visit tracker on tumblr

Blog > Komentarze do wpisu
I Ty możesz zostać krytykiem

dzieło na budynku w Londynie

Już dawno miałam napisać o roli krytyka w dzisiejszym świecie, ale zawsze brakowało mi czasu/dyscypliny/koncentracji. Porządkując Archiwizując papierzyska natknęłam się na artykuły z "Guardiana" i "Observera", którymi miałam się posilić i chęć porozmawiania (mam nadzieję, że to nie będzie mój monolog) wróciła. 

***

Na początek chciałabym Was zapytać - ile z Was czyta recenzje książek/filmów/sztuk/płyt muzycznych/wystaw itp. napisane przez profesjonalnych krytyków? Przyznam, że ja osobiście czytam je często, a może raczej do niedawna czytałam, bo w Japonii nie sięgam po prasę anglojęzyczną regularnie. Co tydzień kupowałam weekendowe wydania "Guardiana" w sobotę i przynajmniej raz w miesiącu niedzielne wydanie "Observera". Do tego dochodzą recenzje w "The Economist", "Prospect", "Sight & Sound", "Financial Times" i co dwa miesiące w "Intelligent Life", kulturalnym magazynie wydawanym przez "Economista". Mam swoich ulubionych krytyków, których zdanie cenię, nawet jak nie zawsze się z nim zgadzam. Cenię je na ogół bardziej niż zdanie anonimowych blogerów, komentatorów na różnego rodzaju portalach i większości znajomych. 

W dzisiejszych czasach każdy może wyrazić swoją opinię na temat danego dzieła, a ta opinia może mieć bardzo szeroki zasięg. Żyjemy w czasach demokratyzacji poglądów, gdzie pogląd Znanego Krytyka ma tę samą wagę co pani Basi z warzywniaka. Ba, zdanie pani Basi możemy nawet sobie wziąć do serca, podczas gdy na uwagi Znanego Krytyka machniemy ręką. Dlaczego tak się dzieje? Przez całe dekady nie mieliśmy miejsca, by jasno wyrażać swoją opinię i dostawać odzew. Internet zrewolucjonizował ten stan rzeczy. Jeśli wyrażamy nasze zdanie w sposób przemyślany, umiejętnie formułujemy myśli i faktycznie mamy coś do powiedzenia - możemy zostać sławnymi opiniotwórcami, a o nasz komentarz będą zabiegały media. Jeśli wszystko, co potrafimy, to napisać "Ale gniot!" możemy liczyć co najwyżej na to, że ktoś "polubi" nasze zdanie i przyklaśnie mu, nie wnikając w powody naszej opinii. Ważne, że daliśmy wyraz naszemu wrażeniu po lekturze książki czy obejrzeniu filmu. Czujemy się lepiej, bo nie zostajemy z naszym wrażeniem samotni - zawsze znajdzie się druga osoba, która podzieli nasze zdanie.

Ponadto przez lata wmawiano nam, co jest kulturą wysoką a co niską. Nauczano nas w szkole, że "Słowacki wielkim poetą był", a niespecjalnie zachęcano do polemiki. Nic dziwnego, że większość portali, które dały prawo do wyrażania własnego zdania na temat najróżniejszych dzieł (i nie tylko), usuwając zdanie krytyków w cień, powstała w Stanach Zjednoczonych, które od niepamiętnych czasów opierały się dyktatowi kulturalnych elit. Amerykę oskarża się o zaniżanie gustu mieszkańców całego świata, tabloidyzację, promocję masowej rozrywki zamiast kształtowania wyrafinowanego smaku, ale zapomina się o jednym - to dzięki Ameryce my wszyscy traktujemy dziś prawo do swobodnego wyrażenia w internecie, co myślimy, za oczywiste. Na ziemi amerykańskiej taki demokratyczny klimat nastał w wyniku politycznej opozycji do Wielkiej Brytanii i Europy. Europa uchodziła (i nadal w oczach wielu uchodzi) za snobistyczną, afetowaną, patrzącą na innych z wyższością, promującą elitaryzm. Ameryka z kolei stawiała na uczciwość, egalitaryzm i populizm. Oczywiście to nie oznacza, że w Stanach Zjednoczonych nie było elit - były jak najbardziej i nadal mają się dobrze, a badania pokazują, że system klasowy o wiele silniejszy jest w USA niż w Wielkiej Brytanii, co ujawniła prasa z okazji popularności serialu "Downton Abbey" za oceanem. Niemniej jednak w mit wierzono i stworzono atmosferę dogodną do powstania internetowego pola dla wyrażania opinii. 

Na sukces internetowych opiniodawców, i bywa że opiniotwórców, którzy niekiedy znani są szerszemu gronu odbiorców niż profesjonalni krytycy (któż z osób czytających blogi książkowe nie kojarzy choćby Dovegreyreader czy - z polskiego podwórka - Padmy), składa się wiele czynników. Spróbuję je tu wymienić:

1) Recenzenci internetowi bywają zawsze niezależni (a jeśli nie są, przyznają się do artykułów sponsorowanych; jeśli tak się nie dzieje - oburzenie czytelników jest wielkie i często szybko dyskredytuje recenzenta). Nikt im nie płaci za konkretne recenzje, co najwyżej dostają za darmo książki czy bilety wstępu na imprezy kulturalne. W efekcie nie czują się pod presją, by chwalić dane dzieło, nie muszą zabiegać o sympatię danego pisarza czy właściciela galerii. Mogą bez przeszkód pisać, co im w duszy gra.

2) Recenzenci są w stanie publikować swoje teksty błyskawicznie, nie muszą czekać, aż nowy numer pisma się ukaże, by czytelnicy zapoznali się z ich zdaniem. Wydawnictwa, przynajmniej w Polsce, wysyłają im książki jeszcze przed oficjalną publikacją i mają część nakładu przeznaczoną dla blogerów. Aczkolwiek trzeba przyznać, że konkurencja wymusiła na krytykach profesjonalnych pewne zmiany i dziś wielu z nich publikuje fragmenty swych opinii na Twiterze czy Facebooku, wielu ma swoje strony czy publikuje na blogach znanych portali, gazet czy stacji telewizyjnych.

3) Recenzent zawsze spisuje swoje osobiste wrażenia. Nie musi znać się na literaturze/sztuce/filmie/muzyce i przejmować się, że np. autor danej książki jest nagrodzonym pisarzem i "nie wypada" jej skrytykować - jeśli czyta się ją źle i męczy, otwarcie dzieli się tym z czytelnikami. To subiektywne spojrzenie wielu czytelników ceni sobie niezmiernie, gdyż wielu uważa, że książki nie czyta się, by docenić, jak wielka to jest literatura, tylko by mieć z lektury przyjemność i nic ponadto.

4) Nie trzeba płacić ani grosza, by poznać opinię wielu osób i ewentualnie pokierować się ich zdaniem przy wyborze lektury czy wystawy, na którą warto się wybrać. Dziś wiele mediów każe sobie płacić za dostęp do pewnych treści w internecie (nie mówiąc o tym, że prasa kosztuje), a blogerzy czy komentatorzy na Amazonie czy Goodreads publikują swe zdanie, do którego mamy bezpłatny dostęp.

