dawnych kolonizatorów. I dziś wielu przybyszy pragnie widzieć w krajach afrykańskich (które postrzega en masse jako jedną całość) kolorowy, egzotyczny kraj o pięknej przyrodzie i dziwnych wierzeniach. W jednej scenie kameruński lekarz mówi do Veltena: "Ty wierzysz w tę transformację? [chodzi o pewną historię, w trailerze na dole jest ta scena] Jesteś czarniejszy niż ja". Podobnie Velten zadaje odwiedzającemu Francuzowi retoryczne pytanie: "Piękny kraj, ale czy przyjechałbyś to na wakacje?". O skrzywionym spojrzeniu na Afrykę jako całym kontynencie mówiła świetnie Chimamanda Ngozi Adichie tutaj

Gorąco polecam "Sleeping Sickness". Im więcej o tym filmie myślę, tym bardziej się nim zachwycam, tym silniej czuję, że zahipnotyzował mnie, zmusił do myślenia. I tym więcej paraleli odkrywam między nim a Conradowskim "Jądrem ciemności". Reżyser nagrodzony został na festiwalu w Berlinie Srebrnym Niedźwiedziem za reżyserię i jest to moim zdaniem nagroda w pełni zasłużona.


Filmy tybetańskie nieczęsto goszczą na ekranach kin, więc z dwóch pokazywanych w ramach festiwalu wybrałam w moim odczuciu ciekawszy, "The Sun-Beaten Path" ("Dbus Lam Gyi Nyi Ma", reż. Sonthar Gyal, Chiny-Tybet, 2011), uroczy, wzruszający film drogi. To debiut reżyserski kamerzysty z Tybetu, który przybył do Londynu (to jego pierwsza wizyta w Europie) specjalnie na promocję filmu i odpowiedział po projekcji na kilka pytań publiczności.Treść filmu jest prosta - młody chłopak o imieniu Nyima zakończył swoją pielgrzymkę do Lhasy i wraca do domu, pieszo, gdyż autobus, którym jechał przez pewien odcinek, jest jego zdaniem zbyt szybki. Dołącza do niego starszy mężczyzna, wracający ze ślubu córki do domu. Starszy pan reprezentuje zmiany, jakie zachodzą w społeczeństwie tybetańskim: posiada telefon komórkowy, śpi w hotelikach, nie bardzo może zrozumieć potrzebę przemieszczania się w żółwim tempie, choć bardzo się stara. Młody bohater jest głosem tradycji i głębokiego religijnego ducha: głeboko przywiązany do matki, którą stracił w wypadku, liczył, że prostracje na trasie do Lhasy przyniosą mu ukojenie i zagłuszą jego poczucie winy. 



Podróż obu mężczyzn jest drogą ku zrozumieniu, że wszystko przemija, nic nie jest wieczne na tym świecie, który sam w sobie jest iluzoryczny, jest naszym wytworem. Tak życie jak i śmierć trzeba zaakceptować, trzeba też pozwolić ludziom odejść, gdy nadchodzi czas. Przepiękne, surowe krajobrazy Tybetu, wiatr, który wciąż przemierza rozległe przestrzenie i niesie ze sobą ziarnka ziemi kojarzyły mi się z idealnym klimatem do medytacji - będąca w ciągłym ruchu ziemia jest niczym myśli, które przypływają i odpływają, lecz nie zatrzymują się w nas na dłużej. Niezwykła muzyka, skomponowana przez Dukara Tseranga, a brzmiąca niczym ta autorstwa Gustava Santaolalli, koi duszę. Reżyser zauroczył mnie skromnością, przeprosił, że pejzaż rozwiał jakiekolwiek nasze (widzów) oczekiwania względem piękna Tybetu, i choć faktycznie bardziej podobają mi się góry, jeziora i doliny, to płaskie, puste tereny pasowały idealnie do filmowej historii. Tony Rayns, odpowiedzialny za wybór festiwalowych filmów z południowej Azji, napisał w "Sight and Sound", że po raz pierwszy od sześćdziesięciu lat tybetańska kultura przemawia bezpośrednio do reszty świata. Wcześniejsze filmy tybetańskie kręcone były albo przez reżyserów z Zachodu albo przez Chińczyków Han. Dopiero teraz Tybetańczycy przemawiają swoim głosem i choć muszą unikać drażliwych tematów czy krytyki chińskiego rządu, by ich filmy były pokazywane, jest to ogromny krok ku dywersyfikacji chińskiego i światowego kina.


