Ostatnie wpisy
Zakładki:
ARCHIPELAG
Autorka pisuje do:
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi
|
piątek, 03 września 2010
"The Illusionist", reż. Sylvain Chomet, 2010
Pamiętacie "Les Triplettes de Belleville" sprzed ośmiu lat? Ten animowany film zmienił moje spojrzenie na animację i zaczęłam dostrzegać, iż filmy animowane są pełnoprawnymi dziełami sztuki. Niecierpliwie wyczekiwałam kolejnego filmu Sylvaina Chometa, "The Illusionist", i w zeszły poniedziałek, przy pełnej sali kinowej, mogłam wreszcie podziwiać jego najnowszy majstersztyk. A teraz nie będę szczędziła słów zachwytu :) Duch Jacquesa Tatiego jest wciąż żywy. Film nakręcony został na podstawie scenariusza, który Chometowi wysłała córka Tatiego, Sophie Tatischeff. W hołdzie dla niej główny bohater, iluzjonista francuski, przemieszczający się z miasta do miasta, by w wodewilach, kinach i teatrach prezentować swoje sztuczki, nazwany został Tatischeffem. Poznaje on w odludnym pubie szkockim dziewczynkę, Alice, która odtąd towarzyszy mu w podróży. Akcja filmu pierwotnie miała mieć miejsce w Pradze, tam umieścił ją sam Tati, jednak Chomet po premierze "Les Triplettes..." w Edynburgu zakochał się w tym mieście i postanowił większą część akcji filmu przenieść właśnie tam. Edynburg przedstawiony został przepięknie i zapragnęłam wreszcie wybrać się do tego miasta, które tak bardzo jest mi nie po drodze. W filmie brak niemal dialogów, brak zbliżeń, brak szybkich cięć. To kino z gatunku wolnych, kontemplacyjnych, niebywale nostalgicznych. Nostalgia wyczuwalna jest niemal na wyciągnięcie ręki. Mamy rok 1959. Odchodzi era, gdy można było czarować publiczność sztuczkami cyrkowymi, gdy brzuchmówcy, akrobaci i czarodzieje występowali przy pełnej sali. Dziś muszą liczyć się z groszem, kłaniać się prawie pustej sali i brać chałtury, które pozwolą na opłacenie najtańszego, podrzędnego hoteliku. Nastał czas zespołów rock'n'rollowych i konsumpcjonizmu. Tatischeff pracuje przez jeden wieczór jako żywa reklama na wystawie eleganckiego domu towarowego, jako nocny stróż w warsztacie samochodowym i kupuje swej młodziutkiej towarzyszce płaszcz, pantofle i sukienkę, które ona wypatrzyła w jednym ze sklepów. Sam wyraz twarzy iluzjonisty, nie zdradzający nic, nie okazujący emocji, pochodzi z innej epoki, gdy żyło się wolniej. Nieuchronne zmiany wyraźnie widać, gdy bohater trafia do maleńkiej wioski szkockiej i występuje w pubie, do którego właśnie tego wieczora zawitała po raz pierwszy elektryczność. Można zapalić światło elektryczne, można bawić się przy muzyce z szafy grającej, iluzjoniści nie są już nikomu potrzebni. Niezwykle subtelnie ukazane są relacje między starszym Tatischeffem a młodą Alice, wkraczającą dopiero w dorosłość i odkrywającą swoją kobiecość. Nie obserwjemy tu żadnego syndromu Lolity i podstarzałego lowelasa, stosunki między dwojgiem bohaterów są niemal niczym związek dziadka i wnuczki. Alice jeszcze wierzy w bajki, jeszcze łudzi się, że Tatischeff wyczaruje jej ubrania, radość i szczęście. Sztuczki iluzjonisty mają jednak swoje granice i w efekcie największym darem, jaki Alice dostaje od swego towarzysza, jest pozbawienie jej iluzji. Na szczęście trzeba zapracować samemu, jak zresztą na wszystko inne. W filmie, mimo jego nieco gorzkiej wymowy, nie brakuje jednak humoru. Wspaniale ukazane są stereotypy, takie jak francuskiej śpiewaczki w stylu femme fatale, rock'n'rollowego zespołu Billy Boy and the Britoons czy pijanych Szkotów. Mój podziw wzbudziły detale ilustracji, cudownie narysowana architektura, przytulność szkockiego pokoiku w pubie czy do bólu autentyczna ławka, na której Alice je frytki i tablica z menu wisząca nad nią. "The Illusionist" to jeden z bardziej uroczych filmów jakie widziałam o przemijaniu. O tym, że czas nie stoi w miejscu, a wskazówki zegara nieuchronnie posuwają się do przodu. O iluzjach, jakimi karmimy się w życiu, wierząc naiwnie, że to prawda. W filmie ukazane są one bardzo symbolicznie i nadzwyczaj elegancko: widziane za oknem wstrząsane z poduszki pióra Alice bierze za śnieg, czerwone pantofelki, które Alice dostaje od Tatischeffa nie zaprowadzą jej, jak Dorotki z Krainy Oz do świata bajki, a do brutalnych realiów życia w wielkim mieście. Film jest tak ciepły i wzruszający, że łzy cisnęły mi się do oczu, a przy tym pozbawiony jest kompletnie sentymentalizmu. To gorzka nostalgia, a nie słodka w rodzaju bajek amerykańskich (jeśli już, rzadko kiedy, bywają nostalgiczne). Tu nic nie jest wyłożone kawa na ławę, klimat bardziej przypomina najlepsze filmy Hayao Miyazakiego, zwłaszcza jego "Only Yesterday" czy "Whisper of the Heart", choć estetyka jest oczywiście zupełnie odmienna. Gorąco polecam Wam obejrzenie "The Illusionist", gwarantuję, że nie sposób nie zakochać się w kreacji Tati i Chometa.
czwartek, 02 września 2010
Notting Hill Carnival 2010 - portrety
W tym roku po raz pierwszy wybrałam się na Notting Hill Carnival, który trwa dwa dni i celebruje karaibski charakter dzielnicy Notting Hill. O samym karnawale napiszę więcej w następnym wątku, tym razem zamieszczam najciekawsze portrety osób, które udało mi się zrobić.
środa, 01 września 2010
"The Tunnel" - Ernesto Sábato
Nie powinnam już pisać, że uwielbiam literaturę iberoamerykańską, bo choć w czasach licealnych zaczytywałam się w niej, to od paru lat sięgam zaledwie po 1-2 pozycje rocznie autorów z tego kontynentu. Przede mną jest jeszcze trochę klasyków do odkrycia, ale po lekturze "The Tunnel" Sábato (pisarza, o którym mówi się, że powinien dostać Nobla - ale że Nagroda Nobla jest nagrodą dość kontrowersyjna, przemilczę to wyróżnienie) zastanawiam się, czy naprawdę wszystkie te książki warte są mojego czasu. Ta niewielka objętościowo powieść jest klasykiem literatury egzystencjalnej, wychwalana była przez Tomasza Manna i Alberta Camus. Ja mam raczej mało pozytywne zdanie o niej, a może po prostu nie trafia do mnie obecnie egzystencjalizm (bo kiedyś było inaczej)? Historia jest prosta. Malarz Juan Pablo Castel na wernisażu swych prac dostrzega kobietę, wpatrzoną w pewien element obrazu, który dla niego jest niezmiernie istotny, ale poza tą atrakcyjną kobietą nikt zdaje się go nie dostrzegać. Postanawia poznać nieznajomą, lecz kobieta niepostrzeżenie wymyka się z galerii. Opętany myślą o niej Castel szuka jej po Buenos Aires, wreszcie spotyka i zdradza swoje uczucia. Stworzył sobie w międzyczasie teorię, iż oboje są bratnimi duszami, myślą tak samo i są dla siebie stworzeni. Para nawiązuje romans, ale kobieta ma męża i zapewne kochanka, do którego estancii jeździ niekiedy. Castela zżera zazdrość i zabiją ukochaną. Nie można mieć mi za złe, że zdradzam zbyt wiele. O śmierci kochanki Castela czytelnik dowiaduje się już w pierwszym zdaniu: "Powinno wystarczyć, jeżeli powiem, że jestem Juanem Pablo Castelem, malarzem, który zabił Marię Iribarne." (moje wydanie powieści jest dwujęzyczne, więc podczytywałam także większość tekstu hiszpańskiego i zwróćcie uwagę jak pięknie brzmi: "Bastará decir que soy Juan Pablo Castel, el pintor que mató a María Iribarne".) Z początku wnikanie w motywy zachowania Castela interesowało mnie, ale szybko zdałam sobie sprawę, że ten mężczyzna to po prostu typowy macho, który sam w ramach głupio pojmowanej zemsty na kobiecie chadza do burdeli, ale swoją "ukochaną" upokarza, wyśmiewając jej miłość i przywiązanie do niewidomego męża i szydząc z jej wyimaginowanych kochanków. Castel, niczym afgański talib, jest zdania, że kobieta jest własnością mężczyzny i dla niego ma żyć. Jego egzaltowana, szalona psychika szybko zaczęła mnie irytować i mimo że nie muszę się absolutnie identyfikować z bohaterem, by książka mi się podobała, bohater musi być przedstawiony w sposób wiarygodny. Tu bezmyślność, głupota i dziecinne zachowanie Castela, który w książce nazywany był intelektualistą, według mnie było zaprezentowane zupełnie niewiarygodnie. Czy można aż tak stracić głowę dla kobiety i być tak zazdrosnym o nią, żeby chcieć ją zabić? To skupienie na sobie bohatera działało mi tak na nerwy, że z ulgą dotarłam do ostatniej strony powieści. Koncept nocomoco, czyli w skrócie pü, który wymyślili Borges z Bioy Casaresem, a który oznacza zjawisko, gdy dwoje ludzi spotyka się po raz pierwszy, ale są pewni, że całe życie na siebie czekali i kochali się, nie wiedząc o tym (i który wyjątkowo silnie przemawia do mnie, z osobistych względów), tutaj został bezlitośnie wykarykaturzony. Czy mogę mieć jakieś zdanie o twórczości Sábato, niedawno obchodzącym 99-letnie urodziny? Biorąc pod uwagę, że przeczytałam kilka lat temu także "O bohaterach i grobach", które mnie mocno rozczarowało, wydaje mi się, że mogę. Mam wrażenie, że jako pisarz beletrystyki jest przereklamowany, że przypisuje mu się talent i moc, których nie posiada. Być może znakomity jest jako eseista, bo zbiorów esejów ma w swojej twórczości kilkanaście, a powieści napisał tylko trzy. Sábato nie opisuje pasji, opisuje zwykłe szaleństwo. Nie namiętność, a toksyczną pułapkę, w której chorobliwie zazdrosny Castel chce zamknąć Marię. Podobnie postępował Marcin w stosunku do Andżeliki z "O bohaterach i grobach". Może jest tu jakaś wielka bariera kulturowa, której nie potrafię przeskoczyć ani ominąć, może to kwestia stylu, który nie daje się przetłumaczyć (i przekłady angielskie i polskie nie trafiają do mnie), ale te związki, opisywane w literaturze pisarzy iberoamerykańskich, uznawane za pełne pasji i namiętności, są dla mnie zwyczajnie toksyczne i z miłością nie mają wiele wspólnego. Na siłę mogłabym powieści "The Tunnel" przypisać więcej zalet, stwierdzić, że tytułowy tunel namiętności i uzależnienia od niej, z którego bohater nie znajduje wyjścia, to tak naprawdę metafora życia, ale byłaby to grubymi nićmi szyta nadintepretacja. W każdym razie nie mam ochoty czytać o miłości u pisarzy iberoamerykańskich, wolę gdy poruszają inne tematy.
