|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Zabierz ze sobą tylko dobre wspomnienia
"Om Mani Padme Hum" słyszę w Kazie, gdziekolwiek pójdę. Buddyjskie mantry są niczym szum wiatru, stanowią nieodłączną część egzystencji. Przed zimą starsi ludzie mają więcej czasu na spacery do kilku okazałych stup (stupa lub czorten to najprostsza budowla sakralna w kształcie stożka) w nowej części miasta, gdzie kręcą młynki modlitewne, mrucząc pod nosem. "Om Mani Padme Hum" znaczy dosłownie "Bądź pozdrowiony, klejnocie w kwiecie lotosu" i jest mantrą boddhisatvy współczucia, Avalokiteśvary. Składa się z sześciu sylab, wymawianie każdej sylaby ma oczyszczać sześć sfer życia ludzkiego w cierpieniu: pychę, zazdrość, pożądanie, uprzedzenie, biedę i nienawiść. Nowa część Kazy na tle gór z jednej strony... ... i z drugiej Mali mieszkańcy Kazy Typowy dom w starej części Kazy Nową część miasta od starej oddziela most. Poza wiecznie trwającą budową cementowych domów w nowym mieście nie dzieje się wiele. Do kolorowego jak lukrowany domek nowego klasztoru poszłam dwa razy, za każdym razem całując klamkę, a raczej kołatkę z uplecionym z barwnych wstążek łańcuchem. Niewiele można było dojrzeć we wnętrzu przez brudne szyby. Wspięłam się jednak na górę ponad klasztorem, gdzie maleńkie kapliczki - hinduistyczna i buddyjska - przycupnięte były niemal obok siebie. Życie mieszkańców toczy się w starej Kazie, zamiera jednak na zimowe miesiące. Część mieszkańców, która w sezonie prowadzi restauracje i pensjonaty, wyjeżdża do Goa, by tam zarabiać na życie. W Kazie zostają tylko ci, których praca nie jest uzależniona od pory roku. Nie mogłam zjeść izraelskiej shakshuki ani wegetariańskich pierożków momo - restauracje zamknięte były na cztery spusty. Do wyboru miałam indyjskie samosy (duże pierogi wypełnione warzywa, smażone w głębokim tłuszczu) i bhaji (smażone w głębokim tłuszczu warzywa), którymi handlował Indus z Pendżabu, oraz mięsne momo. Nadchodzi zima, więc ludzie chętniej jedzą mięso, jak mi powiedziano. Sentyment do Tybetu, w którym nie był chyba nigdy żaden mieszkaniec Kazy, jest tam dobrze widoczny. Na szyldach wypisane są nazwy: "Norbulingka Hotel", "Potala Restaurant", "Lhasa Cafe". Zatrzymałam się w jedynym czynnym pensjonacie, poleconym mi kilka tygodni temu w Shimli, zwanym Maha Bauda, u Angrup i dr. Norbu Gyaltsena (jego imię i nazwisko oznacza "szlachetny klejnot" w jęz. tybetańskim), lekarza medycyny tybetańskiej. Szczęśliwym trafem akurat gdy opowiadałam o moich planach podróży chłopakowi pracującemu w hostelu YMCA w Shimli, w którym się zatrzymałam, obok przechodził Holender, który właśnie spędził w Kazie dwa tygodnie i musiał wracać na niższe rejony z powodu choroby wysokościowej. Przy mnie zadzwonił do Angrup i spytał, czy mogę za ok. dwa tygodnie przenocować u niej. Nie było problemu i dwa tygodnie potem dostałam najlepszy pokój w całych Himalajach, z widokiem na góry, z porządnymi kołdrami, kocami, a w łazience (prawdziwej łazience! - choć toaleta tu też była osobno, na podwórzu i stanowiła ją dziura w ziemi) - wielkimi wiadrami ciepłej wody. Nowy klasztor buddyjski w Kazie Kolorowe stupy/czorteny przed klasztorem Co rano schodziłam na śniadanie do pokoju dziennego połączonego z kuchnią. W piecyku już palił się ogień, piętnastoletni (a może czternastoletni, on sam nie wie dokładnie, ile ma lat) służący z Biharu