Do Hongkongu mam słabość, odkąd tam pojechałam kilka lat temu, a kino z tego miasta-państwa jest mi właściwie dość słabo znane (widziałam niemal wszystkie filmy Wonga Kar-Waia i zaledwie kilka innych reżyserów). "A Simple Life" ("Tao Jie", reż. Ann Hui, Hongkong, 2011) stanowi wspaniały przykład współczesnej kinematografii Hongkongu. Opowieść oparta na prawdziwej historii przedstawia relacje między reżyserem filmowym w średnim wieku, Rogerem, a jego amah (opiekunką, kucharką i pomocą domową), Ah Tao, która służyła w rodzinie przez 60 lat. Niemal cała rodzina Rogera mieszka w USA, on zaś pracuje w Hongkongu, jeżdżąc dużo do Chin kontynentalnych. Ah Tao zawsze czeka na niego w wysprzątanym mieszkaniu z gotowym obiadem i ciepłym uśmiechem. Pewnego dnia starsza pani ma wylew i decyduje, że chce zamieszkać w domu opieki. Tam początkowo odzyskuje sprawność, ale jej zdrowie stopniowo się pogarsza. Roger odwiedza ją często, troszczy się o nią jak najlepszy wnuk, pokrywa wszelkie wydatki, zabiera na wycieczki i nigdy nie okazuje zniecierpliwienia. Wprowadza radość do życia bądź co bądź najbliższej mu osoby. 



Film jest mistrzowsko nakręcony, pełen humoru, a realia życia w ciasnym domu opieki w centrum zanieczyszczonego Hongkongu (rozpoznałam tak wiele miejsc!) pokazane są bez zbytniego dramatyzmu, a z przymrużeniem oka. Brakuje w filmie melodramatyzmu, jest za to nieczułostkowa miłość Rogera do Ah Tao i jej do niego, wzajemna troska, szacunek do decyzji życiowych drugiej osoby i ogromne pokłady sympatii. Nie raz miałam łzy w oczach wzruszona zachowaniem różnych osób, nie tylko dwojga bohaterów, ale też innych mieszkańców domu, czy matki Rogera i jego kolegów, którzy też nie zapomnieli o Ah Tao i traktują ją jak oełnoprawnego członka rodziny. Ostatnio sporo pojawia się w prasie brytyjskiej artykułów na temat przechodzącego wszelkie pojęcie traktowania służby w krajach Zatoki Perskiej (niewolnictwo to bardzo łagodne określenie tego masowego zjawiska), które powodują, że krew się we mnie gotuje, z tym większą przyjemnością obejrzałam "A Simple Life" i miałam okazje poobserwować zdrowe relacje. Doskonały film, ogrzewający nawet najbardziej pochmurne popołudnie.






piątek, 28 października 2011, chihiro2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: kinga, *.zone8.bethere.co.uk
2011/10/28 20:57:42
Oslo to tez moj zdecydowany faworyt w tym roku! Zaluje, ze nie zauwazylam Cie siedzacej przed Panem-z-publicznosci! Tuz, tuz, tuz za Oslo, w moim osobistym rankingu, jest bardzo poruszajace, iranskie "Goodbye". Bilety kupilam w ostatniej chwili i byla to chyba jedna z najlepszych festiwalowych decyzji.