piątek, 27 sierpnia 2010
W teatrze z niezwykłą Roweną Cade
fot. ze strony Minack Theatre Kiedyś Peek-a-boo miała pomysł na kolektywny blog poświęcony niezwykłym sylwetkom kobiecym. Pomysł nie został zrealizowany, ale gdyby taki blog istniał, napisałabym na nim notkę o pani Rowenie Cade - zamiast tego piszę o niej tutaj u siebie. Rowena Cade urodziła się w 1893 roku i była ślicznym dzieckiem, a potem prześliczną młodą dziewczyną (w czasach, gdy makijaż jeszcze nie podkreślał kobiecej urody). Rodzina jej była stosunkowo zamożna, mieszkała w Derbyshire, a potem w Cheltenham, aż po I wojnie światowej, po śmierci ojca Roweny (był właścicielem fabryki bawełny) owdowiała matka sprzedała dom i wynajęła inny, w kornwalijskiej wiosce Lamorna. Rowena podczas spacerów odkryła wzgórze Minack (co po kornwalijsku znaczy "skaliste miejsce"), kupiła tam za £100 ziemię i wybudowała dla siebie i matki dom. Powiększyła go później sama dla siostry i jej rodziny powracającej z Australii. Skały tuż obok prześlicznej plaży Porthcurno, zaliczanej do najładniejszych w całej Anglii, musiały podsunąć jej pomysł o amfiteatrze. W swych marzeniach Rowena Cade podobna była do niedawno opisanego przeze mnie Fitzcarraldo, który marzył o operze w dżungli. Rowena marzyła o teatrze na skałach, z dala od wielkomiejskich ośrodków kulturalnych. ![]() This travel blog photo's source is TravelPod page: Rowena Cade, founder of Minack Theatre, Bristol, United Kingdom Rowena od dziecka była urwisem. Wspinała się po drzewach, co nie przystawało dobrze wychowane panience. Ze swojej sypialni domu rodzinnego podobno zjeżdżała po gałęziach drzewa na ziemię i nie lubiła wychodzić drzwiami. Jako ośmiolatka zagrała tytułową rolę w "Przygodach Alicji w Kranie Czarów", produkcji jej matki, w której zagrało jedenaścioro dzieci z okolicy i jej trójka rodzeństwa. Pewnie wtedy zapałała miłością do teatru. Na skałach Minack postanowiła wystawiać najlepsze sztuki Szekspira. Odkryła pasję do produkcji przedstawień i projektowania kostiumów, ale zanim wystawiono na skałach pierwszą sztukę - "Burzę" - teatr musiał zostać zbudowany. Zanim to nastąpiło Rowena zaprojektowała kostiumy do sztuki wystawianej w 1929 i 1930 w ogrodzie przyjaciółki. To jej jednak nie wystarczało. Przez sześć miesięcy Rowena własnymi rękami dźwigała ciężkie kamienie, z których przy pomocy dwóch rzemieślników z okolicy wybudowała prostą, niewielką scenę i kilka kamiennych ławek. Latem 1932 roku w teatrze Minack odbyła się premiera "Burzy", oświetlana światłami samochodowymi i prymitywnymi latarniami. Oprawę muzyczną zapewniał zespół grający na żywo. Widownia podobno nie kryła wzruszenia, gdy na niebie za sceną ukazał się księżyc. Rowena Cade natomiast musiała poczuć się spełniona. Taki sukces należało kontynuować. Przez następne siedem lat Rowena pracowała fizycznie przy rozbudowie teatru. Ławki kamienne umieszczane w półkolu wznosiły się na skałach. Gdy już wydawało się, że wszystko jest jak należy i można wznowić wystawianie sztuk, wybuchła II wojna światowa. W 1944 w teatrze kręcono niektóre sceny słynnego w tamtych latach filmu "Love Story" z Margaret Lockwood, lecz później okoliczne tereny, a także sam teatr, ucierpiały strasznie odczas bombardowań. Cała ciężka praca poszła na marne. Zdeterminowana Rowena ze zdwojoną siłą zabrała się jednak do odbudowywania swojego teatru. W następnych latach oddzielono wyraźnie teren teatru od ogrodu Roweny, stworzono drogę dojazdową, parking oraz 90-stopniowe schody prowadzące wśród skał na plażę. Po śmierci swego przyjaciela i ogrodnika, Billy'ego Rawlingsa, Rowena stała się osobą zarządzającą budową. Wymyśliła technikę budowania przy wykorzystaniu cementu, gdyż nie było jej stać na granit. Śrubokrętem wyrysowywała celtyckie wzory na ławkach. Na plecach dźwigała z plaży worki z piaskiem. Nie ustawała w pracy aż do swej śmierci w 1983 roku, krótko przed swoimi 90-tymi urodzinami. Więcej jest jej fotografii z późniejszych niż z wcześniejszych lat. Zawsze z krótkimi, zwichrzonymi przez wiatr siwymi włosami, w dużym, ciepłym swetrze i spodniach stoi na tle ogrodu bądź siedzi w taczce zatopiona w lekturze. Po jej śmierci odkryto szkice i notatki, w których pisała o planach przykrycia teatru na wypadek deszczu.