W takiej sytuacji łatwo sobie wyobrazić, że los profesjonalnych krytyków jest przesądzony. W Europie sytuacja krytyków jeszcze nie jest taka zła, jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie od lat gazety ich zwalniają, likwiduje się opiniotwórcze programy telewizyjne, a prasa amerykańska już kilka lat temu publikowała teksty pod wiele znaczącymi tytułami "The Death of the Critic" ("Śmierć krytyka"). W Wielkiej Brytanii tymczasem mówi się o "The Death of Cultural Elitism" ("Śmierć kulturalnego elitaryzmu") i pyta o wartość opinii specjalistów. 

figura artystki Yayoi Kusamy, na wystawie sklepu Louis Vuitton w Tokio, dla której to marki zaprojektowała w tym roku ubrania i akcesoria

W moim odczuciu opinie krytyków profesjonalnych, mimo niezaprzeczalnych zalet opinii amatorów, będą długo jeszcze cieszyły się zainteresowaniem. Czemu miałoby się tak dziać? Na korzyść krytyków działają następujące czynniki:

1) Nic nie zastąpi fachowej wiedzy. Osobiście jest mi wszystko jedno, czy blogerka XY wynudziła się przy lekturze Kawabaty czy nie - choć przyznaję, że mam swoje ulubione blogi i są osoby w internetowym świecie, których zdanie szanuję bardziej niż zawodowych krytyków i co do których wiem, że zawsze mogę się zgłosić po polecanki. Blog może założyć każdy, każdy może sięgnąć po książkę noblisty i ją skrytykować. Jak wiadomo jednak, wyrobiony gust, obcowanie z wieloma różnymi książkami poszerza pole widzenia i łatwiej wówczas wydaje się opinię (a może inaczej: łatwiej uzasadnić swoją opinię, bo przecież napisać, że książka była nudna jest łatwo, trudniej podać argumenty dlaczego za nudną ją uważamy). Osobiście nigdy nie pokusiłabym się o napisane recenzji książki sci-fi, bo to nie moja działka, tak samo więc dziwi mnie, gdy ktoś czytający zwykle ciepłe, słodkie czytadła bierze się za recenzowanie Pamuka czy Rushdiego. Nie ufam opinii tych osób. Podobnie rzecz ma się z każdym rodzajem sztuki. W 2008 recenzent spektakli tanecznych dla "Financial Times", Clement Crisp napisał: "Zacząłem chodzić na przedstawienia baletowe jako dziecko w 1943 roku i w ciągu następnych 20 lat obejrzałem wszystko, co było do obejrzenia. Widziałem powstanie wielkich zespołów, nadejście Rosjan, Duńczyków... Uczyniłem to, zanim zacząłem o balecie pisać. Ktoś, kto był na pięciu produkcjach "Jeziora Łabędziego" może pisać o nim w internecie. Ale ja chcę usłyszeć, co sądzi osoba, która widziała 500 "Jezior Łabędzich", zanim podniosła pióro". Nic dodać, nic ująć. Dlatego też większość dobrych gazet brytyjskich zleca recenzje książek specjalistom od danej tematyki, autora czy rejonu geograficznego. Nie do pomyślenia, by recenzję książki, dajmy na to, o Chinach pisała osoba, która nigdy w Chinach nie była, nie mówi po chińsku i (często) sama nie opublikowała przynajmniej jednej książki na podobny temat. Inna postawa byłaby brakiem szacunku dla czytelnika. Mało co irytuje mnie w recenzjach pisanych przez amatorów bardziej, niż zarzut o nieautentyczność, gdy autor recenzji nie ma pojęcia o danej kulturze czy kraju. Amatorzy nieporównywalnie częściej z niespełnienia ich oczekiwań względem dzieła czynią zarzut wobec jego autora.

2) Nie interesuje mnie na ogół cudza prywatna opinia - chcę wiedzieć, czy książka, film lub sztuka jest dobra. O ile w świecie literatury generalnie czuję się dość pewnie, o tyle wybierając się do opery chciałabym polegać na opinii osoby znającej się na rzeczy przy wyborze spektaklu. Wierzę, że osób myślących podobnie jest sporo. Profejsonalny krytyk jest w stanie odsunąć na bok własne preferencje czy gusta, blogerowi-amatorowi przychodzi to z trudem. Profesjonaliści, nie dość, że dysponują większą wiedzą, z reguły ostrożniej wyrażają swoją opinię. Nie chwalą filmu, bo lubią konkretną aktorkę i przymkną oko na braki w scenariuszu (ile razy czytałam niepochlebne opinie na temat różnych nieanglojęzycznych filmów na Lovefilm, w których jedynym zarzutem był fakt, że trzeba czytać napisy i to męczące). Nie zarzucą książce, że jest nudna, bo traktuje o czymś, co ich nie interesuje. Profesjonalny krytyk potrafi uargumentować, dlaczego dane dzieło jest dobre lub złe, potrafi dotrzeć do głębszych jego warstw, potrafi polemizować z autorem w sferze merytorycznej. Amator rzadko kiedy jest w stanie to czynić, nazbyt często zaś pisze, że "książka była dobra, bo mnie wzruszyła", a zdarzają się też niedojrzałe opinie, w których przebrzmiewa krytyka dzieła za użycie przez autora wulgarnego języka lub wyrażanie poglądów przez bohatera, z którymi autor recenzji się nie zgadza (sic!). Opinie wydawane przez tego typu osoby są w najlepszym razie nieodpowiedzialne i niewarte uwagi, w najgorszym - krzywdzące i kłamliwe. Zawodowi krytycy pozbawieni są uprzedzeń.

3) W prasie brytyjskiej dość często można znaleźć recenzje książek przed ich publikacją, podobnie jest z filmami, przedstawieniami teatralnymi itp. Dla mnie to bywa istotne, bo np. spotkania z pisarzami odbywają się często w dniu premiery ich nowych książek i lubię poczytać o danej pozycji zanim zdecyduję, czy kupię bilet na spotkanie (zwłaszcza jeśli autora nie znam). Wielkim plusem obecności blogerów - którzy mogą recenzować dane dzieła szybko, ale w praktyce rzadko to robią - jest fakt, iż profesjonalni krytycy przyśpieszyli wyrażanie własnego zdania, choćby poprzez wspomniane wyżej kanały. 

4) Fakt, iż profesjonalnym krytykom płaci się za pracę, powoduje, że przykładają się oni do niej. W internecie można znaleźć mnóstwo fatalnie napisanych recenzji, niekonstruktruktywnej krytyki, nieuzasadnionych pochwał i zarzutów. Nikt nie wymaga, by recenzent-amator doszkolił warsztat, stawiał sobie wyzwania i dbał o język oraz styl. Nawet piszący wyjątkowo niechlujnie znajdą swoich fanów. Tymczasem profesjonalni krytycy - zaznaczam, że mówię o dobrej prasie - z reguły mają świetnie opanowany warsztat, nie robią błędów językowych, wiedzą, że tekst ma mieć rozwinięcie, środek i zakończenie, a jeśli łamią ten schemat, to celowo. Ich język jest precezyjny, dokładny, przemyślany. Oni zwyczajnie potrafią pisać i często wydali przynajmniej jedną książkę w dziedzinie, na której się znają. Rzecz jasna w internecie też można znaleźć recenzentów-amatorów, których pisanina wcale amatorska nie jest, a wznosi się na poziom równy, albo nawet przewyższający ten krytyków profesjonalnych. Ale to wyjątki, o czym wszyscy dobrze wiemy.

