visit tracker on tumblr

Blog > Komentarze do wpisu
Powtórka z rozrywki - "Moonrise Kingdom", reż. Wes Anderson, 2012

Najnowszy film Wesa Andersona pt. "Moonrise Kingdom" jest jedną z najlepszych historii miłosnych, jakie dane mi było oglądać na ekranie. Okraszona andersenowskim poczuciem humoru, które tak uwielbiam, sprawiła, że dwie godziny w kinie minęły błyskawicznie. A jakie to było kino, fiu fiu! Ale to inna historia...

Miłość dwunastolatków potraktowana została tak poważnie jak na to zasługuje, choć nie przez wszystkich dorosłych bohaterów. Fikcyjna wyspa, na której dzieje się akcja (a akcji jest tu dużo!), dołączyła do kolekcji magicznych miejsc, jakie reżyser wybiera dla swych opowieści. Mieliśmy już łódź podwodną w "The Life Aquatic with Steve Zissou", pociąg indyjski w "The Darjeeling Limited", dom rodziny Tenenbaumów w "The Royal Tenenbaums" (chyba mój ulubiony film Andersona), las w "Fantastic Mr. Fox" i szkołę w "Rushmore". Podobnie jak podczas oglądania innych filmów pragnęłam gorąco przynależeć do świata bohaterów, być częścią ich rzeczywistości. 

Bohaterka "Moonrise Kingdom", Suzy Bishop, przypominała mi mnie kiedyś - nie z wyglądu bynajmniej, ale z charakteru. Uparta, niezależna, jak już sobie coś ubzdurała, to trudno było ją odwieść od tego planu. Uwielbiająca czytać na głos. A do tego skryta. O jej miłości do skauta Sama Shakusky'ego nie wiedział nikt, korespondencja między nimi strzeżona była pilnie przez długonogą dziewczynkę. Ich ucieczka, by wreszcie żyć razem, jest spektakularna. W filmach Andersona jak zwykle cudne są detale: słodkie sukienki Suzy z lat 60., torebki, walizeczki, mapy, lornetki, okładki nieistniejących książek, domek na drzewie, scenki rodzajowe z posiadłości jej rodziców, w których każdy domownik znajduje się w innym pomieszczeniu i zajmuje czym innym. Zawsze sposób pokazywania otoczenia bohaterów Andersona kojarzy mi się z rozkładanymi książkami, jakie miałam w dzieciństwie, szczególnie takimi, które przedstawiały rozkład kilkupiętrowych domów i mnóstwa pokoików. Coś jak domek dla lalek, tak jak obóz skautów jest jak gra w żołnierzyki. Uczta dla oczu.

Uczta też dla uszu, bo muzyka jest, jak w innych filmach Amerykanina, niezmiernie dopracowana. Wielbiciele tropienia powtarzających się we wszystkich jego filmach motywów dostają tort z wisienką. Nieszczęśliwe, nieprzystające do reszty dzieci, emocjonalnie zdystansowani rodzice żyjący we własnym świecie, przyjaźń równie silna jak miłość (a bywa, że silniejsza), bratnia dusza w przynajmniej jednym dorosłym bohaterze, który rozumie rozterki i problemy dziecka i wiele, wiele innych. Mało jest reżyserów takich jak Anderson, który potrafiłby eksploatować wciąż ten sam świat, przedstawiać swój bardzo intymny sposób postrzegania rzeczywistości, a przy tym kręcić tak pasjonujące, urzekające i porywające filmy. Czuję się od nich uzależniona i już nie mogę doczekać się następnego - choć pewnie przyjdzie mi trochę poczekać. 

czwartek, 28 czerwca 2012, chihiro2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/07/05 21:23:52
Chihiro, mnie również zachwyciły wizualna i muzyczna oprawa filmu (brawa dla francuskiego kompozytora Alexandra Desplata), ale fabuła nie zrobiła na mnie niestety dużego wrażenia. Odniosłam wrażenie, że Moonrise Kingdom, choć bardzo inteligentny i błyskotliwy, pozostaje jednak filmem dla dzieci i trochę filmem o niczym. Pierwszorzędna rozrywka, ale szukający w kinie czegoś więcej niż rozrywki (przy czym nie mówię oczywiście, że Ty do tych szukających nie należysz :) ) mogą wyjść z projekcji zawiedzeni.
-
2012/07/05 21:39:00
@Katasiu, dziękuję za komentarz! (a już myślałam, że ta notka stanie się drugą na tym blogu bez żadnego komentarza)
Hmm, ja też nie uważam, by fabuła była powalająca ani szczególnie wyszukana. Ale nie oglądam filmów Andersona dla nowatorskiej fabuły, a właśnie dla rozrywki - dlatego też zatytułowałam nawet notkę "Powtórka z rozrywki". Z jego filmami jest trochę tak w moim przypadku jaki kiedyś było z książkami Agathy Christie. Dokładnie wiem, czego się spodziewać, dostaję po troszku wszystkiego, co znam, nic mnie nie zaskoczy, ale jakże przyjemnie się ogląda (czytało). Tę andersonowatość i christieowatość cenię najbardziej (w przypadku Christie powinnam pisać w czasie przeszłym, bo od kilkunastu lat nic jej nie czytałam, ale kiedyś pochłonęłam 70 kilka jej książek). I myślę, że Andersona cenią najbardziej ci, którzy szukają ciągłości między jego filmami, którzy nie postrzegają ich jako osobne byty (bo wtedy się zawiodą), ale jako część całości jego twórczości. I tu nasuwa mi się skojarzenie z Woodym Allenem, którego poszczególne filmy też często nieco rozczarowują, ale całość jest przyjemna (choć dla mnie "Matchpoint" akurat jest doskonały sam w sobie).