Sztuki szekspirowskie były centrum programu każdego roku działalności teatru. Największym powodzeniem cieszył się dramat, od którego wszystko się zaczęło, "Burza". Jednakże na deskach wystawiano wszystko - komedie, tragedie, farsy, opery, balety, musicale, koncerty, spektakle w rodzaju "światło i dźwięk". Po "Burzy" największym faworytem publiczności jest sztuka "The Pirates of Penzance" (zapewne ze względu na koloryt lokalny, miasteczko Penzance leży nieopodal i jest sporą jak na ten rejon aglomeracją). W teatrze wystawiają przedstawienia także kornwalijskie szkoły, organizowane są też warsztaty. Sezon letni to 16-17 tygodni, każde przedstawienie można oglądać tylko przez jeden tydzień, więc teoretycznie mieszkańcy mogą spędzać np. każdy sobotni wieczór podziwiając inną sztukę. My mieliśmy nawet ochotę obejrzeć "Moby Dicka", którego grano wtedy, gdy byliśmy w Kornwalii, jednak bilety wyprzedane były już na długi czas przed premierą. fot. ze strony Minack Theatre Kilku Wam wysłałam pocztówkę z fotografią pani Roweny Cade, zakupiłam także jedną dla siebie. Energiczna Angielka jest dla mnie wzorem determinacji i siły ducha. Ot, takie niewinne, zdawałoby się, marzenie - teatr na skałach. A ile samozaparcia, pasji, radości tworzenia! Nie do końca czegoś z niczego. W końcu nie można nazwać "niczym" przejrzystego oceanu, gwiazd na niebie, kamieni, z których pobudowano ławki i scenę. Ale tylko Rowena Cade miała wizję i determinację, by stworzyć taki skarb Kornwalii jak Minack Theatre. I kto powiedział, że marzenia się nie spełniają? fot. ze strony Minack Theatre
czwartek, 26 sierpnia 2010
"Cena wody w Finistère" - Bodil Malmsten
Moja przygoda z Bodil Malmsten jeszcze się nie skończyła. Poprzednia jej książka, "I znowu mam bałagan w papierach" pozostawiła niedosyt, ale nie zniechęciła tak, by nie dać Malmsten jeszcze jednej szansy. Szansa leżała na półce, więc wyciągnęłam po nią ręce. "Cena wody w Finistère" jest lepsza, mogę stwierdzić z czystym sumieniem. Nie jest to typowa powieść z gatunku "jak zamieszkałam w Toskanii/Prowansji/Bretanii" (niepotrzebne skreślić), przed którymi się wzdragam. Jest za to pełną humoru opowieścią o szczęściu i realizowaniu marzenia. Coś, co lubię. Nie należę do osób, dla których porzucenie dotychczasowego życia i wyprowadzka w nieznane, to decyzja niemożliwa do podjęcia. Wiedzą o tym osoby czytające mój blog regularnie. Dlatego sam fakt, że 56-letnia pisarka bez zobowiązań przeprowadza się "całkiem sama" "tak daleko" (słowa mommy, czyli babci, Malmsten), nie dziwi mnie. W każdym wieku warto szukać swojego miejsca na ziemi i zgadzam się z autorką, że w dzisiejszych czasach nigdzie nie jest "tak daleko". Centrum świata jest tam, gdzie się akurat przebywa. Malmsten wyprowadza się więc do Finistère, ślicznej wioski francuskiej nad Atlantykiem i postanawia zająć się stworzeniem pierwszego w życiu ogrodu. Jednak jako że trzeba z czegoś żyć i że tak już wyszło, że swej sąsiadce z pobliskiej wsi i późniejszej przyjaciółce obiecała napisanie książki o przeprowadzce, książka musi powstać. Słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Mimo iż najchętniej autorka podlewałaby rośliny o zachodzie słońca, sadziła cebulki tulipanów i - może mniej chętnie, za to z wielką pasją - walczyła ze szkodnikami, niestety czasem trzeba włączyć komputer i usiąść przed ekranem. Książka Malmsten nie jest o Finistère, przynajmniej nie tylko. O historii i tradycjach panujących w tym rejonie Francji czytelnik nie dowie się właściwie nic. To jest książka o samej autorce, o jej odkrywaniu siebie, o tym, że człowiek uczy się całe życie. Niektóre nauki porzuca (jak pojęcie zasad gramatyki tego nieszczęsnego dla Szwedki języka francuskiego - fragmenty dotyczące kaleczenia przez nią języka należą, moim zdaniem, do najlepszych i śmiałam się w głos podczas lektury), do innych okazuje się mieć talent, którego nie była świadoma, jak np. asertywność. Niektóre czytelniczki widzą w Malmsten malkontentkę, ja jednak zupełnie nie dostrzegłam tego. Owszem, zdarza jej się ponarzekać, ale zawsze z dystansem i humorem. Niezmiernie podobał mi się je stosunek do otoczenia i umiejętność wprowadzania zmian, gdy okoliczności się zmieniały. Po okresie suszy nie można mieć żyznego, zielonego trawnika? Nie szkodzi, japoński ogród piaszczysty też jest piękny. Nie da się usunąć smrodu szamba? Trudno, można zasadzić wonne zioła, które choć trochę stłumią odór, zresztą ten smród jest naturalny, można go polubić. Znów parę zdań wydało mi się bardzo błyskotliwych, do gustu przypadły mi szczególnie te, mimo że nie zgadzam się z opinią autorki : "Jeśli zacznie się przypisywać roślinom uczucia, to wkrótce można podważać fotosyntezę, a potem głosić dzieło stworzenia, ukrzyżowanie i papieża, skąd już zaledwie krok do talibów." (str. 113) "Dwujęzyczność nie jest żadnym darem losu, jeśli od urodzenia zna się takie dwa języki, jak ja. Jeden bardziej peryferyjny od drugiego. Nie żebym tęskniła za esperanto, ale nie będę demonstrować w obronie dialektów." (str. 118) "Cenę wody w Finistère" polecam tym, którzy mają ochoty na przerywnik od bardziej wymagających i ambitnych książek i nie mają wobec szwedzkiej autorki wielkich oczekiwań. Malmsten nie wymaga od czytelników niczego poza kilkoma wolnymi godzinami i poczuciem humoru.
wtorek, 24 sierpnia 2010
Wieczorne refleksje w St Just
Bywa, że człowiek znajduje się w pewnym miejscu i czuje nagle, że właśnie tu powinien się w tej chwili znajdować. Tu i nigdzie indziej. Wszystko jest jak należy, jak być powinno. W St Just były wielkie, puste przestrzenie - choć czym jest pustka? Niezliczona różnorodność roślin i zwierząt, zabudowania kamienne, wystające ponad trawy i krzewy szkielety starych kopalni cyny to przecież nie pustka. A jednak czuło się pustkę, przyjemne odosobnienie, choć na płocie siedział mężczyzna zapatrzony w horyzont, który powitał nas uśmiechem, gdy mijaliśmy go, i słowami: "Co za błogi spokój, prawda?". Po czym wrócił do swych myśli. Wokół nas zieleń, przybierająca rude odcienie w blasku zachodzącego słońca, i fioletowe wrzosy . Przycupnięte gdzieniegdzie kamienne chatki zdawały mi się kryć stareńkie poetki, którym oceaniczna bryza niezbędna jest do życia i tworzenia, i marynarzy, wspominających przy oknie z fajką dawne przygody. Prawda pewnie była bardziej prozaiczna, ale nie chcę jej znać. Prawda ma to do siebie, że bywa nudna, odziera ze złudzeń, odziera z brokatu romantycznych wyobrażeń. Przed nami niewielki półwysep podzielony na nierównomierne działki, na których zapewne w dzień pasą się owce. Fale biją o skały, ocean lśni jakby pod powierzchnią wody kryły się skarby Bursztynowej Komnaty. Do złudzenia przypominający latarnię komin starej kopalni pięknie dopełnia krajobraz. Gdyby rodzina Muminków jeszcze raz zdecydowała się wynieść ze swego domku, zamiast przypadkowej latarni poleciłabym jej ten skrawek ziemi. Wszyscy mogliby zamieszkać w białej chatce z dwoma kominami i przybudówką, w której Tatuś Muminka miałby swoją dziuplę. Mama Muminka wieszałaby pranie na świeżym powietrzu i sadziła wokół domu kwiatki i truskawki. Ziemi wokoło jest dość, by każdy mógł liczyć na swoją pustelnię, gdyby zaszła potrzeba. Fale zaniosłyby melodię wygrywaną przez Włóczykija na fujarce hen na drugi brzeg Atlantyku, prosto do Stanów Zjednoczonych. Tymczasem jest jak jest. Jak być powinno. Słońce zachodzi i na szczęście chmury pozostają w górze, nie zasłaniając go całkowicie. Myślę o starożytnym Egipcie, o czci składanej Amonowi-Re, królowi Słońce, i o Karnaku, o świątyni, zbudowanej na cześć owego boga, w której uciekałam kiedyś od palącego słońca między kolumny. Amon-Re powrócił tutaj, do St. Just, ma tu swoje święte barany żywe, nie musi zadowalać się posągami. Jego moc sprawiania urodzaju jest w tym rejonie Anglii aż zbyt dobrze widoczna. Delikatny powiew wiatru daje mi znać o jego obecności. Ludzkość rozwinęła się, a ja jednak w dalszym ciągu siły przyrody darzę największym szacunkiem. Chylę czoła ku wiatrowi, potędze wody, ku płomieniom ognistym, także słonecznym, i ziemi. Tej ziemi, z której powstałam i w którą obróci się moje ciało po śmierci. Bo tak jest i być powinno.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
"I znowu mam bałagan w papierach" - Bodil Malmsten
Jest w tej książce kilka naprawdę mądrych zdań, z których na pierwszy plan wysuwa się to: "Lepiej, żeby było mniej tych, co piszą, za dużo się pisze". Malmsten zrobiłaby lepiej, gdyby pisała mniej. Jej zbiór osobistych esejów przeczytałam błyskawicznie (dokładnie w jeden dzień, 19 sierpnia i - co za zbieg okoliczności - ze zdziwieniem wyczytałam w zbiorku, że to dzień urodzin autorki!), w głowie nie zostanie mi jednak po nich wiele. Niestety naprawdę dobrych i wartościowych tekstów nie ma w jej zbiorze dużo. Jest garść dobrych zdań, dwie garście dobrych myśli (nie zawsze dobrze sformułowanych), z pewnością cały wór dobrych intencji i aspiracji, ale efekt końcowy pozostawił mnie z mieszanymi uczuciami. Autorka wydaje się bardzo sympatyczną osóbką, ale... właśnie, osóbką. Trudno traktować ją serio i dojść nie mogę, jaka może być tego przyczyna. Na pewno nie jest to spowodowane jej brakami w edukacji, które lubi podkreślać (z takim samym uporem podkreśla jednak, jak zaprzyjaźniona jest z profesorami uniwersyteckimi), ale trudno pozbyć się myśli, że formalna edukacja nauczyłaby ją porządku myślowego. Tymczasem Malmsten ma nie tylko tytułowy "bałagan w papierach", ale też bałagan w głowie. Jedno zdanie nie wiąże się z kolejnym, jej teksty nie mają początku ni końca. Choć wiem, że esej osobisty niekoniecznie musi mieć konkluzję i logiczny wywód, chaos myślowy Malmsten czasem mnie irytował. Chciałam złapać autorkę za ramiona i powiedzieć jej: "Weź się, kobieto, zdecyduj, o czym chcesz pisać i co chcesz przekazać, zanim siądziesz do komputera!". To nie znaczy, że nie ma w jej zbiorku ciekawych tekstów. Cudownie nostalgicznie są jej wspomnienia z dzieciństwa. "Nie ma już pomarańczy" o rodzicach i oczywiście pomarańczach oraz "Konfitura z róży, minigolf, żmijowce i morszczyn" o wakacjach na kempingu i całowaniu z niemieckim chłopcem wzruszyły mnie bardzo. "Czarna smuga - o Thomasie Bernhardzie" jest, o dziwo, bardzo składny, przyjemnie intymny, a także szalenie oryginalny. Z "Jak pisałam 'Karła Gustawa'" zostaną mi te mądre słowa: "Że nigdy się nie udaje chwycić właściwych słów, a nawet jak się je pochwyci, to nie da się ich umieścić na właściwym miejscu - tym miejscu, które jest najbliżej prawdy". Ech, sama prawda... Esej "Czas" jest poetycki, nostalgiczny niczym wynurzenia Prousta, choć zdecydowanie bardziej dramatyczny. Jest w nim ta specyficzna, skandynawska gorzkość, smutek w radości, który wyczuwam niemal w każdej szwedzkiej czy norweskiej powieści. Co mnie raziło i co niemal zawsze mnie razi w książkach wydanych w Polsce, to jak zwykle fuszerka korektorów czy tłumaczy. Tutaj pojawiły się "oberżyny" zamiast "bakłażanów" oraz "Graham Green" - ale zaznaczam, że to jedyne błędy, które wyłapałam i nie wpływa to na mój odbiór tekstów Malmsten, zakładam że to wina wydawcy. Mam silne wrażenie, iż autorka napisała "I znowu mam bałagan w papierach" dla pieniędzy, tylko i wyłącznie. Jej teksty są takimi, które pisze się na blogu, choć mogę wymienić tuzin blogowiczek piszących lepiej niż Szwedka. Rozważania o wszystkim i o niczym czyta się szybko, przyjemnie i bez większych emocji. Na okładce napisano, że ceni się autorkę za "oryginalny styl", ale ja miałam trudności w doszukaniu się wielkiej oryginalności w tych tekstach. Chyba że za oryginalność uznamy bałagan wywodu. Malmsten rozsądniej by zrobiła, gdyby zamiast pisać tyle, zrealizowała własny postulat: "Byłoby lepiej, żeby ktoś zajął się tym złem, które tkwi w niepisanym świecie, nie potrzeba już więcej słów, potrzeba działań".