Jeden z najbardziej przeze mnie cenionych krytyków filmowych, Philip French, który dziś, w wieku 79 lat wciąż ogląda kilkanaście filmów tygodniowo i pisze dla "Observera" od ponad 30 lat, a niedawno wydał własną książkę, tak mówi o wyzwaniu dla krytyków rzuconych przez blogerów: "Ludzie zawsze powinni mieć prawo do wyrażania własnego zdania. Prawo do własnej opinii zostało rozciągnięte, ale nie trzeba być elitystą, by stwierdzić, że nie każda opinia ma tę samą wartość. Jest dobry krytycyzm i zły krytycyzm. Ryzyko polega na tym, że zły krytycyzm może wyprzeć ten dobry poprzez zwykłą skalę". W ostatnich latach widać, że autorzy coraz silniej przejmują się tym, co sądzą o ich dziełach anonimowi często blogerzy i komentatorzy. Wystarczy pośledzić trochę wydarzenia w polskim światku internetowym, by zauważyć, że tzw. artyści zrobili się bardzo wrażliwi na jakąkolwiek krytykę. Pomijam tu już idiotyczne zarzuty o łamanie etyki dziennikarskiej, jakie pod adresem Tomasza Raczka (skądinąd profesjonalisty) wysuwał jeden z reżyserów polskich. Znane wielu blogerom są wojny na słówka i argumenty między kilkoma początkującymi polskimi autorkami książek a recenzentkami blogowymi, co doprowadziło do powstania dwóch polaryzacyjnych obozów. Świadczy to o tym, iż społeczeństwo coraz chętniej przypisuje blogerom i amatorskim komentatorom ten sam autorytet - abstrahując, czy na niego zasługują czy nie, którym cieszyli się przez lata profesjonaliści. Skończył się monopol zawodowych krytyków na wyrażanie zdania, a osoby takie jak ja - zwyczajnie piszące o swoich wrażeniach z lektury czy filmu - dołączyły do krytycznego dyskursu

To, co mnie może martwić, i niekiedy martwi, to odczucie, że w imię prawa do wyrażania własnego zdania zbyt często przestajemy koncentrować się na poziomie owego zdania, a skupiamy się niemal jedynie na wyrzuceniu go z siebie i daniu znać wszem i wobec, czy wobec danego dzieła czy zjawiska jesteśmy na "tak" czy na "nie". Zbyt często wpadamy w pułapkę, w której nasze emocje biorą górę nad oceną wartości danego dzieła (nie twierdzę bynajmniej, że udział emocji w ocenie jest zły, twierdzę jedynie, że nie powinien być zawsze decydujący oraz że powinniśmy umieć zdawać sobie z niego sprawę). Często pisząc o mniejszej roli krytyków, a większej blogerów, zwracamy uwagę na sukces komercyjny kontra uznanie tzw. elit. Lekceważy się często zdanie profesjonalistów przy komentowaniu decyzji odnośnie nagród literackich czy filmowych, tymczasem sądzę, że warto czasem przyjrzeć się ich kryteriom oceny - być może nauczymy się czegoś w podejściu do literatury lub filmu. 

Na koniec chciałabym przytoczyć ciekawą opinię Hariego Kunzru, który wypowiedział ją na łamach "Observera" ponad półtora roku temu:

"W Ameryce elitaryzm kulturalny mało ma do czynienia ze sztuką. W jadowitej debacie między populistami Jacksonowskimi [chodzi o odniesienie do Andrew Jacksona, bohatera z wojny o Nowy Orlean w 1829, zwolennika populizmu] a kimkolwiek, kto wszedł im przed lufę karabinu/naruszył symbole pomiarowe w tym tygodniu, "kultura" odnosiła się przede wszystkim do wartości: wiary w Boga, patriotyzmu, rodziny nuklearnej itd. Idea artystycznej "elity krytyków" zazwyczaj pojawia się wyłącznie w kontekście kontrowersji takich jak skandal wokół usunięcia przez Smithsonian filmu video z roku 1987 autorstwa Davida Wojnarowicza, po skargach republikańskich kongresmenów odnośnie rzekomego obrażania chrześcijan.

Wartości estetyczne są tu, w Ameryce, bez znaczenia. Kluczowy jest atak na społeczne dziedzictwo z lat 60. i próba odwrócenia upadku moralnego autorytetu kościoła. "Nowy Jork" wraz ze swymi bankierami i "obrzydliwymi" galeriami sztuki oraz podejrzanie europejskim systemem transportu publicznego często reprezentuje mglistwe wyobrażenie tego Co Jest Nie Tak z Ameryką. Albo "Hollywood", rozumiany jako żydowska konspiracja mająca na celu podważenie wartości narodowych, pokazująca amerykańskich żołnierzy, jak przegrywają bitwy, i kobiety z gołym biustem.

W bardziej ideologicznie wyrafinowych kręgach amerykańskiej prawicy, pojęcie elit kulturalnych jest groźne, gdyż sugeruje, że wartość może mieć coś innego niż tylko czyste siły rynku. Jak śmiesz ty, niewybrany krytyku, kierować się fachową wiedzą, która może być w stanie podważyć mistyczne wybory konsumentów? W takim klimacie podział na wysoką i niską kulturę zdaje się byż reliktem z zamierzchłej epoki. Żyjemy obecnie w czasach tyranii średniej półki. Nikt poważnie nie myśli, że Oscarami nagradzane są najlepsze filmy albo Grammy najlepsza muzyka. Litościwie ktoś mógłby powiedzieć, że reprezentują one rodzaj równania do przeciętności, że są wyznacznikiem gustu grupy dobrze poinformowanych osób. W najgorszym wypadku krytycy, występujący masowo, z jednym okiem na tym co popularne i drugim na tym co dobre, wychwalają dzieła, które nie budzą w nich niepokoju. To dlatego mamy tak dużo rzeczy, które wyglądają jak sztuka, pachną jak sztuka, ale jeśli się w nie wgryziesz, smakują jak tektura. 

To dlatego mamy internet. Serwisy społecznościowe nie dążą do konsensusu. Zamiast tego karmią się sprzecznymi opiniami. Wątek ciągnięty przez różnych ludzi (zawodowców lub amatorów, opłacanych lub nieopłacanych), których gustowi ufasz (a z niektórymi możesz nawet produktywnie się nie zgadzać) to najlepsza droga, by wydostać się spod tego nużącego, przygniatającego ciężaru kultury średniopółkowej. To wymaga więcej pracy niż zdobycie opinii z telewizji, ale jeśli raz spróbujesz, nigdy już nie obejrzysz się na to, jak było kiedyś".  