Mam tez cala grupe fimow, ktore bardzo, bardzo mi sie podobaly, polecam goraco i w moim osobitym rankingu zasluzyly na szlachetny, srebrny medal. To:
- Elena, o ktorej piszesz
- francuski "Guilty" - fabularno-dokumentalny o posadzonym o pedofilie francuskim prawniku
- "Habemus Papam", Nanni Morrettiego, ze znakomitymi rolami samego rezysera, Michela Piccoli i super Jerzym Stuhrem!! Od dzis w kinach w Polsce!
- argentynski "Las Acacias" - wzruszajacy, melancholijny film drogi. Zasluzona nagroda!
- amerykanski "Without" - przygnebiajacy i smutny ale jaka gra aktorska !!!
- film dokumentalny film o Annie Politkowskiej "The bitter taste of freedom" - cudowna rezyserka Marina Glodovskaja brala udzial w Q&As
- Herzoga "Into the Abbys"- bardzo intensywny film dokumentalny o zbrodni i karze smierci

Obejrzalam tez filmy, ktore obiektywnie sa dobre, ale nie zrobily na mnie takiego wrazenia jak te wszystkie powyzej. Wcale jednak nie zniechecam, zachecam wrecz:) Naprawde zreczne kino. To tajski "Eternity" o milosci, amerykanski "Martha Marcey May Marlene" pelny napiecia o uciekinierce z sekty, i wloski "Drifters" przyjemny film chociaz o dosyc przygnebaiajcej beztrosce i apatii.

Wreszcie izraelski "Policeman", slabawy i nierowny. Ale nie zaluje, bo bardzo interesuje sie tematyka jaka ten film poruszal (napiecia, problemy w spoleczenstwie izraelskim) i ciekawa byla rozmowa z rezyserem i producentem po seansie.

No i w koncu dwie wielkie tegoroczne porazki, baaardzo slabe filmy! Francuski "Low Life" o buncie wspolczesnej francuskiej mlodziezy. Rezyser chyba wciaz nie wyleczyl sie z nostaligii za 1968 rokiem, chociaz chcial pokazac wspolczesne problemy. Nie wyszlo niestety. Druga porazka to brytyjski "Junkhearts", ktory dostal nawet festiwalowa
nagrode, wieeeeelka pomylka. Bardzo sztuczny, ciezko sie ogladalo i nawet nie wiem jak strescic:)

-
2011/10/29 11:51:16
No no no, kusisz, kusisz.
Zwłaszcza moją uwagę zwróciły "The Sun-Beaten Path", "A Simple Life" i "Elena".
Ciekawe, kiedy w Polsce się pojawią te filmy (T__________T)

Udanego weekendu!^^
-
2011/10/29 12:07:53
No właśnie, ciekawe kiedy do nas zawitają :)
-
2011/10/29 21:12:39
Nie tylko Szwedów i Norwegów - nie zapominajmy też o wielu Duńczykach czy Finach:-) Jeden z moich ulubionych blogów prowadzi zamieszkała w Londynie i pracująca w niezależnej księgarni w Hampstead Finka (absolwentka Creative Writing, BTW - na blogu jest dużo książkach, pisaniu, Londynie, kulturze - całkiem jak u Ciebie:-)), Helena: helenahalme.blogspot.com/
Co do mentalności Skandynawów- rzeczywiście jest sporo podobieństw między nimi a Brytyjczykami co wynika ze wspólnego dziedzictwa protestantyzmu. Są też jednak różnice- całkowicie fundamentalna jest taka, że to są najbardziej egalitarne społeczeństwa na swiecie (z tego względu np. w Finlandii nie ma szkół prywatnych - w ogóle), natomiast jak jest tu - wiadomo:-( Ale liberalizm, tolerancja, brak korupcji - to są wartości wspólne.
-
2011/10/30 16:15:35
@Kinga, wielkie dzięki za Twoje podsumowanie! Bardzo bym chciała, by "Goodbye" trafiło do szerszej dystrybucji, myślę, że są na to szanse. Filmy Morettiego mnie nigdy nie interesują, choć wiem, że dobre. Tematyka też nic a nic mnie nie pociąga. O "Las Acacias" czytałam, że świetny. Z filmami argentyńskimi jest dziwna sprawa, tyle razy już się zawodziłam na różnych, że podchodzę z duuużym dystansem do zachwytów nad nimi, jakoś nie jest nam (mi i filmom arg.) po drodze. "Without" na pewno obejrzę, jak się kiedyś uda. "Eternity" i "MMMM" także.

