Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi
|
środa, 25 stycznia 2012
Woyzeck w RPA
Jestem chyba jedną z niewielu osób z kręgu kultury zachodniej, które do niedawna nie widziały żadnego filmu ani sztuki na podstawie dramatu Georga Büchnera. Najsłynniejszy film z Klausem Kinskim w roli głównej nigdy nie stanął na mej drodze. Jesienią obejrzałam natomiast z ogromną przyjemnością sztukę "Woyzeck on the Highveld", kukiełkowego teatru Handspring Puppet Company z RPA, wyreżyserowaną przez Williama Kentridge'a i wznowioną przez Luca de Wita. W tym dramacie Woyzeck nie jest niemieckim żołnierzem z początku XIX wieku, a biednym pracownikiem migracyjnym w Johannesburgu z 1956 roku. Bardzo lubię teatry kukiełkowe, choć rzadko mam okazję je oglądać - mimo że na brak ciekawych spektakli w Londynie nie mogę narzekać. Ten był szczególny. Melancholijna muzyka, ponure obrazy wyświetlane w tle i ten rozdzierający serce wyraz twarzy kukiełek powodowały, że nawet osadzenie historii w Afryce połowy XX wieku nie było istotne. Równie dobrze mogłoby to być bezosobowe miasto chińskie czy rosyjskie dzisiaj. Bohater walczy bowiem o przetrwanie w nieprzyjaznym mieście, opętany przez zazdrość do kobiety, która popycha go do zbrodni. Jego brak poczucia własnej wartości, wstyd, który zapewne wynika, choćby częściowo, z ubóstwa i braku edukacji, jest dolegliwością, na którą cierpią miliony migrantów na całym świecie. Woyzeck doświadcza ponadto upokorzeń będąc królikiem doświadczalnym doktora, który przeprowadza na nim pewne badania. W świecie, w którym coraz częściej mamy do czynienia z digitalnym medium, spektakl, w którym obserwujemy drewniane, wyrzeźbione kukły rozmiaru mniej więcej 2/3 człowieka poruszane przez aktorów (pięć kukieł i pięciu aktorów), tworzy klimat czegoś lekko staroświeckiego. Ciekawym zabiegiem jest jednak łączenie tej tradycyjnej postaci kukły z elektronicznymi elementami na ekranie, a także postacią narratora - jowialnego, afrykańskiego aktora elegancko ubranego, który poprzez zagadki i aforyzmy oraz przez wykorzystaniu drewnianej kukły hipopotama dodatkowo zabawia publiczność. Przedstawienie jest zarazem poetyckie i magiczne i trudno otrząsnąć się z wrażenia, że obserwujemy świat na wzór gułagu - takie krajobrazy prezentowane są w tle. Być może wszyscy skazani jesteśmy na pewnego rodzaju obóz pracy, także pracy nad sobą, z którego nie ma wyjścia...
wtorek, 24 stycznia 2012
Pamiętnik z japońskiego dworu: "The Pillow Book" - Sei Shōnagon
"Rzeczy, które wywołują w tobie nostalgię - suszona gałązka aoi. Rekwizyty, których dzieci używają podczas zabawy lalkami. Natrafienie na skrawek materiału w kolorze lawendy lub winogron, zgnieciony między stronicami książki. W deszczowy dzień, gdy czas się wlecze, odnalezienie starego listu, który poruszył cię głęboko, gdy go otrzymałaś. Wachlarz z zeszłego lata". Pamiętam, z jakimi wypiekami na twarzy oglądałam kilkanaście lat temu film Petera Greenawaya "The Pillow Book". To wówczas po raz pierwszy zetknęłam się z książką Sei Shōnagon, damy dworu cesarzowej Fujiwary Teishi, mieszkającej w Kioto. Film mnie zachwycił, ale nie przypuszczałam, że kiedykolwiek przeczytam książkę, którą mama bohaterki czytywała jej w dzieciństwie przed snem - nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że ponad tysiącletnia książka dostępna jest gdziekolwiek poza Japonią. Greenaway pięknie