visit tracker on tumblr

Blog > Komentarze do wpisu
Chiny w oparach alkoholu: "Kraina wódki" - Mo Yan

Przy lekturze powieści Mo Yana "Kraina wódki" albo trzeba się wspomagać kolejnymi kieliszkami mocnego alkoholu, albo nabiera się doń tak silnego wstrętu, że przełknięcie choćby kropli wydaje się wyczynem ponad siły. Ja wybrałam, przekornie, złoty środek - niekiedy osładzałam sobie lekturę słodkim umeshu, śliwkowym likierem, ale nie silną wódką. A do opisów orgii alkoholowych i ich konsekwencji starałam się dystansować, nie pozwalając wyobraźni działać zbyt silnie. Obrazy kreślone przez autora są aż nadto malownicze.

"Kraina wódki" jest powieścią o skomplikowanej i - w porównaniu z typową kontrukcją powieści zachodniej - szczególnej strukturze. W Chinach w ogóle nie ma tradycji powieści. Powieść rozkwitła tam na dobre dość późno (mimo że pierwsze dzieła w tym gatunku powstały kilka stuleci wcześniej niż w Europie) i przez wieleset lat uchodziła za gatunek pośledni, stojący zdecydowanie niżej w hierarchii niż poezja czy esej. Niemal każdy rozdział składa się z warstwy fabularnej, która opowiada o przygodach śledczego Dinga Gou'era, wysłanego do Alkoholandii w celu zbadania problemu zjadania przez miejscowych oficjeli wyśmienicie przyrządzonych ciał małych chłopców na wystawnych ucztach. Oprócz tego w każdym rozdziale znajduje się dialog epistolarny między doktorantem alkohologii i pisarzem Li Yidou a znanym pisarzem "Mo Yanem". Rozdziały kończą kolejne opowiadania autorstwa Li Yidou, których akcja rozgrywa się w Alkoholandii i nawiązuje często do kwestii kanibalizmu. 

Alkohol leje się strumieniami, a im więcej kieliszków znika w brzuchu śledczego, tym gorzej dzieje się w państwie alkoholowym. Staczanie się w dół następuje szybko i nie ma od niego ucieczki. Alkohol, ta "boska ciecz", to "słońce, powietrze krew", to "muzyka, malarstwo, balet, poezja" niesie zgubę, a każda butelka jest niczym puszka Pandory. Wystarczy poczuć zapach alkoholu, a człowiek staje się jego niewolnikiem i dokonuje czynów, do których nie myślał, że może być zdolny. Alkoholandia jest mityczną krainą, porównuje się ją do Macondo stworzonego przez Márqueza czy Yoknapatawpha Faulknera, zresztą w tekście są wyraźne odniesienia do obu pisarzy. Mnie bardziej kojarzyła się z tytułowym Mikropolis, tajemniczym miasteczkiem z kilkoma ulicami na krzyż, wykreowanym przez Wojdę i Gawronkiewicza. Ośla Uliczka, na której mieści się dziewięćdziesiąt hoteli i restauracji, serwujących dania z ośliny, gdzie "dniem i nocą przechadzają się ośle cienie, gdzie każdy kamień nasiąkł oślą krwią, ośli duch płynie w sokach każdej rośliny, w każdym klozecie rozkwitają dusze osłów, a każdy kto kiedykolwiek odwiedził Oślą Uliczkę, mniej lub bardziej nasiąkł oślością", przywodzi na myśl pełną zepsucia Ulicę Krokodyli z Schulzowskich "Sklepów Cynamonowych". Nikt tu nie kryje się za maską pozornej praworządności, nikogo nie oburza krzywda zadawana osłom. W najsłynniejszej restauracji "Yichi" należącej do sławnego karła, wszyscy kelnerzy i kelnerki to karły, a sam właściciel znany jest z niezaspokojonego pragnienia uwiedzenia każdej mieszkanki Alkoholandii o nadprzeciętnej urodzie. Seks, zbrodnia, nieumiarkowane obżarstwo i picie idą tu w parze. 