A co Wy sądzicie na ten temat? Czy w dzisiejszym świecie jest jeszcze miejsce na profesjonalnych krytyków? Czy są oni jeszcze w stanie kreować opinię publiczną, czy ich rolę przejęła rzesza mniej lub bardziej anonimowych amatorów, wyrażających swoje zdanie w internecie?

billboard w metrze w Berlinie

środa, 17 października 2012, chihiro2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/10/17 09:54:48
Ja tak o wlasnej dzialce czyli hotelarstwie - bylam niedawno na workshopie na ktorym dowiedzialam sie ze z przeprowadzonych badan/ankiet wynika iz jenda zla recenzja na trip advisor lub na twitterze o hotelu czy restauracji powoduje iz tenze traci 15 potencjalnych klientow ktorzy ja przeczytali i postanowili nie skorzystac. Ludzie sa bardziej sklonni sluchac i wierzyc Kowalskiemu czy Smithowi, zreszta ja sama mimo iz czytuje profesjonalne recenzje to szukam i sklaniam sie ku tym pisanym przez nie-profesjonalistow, ale musza to byc ludzie ktorzy cos na dany temat wiedza. Jesli ktos prowadzi bloga o swym zyciu w Irlandii i nagle ni z gruszki ni z pietruszki wklada tekst ze byl na "To Rome with love" i "nie podobalo sie" - zero wyjasnienia, to dla mnie jest to tylko uwaga prywatna osoby ktorej najwyrazniej nie bierze specyfika Allena. Zreszta jak cos chce zrobic czy zobaczyc to robie to tak czy siak, by wyrobic sobie wlasna opinie.
-
2012/10/17 10:34:58
Podzielam Twoje zdanie. Postmodernizm, pomimo swego uroku, zrobił ludziom krzywdę, bo tym nieobytym z kulturą namieszał w głowach. I myślą teraz, że pomylenie Rimbaud z Rambo jest tylko zabawne. A to przykre. Bo ja nie wierzę, ze można Dostojewskiego postawić na półce obok "Zmierzchu". I w ogromie książek do przeczytania, filmów do zobaczenia, spektakli do obejrzenia chcę mieć dobrego przewodnika. Czyli kompetentnego krytyka. Jasne, że mam ulubione blogi (bardzo lubię i cenię twój), ale niech świat na blogach się nie kończy (chociaż sama też prowadzę, ale raczej jako kronikę rodzinną).
Pozdrawiam.
-
2012/10/17 10:42:31
Poruszyłaś mnóstwo ciekawych problemów, ale chyba trochę zbyt optymistycznie oceniasz profesjonalnych krytyków. Tak ad pkt 4: profesjonalni krytycy mają płacone, mają tytuły profesorskie, publikacje i zapewnioną korektę, ale to nie robi z nich automatycznie krytyków dobrych. Ostatnio miotnęła mną "recenzja" w Polityce bodajże, gdzie znakomita powieść została omówiona na zasadzie: 3/4 strony tło historyczne plus zdanie w rodzaju "gruba i momentami nudna". Takie teksty to ja sobie znajdę na blogasku co drugiej gimnazjalistki. I nie jest to w tym wypadku wyjątek, raczej reguła, profesorskie chałturzenie. Profesjonalne recenzje z "Korczaka" Olczak-Ronikier zazwyczaj były długimi streszczeniami ustaleń autorki, okraszonymi od czasu do czasu banalną uwagą, że to takie odkrywcze, nowe albo kontrowersyjne. Można powiedzieć, że to wszystko wypadki przy pracy i należy czytać innych krytyków, ale u nas chyba rynek mniejszy na profesjonalistów i wybór niewielki. To ja chyba jednak wolę sobie wyselekcjonować kilka czy kilkanaście blogów, których autorom chce się jednak wyjść poza streszczenia i banały.
Inna kwestia: z Nowych Książek raczej się nie dowiem, czy nowy tom przygód Flawii de Luce jest dobry, bo przecież to nie jest materiał dla profesjonalnego krytyka. I kółko trochę się zamyka.
-
2012/10/17 10:53:32
@Ewozdublina, celowo w moim tekście nie poruszyłam kwestii wyrażania opinii na takie tematy jak hotele czy restauracje, bo tu zawsze chodzi o czyjeś subiektywne wrażenie. Owszem, przybytek ma spełniać konkretne standardy, ale to, czy podoba nam się wystrój pokoju lub czy smakuje nam jedzenie jest sprawą czysto indywidualną. Krytycy zawodowi akurat pomijają swój gust i upodobania - jeśli lubią pizzę z brokułami nie przyznają się do tego dostawszy pizzę bez brokułów, będą oceniać autentyczność dania na talerzu odsunąwszy swe upodobania na bok. Jeśli chodzi o hotele czy restauracje - ja też czytam recenzje na tripadvisor, zwłaszcza jak jadę w kompletnie obce miejsce i muszę coś zarezerwować z setek, jak nie tysięcy, dostępnych. Co do restauracji mam osobiście trochę inne podejście - nawet najlepsza na świecie restauracja nie skusi mnie, jeśli każde danie w karcie jest mięsne. Nawet bardzo ceniona przez osoby nie znające się na kuchni restauracja chińska nie zainteresuje mnie, jeśli chcę spróbować potraw z prowincji Anhui, a dania w karcie są jakimś tworem złożonym z oczekiwań klientów ondośnie unwersalnej kuchni chińskiej.

Ze sztuką jest inna sprawa i właśnie jak napisałaś - co do hoteli czy restauracji warto brać czyjeś zdanie poważnie (jak 500 osób narzeka na złą obsługę, to coś w tym musi być), ale w takich przypadkach jak opisujesz z filmem Allena - po prostu jest to wyrzucenie własnej opinii, którą kompletnie nie jestem w stanie się przejąć.