przedstawił obrazy z pamiętnika - listę rzeczy, jakie autorka uważała za zachwycające. Niedawno sięgnęłam po książkę i zatonęłam w niej po uszy. Już pierwsze zdanie daje przedsmak całości: "Wiosną, świt - kiedy wolno blednąca krawędź góry zabarwiona jest czerwienią, a wstęgi szkarłatno-purpurowych chmur płyną po niebie". Poetyckie opisy detali przyrody przeplatane są anegdotami z życia dworskiego i czasem trudno uwierzyć, jak bardzo wyrafinowany styl życia prowadziły damy dworu pod koniec X wieku - pamiętnik Sei Shōnagon został bowiem napisany w latach 995-1002. Czym jest "the pillow book" (oryg. "Makura no sōshi"), czyli "książka do poduszki"? Nigdy nie zostało dokładnie wyjaśnione, do czego odnosi się japońskie słowo makura (poduszka), którego użyła sama autorka na określenie swego pamiętnika. Niektórzy specjaliści od kultury japońskiej sugerują, że zapiski trzymane były przy poduszce, szczególnie, że Sei Shōnagon kilkakrotnie wspomina, że jej impresje nie są przeznaczone dla nikogo poza nią, ale jednocześnie można czasem wyczuć nadzieję, że ktoś jej słowa przeczyta. Wiele razy autorka wręcz chwali się, jakie wrażenie zrobił na mężczyznach z dworu cesarskiego jej talent do poetyckich ripost na liściki, które przynosili jej posłańcy - a trzeba pamiętać, że epoka Heian (794-1186), u szczytu której żyła Sei Shōnagon, cieszyła się spokojem, tak że mieszkańcy dworu cesarskiego mogli się beztrosko oddawać poezji. Wówczas panowała moda na wszystko, co chińskie, a chińska kultura uchodziła za szczyt wyrafinowania i elegancji. Cesarzowa nosiła więc chińskie brokaty, korzystano z chińskich wachlarzy, używano chińskich lektyk i parawanów, mężczyźni czytali chińską poezję i testowali w żartach kobiety, wysyłając im wiadomości pisane po mandaryńsku. Podobno za niekobiece uchodziło przyznawanie się wprost do znajomości chińskiej poezji i umiejętności pisania w tym języku, dlatego Sei Shōnagon odpisywała po japońsku, ale zgrabnie przekształcając kolejne frazy zapoczątkowanego przez mężczyzn wiersza, dając do zrozumienia, że jest osobą wykształconą, inteligentną i wrażliwą. Rzadko kiedy wiadomości przeznaczone były zresztą wyłącznie dla adresata. Mężczyźni często pisali je całą grupą, a Sei Shōnagon pokazywała swoje odpowiedzi cesarzowej, pękając z dumy, gdy spotykały się one niezmiennie z uznaniem. Fascynuje mnie zmysł obserwacji przyrody, o której w książce jest wiele. Listy, które tworzy autorka, są niebywałe: "ptaki, które są wspaniałe", "drzewa, które nie posiadają kwiatów", "kwitnące rośliny" (z których przynajmniej połowy nie znam), "insekty" itp. Niektóre jej stwierdzenia rozbawiają mnie ogromnie. Listę insektów i wydawanych przez nie dźwięków, Sei Shōnagon kończy: "Wszystko, co płacze w nocy, jest wspaniałe. Z wyjątkiem, oczywiście, dzieci". Tradycyjnie żyło się zgodnie z rytmem natury - ubierano się inaczej zależnie od pory roku i pogody, jedzono inne dania, komponowano inne wiersze, świętowano inne festiwale itp. Sei Shōnagon niezmiernie dużo uwagi poświęca strojom. W tamtych czasach kimono, które dziś kojarzy się wielu osobom z tradycyjnym japońskim ubiorem, nie istniało. Noszono wiele warstw szerokich szat o bardzo długich rękawach, a najprostsza zasada była taka, że im bardziej wierzchnie okrycie, tym rękawy krótsze. W rękawach kryła się bogata symbolika. Sei Shōnagon wspomina, jak urocze jest, gdy kobieta wolno