przygotowywał śniadanie, a Angrup i dr. Norbu wykonywali proste ćwiczenia oddechowe i rozciągające. Oboje po czterdziestce, mieli dwie córki, studiujące w Chandigarh. W telewizji leciały wiadomości, ale nie interesowały mnie zbytnio delhijskie skandale polityczne czy wyniki ostatnich meczów krykieta. Przyglądałam się zdjęciom, rozstawionym na regale. Angrup w imponującym, srebrnym nakryciu głowy na własnym ślubie; córki wystrojone do rodzinnej fotografii u profesjonalnego fotografa; Dalai Lama i młody dr. Norbu, zanim został doktorem. Dr. Norbu, teraz w okularach na nosie, z zamkniętymi oczami siedział po turecku i wdychał i wydychał rytmicznie powietrze, skoncentrowany na ćwiczeniu całym sobą. Na zdjęciu sprzed dwudziestu lat uśmiechał się do aparatu, podobnie jak stojący obok XIV Dalai Lama, który osobiście opłacił mu studia. Wydatek nie poszedł na marne. Z trzech stypendystów, którym studia ufundował Dalai Lama, tylko dr. Norbu wytrwał do końca. Obecnie jest najbardziej szanowanym lekarzem w okolicy. Całe lato zbiera zioła na okolicznych wzgórzach, z których wykonuje tabletki i różnorakie herbatki lecznicze. Codziennie przychodzą do niego pacjenci, którym doktor po dokładnych badaniach przepisuje odpowiednią kurację. Nie pobiera za konsultacje żadnych opłat, płacić trzeba tylko za pigułki. W tradycyjnej medycynie tybetańskiej, jak się dowiedziałam, podstawą jest badanie pulsu - w nim kryją się tajemnice o stanie zdrowia każdej osoby. Najdłużej podobno trwa zdobycie umiejętności odpowiedniego diagnozowania choroby po rodzaju pulsu. Zapytałam doktora, z jakimi problemami ludzie przychodzą do niego najczęściej. Okazało się, że olbrzymia większość mieszkańców Kazy i okolicznych wiosek cierpi na dolegliwości trawienne, przede wszystkim zimą. Zimą ludzie niewiele się ruszają, ich dieta jest monotonna i uboga w składniki odżywcze, warzywa ograniczone są dla wielu do ziemniaków, groszku i rzepy. Spożywa się za dużo ciężkich produktów mącznych, w dodatku pije się więcej słodkich lub słonych herbat zamiast gorącej wody i herbatek ziołowych. Jest czas na rozkwit życia towarzyskiego, podczas którego strumieniami leje się domowej roboty chang, silny alkohol jęczmienny. Na takich wysokościach (ok. 4000m n.p.m.) szybko uderza ludziom do głów, a cierpi na tym wątroba. Wiele starszych osób zgłasza się też z bólami reumatycznymi i artretyzmem - zimowe wychładzanie ciała i ciężka, wieloletnia praca fizyczna robią swoje. Od lewej: siostra Angrup, Angrup i jej mąż, dr. Norbu Sklep muzyczny w Kazie - każda płyta była piracką kopią Fragmenty ilustrowanej mapy Tybetu, jaka wisiała u Angrup w pensjonacie - zwróćcie uwagę na yeti na zdjęciu poniżej :) U państwa Gyaltsen czułam, że dbają o mnie jak rodzice. U nich jadłam śniadanie i kolację, oglądałam telewizję, rozmawiałam z doktorem o buddyzmie. Jedynie u nich widziałam książki na półkach, wszystkie dotyczące medycyny tybetańskiej lub nauk buddyjskich. Opowiadałam o swych wątpliwościach związanych z wiarą buddyjską i mogłam liczyć na zrozumienie. Angrup pokazywała mi smsy, jakie dostaje od córek, z cytatami z książek pisanych przez Dalai Lamę - w Indiach można zasubskrybować "myśl dnia", w zależności od religii jest to cytat z Koranu, Biblii, świętej księgi Sikhów czy też sutr buddyjskich lub nauk Dalai Lamy. Pytałam ich o tożsamość indyjską i telewizję, w której nie widziałam zupełnie, by