niedziela, 22 sierpnia 2010
Mysia Dziura na Końcu Świata
Uliczka w St. Ives Kornwalia jest krainą dość surową i jedną z najbiedniejszych w Wielkiej Brytanii. Pozostałości starych kopalni cyny tkwią dumnie na polach czy pagórkach, przypominając o dawnej potędze gospodarczej. Złoża metali jednak wyczerpały się już pod koniec XIX w., zaś górnicy masowo emigrowali do Australii, USA i RPA. Dziś rejon żyje przede wszystkim z turystyki. Widać po wsiach i miasteczkach, jak biedne są, zwłaszcza w porównaniu z Devon, do którego pojechaliśmy później. Domki z surowego, szarego kamienia są urocze, ale malutkie, stropy niskie, okienka miniaturowe. Wiele wygląda jak nieozdobione domki z ciemnej czekolady. Do tego dochodzą brzydkie, otynkowane kwadratowe domy, podobne do walijskich (i niekiedy także polskich). Rozczarowało nas bardzo St. Ives, w którym wakacje spędzała rodzina Virginii Woolf, gdy pisarka była jeszcze dzieckiem i nastolatką. Słynną Godrevy Lighthouse, która stanowiła inspirację do powieści "Do latarni" widzieliśmy jedynie z bardzo daleka. St Ives ma brzydką plażę, mało malowniczy port i pełno nieapetycznych urlopowiczów. W Kornwalii i Devon mieliśmy okazję przekonać się, dlaczego w statystykach Brytyjczycy zajmują bodajże pierwsze miejsce w Europie jeśli chodzi o otyłość. Tyle otyłych kobiet widziałam tylko w Stanach Zjednoczonych. W Londynie zdecydowaną większość stanowią osoby szczupłe, choć to żadna niespodzianka, że stolica jest mało reprezentatywna dla całego kraju. Na prowincji kuchnia jest tłusta i mało urozmaicona, a w dodatku droga w porównaniu z Londynem. Za mniej ciekawe dania płaciliśmy z reguły o 1/3 więcej niż w stolicy. Co nas jeszcze zaskoczyło, to fakt, jak bardzo "białe" są Kornwalia i Devon. Widzieliśmy jedną indyjską rodzinę, kilkoro czarnych dzieci, trzech nastolatków afgańskich, ale wszyscy pozostali mieli biały kolor skóry. To był dla mnie lekki szok, odzwyczaiłam się od tego, że olbrzymia większość osób wokół mnie jest 1) otyła, 2) biała. Brzydka plaża w St. Ives Latarnia Godrevy St. Ives Po nieco przygnębiającym St. Ives, którego dawny urok nie zostawił żadnego śladu, wszystkie miasteczka i wsie robiły na nas zdecydowanie pozytywne wrażenie. Wszędzie jest czyściutko, nie ma żadnych papierków na ulicach czy plażach, każdy dba o swoje domostwo, nieważne czy to zamożna wioska Lynmouth w Devon, określana mianem "małej Szwajcarii" czy uboga, szara, pogórnicza St. Just w Kornwalii, gdzie zatrzymaliśmy na pierwszą noc. Ilość kwiatów i bujnej zieleni oszołomiła mnie. Nie da się ukryć zamiłowania Brytyjczyków do ogrodnictwa :) Cudne, kolorowe drzwi domów w malutkiej Mysiej Dziurze (miasteczko naprawdę nazywa się Mousehole), kosze z kwiatami na parapetach, kwiatowe aranżacje na trawnikach i w przydomowych ogródkach, wreszcie polne kwiaty czy kwiaty wyłaniające się z zielonych murów, które ciągną się czasem wzdłuż dróg, urzekały mnie. Łódka na oceanie w Mousehole Kolorowy ogródek w Mousehole Mieszkańcy Mousehole bardzo dbają o swoje domostwa Patriotyzm lokalny wydawał nam się uroczy i niegroźny. Wszędzie można zauważyć biało-czarną flagę Kornwalii, w Mousehole dodatkowo bardzo wiele mieszkańców ma przynajmniej jedną figurkę myszki na parapecie, a niektórzy posiadają znacznie pokaźniejsze kolekcje. Wszędzie mieszkają lokalni artyści wyrabiający kubki, naczynia ceramiczne, malujący obrazki czy tworzący biżuterię lub figurki, choćby tych słynnych myszek. Jeden z bardzo lubianych przeze mnie kubków zbił mi się niedawno i musiałam go wyrzucić, więc zakupiłam w Devon nowy - śliczny, kolorowy, z latarnią w czerwono-białą kratkę, czerwonym statkiem na morzu i łódeczkami. Już stał się moim ulubionym. Port w Mousehole Kolorystyka niczym w Grecji Stare domy w Mousehole Uroczy sklepik z ceramiką w Mousehole Starsi mieszkańcy przejawiają nostalgię za dawnymi czasami, jedna z pań przy śniadaniu w pensjonacie w Porthcurno opowiadała, że chciałaby, by jej dzieci miały takie samo dzieciństwo, jak ona miała. Bezpieczne, spokojne, za pan brat z przyrodą i oceanem. Młodzi ludzie z ambicjami jednak muszą wyjechać, w Kornwalii nie ma dla nich perspektyw. Ale jeśli ktoś marzy o spokojnej emeryturze, w czasie której będzie zajmował się ogródkiem i surfował, sama nazwa miasteczka Land's End ma moc przyciągania...