podnosi ręce, by opuścić żaluzję, a rękawy jej stroju tworzą konkretny wzór, np. przypominający górę Fuji (przeplatane są więc warstwy zielone, szaro-fioletowe - to zdecydowanie ulubiony odcień autorki, i białe). Rozkoszą dla autorki jest też obserwowanie przystojnego mężczyzny, gdy ten siedzi przy kwitnącym kwiecie wiśni, a jego strój pasuje kolorystycznie do otoczenia. Niektóre zawody wydają się z kolei Sei Shōnagon okropne i godne pogardy właśnie ze względu na strój, jakiego noszenia wymagają. Listy rzeczy wspaniałych przeplatane są z tymi, które drażnią, wywołują strach, budzą obrzydzenie lub inne negatywne uczucia. Zaskakuje mnie niekiedy uniwersalność uwag autorki i przytakuję jej mimowolnie. Wymieniając irytujące rzeczy/zjawiska, pisze np. "Dziecko, które płacze, gdy akurat chcesz coś usłyszeć. Pies, który odkrywa skradającego się kochanka i zaczyna ujadać. (...) Jest też denerwujące, gdy ludzie zbyt mocno popychają przesuwane, drewniane drzwi. Z pewnością nie robiłyby tyle hałasu, gdyby podnieść je lekko, gdy się je popycha. (...) Właśnie położyłaś się do łóżka, kiedy komar oznajmia swoją obecność cichym brzęczeniem i zaczyna fruwać wokół twojej twarzy. To okropne, jak można poczuć leciutki wiaterek wywoływany ledwo wyczuwalnym trzepotem skrzydeł owada". Podobnie cieszy wyznanie wśród rzeczy radosnych: "Znakomicie poprawia nastrój i cieszy, gdy gość - osoba, z którą nie jest się szczególnie blisko - przychodzi z wizytą akurat wtedy, gdy się nudzisz. Ktoś, kto wie wiele, jest świadom zarówno publicznych jak i prywatnych sfer życia, kto siedzi gawędząc i wspominając historie różnych dziwnych, ciekawych i nieprzyjemnych wydarzeń, które się jej kiedyś przytrafiły, ale bez rozwlekania ich w drażniący sposób". Dokładność opisywanych scenek budzi mój podziw, a jest ich w książce wiele. Budzi to refleksję, jak mało zmieniło się w gruncie rzeczy przez tysiąc lat. Zaskakuje mnie, jak niewiele uwagi Sei Shōnagon poświęca jedzeniu. Wydawało mi się, że jedzenie stanowi niezwykle istotną sferę życia na dworze, tymczasem dla autorki zdaje się nie mieć specjalnego znaczenia. Rzadko wspomina o konkretnych produktach (i to wówczas tylko o truskawkach), raz opisuje, że przed posiłkiem do cesarzowej podchodzi specjalna dama dworu, by upiąć jej włosy (kobiety nosiły w tamtych czasach długie, zawsze rozpuszczone włosy). Raz też poirytowana wyznaje, że kochankowi, który zostałby u niej całą noc i który oglądałby rano jej opuchniętą od snu twarz, nie podałaby na śniadanie więcej niż tylko miseczkę odgrzanego ryżu. Sei Shōnagon uważa zresztą za wybitnie nieeleganckie, gdy kochanek je w obecności kobiety. Odczuwam wyraźną niechęć Sei Shōnagon do bliskości, do wiązania się z mężczyzną, a faktów z jej życia znanych jest niewiele. Nawet jej imię Nagiko, zostało porzucone na którymś etapie jej życia - w tamtych czasach imiona zmieniano często i nie przywiązywano się do nich na całe życie, zależały często od kontekstu, a że dama dworu przyjmowała imię męskiego członka rodziny, tak Nagiko przejęła nazwisko rodzinne Sei. Shōnagon oznacza tytuł pewnej pozycji zawodowej zajmowanej przez mężczyznę, ale nie udało się po dziś dzień określić, kim był ów mężczyzna dla niej. Autorka wstąpiła na dwór w wieku dwudziestu kilku lat, służyła wiernie cesarzowej do jej śmierci w roku 1000 lub 1001 (zależy według którego kalendarza określamy datę). Brakuje