obywatele różnych stanów indyjskich byli reprezentowani. Wszędzie w filmach czy reklamach pokazywany jest jeden typ Indusa - pochodzący z klasy średniej, o raczej jasnej karnacji, mówiący po angielsku, korzystający ze wszystkich możliwych gadżetów elektronicznych, myślący o ubezpieczeniu na życie i kredycie na dom. Dbający o świetlistość cery, brak odparzeń na pupie u swych dzieci i jednyne słuszne (czyt. kosztowne) prezenty dla swej żony (reklamom biżuterii nie ma końca). "Dla nas to bajka" - śmiała się Angrup, gdy zapytałam ją, czy ma wrażenie, że te reklamy są skierowane do niej. Mieszkańcy Kazy, jakby nie było największego miasta w dolinie Spiti, liczącego ponad 3 tysiące mieszkańców, nie mogą nawet poprosić sklepikarza, by sprowadził dla nich krem, który widzą w reklamach. W sklepie dostępne są kremy firmy Pond's (nawet nie indyjskiej marki Himalaya, o ironio!), proszek do prania jednej firmy, szamponów są trzy rodzaje. Pomysł o białych pieluszkach jednorazowych jest abstrakcyjny w wioskach, w których dzieci nawet majtek nie noszą. "Czujemy, że przynależymy do Indii wyłącznie jeśli chodzi o politykę i gospodarkę. Kulturowo jesteśmy związani z Tybetem" - powiedział dr. Norbu. Pytałam go o Tybet jeszcze wielokrotnie. W sklepie Angrup, którego jest właścicielką i w którym sprzedaje przez całe dnie (prowadzenie pensjonatu to działalność dodatkowa, właściwie ograniczona do miesięcy letnich) można dostać wszystko - najlepsze wełniane skarpety, t-shirty, chustki na głowę, kadzidła, rękawiczki, suszone owoce, kubki z napisem "Free Tibet", mosiężne figurki Buddy i mnóstwo innych produktów. "Nie mógłbym pojechać do Tybetu, nawet gdybym chciał" - powiedział mi dr. Norbu. - "Zbyt aktywnie angażujemy się w sprawę tybetańską. Nie dostałbym wizy na podróż tam". Czy dr. Norbu uważa, że Tybet będzie wkrótce wolny? "Nie sądzę. Dalai Lama wielokrotnie mówił, że Tybetańczycy muszą nauczyć się żyć z Chińczykami. To nie jest łatwe, ale samospaleniami nie osiągnie się wiele i sam Dalai Lama nie popiera takich czynów" - opowiadał. Krajobraz między Kazą a Demul Demul, a w tle ośnieżony szczyt Shilla Planowałam zostać u państwa Gyaltsen na jedną, może dwie noce, zostałam na trzy. W niedzielę wybrałam się z nimi do wioski Demul, położonej zaledwie 28 kilometrów od Kazy na wys. 4357m. To ostatnia wizyta u rodziny i przyjaciół przed kwietniem. Silne wiatry wskazywały, że lada dzień spadnie śnieg i odetnie Demul od reszty świata na kilka najbliższych miesięcy - woda w wiejskim strumiebiu już zamarzła. Droga pięła się wśród gór i skał, zdawało mi się, że za następnym zakrętem musi już być cel naszej podróży, a jednak jechaliśmy wciąż wyżej i wyżej. Wreszcie moim oczom ukazało się skupisko domków, jakby rzuconych pośródku beżowego, skalistego dywanu. W tle królował ośnieżony szczyt Shilla, najwyższy szczyt w Himachal Pradesh, sięgający 7025m n.p.m. Zostawiliśmy samochód tuż przy czortenie przy wjeździe do wioski - dalej droga nie prowadziła. Pierwszy dom po lewej należał do rodziców Angrup. "Moi rodzice są bardzo biedni" - wyjaśniła mi wspinając się po ścieżce. "Czy cokolwiek zmieniło się w domu odkąd byłaś mała?" - spytałam ją. "Nic a nic" - odparła. - "Przybył telewizor, nowe dywany, ale poza tym wszystko jest tak jak było 40 lat temu". Na pierwszym planie mama Angrup, w tle - Tsering z synkiem Mama Angrup nosiła się na różowo w dniu naszej