@Dragonfly79, otóż to. Szkoła sukcesywnie traci znaczenie jako przewodnika w świecie kultury, blogów i portali jest tak wiele, że czasem trudno się dokopać do tych dobrych (a w przypadku portali, na których setki ludzi zostawia swoje zdanie, wiadome, że te zdania będą podzielone). Łatwo się w tym pogubić i dobrze, żeby przewodnicy, a za takich postrzegam zawodowych krytyków, istnieli wciąż i pomagali nam w wyborze, ale też w czynieniu refleksji na temat danego dzieła, kierunku w sztuce, zjawiska. Nie można zawsze polegać tylko na własnym wrażeniu, nie można kierować się tylko emocjami. Człowiek ma potrzebę sięgnięcia głębiej, wykonania pewnego wysiłku intelektualnego w celu lepszego rozumienia. Czasem blogerzy bywają niezmiernie oczytani, jak napisałam, i potrafią pisać na poziomie zawodowców, ale to rzadkość.
Pozdrawiam serdecznie.
-
2012/10/17 11:05:49
@Zacofany.w.lekturze, zaznaczyłam, że oceniam krytyków z dobrej prasy. "Polityki" nie postrzegam za przykład dobrej prasy, miałam na myśli przede wszystkim te gazety i magazyny, które sama czytam i które wspomniałam na początku tekstu. Pewnie, że każdemu zdarzają się wpadki, ale np. w przypadku "The Economist" każdy tekst czytany jest średnio przez czterech specjalistów, którzy korygują kwestie merytoryczne i językowe. Czterech! Niektórzy autorzy książek polskich przed wydaniem nawet na jednego specjalistę nie mają co liczyć... W "Economiscie" nie zdarzają się też w ogóle - NIGDY - błędy ortograficzne lub literówki. Pisząc "nigdy" mam na myśli "nigdy" (i nie ja to stwierdziłam, a ludzie, którzy śledzą takie rzeczy). Prasa polska moim zdaniem reprezentuje poziom żenująco niski, tam zwyczajnie naprawdę dobrych krytyków, na światowym poziomie, jest jak na lekarstwo. Większość recenzji, jakie czytam w tych najlepszych poslkich periodykach, jest napisana na poziomie przeciętnego blogera. Aż dziw, że ludziom za to płacą. W krajach zachodnich o znanym z wysokiej kultury mediów (Wielka Brytania, Francja, Niemcy) znajdziesz codziennie gazety sprofilowane do konkretnych odbiorców. Są takie, w których nie masz co liczyć na recenzje "Flawii de Luce", ale są i takie, gdzie bez problemu ją znajdziesz - napisaną na wysokim poziomie.
-
2012/10/17 12:14:38
Chichiro: W takim razie dyskutujemy chyba o odmiennych zjawiskach, bo krytyka w Polsce wygląda siermiężnie na tle tego, o czym piszesz na przykładzie Wielkiej Brytanii - tam pewnie wymarcie profesjonalnej krytyki mogłoby być bolesne, u nas pewnie przeszłoby bez echa. Polskie podwórko jest polskim podwórkiem i akurat nie wierzę w obiektywność wielu krytyków, nie wierzę w warsztat dużej ich liczby (mój ulubiony przykład: kiepska tłumaczka z języka dość egzotycznego chwaląca przekład kolegi z tegoż języka na zasadzie "pochwalę, to on mnie potem pochwali"). Tkwiłem parę lat w kręgu recenzentów prac naukowych; mowy nie było o zniszczeniu gniota, bo "przecież autor jest profesorem, bo jest kierownikiem archiwum, w którym będziesz prowadził badania, bo to, bo tamto". I przypuszczam, że z literaturą piękną nie jest lepiej. Więc jak mam płacić 10 zł za literacki periodyk, to naprawdę wolę zaprzyjaźniony blog, gdzie przynajmniej się mogę o detale opinii dopytać. Na szczęście nie mam parcia na nowości, a jak mi się po 10 latach zachce przeczytać coś z głośnych objawień literackich, to już zwykle wiadomo, ile z tych zachwytów krytyków i blogerów się ostało. Właśnie mnie naszło, że może by warto przeczytać Wojnę polsko-ruską:))
-
2012/10/17 12:38:01
@Zacofany.w.lekturze, być może mówimy o odmiennych zjawiskach, ale napisałam mój tekst w oparciu o moje doświadczenia z profesjonalną krytyką (naturalnie, że nie pisałam o krytykach na całym świecie, bo siłą rzeczy nie jestem w stanie tego robić, a poziom kultury w róznych krajach różni się diametralnie). Poprosiłam o komentarze i cieszę się, że piszesz, jak to wygląda w Polsce.
Myślę, że wszędzie do pewnego stopnia istnieje towarzystwo wzajemnej adoracji, także w krajach o bardzo wysokim poziomie krytyki - tylko być może też różnica jest taka, że np. w Wielkiej Brytanii o tym się otwarcie mówi i są osoby - krytycy!, które zjawisko widzą i piszą o nim elokwetnie. W Wielkiej Brytanii, mam wrażenie, że nie ma problemu, by skrytykować książkę znanego pisarza albo takiego, który cieszy się wielkim uznaniem czytelników. Parę lat temu jedna z jurorek Bookera była tak niezadowolona z wyboru innych, że odeszła z jury. Zdecydowanie bardziej ceni się merytokrację i chyba ludzie są na tyle dojrzali, że potrafią dostrzec, że konstruktywna krytyka więcej dobrego zdziała dla autora i książki niż niekonstruktywna pochwała.
Co ciekawe, ja zdecydowanie bardziej ufam recenzjom w brytyjskiej prasie nie literackiej - cotygodniowa część literacka w "Guardianie" przewyższa poziomem wiele polskich recenzji w periodykach literackich. Piszą dla nich czołowi pisarze brytyjscy i nie tylko, recenzje niemal zawsze pisane przez pisarzy (książki nt. Pakistanu najczęściej ocenia Kamila Shamsie, nt. Egiptu Ahdaf Soueif, artykuły piszą m.in. A.S. Byatt, Jonathan Franzen, Geoff Dyer, Pankaj Mishra, Umberto Eco). Dla "Economista" recenzje pisze m.in. Lionel Shriver - o tym wiadomo z różnych źródeł, bo ten tygodnik nigdy nie podpisuje tekstów nazwiskami dziennikarzy i nie ma żadnej stopni redakcyjnej - głos jest "Economista", a nie konkretnych postaci, nigdy nie wiadomo, kto napisał dany tekst. Dla "Intelligent Life" pisze np. Julian Barnes czy Salman Rushdie. Te nazwiska mówią same za siebie. Niektórych pisarzy bardziej cenię nawet jako dziennikarzy czy reporterów niż autorów książek :)
I tu mam pytanie: czy polscy pisarze często recenzują książki lub piszą teksty o literaturze w polskiej prasie? Nie bardzo się orientuję.
A najnowszą Masłowską dostanę pod koniec roku od siostry i bardzo się cieszę :) "Wojny..." nie czytałam, ale "Między nami dobrze jest" zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie, któremu zresztą dałam wyraz na blogu kiedyś.
-
2012/10/17 12:46:59
Nic, tylko zazdrościć Brytyjczykom:) Pojęcia nie mam, czy u nas pisarze recenzują w periodykach, w blogosferze pełno jest za to blogów rozmaitych aspirujących twórców i autorów powieści różnych - i tak samo, jak różna jest ich twórczość, różny jest poziom ich blogowego pisania o cudzych książkach. Widać coś w rodzaju lobby, chwalącego sobie nawzajem książki w nadziei na wzajemność i uderzającego w niepokornych, którzy raczyli skrytykować dzieła członków grupy. Były na tym tle liczne dymy:) Mam nadzieję, że to margines i marginesem zostanie.
Co do Masłowskiej: to zakładam, że się ostała mimo upływu lat, więc czas eksperymentalnie poczytać:)
-
2012/10/17 13:04:25
@Zacofany.w.lekturze, ja Brytyjczykom zazdroszę, że potrafili stworzyć taką kulturę :) Prasa brytyjska nie jest idealna (która jest?), ma sporo brukowców, ale tych gazet i magazynów na najwyższym poziomie jest chyba więcej niż w jakimkolwiek innym kraju. Kojarzę kilka blogów autorów książek - ich poziom jest różny, od bardzo dobrego po mierny, zgadzam się tu z Tobą. Wiem, jaki blog masz na myśli, pisząc o tym dymie... :) Ten dym zresztą przewiał wiatr na inne blogi, na których dyskusja o tym jednym toczyła się bez obecności jego autora. Zawsze znajdą się fani pisarstwa kiepskiego, na to nic się nie poradzi.
Przyjemnej lektury "Wojny..." (choć "przyjemnej" to wyświechtany frazes i tu może przyjemność nie jest tym, czego się powinno szukać; w każdym razie życzę, by lektura Cię usatysfakcjonowała).
-
2012/10/17 15:24:47
Chichiro: Może gdyby nie zawirowania historyczne też mielibyśmy się czym chwalić, ech. A co do Masłowskiej, to ja nie odżegnuję się od czerpania przyjemności z lektury, chociaż akurat niekoniecznie w tym wypadku tego się spodziewam. Ale dzięki, zobaczę, co z tego wyniknie:D
-
2012/10/17 15:54:12
@Zacofany.w.lekturze, ja bym nie obwiniała zawirowań politycznych, a koszmarne zarobki większości Polaków. Serio, kulturę trzeba mieć za co konsumować i trzeba móc pozwolić sobie na luksus dokształcania się, spędzania tyle czasu nad tekstem, ile on wymaga i niechałturzenia. Wierzę, że większość polskich krytyków ma chęci i ambicje, by być lepszymi w zawodzie, ale zwyczajnie nie zawsze ich na to stać.
Będę wyczekiwać Twojej recenzji po lekturze :)
-
2012/10/17 15:57:43
Ja miałem raczej na myśli nieustanne przerywanie nam procesu wytwarzania tejże kultury i sztuczne kierowanie jej w rozmaite kanały:) A z resztą się zgadzam, rzecz jasna. Tylko czy u licha wysokonakładowe dzienniki czy tygodniki naprawdę tak słabo płacą za teksty, że nie można się na nich nieco skupić? :P
-
2012/10/17 16:06:28
@Zacofany.w.lekturze, rozumiem i zgadzam się, to wszystko składa się do kupy, plus to, że Polska jest wciąż krajem rozwijającym się z ambicjami przekraczającymi nieco jej możliwości. Sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
Co do płac to wydaje mi się, że jednak jako dziennikarz w Polsce - ten nie od programów rozrywkowych i imprez biesiadnych - nie zarabia się najlepiej. Nie sądzę, by wielu dziennikarzy mogło sobie pozwolić np. na wzięcie rocznego urlopu w celu napisania książki i zajmowania się wówczas dziennikarstwem z doskoku. Niekoniecznie gdzie indziej jest to dla wszystkich proste, ale z pewnością jest łatwiejsze.
-
2012/10/17 17:48:09
No ale te recenzje teoretycznie powinni pisać literaturoznawcy, filolodzy, a nie dziennikarze. Więc nie przesadzajmy, że musieliby się oddawać godzinami i tygodniami jakimś dogłębnym studiom.
-
2012/10/17 21:06:38
Moim zdaniem profesjonalna krytyka i krytyka blogerska są nieporównywalne, oprócz kilku wyjątków, kiedy to blogi recenzyjne prowadzą osoby wykształcone w kierunku recenzowania np. na polonistyce (i widać to nie po tym, że mają napisane tak w dziale "O mnie", ale właśnie po ich recenzjach). Sama mam do czynienia z profesjonalnymi opiniami raczej rzadko, bo też rzadko czytuję prasę (prenumeruję tylko "The Nation", tu zawsze są jakieś recenzje, ale zazwyczaj rozwinięte do całych artykułów, głównie tyczących się kwestii politycznych), ale uważam, że są potrzebne jako pewnego rodzaju drogowskaz, który często okazuje się niezbędny w morzu dzisiejszych publikacji. Blogi natomiast traktuję tak, jak chciałabym, żeby traktowano mój własny - jako zbiór odczuć na temat przeczytanych książek, subiektywny i, czasami, emocjonalny. Lubię dowiadywać się jakie emocje wywołała dana książka u różnych osób. Czasem, po przeczytaniu jakiejś lektury, chcę przeczytać o niej coś więcej, coś bardziej profesjonalnego niż recenzje blogowe, wówczas to wyszukuję pełniejsze artykuło-recenzje, czy nawet akademickie prace na jej temat. Ale to po przeczytaniu, nie przed.