@Owarinaiyume, Szukamzyjepragne, na razie to pewnie na festiwalach można niektóre z nich zobaczyć, może na Warszawskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym pokazywano albo pokażą w przyszłym roku? Poza tym domyślam się, że część z tych ciekawych filmów nie wejdzie nigdy do kin w Europie. Takie realia, niestety.

@Anno Mario, o Duńczykach wiem tyle co nic, Ty znasz się na tym o wieeele lepiej. O Finlandii celowo nie napisałam, bo po filmie jedna z pań, oburzona, że Trier nazwał Oslo "przedmieściami Europy", wyznała, że jest z Helsinek i to dopiero dla niego muszą być przedmieścia. Nie podobało jej się, że reżyser sportretował klasę średnią i próbowała go przekonać, że w Norwegii też mieszkają biedni ludzie (jakby on o tym nie wiedział). I bez sensu zupełnie wtrącała co chwilę, że w Helsinkach też są biedni mieszkańcy. Trier tłumaczył, że oczywiście, że wie o tym, ale ten film nie jest o całym Oslo ani wszystkich Norwegach, ale pewnym środowisku mieszkańców Oslo, które jest mu szczególnie blisko. Na to kobieta: "No dobrze, ale co z Helsinkami?". Aż ja się zirytowałam, Helsinki są Helsinkami, nie ma potrzeby, by próbować je porównywać z Oslo. Dlatego ja na podobnej zasadzie nie porównywałam ich do Londynu, bo nic o tym nie wiem.
Za link dziękuję, na pewno zajrzę.

Myślę, że masz rację pisząc o mentalności Skandynawów, ale mi chodziło tylko o to konkretne, przedstawione na ekranie środowisko i środowisko, w którym sama się obracam. Między nimi widzę wiele podobieństw - podobny poziom zamożności, podobne problemy, ten sam wiek, podobne spojrzenie na życie. Nie uogólniam na wszystkich Skandynawów, bo nie da się tego zrobić. Ale zainteresowało mnie, jak ci Norwegowie z filmu podobni są w gruncie rzeczy do moich znajomych, którzy są bardzo międzynarodowi...
-
2011/10/31 15:41:38
Chichiro, czytam obie festiwalowe notki ratami, by zapamiętać tytuły. Nie znam ich jeszcze. Mam wielką ochotę poznać Hirokazu Koreedę i jego I Wish. Nie mówiąc już o kolejnym filmie Triera. Reprise był świetny.
Rozumiem, że to jednak odrębna historia? Mimo jakichś koneksji z wydawnictwem...
Dam radę, wcześniej czy później wypatrzę te tytuły. :)
Pozdrawiam!

-
2011/10/31 16:03:19
@Tamaryszku, "Oslo..." to zupełnie odrębna historia, choć można pomyśleć, że opisane środowiska w obu są takie same albo bardzo podobne. Wydawnictwo to przypadek, tak sądzę, bohater w "Oslo" opublikował kiedyś, zanim wpadł w nałóg, kilka dobrych artykułów i teraz stara się o pracę w pewnym czasopiśmie jako asystent redaktora. W "Reprise" napisał książkę, tam było wydawnictwo publikujące książki, tu mamy magazyn.
Powodzenia w poszukiwaniach, pozdrawiam ciepło!