wizyty. Bruzdy na twarzy mówiły, że nigdy nie pomyślała o ochronie przeciwsłonecznej, braki w uzębieniu dawały jasno do zrozumienia, że dentysta jest daleko. Ale grube czarne włosy budziły mój podziw - zauważyłam, że kobiety w Himachal Pradesh albo siwieją bardzo późno albo wcale. Zarówno ona jak i jej mąż nie mówili po angielsku. Mieszkała z nimi Tsering, śliczna dwudziestotrzyletnia żona ich syna, wraz z dwuletnim synkiem. Mąż Tsering pracował w wojsku i do domu miał wrócić dopiero w kwietniu. Po szybkim przywitaniu się usiedliśmy przy stole i nadeszła pora na pierwszą szklankę herbaty po cha (z masłem jaka i solą). Pod koniec dnia nie byłam w stanie ich już zliczyć. Zjedliśmy aloo paranthę, ciepły placek z ziemniakami. Synek Tsering marudził wyjadając krem z ciastek, które Angrup przywiozła siostrzeńcowi. Dr. Norbu filmował go swoim telefonem, robił zdjęcia, pokazywał chłopcu teledyski muzyczne lokalnych zespołów. Tsering tylko się uśmiechała, błyskając równymi rzędami śnieżnobiałych zębów. Nie spodziewałam się, że mówi po angielsku. Po godzinie Angrup i dr. Norbu postanowili pójść do przyjaciół i dalszych członków rodziny. Poszłam z nimi do jednej ciotki, wypiłam kolejną szklankę herbaty, po czym rozdzieliśmy się, Ja wybrałam się na spacer do wsi, oni - na pielgrzymkę do kolejnych domostw. Domostwa w Demul Nowy klasztor w Demul Chwilami miałam wrażenie, że jestem na pustyni, w środku burzy piaskowej. Piach czułam na twarzy, na ustach, na szalu, którym starałam się szczelnie przykryć dolną część twarzy i włosy. Nic dziwnego, że uliczki były niemal puste. Osiołki wylegiwały się w słońcu, nawet nie udawały, że płoszy je moja obecność. Co jakiś czas starowinka przemykała między jednym domem a drugim. Na podwórzach niektórych domostw kobiety robiły pranie, pozdrawiały mnie z uśmiechem. Przed szkołą trzech chłopców grało w krykieta, nie zważając na wiatr. Chętnie pozowali do zdjęć. Nieopodal bawiły się dziewczynki, nawet nie musiałam ich pytać o zdjęcie, same mnie o nie prosiły. Ich ojcowie, remontujący wychodek jednego z domów śmiali się, machając do mnie wesoło. Demul jest jeszcze bardziej tradycyjny niż pozostałe wioski na autobusowym szlaku we wschodnim Himachal Pradesh. Do tej wsi nie dojeżdżają autobusy, zaledwie kilku mieszkańców ma samochody. Jeśli podróżny zechce odwiedzić tę wieś, musi wynająć taksówkę lub iść wiele kilometrów pod górę, co zajmuje praktycznie cały dzień. Mieszka tu ok. 330 osób w 53 domach. Jest jeden amchi, lokalny lekarz, i jedna ayurwedyczna apteka. Wszyscy należą do buddyjskiej szkoły Sakja, która twierdzi, że jako jedyna wyznaje oryginalne i niezmienione przez lata podejście do nauk o pustości i naturze Buddy (tak mówi wikipedia, przyznam, że nikt, kogo pytałam, nie mógł mi wyjaśnić, czym szkoła Sakja różni się od innych). Do zwiedzania we wsi nie ma nic. Jest stary klasztor, nie różniący się niczym od sąsiednich domów, i klasztor nowy, mały budynek, świeżo pobielony. Na płaskich dachach domów rozstawione są panele słoneczne - w rejonie, w którym słońce świeci niemal bez przerwy to bezcenne źródło energii. Równiutko ułożone są kopy siana, mające starczyć zwierzętom na całą zimę. Piaskową, dość jednolitą panoramę gór ubarwiają kolorowe flagi buddyjskie, niosące wypisane na nich modlitwy w przestworza. Tsering z synkiem Zziębnięta wróciłam do domu. Przy kuchence stała Tsering, jej