Podsumowując, nie wydaje mi się, żeby profesjonalni krytycy wymarli pod natłokiem blogerów, bo są to dwie zupełnie odmienne jakości i, mam wrażenie, czytelnicy szukają innych rzeczy w recenzjach profesjonalnych, a innych na blogach. Jeśli ktoś sugeruje się wszystkim, co przeczyta, czy jest to opiniotwórczy magazyn, czy blog zafascynowanej wampirami licealistki, to jest to osoba, która (jeszcze, albo w ogóle) nie opanowała krytycznego myślenia. Jeżeli czytelnik wierzy polskiemu blogerowi, który zarzuca nieautentyczność np. Jung Chang, no to... cóż, jego sprawa.

Swoją drogą może i powinnam zacząć czytać więcej profesjonalnych recenzji. Chyba boję się, że to sprawi, iż będę miała jeszcze więcej książek do pilnego kupienia ;)
-
2012/10/18 06:19:28
@Zacofany, w Wielkiej Brytanii często tak jest, że recenzenci mają skończone studia dziennikarskie (jako dodatkowe) oraz jakieś z konkretnej dziedziny - czy to literaturoznawcze, prawnicze, ekonomiczne czy jakiekolwiek inne. No bo w większości przypadków tylko fachowiec może należycie ocenić książkę naukową, same studia dziennikarskie nie dadzą wiedzy, nauczą warsztatu, ale wiedzę merytoryczną z danej dziedziny osiąga się na innych studiach.

@Pani Katarzyno, ja uważam, że zdecydowanie powinny istnieć oba pola działalności - jedno nie wyklucza sensu drugiego. Mam identyczne przemyślenia - drogowskazy są potrzebne, ale to właśnie tylko drogowskazy, których nie trzeba tak bardzo brać pod uwagę. Ja często przed zakupem książki czytam krótkie recenzje fachowe, żeby wiedzieć, czy w ogóle warto się książką zainteresować (w sytuacji, gdy w Anglii wychodzi kilkadziesiąt książek tygodniowo - i nie mam tu na myśli tych z niższej półki, a takie pozycje, które potencjalnie mogą mnie zainteresować, choćby orientowanie się w tytułach się przydaje). Te dłuższe wycinam, jak i całe artykuły, wywiady z pisarzami itp. i one stanowią część mojego "archiwum" (które notabene teraz porządkuję i część recenzji wkładam do książek stojących na półkach). Do nich sięgam po lekturze.

Masz rację, dziwne jest bezmyślne sugerowanie się wszystkimi opiniami, jakie się czyta. Ja się sugeruję czasem, jeśli ta sama opinia przewija się u wszystkich osób, których zdanie cenię, i fachowców i amatorów. Czasem też świadomie decyduję się przeczytać książkę, o której wiem, że nie jest najlepsza, z różnych względów. Co do autentyczności, to już się spotkałam z zarzutami wobec niektórych książek indyjskich autorów, że tak Indie nie wyglądają - zarzut najczęściej czyniony przez tych, którzy w Indiach nie byli lub spędzili dwa tygodnie w jednym, dwóch miejscach. Częste są też zarzuty wobec za małej "afrykańskości" w książkach afrykańskich autorów - znów oczekiwania rzutują niesamowicie na odbiór danej pozycji.