A jednak w tej całej rozpuście znajdzie się ktoś, kto widzi sprawy takimi, jakimi one są. Podczas gdy Ding sam już nie wie, w co wierzyć - zjada się tu dzieci czy tylko nadzwyczaj zręcznie upieczone warzywa i mięso zwierząt, uformowane na kształt dzieci? - w Alkoholandii przebywa "chiński Batman". Potrafi fruwać, chodzić po ścianach, cechuje go nadludzka siła, mimo że przypomina kilkuletniego chłopca. "Łuskowaty młodzieniec i mały demon odziany w czerwień" z opowiadań Li Yidou stara się wymierzać sprawiedliwość na własną rękę. Mo Yan czerpie obficie nie tylko z mitologii i wierzeń chińskich, sięga też do zachodniej popkultury, by stworzyć powieść, którą zrozumieją czytelnicy starsi (wątek kanibalizmu pojawił się już niemal sto lat temu w powieści "Dziennik obłąkanego" jednego z najbardziej cenionych pisarzy chińskich Lu Xuna - tam stanowił metaforę nieludzkich stosunków panujących w Chinach, czyli dokładnie to samo co w "Krainie wódki"), jak też i młodsi, przyzwyczajeni do szybko zmieniającej się rzeczywistości gier komputerych i filmów kung fu, w których niemożliwe jest możliwe.

Kulinarne tradycje Chińczyków i pasja eksperymentowania wysuwa się tu na pierwszy plan. Zarówno gotowane dzieci, specjalnie hodowane na cele konsumpcji, jak i wykwintne danie "smok i feniks w szczęśliwym połączeniu" (czyli połączone narządy płciowe osła i oślicy) przypomniały mi słynne opowiadanie Hao Quna, znanego czytelnikom pod pseudonimem Murong Xuecun, pt. "Table d'Hôte", w którym bohater zjada w buddyjskiej restauracji prowadzonej przez mniszki takie "przysmaki" jak łożysko, pierś kobiety będącej w pierwszej ciąży czy wypija krew z pierwszej miesiączki trzynastoletniej dziewicy. Nad jaskółczymi gniazdami z "Krainy wódki" nawet nie ma się co rozwodzić, stanowią one autentyczny, acz kosztowny, rarytas w Azji i używa się ich dziś do produkcji arcydrogich kremów zapobiegających starzeniu. Zarówno Mo Yan jak i Murong wykorzystują kulinarne eksperymenty w podobnym celu - by obnażyć nihilizm moralny panujący w chińskim społeczeństwie, zwrócić uwagę na korupcję i zblazowanie elit chińskich. Co interesujące, jako krytycy stosunków społecznych i cenzury (pseudonim Mo Yan oznacza "nie mów nic") obaj autorzy są w Chinach szanowani, a Murong został nawet odznaczony przez rząd chiński za powieść "China: In the Absence of a Remedy", ujawniającą kulisy działania piramidy finansowej w prowincji Jiangxi w 2009 roku. Jednocześnie kwestie moralności są w "Krainie wódki" przedstawione z punktu widzenia, który zapewne nie zostałby wzięty pod uwagę w społeczeństwie zachodnim, gdzie wolność i życie jednostki stoi ponad dobrem ogółu: "Jeśli tysiące, dziesiątki tysięcy męczenników złożyły życie w ofierze dla dobra ludu, to czy istnieje jeszcze jakiś rodzaj cierpienia, którego żyjący nie mogą odrzucić?" - cytuje bohater powieści, śledczy Ding.

"Kraina wódki" jest jednak także refleksją na literaturę i procesy twórcze. Li Yidou w jednym ze swych szalenie egzaltowanych listów do "Mo Yana" pisze: "Nauczycielu, nagle uderzyło mnie, jak bardzo są do siebie podobne te dwa procesy: przyrządzanie sławnego dania z Oślej Uliczki i proces twórczy w literaturze i sztuce. Obydwa czerpią z życia i wykraczają poza życie. Oba polegają na przekształceniu natury w celu uszczęśliwienia ludzkości, na przemianie niemoralnego w szlachetne, na przemianie cielesnej chuci w sztukę, ziarna w alkohol, rozpaczy w siłę".