synek smacznie spał na łóżku, jedynym w izbie, które stało na podwyższeniu. Wnękę, w której ono się znajdowało, można było zakryć załonką - ważny element, gdy śpi się z mężem w tym samym pokoju co jego rodzice. Tsering zaproponowała mi herbatę i z przyjemnością zorientowałam się, że jej angielski jest bardzo dobry. Popijałam gorącą po cha, a Tsering założyła gumowe rękawice (sic!) i zabrała się za pranie. Odmówiła, gdy spytałam, czy jej pomóc. Zaczęłyśmy rozmawiać. Jej małżeństwo zostało zaaranżowane trzy lata temu, gdy Tsering miała 20 lat. Jej rodzice znali rodziców jej męża, ona nie widziała go przed ślubem. Mieszkała z rodzicami w wiosce Comic, która położona na wys. 4500m n.p.m. jest najwyższą, stale zamieszkałą, wioską na świecie. Na wieść o planowanym ślubie wpadła w depresję, przestała jeść, wciąż płakała i chodziła markotna. Jednak dzieci wychowywane są w posłuszeństwie dla rodziców i Tsering musiała wyjść za mąż. Smutno jej było opuszczać rodzinną wieś, siedmioro rodzeństwa, rodziców, wszystkie szkolne przyjaciółki i przenieść się do wsi, w której nikogo nie znała. Bała się także nocy poślubnej, nikt jej nie wtajemniczył w sprawy o charakterze seksualnym. Zaraz po ślubie do Demul przyjechała z nią przyjaciółka, która była już mężatką. Spędziły razem sześć dni, a w tym czasie przyjaciółka tłumaczyła jej, na czym polega pożycie małżeńskie. Dopiero potem miała miejsce pierwsza noc poślubna. Nie była ona udana, ale Tsering wyznała z ulgą, że potem było coraz lepiej. Dziś, jak mówi, jest szczęśliwą mężatką i tęskni za mężem, gdy nie ma go długo w domu. Narzeka tylko na dojmującą nudę. "Cały czas siedzę tu z teściami, osiem godzin dziennie tkam zimą dywany - jeden dywan robi się w miesiąc - i nawet nie bardzo mam o czym z nimi rozmawiać. To prości ludzie. Moje życie jest strasznie nudne" - powiedziała z przejmującą szczerością. - "Perspektywa zimy przeraża mnie. Gdybym chociaż miała wokół siebie przyjaciółki, wtedy czas szybciej płynie, ale tak?". Tsering marzy o wyjeździe do dużego miasta i pracy, jakiejkolwiek, byleby być wśród ludzi, czuć, że żyje. Widziałam w niej potencjał, błysk w oczach i rozumiałam, jak wiejskie życie nie jest stworzone dla niej. Przeszłyśmy do opowieści o jej synku. Tsering urodziła go w szpitalu w Kazie, większość kobiet rodzi w szpitalu, ale zdarza się naturalnie, że nie każda kobieta zdąży do szpitala na czas, zwłaszcza, gdy w pobliżu nie ma samochodu, a dojazd do miasta zajmuje ponad pół godziny. Poród był bardzo ciężki i Tsering nie wspomina go dobrze; chociaż dostała znieczulenie, odczuwała ból. Rząd indyjski daje "becikowe" 700 rupii na pierwsze i drugie dziecko, za kolejne nie dostaje się wsparcia finansowego. Zresztą 700 rupii nie starcza na wiele, to zaledwie ok. 50 zł. Zapytałam ją, czy chciałaby mieć więcej dzieci - marzenie większości kobiet. "Zdecydowanie nie" - odrzekła stanowczo. - "Rozważałabym drugie dziecko jedynie, gdyby ktoś mi zagwarantował, że poród będzie bezbolesny i że urodzę dziewczynkę. A przecież takiej gwarancji nikt mi nie może dać". Trzeba więc stosować antykoncepcję. Najpowszechniejszą i najtańszą metodą w tym rejonie jest sterylizacja - stosowana przez kobiety, gdy nie planuje się więcej dzieci, lub mężczyzn, gdy może jeszcze kiedyś para zdecyduje się na dziecko. Chciałam porozmawiać z nią dłużej, w głowie kłębiło mi się mnóstwo pytań, a widziałam, że