czwartek, 19 sierpnia 2010
"Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje świadków" - Juliette Morillot i Dorian Malovic
Po lekturze takiej książki niemal wszystkie inne wydają się banalne. Juliette Morillot i Dorian Malovic, francuscy reporteży wysłuchali dziesiątek uchodźców z Północnej Korei, którzy nierzadko otworzyli przed nimi swe serca opowiadając historie, na wspomnienie których włos mi się jeży. Podnosiłam głowę znad książki i błędnym wzrokiem rozglądałam się wokoło, dostrzegając otoczenie w nowym świetle. Raz na jakiś czas dobrze jest przypomnieć sobie, jak to dobrze, że mam dach nad głową, pełną szafę ubrań, że mam co jeść i nie muszę mieszać w desperacji kurzu z wodą i jakimiś korzonkami, że nie muszę palić swoich drzwi w obawie przed zamarznięciem w trzydziestostopniowym mrozie. Że mogę ufać ukochanemu i wszystkim moim przyjaciołom i znajomym (i obym nie musiała nigdy przekonywać się, czy ktokolwiek z nich wydałby mnie na pewną śmierć), że nie muszę nosić odznaki Kim Ir Sena w panicznym lęku, że jeśli ją zgubię czeka mnie obóz pracy lub kara śmierci. Że nie muszę patrzeć na moich rodziców, umierających na moich oczach z głodu, że mogę dokonywać wyborów życiowych. Że wiem co nieco o świecie. Morillot i Malovic mówią świetnie po chińsku i koreańsku (także w wersji północnokoreańskiej), mogli więc porozumiewać się z uchodźcami bez pomocy tłumacza, co ma niebagatelne znaczenie jeśli chodzi o zdobycie zaufania rozmówcy. Spędzili wiele czasu w Seulu, Mandżurii (gdzie mieszka ok. 300 tysięcy uchodźców północnokoreańskich), Japonii (gdzie także pewne rejony zamieszkują starsi już przybysze z Północnej Korei) oraz samej Korei Północnej (przede wszystkim w Phenianie). Rozmawiali z ludźmi z najróżniejszych środowisk - wysoko postawionym w rządzie dyplomatą, prostytutką, handlarzami, którzy wielokrotnie przeprawiają się przez słynną rzekę Tuman, by handlować po stronie chińskiej, a także wieloma innymi, anonimowymi uciekinierami. Niemal wszyscy nie są nazywani prawdziwymi imionami i nazwiskami, by utrudnić identyfikację północnokoreańskim służbom bezpieczeństwa. Zmieniono także pewne szczegóły z ich przeszłości, np. zawód czy nazwę rodzinnej wioski, ale w taki sposób, by zmiana nie mogła podważyć ich wyznań. Gdy obywatel tego kraju ucieka poza granicę Północnej Korei kara w postaci więzienia bądź zesłania do obou pracy grozi bowiem nie tylko jego bliskiej i dalszej rodzinie, ale również wszystkim znajomym oraz współpracownikom z miejsca pracy. W trosce o bezpieczeństwo innych potencjalny uciekinier nie zwierza się nikomu ze swoich planów, ale też nie może nikomu ufać, znane są bowiem przypadki donosicielstwa, nawet wśród małżonków. Wielu uchodźców z bólem serca mówiło o swojej ojczyźnie, że to kraj, w którym nikt nie wie, co to zaufanie. Słusznie piszą autorzy: "Ofiarami tego reżimu są wszyscy: więźniowie i kaci, biedacy i bogacze, wykorzystywani i wykorzystujący". Czytelnikom wychowanym w krajach demokratycznych trudno wyobrazić sobie potworną izolację mieszkańców Korei Północnej, w której wciąż wiele osób wierzy, iż żyje w raju, systemie najlepszym z możliwych. Ślepo czczą Kim Ir Sena, mimo iż wielu cierpiało za jego rządów katusze, wielu także straciło życie. Uchodźcy przyznają zgodnie, że Kim Ir Sen nie był zły, za to Kim Dżong Il to "katastrofa" - przyznam, że zdziwiona byłam tym brakiem lojalności dla obecnego dyktatora. Wielu uciekinierów wciąż jest ogromnymi patriotami, mimo "zdrady ojczyzny". Uciekli, by ratować własne życie, by nie umrzeć z głodu, by zapewnić dziecku lepszą przyszłość, by nie lękać się w każdej chwili dnia i nocy bezpodstawnego aresztu, by zarobić trochę pieniędzy i posyłać potajemnie schorowanym i biednym rodzicom czy rodzeństwu. Poza granicami swej ojczyzny dostrzegają często ze zdziwieniem, jakie pranie mózgu zaserwował im Przywódca Narodu. Muszą nauczyć się żyć od nowa - obchodzić się z pieniędzmi, poznać obce wcześniej produkty żywnościowe, nauczyć się mierzyć czas inaczej (większość mieszkańców Korei Północnej nie ma pojęcia, że mamy drugie tysiąclecie, tam liczy się czas od roku zerowego, czyli narodzin Kim Ir Sena w 1912 roku), uśmiechać się i poznać, czym jest uprzejmość. Do opanowania mają tysiące nieznanych wcześniej słów: prawa człowieka, demokracja, internet, wolność, szczęście... Książkę Morillot i Malovicia pochłonęłam ze ściśniętym sercem w dwa dni, mimo że temat nie jest lekki. Napisana jest jednak bardzo przystępnym językiem i choć aż roi się w niej od faktów i wiadomości o kulturze i historii, nie tylko Korei Półnonej, ale też Mandżurii, stosunków Korei Północnej z innymi krajami, tradycyjnej architektury koreańskiej, języku koreańskim (a szczególnie ogromnych różnicach między Północną i Południową częścią), broni nuklearnej, informacje te umiejętnie przeplatane są najciekawszym - osobistymi zwierzeniami uchodźców i rozmowami z przedstawicielami organizacji pomagającym uchodźcom. Znać, iż autorzy dysponują olbrzymią wiedzą, ale jak napisali we wstępie, nie chcieli przyćmić nią opowieści ludzi, których spotkali. Ta książka to przykład doskonałego dziennikarstwa, gdy postacie autorów w żaden sposób niemal nie są zarysowane (poza fragmentami, gdy piszą oni, iż rozmówcy byli mile zaskoczeni, że reporterzy znają zarówno chiński jak i koreański, czy że rozmówcy czuli się pewnie w towarzystwie mężczyzny i kobiety). Nic nie wiadomo o trudach czy warunkach pobytu autorów w różnych krajach, poza problemami, jakie mieli niekiedy w ustaleniu terminów spotkań z przestraszonymi uchodźcami. "Uchodźcy z Korei Północnej" to hołd oddany osobom, o których mało pisze się w prasie, o których kulturze wciąż wiadomo zbyt mało, którzy cierpią i radują się najczęściej w milczeniu i których życie wciąż toczy się w cieniu śmierci, nierzadko nawet na uchodźstwie. "L'Express" napisał, iż "Lektura tej książki to obywatelski obowiązek tych, którzy mogą żyć w demokratycznym społeczeństwie". Zgadzam się absolutnie i wszystkim Wam gorąco polecam książkę Morillot i Malovicia.
piątek, 13 sierpnia 2010
"Legend of a Suicide" - David Vann
Na kilka dni plażowania zabrałam "To the Lighthouse" Virginii Woolf i na wszelki wypadek "Legend of a Suicide" młodego amerykańskiego pisarza z Alaski. Powieść Woolf jednak po kilkunastu stronach tak mnie wymęczyła, że z ulgą odłożyłam ją na bok i sięgnęłam po Vanna, po czym wsiąkłam na dobre. Na okładce błyszczy wielka, okrągła ryba, ale co bardziej spostrzegawczy czytelnik dostrzeże, iż wśród wzorów, które projektant umieścił na rybim ciele, znajdują się pistolety. To nie przypadek. Ryby i pistolet stanowią oś książki. Podobno na okładce amerykańskiego wydania napisano, iż ojciec autora popełnił samobójstwo. Angielskie wydanie tej informacji nie zawiera. W amerykańskim zaznaczono ponadto wyraźnie, iż książka to zbiór kilku opowiadań i jednej długiej noweli. Angielski wydawca pominął także tę informację, co wpłynęło z początku na moje skonfudowanie podczas lektury, zwłaszcza, że opowiadania poza tym, że posiadają tytuły, są ponumerowane, w związku z czym czytelnik spodziewa się ciągłości akcji. Nic takiego nie ma. O ile wiadomości o samobójstwie ojca autora nie uważam za istotną przy lekturze, o tyle dobrze potencjalnych czytelników uprzedzić, iż odrębne teksty są opowiadaniami, inaczej czytelnik, jak ja, będzie doszukiwał się sensu w niezupełnie związanych ze sobą historiach. Pięć opowiadań pisane są z perspektywy Roy'a, syna - raz młodszego, raz starszego - mężczyzny o imieniu Jim, nieszczęśliwego dentysty, który pewnego dnia strzelił sobie w głowę na pokładzie swej łodzi rybackiej. W żadnym z opowiadań Roy nie może do końca pogodzić się ze śmiercią ojca, który dawno temu rozwiódł się z matką bohatera, a następnie coraz bardziej staczał się w dół: kolejne nieudane związki wpędzały go w depresję, sprzedaż przychodni dentystycznej i zakup łodzi rybackiej okazały się porażką. Samotność dobijała ojca Roy'a, czego Roy w czasie śmierci ojca (był wówczas nastolatkiem) nie mógł zrozumieć. Motyw niezrozumienia śmierci ojca powtarza się jak bumerang. Jak bumerang wracają także ryby: łowienie ryb, przyglądanie się rybom, patroszenie ich. W pierwszym opowiadaniu narrator pisze, jak usłyszawszy wiadomość o samobójstwie, zjadł z matką bulion, po czym siedzieli oboje milcząc w salonie przy zgaszonym świetle wpatrując się w akwarium. W innych opowiadaniach Roy