Tak jak wielu innych powieści, którym można by przypiąć łatkę "postmodernistycznych" (z naszego zachodniocentrycznego punktu widzenia jeśli chodzi o etykietki), tak "Krainy wódki" także nie czyta się łatwo. Jej struktura jest zbyt chropowata, treść za bardzo przypominająca labirynt, by można było mieć przyjemność z lektury. Niemniej jednak lektura książki jest satysfakcjonująca gdy ocenić całość i zastanowić się nad jej interpretacją. Mo Yan mówi wiele o współczesnych Chinach i w niezmiernie kreatywny, oryginalny sposób wskazuje palcem robaczywe kwestie społeczne, ciekawe zarówno dla czytelnika z Chin jak i reszty świata.

***

Dopiero po lekturze sprawdziłam, że choć przeczytałam dopiero jedną powieść pisarza (na półce czeka jeszcze "Big Breasts & Wide Hips") to widziałam dwa filmy Zhanga Yimou, na podstawie jego powieści: najsłynniejsze "Czerwone sorgo" oraz "Happy Times", na podstawie "Shifu: You'll Do Anything for a Laugh". Pierwszy polecam gorąco, drugi bez przekonania.

poniedziałek, 22 października 2012, chihiro2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/10/22 11:20:03
Bardzo ciekawy ten postmodernizm, kreatywny i osobliwy, choć od tej wszędobylskości alkoholu można chyba dostać kaca nawet jak się jest abstynentem ;-) I chyba jednak zacznę od "kobiecych kształtów" Mo Yana...

-
2012/10/22 11:47:24
@Ka.bu.ki, wydaje mi się, że abstynent raczej ciężko mógłby znieść te alkoholowe opary - a kac jest tam nad wyraz przerażająco opisany. Mnie w książce najbardziej interesowały kwestie moralne.
-
2012/10/22 19:23:36
Jest okazja do zapoznania się z twórczością Noblisty. Ostatnio chcąc zakupić w sklepie Amazon jego książki spotkałem się z adnotacją, ze autorami są Yo Man i i jego tłumacz Howard Goldblatt, a nie sam chiński pisarz, w sumie tylko zwróciłem na to uwagę, nie zastanawiając się dogłębnie dlaczego tak napisali. Ale podczas radiowego spotkania z polską tłumaczką dzieł Yo Man, padło stwierdzenie, ze amerykanie maja tendencje do skracania powieści, które tłumaczą, aby były lepiej przystosowane do amerykańskiego rynku księgarskiego. Sama tłumaczka jak powiedziała dostała wytyczne, aby przy tłumaczeniu kierować się bardziej amerykańską wersją niż oryginalną chińską, ale na szczęście tłumaczyła całość z chińskiego. Czy wiesz może jak to jest z tymi angielskimi tłumaczeniami? Sam zastanawiam się w takim razie czy przeczytać po polsku, czy angielsku.
-
2012/10/22 20:25:38
Zapewne widziałaś też Zawieście czerwone latarnie?
-
2012/10/23 02:13:47
@Matti, baaaardzo często na Amazonie w rubryce "autorzy" podają też tłumacza, Brytyjczycy (nie wiem jak Amerykanie) bardzo cenią tłumaczy, bo wiedzą, że to nie lada sztuka przełożyć tekst i tłumaczowi należy się uznanie. Ze skracaniem powieści na rynek amerykański spotkałam się tylko (ze słyszenia) odnośnie którejś powieści Murakamiego, ale to było za zgodą pisarza.
Natomiast niektóre książki brytyjskie (także tłumaczone) wychodzi na rynek brytyjski w całości, a na polski są okrojone. Np. "The Book of Disquiet" Fernanda Pessoi. W Polsce wyszły też okrojone dzienniki Virginii Woolf, no ale to normalne, że w Anglii są dostępne w całości.
Ja, jeśli mam wybór przeczytania książki tłumaczonej z jakiegokolwiek języka (może poza słowiańskimi, choć i tu reguły nie ma), zawsze staram się wybierać angielski - chyba że książkę już mam po polsku. Niezbyt wielu jest naprawdę dobrych tłumaczy w Polsce, takich, którzy pracują na swoje nazwisko i mają duże osiągnięcia. W Wielkiej Brytanii często książki tłumaczą specjaliści od danych kultur, którzy sami wydali uznane książki na jej temat, np. Julia Lovell - napisała kilka książek o Chinach, w tym słynne "Opium Wars", przełożyła opowiadania Lu Xuna (i jej nazwisko Amazon też podaje jako współautora), "A Dictionary of Maqiao", "Lust, Caution", "China Witness" i parę innych dobrych/ciekawych książek, o których było głośno.
Howard Goldblatt przełożył wszystkie książki Mo Yana na angielski, mam jego "Big Breasts & Wide Hips", poza tym mam w jego tłumaczeniu "Loud Sparrows" (zbiór mikrokrótkich współczesnych opowiadań chińskich), mam też "Daughter of the River". Widzę, że przełożył kilkadziesiąt książek, ja bym mu zaufała.