Tsering chętnie spędziłaby ze mną więcej czasu. Do izby weszli jednak jej teściowie wraz z Angrup i dr. Norbu i o dalszej, szczerej rozmowie nie mogło być mowy. Myślałam o tym, co opowiedział kiedyś na spotkaniu Colin Thubron. O wiele łatwiej zwierzyć się przyjezdnej osobie, wyżalić, opowiedzieć o sobie. Wie się, że ta osoba nie będzie oceniać ani rozsiewać plotek. A czasem potrzeba przecież zrzucić z siebie ciężar, powiedzieć szczerze, co się myśli, zamiast dusić wszystko w sobie. W drodze powrotnej widzieliśmy na skałach wilka tybetańskiego, przypominał owczarka niemieckiego. Słońce zachodziło za górami, barwiąc je na pomarańcz. Zatrzymaliśmy się w wiosce Lahlung u kolejnej przyjaciółki Angrup - w zamian za suszone jabłka państwo Gyaltsen dostali pięć worków jęczmienia. Będzie na tsampę, podstawę diety tybetańskiej zimą, czyli prażoną mąkę zmieszaną z tybetańską herbatą po cha, którą je się palcami. Niektórzy Tybetańczy całą zimę odżywiają się niemal wyłącznie tym. Wracaliśmy do domu w ciszy i ciemności. Myślałam o haśle, przeczytanym na zardzewiałej tablicy w Demul: "Nie zostawiaj śmieci, zabierz ze sobą tylko dobre wspomnienia". Wspomnienie Tsering, jej determinacji w kształtowaniu własnego losu, a jednocześnie wpojonej potrzebie posłuszeństwa noszę ze sobą do dziś. Odnoszę wrażenie, że surowe warunki kształtują w himalajskich wsiach silne kobiety, życzę jej z całego serca, by jej mąż dostrzegł tkwiący w niej potencjał i energię, która ja rozpiera. Czy to tak wiele - chcieć się rozwijać? czwartek, 16 lutego 2012, chihiro2
TrackBack
Komentarze
duo.na
2012/02/16 15:02:17
Wzruszajaca opowiesc o dziewczynach jakich wiele. Zamyslilam sie, ile podobnych historii slyszalam:)
2012/02/16 15:06:18
@Duo.na, prawda? Mnóstwo takich dziewczyn chodzi po świecie, niektóre żyją wokół nas - z potencjałem, który nie ma szans rozkwitnąć.
2012/02/16 15:40:14
Kolejne fascynujące kartki z dziennika podróży:-) I cudowne zdjęcia. Dziękuję za przybliżenie mi tych regionów, ja tam raczej nigdy nie dotrę (nie ukrywam, że dziury w ziemi w roli toalety skutecznie mnie zniechęcają;-)).
I taka refleksja - tu, w kraju z "Pierwszego" Świata, wśród zamożnych przedstawicieli klasy średniej, sterylizacja mężczyzn jest także niezwykle popularnym sposobem antykoncepcji, niemal wszyscy z naszego kręgu znajomych, którzy mają już 2 lub 3 dzieci, przeszli wasektomię (znam tylko jedną kobitę, która się poddała sterylizacji, od razu po drugim porodzie). Co przy okazji też podkreśla, jak zacofana jest polska pseudodemokracja i jak Pl łamie reproduktywne prawa człowieka, bo to skandal, by dorośli, w pełni poczytalni ludzie nie mogli się poddawać sterylizacji i musieli jechać w tym celu za granicę lub prosić lekarzy, by to robili po kryjomu. 2012/02/16 15:55:24
Szkoda tej Tsering, śliczna dziewczyna. Ciekawe, czy uda jej się coś zmienić w swoim życiu, ale tego pewnie się nie dowiemy. Ten obowiązek posłuszeństwa ciąży nad Hindusami jak jakieś fatum. Niesamowite jak łatwo gotowi są zrezygnować z własnych marzeń i planów, aby spełnić swój synowski/córczyny (jak utworzyć przymiotnik od córki?) obowiązek wobec rodziców. Dziewczyna u mnie w pracy chciała skończyć studia (jeszcze nie ma licencjata), ale nagle znalazł się odpowiedni kandydat na męża i w listopadzie już nie egzaminy będą jej w głowie, a przeprowadzka do Gudżaratu... A podobnych historii znam więcej.