przywołuje związki ojca z jego drugą żoną, Rhodą, a także matki z kolejnymi mężczyznami. Związki dość zwyczajne, pełne problemów i nieporozumień jak większość związków, jednak Roy nie jest w stanie zrozumieć relacji między dorosłymi, które wydają mu się bardzo skomplikowane. W przedostatniej historii dorosły Roy wraca do małego miasteczka Ketchikan, z którego pochodzi sam autor, i poznaje kobietę, z którą jego ojciec zdradzał matkę, oraz jej męża. Proszona kolacja przebiega bez wpadek, lecz bohater czuje się niezręcznie i nieswojo. W jednym z opowiadań wyznaje "Ojciec, jakby nie było, oznacza bardzo wiele". W każdej z historii widać, że Roy nie bardzo wie, co to znaczy "ojciec". Przeczuwa, iż jego własny nie spełniał się w swojej roli, lecz sam bohater nie wiedział, czego może oczekiwać od swego ojca, z której strony ugryźć tę postać, która powinna znaczyć wiele w jego życiu, a zdaje się jedynie rzucać na to życie cień, towarzyszyć Roy'owi w codzienności, bardziej zawadzając niż niosąc otuchę. Najciekawsza i najbardziej intrygująca jest długa nowela pt. "Sukkwan Island", umieszczona między krótszymi opowiadaniami, pisana przez wszechwiedzącego narratora. Autor opowiada w niej historię przetrwania 13-letniego Roya i jego ojca na bezludnej wyspie u wybrzeży Alaski, na której ojciec kupił spartańską chatę i "skazał" oboje na spędzenie tam całego roku. Miało być wspaniale, ojciec z synem mieli zbliżyć się do siebie. Tymczasem dnie spędzane są na mniej lub bardziej sensownym przygotowywaniu się do zimy, wywołującym niepokój nie tylko u bohaterów, ale i u czytelnika, jako że żaden z bohaterów nie ma wielkiego pojęcia, co i kiedy robić. Kiedy zacząć budowa spiżarnię? Jak chronić się przed niedźwiedzami? Co robić w czasie ulewnych deszczów, gdy pogoda nie pozwala wyjść z domu? Jak łowić które ryby? Jak postępować w przypadku wypadku? Wieczorami coraz bardziej zniechęcony całym przedsięwzięciem, ale nie chcący zawieść ojca Roy musi wysłuchiwać ojcowskiego płaczu i zwierzeń dotyczących jego fatalnych związków z kobietami. Pewnego dnia życie bohaterów ulega bezpowrotnej zmianie... David Vann stworzył książkę przejmująco smutną. Postać ojca nieudacznika, który przez całe swoje życie nie wiedział, czego pragnie, do czego dąży, nie wiedział, czy jego życie w ogóle ma jakąkolwiek wartość, choćby dla niego samego, wywołała we mnie przypuszczenie, iż podobnych mężczyzn jest bardzo wielu. Niektórzy kończą jak ojciec Roya, inni do śmierci (nie wywołanej przez siebie) szamoczą się z życiem, usiłując znaleźć jego sens. To, co mnie najbardziej zasmuciło jednak, to wpływ, jaki śmierć ojca miała na jego synu. Roy nie był w bliskich relacjach z ojcem za jego życia, dopiero gdy utracił go na dobre zaczął dowiadywać się o nim więcej, próbował go lepiej poznać. Jako nastolatek nie był wystarczająco dojrzały, by zostać powiernikiem ojca, a wiadomo, że nastolatkowie potrzebują podświadomie czasem autorytetów, odsuwają się od dorosłych, kórzy jawnie okazują swą słabość, kiedy powinni stanowić wsparcie. Roy jest tego świadomy, w noweli drażni go, że ojciec zamiast pomóc sam porzebuje pomocy. Refleksyjna lektura o zawirowaniach ludzkich emocji i żałobie okazała się dla mnie idealną lekturą wakacyjną. Naprawdę nie ma dla mnie znaczenia, na ile autobograficzne są to opowieści, a to fakt czerpania z własnego życia zdaje się fascynować krytyków. Tak, "Legend of a Suicide" to bez wątpienia przykład niezwykle udanego fikcyjnego memuaru, ale można dać się pochłonąć historiom bez świadomości, ile w nich fikcji, a ile faktycznych wspomnień. Najważniejsze jest, iż kawał niezłej literatury, która przypominała mi niekiedy powieści Pera Pettersona, jednak mimo iż Vann opowiada o śmierci, jest w jego pisarstwie znacznie więcej życia i emocji niż u Norwega. Polecam gorąco!
czwartek, 12 sierpnia 2010
Fale, fale...
plaża Woolacombe Potrzeba paru chwil, by przestawić się z szybszego, miejskiego oddychania na oddychanie morskie. Nie kilku dni, nie kilku godzin, wystarcza parę chwil, by dopasować swój oddech do przypływu i odpływu fal. Siedzenie na ciepłym piasku, zatapianie palców między ziarnami i drobinkami roztartych muszelek zakotwicza w ziemi. Ocean Atlantycki niemal na wyciągnięcie ręki, spienione fale straszą, by nie zbliżać się za bardzo do wody, inaczej porwą i nie oddadzą lądowi. W pamięci mam wciąż jeszcze film Miyazakiego "Ponyo", który obejrzałam przed wyjazdem na wakacje, wciąż kołacze groźna postać ojca - czarownika i fale jako włosy matki - królowej morza. Lecz mnie fale kojarzą się raczej z płucami morza czy oceanu, z jednostajnym rytmem łapania powietrza. Drzemie w nich siła niezwykła, która daje znać o sobie codziennie. Jakże ocean może oddychać tak słabo, by cofnąć się z plaży o kilka metrów, by pod wieczór znów przybrać na mocy i zalać rozgrzany w ciągu dnia piasek? Co jeszcze potrafi woda, która zdaje się zachęcać do pluskania się i zanurzenia coraz bardziej brązowych nóg i ramion? plaża Porthcurno
okolice plaży Porthcurno moje zapiaszczone stopy Na plażach spędzaliśmy wiele godzin każdego dnia i wieczora. Jedliśmy, opalaliśmy się (na szczęście słońce nie przygrzewało mocno, gdy przykrywały je chmury można było założyć sweter, ale wystarczająco, by zarumienić twarz i bym teraz mogła cieszyć się brązowymi - jak na kilka zaledwie dni plażowania - nogami), czytaliśmy, spaliśmy - cudowne są popołudniowe drzemki na słońcu. Ciemnym wieczorem na plaży Woolacombe siedzieliśmy na piasku z butelką wina i pizzą wsłuchując się w nieustający szum fal. Zanurzyliśmy się tylko raz, temperatura wody 13 stopni nie nastrajała do długich kąpieli. Na każdej plaży, na której byliśmy, surferzy młodzi i starzy, ubrani w pianki niczym w burkini, walczyli dzielnie z falami, próbując okiełznać je swoimi przymocowanymi do kostek u nóg deskami. Nielicznym udawało się stanąć na desce, ocean buntował się przeciwko rewolucji surferów. surfer na Woolacombe zamglone pagórki Sennen Cove chatki plażowe na Woolacombe Budziliśmy się o poranku i zasypialiśmy nocą do szumu fal. Czasem przykładałam dłonie do uszu niczym wielkie muszle i kryłam dźwięki między miękkim i ciepłym wgłębieniem dłoni a chrząstkami uszu. Miałam wrażenie, że szum wnika we mnie, że zagnieżdża się na dobre i że krew płynie w mym ciele do rytmu fal. Zamykałam oczy i kołysałam się zasypiając na ręczniku. Czasem trzęsłam się z zimna, gdy letnia sukienka i cienki sweter okazywały się niewystarczające na zdradliwy wiatr. Lecz chwilę potem promienie słoneczne otulały mnie mocno i wyciągałam się jak jaszczurka na kamieniu, wystawiając nos do nieba. Egzystencjalne lęki znikały precz, gdy sięgałam wzrokiem hen przed siebie. Intuicja podpowiada mi, że terapia polegająca na wpatrywaniu się w horyzont wzmacnia na duchu, człowiek czuje się częścią wszechświata, a to cieszy niebywale i uspokaja rozedrganą duszę. Coś w tym horyzoncie, szczególnie morskim, jest. Tajemnica istnienia. widok o poranku z okna naszego pokoju na Woolacombe Woolacombe widziana z ogrodu pensjonatu Pogoda w Kornwalii i Devon zmienna jest niczym najbardziej kapryśna księżniczka. Poranna mgła, nie pozwalająca uchwycić granicy między taflą wody a niebem i zniekształcająca obraz długiego na 3km pasa plaży Woolacombe, podczas śniadania ulegała rozproszeniu i piękne słońce odbijało się nam w szklankach z sokiem pomarańczowym. Zmieniające się na naszych oczach kolory morza przypominały mozaiki obracanego powoli w dłoniach kalejdoskopu, lecz takiego, w którym widać wyłącznie odcienie niebieskiego i zielonego. Turkus plaży Porthcurno i otaczające ją ostre klify przywodziły na myśl najpyszniejsze plaże greckich wysp. Lecz gdy kilka warstw płynących w różnych kierunkach chmur przykrywały słońce, woda przybierała barwę srebrzystą i wywoływała nostalgię za imponującymi plażami Oregonu. Długie pasy żółtego piasku, wielobarwne fale z białą pianką, pagórki pokryte wysoką trawą w odcieniach soczystej zieleni i słomy kojarzyły mi się z plażami Bałtyku oraz Południowej Karoliny. Nazwy zaś niektórych plaż, szczególnie słynna Woolacombe, a także kultura surferska powodowały, że tęskniłam za dniami spędzonymi na licznych plażach Sydney. Anglia ma wszystkie plaże świata na obszarze kilkuset kilometrów. Porthcurno Spokojna Woolacombe
poniedziałek, 09 sierpnia 2010
O spełnianiu marzeń - "Fitzcarraldo", reż. Werner Herzog, 1982