@Czaro, oczywiście, to jeden z moich ukochanych filmów, widziałam go z milion razy albo więcej. I kiedyś napisałam tekst do Archipelagu porównujący tekst literacki z filmem. Ale opowiadanie, na podstawie którego został nakręcony film, napisał Su Tong, nie Mo Yan.
-
2012/11/01 20:26:03
Jak pisałam na FB, byłam podwójnie ciekawa Twoich wrażeń z lektury "Krainy wódki" :) I cieszę się, że końcem końców uznajesz to doświadczenie jako satysfakcjonujące! Ja zdecydowanie nie byłabym teraz w mentalnym (intelektualnym?) stanie zagłębić się teraz w taką lekturę, wydaje się wymagać dużo skupienia, a mnie teraz zdecydowanie łatwiej przychodzi koncentrowanie się na krótkich formach (niech żyją opowiadania!), a na myśl o oparach alkoholu robi mi się słabo, choć uśmiechnęłam się na wzmiankę o winu ze śliwek - mamy takie w domu, japońskie właśnie, przepyszne, choć nie mogę wypić za dużo na raz. Znalazłam informację, że powinno się je rozcieńczać z wodą, ale jakoś to do mnie nie przemawia - a jak Ty pijesz?

Z wymienionych przez Ciebie filmów bardzo chcę zobaczyć "Czerwone sorgo", ale nie mogę niestety znaleźć, pewnie zdarza się w telewizji, ale nie znalazłam albo było na kanale, którego moi rodzice nie posiadają.
-
2012/11/02 05:06:27
@Mandżurio, niełatwo czyta się "Krainę wódki", to nie jest lektura lekka, łatwa i przyjemna, za to satysfakcjonująca na końcu, gdy się wyłapie te wszystkie smaczki i można nad nimi podywagować. Chwilami może nudzić, przede wszystkim przez taką niestandardową konstrukcję i głosik, który gdzieś w głowie się odzywa: "Czy to wszystko ważne?". Ale tak to jest ważne :)
Opowiadania moim zdaniem są mocno niedoceniane, nie wiem, czemu wiele osób ich nie lubi. Ja je uwielbiam i cieszę się, że też się przed nimi nie wzdragasz.
Umeshu piję "rokku", czyli "on the rocks", czyli z lodem. Tutaj niektórzy dodają jakiejś lemoniady do tego likieru, ale dla mnie to byłaby profanacja pysznego, słodkiego smaku (który nie wymaga dodatkowego dosładzania).

"Czerwone sorgo" widziałam na dvd w Anglii, "Happy Times" z kolei kiedyś pokazywano w kinach w Sydney i się wybrałam. Ale oba filmy nie są w ogóle popularne.