P.S. Ach, więc "biały człowiek" był Holendrem, jakoś mi to umknęło ;) 2012/02/16 17:18:40
@Anno Mario, te dziury w ziemi nie są takie złe, wygodnie się z nich korzysta, a w tamtych rejinach toalety są bardzo czyste (i niektóre mają ceramiczną obudowę, tak jak muszla klozetowa, ale w ziemi). Ale generalnie w Indiach są fatalne toalety, zwłaszcza w dużych miastach. Mnie jednak w swoim życiu najbardziej zaskoczył poziom toalet w Paryżu - zdarzały się w knajpkach dziury w ziemi (!) i fetor taki, że myślałam, że zemdleję. W Grecji w wielu miejsach też są dziury w ziemi i o ile w Indiach nie oczekuję luksusów, to Francja i Grecja mnie szokowały czasem.
Masz rację co do wasektomii - wydaje mi się to dla świadomych par, które nie planują dzieci, najlepszym rozwiązaniem antykoncepcyjnym. I też jestem zaskoczona, jak bardzo polski rząd ingeruje w życie swoich obywateli. To jeden z wielu przykładów na to, jak wiele Kościół ma do powiedzenia w pozornie świeckim kraju. @Lilithin, szkoda, szkoda :( Ja mam czasem wrażenie, że niektórzy Indusi nie mają własnych marzeń i planów, wolą, by decydowała za nich rodzina. Swoje plany zaś dostosowują do pragnień innych. Mnie zaskakuje, jak bardzo rodzice są gotowi realizować swoje marzenia względem dzieci, zupełnie nie biorąc ich zdania pod uwagę. Który rodzic chce unieszczęśliwić własne dziecko? A w Indiach takich rodziców jest na pęczki. PS. "Biały człowiek" zdradził mi swoje pochodzenie dopiero przy śniadaniu, spotkałam go przypadkiem w tej niezwykłej jadalni, gdy szybko połykałam musli przed wyjściem na stację :) 2012/02/16 18:02:38
Z takimi toaletami zetknęłam się też na Białorusi, brr. Akurat wczoraj byłąm na bardzo ciekawym wykładzie o Dickensie, gdzie była mowa m. in. o tym, jak był zaangażowany w poprawę warunków sanitarnych w Londynie (jego brat był też inżynierem sanitarnym). Co do Indii - zawsze mnie uderza, że mocarstwo nuklearne, któremu nie brakuje wykształconych ludzi, wciąż jest tak zacofane pod tym względem - przecież wiadomo, że brak kanalizacji w Trzecim Świecie to jedna z głównych przyczyn wysokiej śmiertelności dzieci. No ale to jest silnie związane z kastowością i tym, jak bardzo podzielone jest to społeczeństwo, o czym często piszesz.
2012/02/16 20:12:03
@Anno Mario, to dobra okazja, by sypnąć informacjami o zatrważającej sytuacji z toaletami w Indiach - wyrwałam nawet miniartykuł na ten temat z indyjskiego tygodnika "The Week". 65% Indusów nie ma dostępu do toalety, załatwiając swoje potrzeby na polach, torach kolejowych i w opuszczonych budynkach w trakcie budowy. Jest to ok. 665 mln obywateli!!! Liczby dotyczące innych krajów są o wiele niższe, nawet w Chinach, gdzie mieszka więcej osób, dostępu do toalety nie ma jedynie 37mln osób. To osiemnaście razy mniej osób. Procentowo tylko w Etiopii więcej osób nie ma dostępu do toalety (52mln osób na populację ok. 82mln). Codziennie w Indiach umiera ok. 1000 dzieci z powodu biegunki i chorób przewodu pokarmowego (sama widziałam setki dzieci wypróżniające się na torach lub przy drodze - wszystkie miały biegunkę - bardzo to przykry widok). W artykule jest napisane, że Indie mają o wiele większy budżet na poprawę warunków sanitarnych niż Pakistan (gdzie 1/3 obywateli nie ma dostępu do toalet), Chiny, Brazylia i Nigeria, a jednak efekty dążenia do poprawy tych warunkach są minimalne. Obawiam się, że pieniądze w tym kraju, który jest w czołówce najbardziej skorumpowanych państw świata, trafiają do czyjejś kieszeni.