Odkąd pamiętam tworzę własne klasyfikacje filmów. Nie dla mnie podział na kino ambitne i masowe, czasem stosuję podział na kino narodowe, ale z tych oficjalnych szufladek najbardziej przekonuje mnie podział na slow cinema i fast cinema. Ale najlepsze są dla mnie moje własne podziały. Kino żegnania dzieciństwa, kino drogi, kino malarskie, kino gorące, kino milczące - to moje gatunki. Od jakiegoś czasu ukochałam sobie kino o marzeniach, spełnionych i niespełnionych i na nie zwracam szczególną uwagę. Do ostatnich odkryć należy "Fitzcarraldo" Wernera Herzoga, film o bardzo konwencjonalnej narracji (nie wiem czemu spodziewałam się szaleństwa w tej kwestii) z Klausem Kinskim w roli głównej. Jako dwunastolatka przeczytałam autobiografię Kinskiego i jak to nastolatka skupiłam się podczas lektury na "pikantych" fragmentach, a tych nie brakowało. Sam aktor wydał mi się postacią obrzydliwą i unikałam przez lata filmów, w których zagrał. Przekonałam się do niego teraz, po obejrzeniu "Fitzcarraldo". Mam silne wrażenie, że sam Kinski musiał identyfikować się z bohaterem, pełnym brawury, łamiącym konwencje w imię dążenia do upragnionego celu - budowy opery w peruwiańskim miasteczku na początku XX wieku. Irlandzki baron Fitzgerald nade wszystko kocha bowiem operę, bardziej nawet niż elegancką właścicielkę domu publicznego (w tej roli piękna Claudia Cardinale) i zrobi wszystko, by móc słuchać arii w swoim miasteczku. "Wszystko" oznacza w jego wypadku zdobycie fortuny na przemyśle gumowym. W tym celu podejmuje się czynu szalonego: by dotrzeć do działki w dżungli nie zajętej jeszcze przez nikogo i uniknąć płynięcia przez porywisty odcinek rzeki Ucayali, gdzie zwodnicze prądy gwarantują nieszczęście, decyduje się dosłownie przenieść cały parowiec, którym płynął wraz z załogą, przez ląd do innej rzeki, która pozwoliłaby mu spokojnie dopłynąć do działki. Ląd jest górzysty, zachowanie pomocnych na pozór tubylców często enigmatyczne i nieprzeniknione, jednak Fitzcarraldo mimo niepowodzeń nie traci celu z oczu. Sama realizacja filmu była rzecz jasna kosztowna i skomplikowana. Dla potrzeb obrazu faktycznie przenoszono statek lądem do rzeki, więc sceny przedstawiające olbrzymi wysiłek kilkuset osób nie są udawane. Szczególnie od strony wizualnej film jest mistrzowski. Tropikalna dżungla, rwące strumienie rzeki, niezwykłe, pełne godności sylwetki ludzi zamieszkujących te nieprzyjazne człowiekowi tereny, a w centrum Fitzcarraldo z rozwianym włosem, wyrazistymi rysami twarzy, w białym garniturze słuchający Enrico Caruso na pokładzie parowca - te sceny hipnotyzują widza. Najbardziej zafascynowała mnie jednak psychologia postaci i sam koncept marzenia. Kiedy można mówić o chorych ambicjach? Kiedy marzenie jest zbyt wielkie, niemożliwe do zrealizowania? Pamiętam "Man on Wire" - marzenie o przejściu bez zabezpieczenia na stalowej linie między wieżowcami World Trade Center także zdawało się być zrodzone w umyśle szaleńca, a jednak Petitowi udało się je zrealizować. Czyżby wszystko zależało od determinacji marzyciela, od jego przemożnej woli sukcesu? Czy sprawdza się angielskie powiedzenie "sky is the limit"? Zastanawiam się, ile marzeń nie zostało nigdy zrealizowanych, ile nadziei i pragień porzuconych, bo ich autorzy byli zbyt słabi, zbyt podatni na zniechęcające opinie innych, mówiących "To się nigdy nie uda". Marzenia takie jak Petita czy Fitzcarraldo to marzenia monumentalne, niemalże niemożliwe do ogarnięcia przez osobę o skromniejszych aspiracjach. Ale właśnie paradoksalnie większe jest ryzyko, że te skromniejsze aspiracje, małe marzonka, nie zostaną zrealizowane. Ile osób żyje w miejscach, w których źle się czuje, z ludźmi, od których nie ma siły odejść, wykonuje pracę, którą lęka się porzucić. A nuż jest to najlepsze, co ich spotyka? A nuż za rogiem zamiast poczucia spełnienia i radości z odważnego czynu, nie kryje się nic? Kim byliby Fitzcarraldo i Petit bez swoich marzeń? W głowie wciąż jako światełko alarmowe zapala się film "Revolutionary Road" ("Droga do szczęścia"). Jak niewiele warte jest życie, w którym człowiek boi się spełniać marzenia, w którym boi się niepowodzeń. Niepowodzenia się zdarzają, zdarzały się także Fitzcarraldo i Petitowi - mieli oni dziesiątki okazji, by się wycofać, wiele razy los (jeśli ktoś wierzy w los) jakby zaprzysiągł się, by im przeszkodzić. Ale nie poddali się, zwyciężyli. Dla tego zwycięstwa warto żyć, warto żyć nawet dla samej próby realizacji marzenia. Wciąż powtarzam sama sobie, że nie można z marzeń rezygnować, bo cóż warte jest życie bez wyzwań? W filmie jednak poruszona została dodatkowo ciekawa kwestia hierarchizacji kultur. Fitzcarraldo angażuje do pomocy setki osób zamieszkujących dżunglę, z którymi nie potrafi porozumieć się w ich języku. Nie przychodzi mu do głowy, by w jakikolwek sposób zapłacić im za pracę. Zwyczajnie wykorzystuje ludzi, których kulturę uważa za mniej wartościową. Problem wartościowania kultur jest bardzo powszechny w każdym chyba społeczeństwie - tutaj został bardzo klarownie ukazany. Oglądając film sympatyzowałam z szalonym marzeniem bohatera, refleksja odnoście jego dążenia, całkiem dosłownie: po trupach do celu, przyszła później. Więc może jednak z pewnych marzeń trzeba rezygnować, bo okupione są zbyt dużym poświęceniem? Jak może dać satysfakcję realizacja marzenia, gdy jest się świadomym, iż w dążeniu do niej zagubiła się gdzieś po drodze przyjaźń, miłość, ktoś stracił życie? Chyba najważniejsze w tym wszystkim jest umieć przewidzieć bilans strat i zysków związany ze spełnianiem marzeń, ale też potrafić zrezygnować z dążenia do realizacji niektórych. Bo choć życie bez marzeń jest niewiele warte, to myślę, że prawdziwy dramat dzieje się, gdy człowiek staje się niewolnikiem własnego marzenia i nie jest w stanie ani na moment odsunąć od siebie myśli o nim...
piątek, 30 lipca 2010
Już za parę dni, za dni parę...
nie wezmę ani plecaka ani gitary, ale dwie książki (w tym obowiązkowo "To the Lighthouse" Virginii Woolf) i wyruszę na kilka dni na angielskie wybrzeże Devon i Kornwalii. Do zobaczenia, ukochany Londynie, witajcie długie, piaszczyste plaże obmywane falami, wysokie klify, spokojne pensjonaty wiktoriańskie z sypialniami z widokiem na morze, morskie bryzy i słońce. Pragnę też przygotować Was na drugi numer Archipelagu, który wyjdzie niebawem i będzie pełen atrakcji. Nie zdradzę, co będzie tematem przewodnim, ale podaję tu małą podpowiedź muzyczną - i nie, to nie będzie Ameryka :)
środa, 21 lipca 2010
Kerala mlekiem i miodem płynąca - "The Last Jews of Kerala" ("Ostatni Żydzi Kerali") - Edna Fernandes
Kerala przypomina raj na ziemi. Bujna roślinność, plaże przyjemne do spacerowania, stosunkowo łagodny klimat, wspaniała kuchnia, ciepli, życzliwi ludzie, urocze miasta i wsie. Nic dziwnego, że właśnie ten region Indii był dawniej centrum handlu przyprawami, odwiedzanym przez Greków, Rzymian, Arabów, Chińczyków, a także Żydów. Zgodnie z legendą pierwsi Żydzi przybyli do Kerali już w 70 roku naszej ery. W XVI wieku maharadża z Travancore i Cochin (inna nazwa, także powszechnie obowiązująca, to Kochi) dał im schronienie, gdy uciekali przed prześladowaniami, których ofiarami byli w Europie i na Bliskim Wschodzie. Podarowano im ziemię zaraz obok pałacu maharadży, która później stała się znana jako Jew Town, Miasteczko Żydów. Tu właśnie w 1568 roku zbudowano słynną na całe Indie synagogę Pardesi. Edna Fernandes, brytyjska dziennikarka indyjskiego pochodzenia, wybrała się do Kerali, by napisać książkę, odpowiadającą na pytanie: Co się stało z Żydami z Cochin? W trakcie pisania książki w Jew Town mieszkało zaledwie dwanaście osób, teraz jest ich bodajże tylko sześć czy siedem. Dlaczego Żydzi, którzy w Kerali spotkali się z najcieplejszym przyjęciem, jakie mogli sobie wymarzyć, którzy przez setki lat żyli w dobrobycie, pokoju i zgodzie z wyznawcami innych religii, wyjeżdżają z Indii bądź umierają bez potomków? Kościół w Cochin Trzy kąpiące się Gracje Kamienica w Cochin Plaża w Cochin Trzeba zaznaczyć, że Żydzi z Cochin dzielą się na dwie grupy. Większą grupę stanowią Meyuhassim lub Żydzi z Malabar (Malabari Jews), zwani też potocznie Czarnymi Żydami, mieszkający w Ernakulam, części miasta oddalonej od Fortu Cochin krótką przejażdżką statkiem. Ich przodkowie przybyli podobno do Indii jako kupcy za czasów króla Salomona. Fernandes wspomina, że ich grupa liczy 32 osoby. Drugą grupę stanowią ci mieszkający w Jew Town, Pardesi