Jeśli chcesz poczytać dobrze napisane recenzje (nie zawsze pozytywne rzecz jasna), które będą zwięzłe, a bardzo do rzeczy, polecam "The Economist" - fajnie, że oni często też piszą o różnych ciekawych literackich zjawiskach, np. tłumaczeniu książek japońskich autorów na angielski czy nowemu pisarstwu z Afryki. A swoją drogą na różnych festiwalach w Wielkiej Brytanii, jak zauważyłam, niektóre zjawiska są silnie sprofilowane - na festiwalu South Asian Literature Festival, który wkrótce będzie w Londynie jest spotkanie poświęcone fenomenowi indyjskich pisarzy pochodzenia ugandyjskiego - sporo Indusów mieszkało przecież w Ugandzie (i Kenii), dobrze, że oni też mają teraz swój głos w literaturze: southasianlitfest.com/event/exodus-40-symposium-ugandan-asians-the-next-generation/
-
2012/10/18 08:33:26
Ja, podobnie jak pani Katarzyna, "lubię dowiadywać się jakie emocje wywołała dana książka u różnych osób." i dlatego wolę teksty blogerów (oczywiście dość wąskiego i wyselekcjonowanego przeze mnie grona), od mocno hermetycznych i strasznie "suchych" profi recenzji. Zaskoczyłaś mnie za to stwierdzeniem, że "(...) pogląd Znanego Krytyka ma tę samą wagę co pani Basi z warzywniaka, bo jako typowy przykład takiej właśnie Basi nie odnoszę takiego wrażenia. Być może większą siłę rażenia mają blogi pozycjonowane odpowiednimi tagami, zaangażowane w akcje czytelnicze, promowane na fejsie, słowem - nastawione na sukces i sławę, ale tu też nie demonizowałbym zjawiska i nie widział go, jako podstępnego wroga, który wbije profesjonalnej krytyce nóż w plecy. To raczej sama krytyka, dzięki różnym potknięciom, o których pisze na przykład ZWL, rozbije się w końcu o bruk.
PS. Szkoda, że jako trąba językowa, nie mogę sobie przeczytać choć jednego z tak chwalonych przez Ciebie tekstów z "Economista" :(
-
2012/10/18 08:49:23
@Bazyl, ja właściwie nie napisałam, czyje opinie wolę czytać - zawodowych krytyków czy blogerów. Mam swoje ulubione blogi, jak napisałam, i je cenię na równi z recenzjami ulubionych krytyków. Ale jeśli mam do wyboru anonimowego krytyka (którego nie kojarzę) i anonimowego blogera (to samo), to wolę krytyka. Z tego względu, że emocji są owszem ważne, ale lubię, gdy w tekście jest o wiele więcej niż zapis cudzych emocji. Ewidentnie czytamy inne recenzje zawodowych krytyków, bo ja w tych dobrych recenzjach nie widzę żadnej suchości, wręcz przeciwnie, one są szalenie soczyste :) Nigdzie nie nazwałam blogów i krytyki internetowej "wrogiem", ani też nie demonizowałam zjawiska. Żadna też z tych osób, których zdanie cytuję, tego nie robię. Skąd więc myśl o demonizowaniu?
No i właśnie wszystko tu, tak sądzę, rozbija się o jakość. Jako "trąba językowa" może za mało masz możliwości poczytać dobre recenzje, na naprawdę wysokim poziomie, w innych językach? Pisanych przez zawodowców, którzy naprawdę znają się rzeczy.
-
2012/10/18 09:12:24
"Ewidentnie czytamy inne recenzje zawodowych krytyków, bo ja w tych dobrych recenzjach nie widzę żadnej suchości, wręcz przeciwnie, one są szalenie soczyste :)" - bo czytamy inne, Ty brytyjskie, my polskie. I z Twoich opisów wynika, że mamy czego żałować:)
A to zdanie: "jeśli mam do wyboru anonimowego krytyka (którego nie kojarzę) i anonimowego blogera (to samo), to wolę krytyka" przypomniało mi pewną dyskusję z polską autorką. Wściekła się na blogerkę za niezrozumienie dzieła i podsunęła jej przykłady "profesjonalnych" recenzji. Śmiechu było co niemiara, bo jedną napisała pani specjalizująca się w testach błyszczyków, a drugą inna blogerka, tyle że podpisana nazwiskiem na jakimś kobiecym portalu:P Swoją drogą jednak dla wielu osób tekst podpisany nazwiskiem ma większą wiarygodność niż ten sam tekst podpisany nickiem blogera. Wychodziło to co chwila w dyskusjach przy biblionetkowym Literadarze.
-
2012/10/18 09:45:36
@Zacofany, hi hi, dobrze wiem, o jakim typie autorki piszesz :) Nie kojarzę nazwiska, ale kojarzę dobrze te debaty, pełne żalów o niezrozumienie "dzieła" i obrażanie uczuć, oraz prośby o wskazówki, jak pisać lepiej (!). I kompletny brak jej reakcji na wytknięcie przez blogerkę błędów językowych, których w książce było multum. Elenoir jest świetna w swojej zjadliwej i bardzo konstruktywnej krytyce :)
-
2012/10/18 10:02:45
No tu akurat nie Elenoir stała pod autorskim pręgierzem, ale mechanizm podobny:) Jak opublikowałem pod własnym nazwiskiem parę recenzji w Literadarze, to dla paru osób nagle z "blogera chodzącego na pasku wydawców" (bo taka jest opinia o blogerach w pewnych kręgach) stałem się wiarygodnym recenzentem:) Ludziom to nie dogodzi:)
-
2012/10/18 10:11:58
@Zacofany, nie ona? To pomyliłam się, pamiętam jej "wojenki" z pewną autorką - być może nie była to ostatnia. Węszący wszędzie jakieś spiski widzą i w blogerach dostających książki od wydawnictw lizusów i autorów tekstów sponsorowanych (nie wnikam, kto pisze sztucznie pochlebnie, a kto nie - na pewno znajdą się przedstawiciele obu obozów). Ciekawe, czy ktokolwiek moje teksty traktuje poważniej, jeśli dla "Archipelagu" podpisuję je imieniem i nazwiskiem, od tych, które podpisuję "Chihiro"... Trochę dziwne by to było.
-
2012/10/18 10:16:49
Mnie już nic nie zdziwi:) Chyba muszę przestać czytywać internetowe dyskusje o grzechach blogerów, grzechach autorów, grafomanach, geniuszach, współpracach z wydawnictwami itepe. Od razu ma człowiek swobodniejszą głowę:)
-
2012/10/18 10:19:39
@Zacofany, a pewnie! Za parę tygodni nie będę miała czasu, by śledzić mniejsze i większe "awanturki", niekiedy z nadmiaru czasu wolnego człowiek wpada w jakąś masochistyczną pułapkę i katuje się pierdołami, za przeproszeniem.
-
2012/10/18 10:50:42
Ta wzmianka o demonizowaniu nie dotyczy Twojego tekstu, a raczej ogólnego trendu, który z jednej strony deprecjonuje blogowych recenzentów, a z drugiej widzi w nich zagrożenie dla fachowców, piórem zarabiających na chleb i ten chleb im odbierających. Wybacz prostemu człowiekowi, że zabrzmiało to, jak zabrzmiało :(
Ja uważam, że każdy powinien szukać takiego medium, jakie mu odpowiada. Jestem zwykłym chłopkiem roztropkiem i wielostronicowe dysertacje mnie przytłaczają. Lubię teksty z jajem, z krótkimi, celnymi puentami i takie znajduję jedynie w blogosferze. Jeśli ktoś mi wskaże profi recenzenta, który choć zbliża się do [a="plaszcz-zabojcy.blogspot.com/2011/08/odcinek-45-antoni-sonimski-1933-rok.html]takiego stylu[/a], chętnie skorzystam :)
-
2012/10/18 11:02:02
@ZWL Ja ostatnio porównywałem swoje początki i radość jaką dawało mi moje plecenie trzy po trzy o przeczytanych książkach z obecną sytuacją. I faktycznie, wszędzie roztrząsanie różnych, jak słusznie prawi chihiro, pierdół i ciągnące się setkami komentarzy dyskusje, a pod fajnymi wpisami o literaturze cisza, albo tradycyjne mniamniusianie o zapisywaniu w kajeciku do przeczytania :P
-
2012/10/18 12:02:56
Właściwy link TUTAJ
Tym razem skorzystałem z opcji podglądu :)
-
2012/10/18 12:07:34
@Bazyl, jeśli fachowcy tracą pracę, bo ich wiedza, doświadczenie i umiejętność pisania o sztuce przestaje się liczyć lub jeśli wywiera się na nich presję, by pracowali szybciej lub z mniejszą dokładnością to sądzę, że wzmianki o zagrożeniu są uzasadnione - a tak się dzieje w USA. I nie mam tu na myśli byle jakich periodyków, a poważne gazety, które tną koszty i zwalniają recenzentów.
Każdy powinien szukać medium, które mu odpowiada, zgadzam się. Każdy powinien mieć też prawo wyboru. Nie chciałabym - i sądzę optymistycznie, że jeszcze przez jakiś czas się tak nie stanie - by nie pozostało mi nic innego jak tylko czytać opinie blogerów, bo wszyscy dobrzy krytycy straciliby pracę i nie wstępowali nowi na ich miejsce. Marzy mi się, by ci dobrzy blogerzy, w tej chwili nieopłacani, znaleźli zatrudnienie (jeśli zależy im na zarabianiu na pisaniu) i podnieśli poziom recenzji w polskiej prasie. Sama mam na oku parę osób, z których rozwoju kariery w tym kierunku bardzo bym się cieszyła.
Tekst Zacofanego jest znakomity i właśnie dobrze, że istnieją i dobre recenzje prasowe i dobre recenzje internetowe :) Póki co możemy mieć jedno i drugie.
-
2012/10/18 12:43:48
Ale co tu marzyć o opłacaniu blogerów, żeby pisali dla prasy, skoro wierszówkę za recenzję może zgarnąć etatowy dziennikarz sportowy, jego ciocia, albo w ogóle stażysta za darmo napisze ten tekst. To się nazywa kryzys:P
-
2012/10/18 13:00:09
ZWL pewnie się ucieszy z tego co piszesz, ale to tekst Antoniego Słonimskiego :) A co do tych dobrych blogerów, nie ukrywajmy ich za ogólnikiem. Niech ludzie wiedzą, gdzie szukać dobrych tekstów. Padmę już wymieniałaś, czekam na ciąg dalszy :D
I życzyć mi tylko wypada, żebyśmy trafiali na dobre teksty. Dobre dla nas, bo rzecz to subiektywna :)
-
2012/10/18 13:02:21
Żeby nie było, że tylko zachęcam, a sam nic nie daję, polecam świetny blog Logosa Amicusa :D
-
2012/10/18 15:13:50
@Zacofany, no i tu się wszystko rozbija o to, czy ludzie chcą, by pisali dla nich ludzie na poziomie, mający coś do powiedzenia, czy wystarczy im ciocia dziennikarza. I o tym kryzysie pisałam w notce, nie kryzysie ekonomicznym, ale kryzysie kulturalnym do pewnego stopnia, polegającym na tym, że być może ludziom za jakiś czas zacznie wystarczać subiektywna ocena jakiegoś blogera, a przestanie być popyt na fachową wiedzę i umiejętność władania piórem.