2012/02/16 21:36:24
Bardzo wzruszająca i ciekawie opowiedziana historia. I faktycznie, jak przedmówczynie, spotkałam też w życiu takie dziewczyny, pozbawione możliwości spełnienia jakichkolwiek marzeń. Mam nadzieję, że uda jej się znaleźć przyjaciółki w miejscu, gdzie mieszka, tak chociaż tyle na początek... Świetny wpis, jak zawsze, i mnie akurat bardzo zachęca do wyprawy w tamte rejony!
2012/02/17 09:28:43
Od dawna czytam Twojego bloga, rzadko piszę. Choć to nic nie znaczy :)
Pięknie opisana historia... Czytałam wiele reportaży, książek podróżniczych o tamtych rejonach. Zawsze dobijająca jest sytuacja kobiet... choć z drugiej strony, one często nie znają innego życia, niż te które prowadzą. 2012/02/17 10:53:15
Wzruszyła mnie ta życiowa opowieść Tsering i bardzo współczuję jej tego znudzenia himalajskim życiem. Bywa i tak, że to, co jednym jawi się niczym oszałamiająca, przepiękna bajka, dla niektórych stanowić może swoiste więzienie i źródło nieszczęścia. To smutne i zdarza się pewnie wszędzie...
Twoje zdjęcia są hipnotyzujące! Om Mani Padme Hum! 2012/02/17 12:23:59
@Padmo, obawiam się, że w takich wsiach liczy się bardzo staż przyjaźni, dwa lata znajomości to pestka, ale jeśli ktoś widział, jak dorastałaś, chodził z Tobą do szkoły, to można tę osobę nazwać przyjacielem. Ale może się mylę. W innej wsi, w Dhankarze, spałam w domu Raangyula i na imprezie jeden z młodych mężczyzn zapytał mnie, gdzie mieszkam we wsi. Gdy mu powiedziałam, odparł: "Raangyul to mój najlepszy przyjaciel. Właściwie jedyny, jakiego mam". Więc nie jest tak, że każdy, kogo znasz, jest przyjacielem...
Tsering ma młodszą siostrzenicę, ale dziewczyna ma 16 lat, to za mało, by czuć się z nią tak swobodnie jak ze swoimi przyjaciółkami z rodzinnej wsi. No i to dziewczyna z rodziny męża, więc jakby po drugiej stronie barykady... @Gusiook, bardzo mi miło, że czytasz mojego bloga, nawet jeśli rzadko komentujesz :) W Indiach generalnie sytuacja kobiet jest zła, ale są rejony, gdzie jest ona lepsza niż w innych. Do tych lepszych z pewnością należy Kerala na południu i właśnie rejony zamieszkałe przez buddystów - miałam wrażenie, że tam kobietom jest naprawdę lepiej (Tsering też narzeka tylko na nudę, teściowie jej nie biją, ma coś do powiedzenia w kwestii dzieci, , ma dach nad głową i nie chodzi głodna, w dodatku mieszka wśród pięknych gór, a nie w brzydkim, cuchnącym, zanieczyszczonym mieście). @Ka.bu.ki, naprawdę ta opowieść jest taka wzruszająca? Nie wiedziałam, ale większość pisze o wzruszeniu... Wszystko jest względne, przykład Tsering to pokazuje. Pewnie jej teściowie nie zrozumieliby jej - jak to, nudzi się? Przecież ma tak dobrze, nie musi pracować. Dziękuję za komplement dot. zdjęć :) 2012/02/29 21:57:59
Wow, zdjęcia na Twoim blogu są fantastyczne! No i te świetne opisy :) dopiero zaczynam zagłębiać się w ten blog :) na pewno spędzę tu trochę czasu :)
2012/02/29 22:12:22
@Lusin, dziękuję bardzo :) Zawsze staram się dużo rozmawiać z ludźmi i zapisywać ich historie. Zapraszam do lektury innych tekstów, nie tylko o Indiach :)
|