Jews, którzy przybyli z Egiptu, Iraku, Syrii, Iranu, Hiszpanii i Niemiec. Stosunki między obiema grupami od lat charakteryzuje wzajemna wrogość. Żydzi z Jew Town uważają się za lepszych, bardziej "żydowskich", po części ze względu na swoją jasną karnację - opisywana przez Fernandes Sarah Cohen wygląda podobno jak typowa niemiecka Oma, z siwymi lokami na głowie, w podomce, robiąca swetry na drutach w progu swego domu na ulicy Synagogue Lane. Sądząc po zdjęciach dostępnych w internecie skojarzenie jest jak najbardziej zrozumiałe. Żydzi z Ernakulam, ciemniejsi, mają natomiast za złe Białym Żydom, iż ci nie akceptują ich i że przez lata odmawiali im godnego praktykowania religii. Na poprawę stosunków między grupami nieznacznie tylko wpłynęły dwa małżeństwa "mieszane", kiedy to dwaj bracia Salem, Czarni Żydzi, poślubili kobiety z grupy Białych Żydów. Fernandes wiele czasu spędziła na wysiłkach, by porozmawiać z "głową" Żydów z Fortu Cochin, Sammym, bezskutecznie. Rozmawiała natomiast z Sarah Cohen i innymi mieszkańcami Synagogue Lane, a także z dużo bardziej życzliwszymi dla niej Żydami z Ernakulam. Starała się rozwikłać zagadkę wyginięcia Żydów w Kerali i ich masowej emigracji do Izraela w latach 1950-tych. W latach 1940-tych żyło w Cochin aż dwa tysiące Żydów - w swoim dzienniku podróżnym słynny Pierre Loti (znany najlepiej z opisów podróży do Stambułu) z entuzjazmem pisał o kwitnącej kulturze żydowskiej w Cochin, jednak już niedługo po powstaniu państwa Izrael, w keralskim mieście pozostało zaledwie ok. pięćdziesięciu Żydów. Fernandes pojechała także do Izraela, do małej miejscowości na południu pustyni Negev, gdzie mieszka wielu Żydów z Cochin. Na suchej, pustynnej ziemi udało im się odtworzyć ukochany krajobraz Kerali, z rajskimi ogrodami pełnymi kwiatów i willami w portugalskim stylu. Nie widzą już szans na powrót do Indii, jednak tęsknią za spokojem i bezpieczeństwem, jakim cieszyli się w dawnej ojczyźnie. Łowienie ryb Widok z zaniedbanego podwórka w Forcie Cochin na Ernakulam Keralscy rybacy Fernandes jest świetną reporterką, potrafi dotrzeć do ludzi i zdobyć sobie ich przychylność i zaufanie. W książce dużo uwag poświęca faktom historycznym, ale nie sposób pisać o ostatnich Żydach z Kerali nie cofając się do skomplikowanej historii ich dziejów, nie pomijając także losów Żydów z Kalkuty i Bombaju. Sięgnęłam po książkę, chcąc przede wszystkim dowiedzieć się więcej o części miasta, które zauroczyło mnie podczas podróży do Indii trzy lata temu. Synagogue Lane wydało mi się turystyczną atrakcją, zresztą tak postrzegają ją sami Żydzi jeszcze tam mieszkający. Nie ma już zabaw organizowanych wspólnie, kultura żydowska nie kwitnie. Zbyt mało jest osób, by wypełniać nawet najbardziej podstawowe obrzędy i obchodzić święta żydowskie w zgodny z tradycją sposób. Żydzi muszą polegać na innych, robić zakupy u muzułmańskich, chrześcijańskich czy hinduskich sklepikarzy. Idąc w stronę synagogi mijaliśmy sklepiki prowadzone, jak się dowiedziałam z książki Fernandes, przez imigrantów z Kaszmiru, pełne dewocjonaliów, w których figura Jezusa stoi tuż obok Ganeshy i Buddy. Kraty mają ornamenty Gwiazdy Dawida tuż obok pradawnego symbolu swastyki, oznaczającej powodzenie i rozpowszechnionej w religiach hinduistycznej, buddyjskiej i w dżiniźmie. Synagoga zwieńczona jest piętnastwieczną wieżą kościelną, skromną, beż żadnych ornamentów. Sama synagoga także jest niepozornym, niczym nie wyróżniającym się budynkiem. Pomalowana na biało nie zdradza skarbów, jakie kryje w środku. Cenne są wiszące u sufitu kryształowe żyrandole z Wenecji i biało-błękitne kafle na podłodze, które przybyły w XVIII wieku do Kerali z Chin i miały pokrywać podłogę hinduistycznej świątyni maharadży, jednak drobnym podstępem Żydzi obecni na statku przejęli je dla swojej świątyni (powiedzieli podobno maharadży, iż przy produkcji kafelków wykorzystano krew krowy, wobec czego maharadża podarował je Żydom). Te kafle odegrały ważną rolę w powieści Salmana Rushdiego pt. "Ostatnie westchnienie Maura". Drewniana skrzyna zawiera bezcenne zwoje Tory. Przy wejściu do synagogi pod ścianą ustawione jest kilka starych, zmurszałych tablic nagrobkowych. Okna kamienicy na Synagogue Lane Wieża zegarowa synagogi Sklepik na Synagogue Lane Wnętrze Pardesi Synagogue Płyty nagrobkowe przy synagodze Czy kultura Żydów z Cochin odchodzą w przeszłość? Fernandes nie odpowiada jednoznacznie na to pytanie. W Izraelu i innych miastach indyjskich wciąż mieszkają Żydzi pielęgnujący mit domu - Kerali, gdzie ich naród nigdy nie zaznał dyskryminacji. Gdzie żyło się w szczęśliwości, dostatnio i spokojnie. Młodych gnało jednak w świat, szukali lepszych perspektyw na zdobycie pracy, żony, która - jak tłumaczy jeden z poszukujących kawalerów "nie będzie powodem mojego bólu głowy", pragnęli żyć na "Ziemi Obiecanej". Cóż, Izrael wielu przybyszy z Kerali mocno rozczarował, jednak nie mają dokąd wrócić. Być może młodsze pokolenia, zmęczone konfliktem palestyńsko-izraelskim, zapragną powrócić na ziemię rodziców i dziadków, zamarzą o potrawach z kokosa i leniwych piątkowych wieczorach szabasowych pod palmą. Wskrzeszenie umierających tradycji jest możliwe. Jeden z licznych latających mieszkańców Cochin PS. Książka została już przetłumaczona na język polski, nosi tytuł "Ostatni Żydzi Kerali" i wydało ją wydawnictwo Cyklady.
wtorek, 20 lipca 2010
Wirus łańcuszkowy
Dawno w blogosferze nie krążył żaden łańcuszek, ale wiedziałam, że to tylko kwestia czasu, zanim się pojawi i ja także zostanę zaproszona. Tym razem zaproszenie dostałam od Yume, więc odpowiadam na trzy pytania: 1. Do jakiego miasta/kraju chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą? Jest takich miejsc kilka. Bardzo chciałabym zobaczyć Buenos Aires, zainspirowana wieloma lekturami. Posiedzieć w kawiarni na placyku, posłuchać tanga późnym wieczorem w barze, powłóczyć się ulicami, pozaglądać do księgarń i zrobić wszystko inne, co się zwyczajnie robi w tym mieście, a o czym jeszcze nie wiem. Marzę o podróży do Iranu - pod wpływem książek i filmów. Iran jest ogromnym krajem, a ja chciałabym zobaczyć więcej niż tylko Teheran. Marzy mi się Shiraz, góry Kurdystanu, irańska wyspa Kish, Isfahan, Qom. Chiałabym doświadczyć legendarnej uprzejmości Irańczyków i na własne oczy przekonać się o irańskich paradoksach społecznych. Ponadto z wielką przyjemnością wybrałabym się kiedyś w wielką podróż po Chinach, także zainspirowana filmami na równi z książkami. I chciałabym zwiedzić, podobnie jak w przypadku Iranu, różne części tego kraju, miasta i prowincje, góry i pustynie, rzeki i morze. 2. Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania latem? To zależy gdzie jestem. W mieszkaniu lubię czytać w łóżku, bo tu jest przyjemny chłodek i lekki wiaterek. Poza domem dość chętnie czytam na trawie, jeśli mam miękki koc. W podróży czytam wszędzie, lubię na hamaku, rozkładanym leżaku/łóżku gdzieś w ogrodzie, przyjemnie czytało mi się w Indiach na stateczku, który wynajęliśmy na dobę, by opłynąć laguny w Kerali. 3. Poleć jedną książkę do czytania na wakacje. Dla mnie letnim autorem jest Jorge Luis Borges. Jego opowiadania z tomiku "Fikcje" czyta się szybko, wciągają czytelnika w inny wymiar, niż ten, który widzi naokoło siebie. Nie jest to zawsze lekka lektura, ale każda historia jest frapująca, zmuszająca do ćwiczenia umysłu, sprzyjająca rozmowom z wakacyjnym kompanem. Opowiadania są krótkie, więc łatwo odłożyć lekturę na plaży (na przykład) na bok, pójść do morza czy zdrzemnąć się, a lektura Borgesa i słońce mogą spowodować, że sny będzie się miało nadzwyczaj interesujące... 4. Jaka jest Twoja najnowsza wakacyjna lektura? Co zaczęłaś czytać? Kilka dni temu zaczęłam czytać "Covering Islam. How the media and the experts determine how we see the rest of the world" Edwarda W. Saida - bardzo wciągająca lektura. Skończyłam niedawno "The Last Jews of Kerala" Edny Fernandes (recenzja wkrótce) i "The Crazed" Ha Jina, na stoliku nocnym leżą eseje Anne Fadiman "At Large and at Small", a w bibliotece już czeka na mnie "Girls of Riyadh" autorki, która nazywa się Rajaa Alsanea. Nie wyznaczam nikogo, jak już pisałam nie przepadam za nakłanianiem do udzielania odpowiedzi (już się wyżyłam w "Guilty pleasures"), ale kto ma ochotę, tego zapraszam do odpowiedzi na pytania na swoim blogu lub u mnie w komentarzach. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||