@Bazyl, no to dałam plamę :( Nie wiem, jak przegapiłam nazwisko autora, proszę o wybaczenie. W każdym razie pomyślałam o ZWL z uznaniem :)
Chcesz polecenia dobrych blogowych recenzji? Cenię wszystkich, którzy są u mnie w zakładkach, aczkolwiek nie wszyscy piszą recenzje. Z tych raczej czysto recenzenckich (jak wstawiać linki w komentarzach, tak jak Ty to robisz?), znakomicie pisze Tamaryszek, Joan Johnson z Poczytalni, Luiza Stachura vel Owarinaiyume, Peek-a-boo, Matylda, Naia... Długo mogę wymieniać, nie znaczy, że lektury tekstów osób, których nie wymieniłam, nie polecam, zupełnie nie! Tylko naprawdę wszystkie fajne blogi mam w zakładkach :)
-
2012/10/18 20:57:50
Na kryzys mentalny to już raczej nie poradzimy:P Za to szalenie mi pochlebiło pomylenie ze Słonimskim, chociaż dużo wody upłynie, zanim osiągnę ten poziom zwięzłości, bo ja gaduła jestem:)
-
2012/10/19 10:44:02
Właśnie przeczytałem wpis u Ani i tam w komentarzach jest zaszyta po części odpowiedź na pytanie o poziom rozmów o literaturze w kraju nad Wisłą. Żeby nie być gołosłownym: (...) załamałam się poziomem tegoż wywiadu; (...) pytania (bez polotu) czytane z notatek; (...) jest fatalnie przygotowana, (...) potrafi popełnić kardynalne błędy rzeczowe. itd. :)
PS. A może to nasze zwykłe narzekactwo? :P
-
2012/10/19 10:59:14
@Zacofany, ano nic :( Możemy się jedynie starać sami nie pogrążać. Cieszę się, że moja pomyłka Ci pochlebiła :)

@Bazyl, oj ja bardzo narzekam na prowadzących Xięgarnię, choć widzę pewną poprawę od pierwszego odcinka (a może się już przyzwyczaiłam i oczekiwania mam małe?). Nie sądzę, by było to zwykłe narzekactwo, mam dobre wzory i wiem, jak może być prowadzony program o literaturze. Ania bodajże napisała, że ci prowadzący to jak z łapanki - no właśnie, mam wrażenie, że sadzają przed kamerą osoby, które się do tego zwyczajnie nie nadają, zamiast poszukać lepiej przygotowanych i bardziej charyzmatycznych miłośników literatury - przecież muszą być takie!