rzetelnych wiadomości na temat tego, co się działo z nią po jej odejściu z dworu, ale tradycja mówi, że spędziła ostatnie lata w ubóstwie. Wiadomo, że miała męża i urodziła syna jeszcze przed wstąpieniem w służbę cesarzowej, nie wiadomo jednak, co się z nimi stało. Sei Shōnagon unika pisania o prywatnych sprawach i mimo że wiadomo dużo o tym, co ją cieszy i drażni, nie wiadomo, co naprawdę dzieje się w jej sercu - tylko między wierszami można wyczytać, co budzi w niej głęboki lęk czy egzystencjalny smutek. Szczegółowo opisuje np. pewne uroczystości, kończąc słowami: "Ale te wydarzenia, tak wyśmienite i dobrze wróżące wówczas, oglądam w zupełnie innym świetle, wspominając je obecnie. Dlatego opisałam wszystko tak szczegółowo, z ciężkim sercem". Niektóre fragmenty nie znaczą wiele w jęz. angielskim, np. cała lista "rzeczy, które wyglądają zwyczajnie, ale stają się nadzwyczajne, gdy zostają zapisane": truskawki, pająki, kasztany, lilia wodna, doktoranci... Liczne przypisy do wielu list czy anegdot stanowią cenne wyjaśnienie, podobnie zebrane na końcu książki słowniczki terminów japońskich, określeń dotyczących rangii konkretnych stanowisk i hierarchii dworskiej, ilustracje z wyjaśnieniami odności kalendarza japońskiego (zapożyczonego, jak wiele innych wytworów kultury, z Chin), strojów oraz planu pałacu cesarskiego z zewnątrz, od wewnątrz, a także jednego, typowego apartamentu, jaki zajmować mogła Sei Shōnagon. Głęboki ukłon należy się wydawcy (Penguin) za tak staranną oprawę, ułatwiającą zrozumienie książki. "The Pillow Book" jest przepiękną książką, w której - mam wrażenie - każdy może znaleźć coś dla siebie. Próżno szukać tu chronologii wydarzeń, zresztą żadne wielkie wydarzenia nie są opisywane. To wielce impresjonistyczny pamiętnik. Idealnie nadaje się do podczytywania przed snem i przypominania, ile piękna może kryć się w detalach. PS. Jako bonus jeszcze jedna lista: "Rzeczy odpychające - lewa strona zszytego materiału. Pozbawione futerka niedawno narodzone myszki, wygrzebujące się ze swego gniazda. Szwy skórzanej szaty przed wszyciem podszewki. Wnętrze kociego ucha. Raczej brudne miejsce w ciemności. Bardzo zwyczajna kobieta, opiekująca się wieloma dziećmi. Sposób, w jaki musi czuć się mężczyzna, kiedy jego żona, za którą on szczególnie nie przepada, choruje przez długi czas".
piątek, 20 stycznia 2012
"We Need to Talk about Kevin" ("Musimy porozmawiać o Kevinie"), reż. Lynne Ramsay, 2011
Czy wiele z Was zetknęło się kiedykolwiek z człowiekiem z zaburzeniami empatii? Mówi się czasem, że ktoś nie żywi wiele empatii, ale tak kompletnie nic, zero? Tymczasem Kevin, bohater filmu "Musimy porozmawiać o Kevinie" (reż. Lynne Ramsay, 2011), cierpi na bardzo poważne zaburzenia. Simon Baron-Cohen, brytyjski psychiatra i jeden z największych autorytetów na Wyspach w zagadnieniach dot. autyzmu, w książce "Zero Degress of Empathy: A New Theory of Human Cruelty" pisze właśnie o przypadkach takich jak Kevin. O dzieciach, które dorastają, nie wiedząc, że inni mają uczucia. O dorosłych, którzy nie są w stanie współodczuwać cudzego smutku czy radości, którzy muszą nauczyć się jak reagować, gdy inni okazują jakiekolwiek uczucia. Kevin nie był w stanie zrozumieć, czemu jego matka Eva (rewelacyjna Tilda Swinton) zachowywała się tak, jak się zachowywała. Nie rozumiał jej prób kształtowania synowskiej psychiki, odmawiał uczestnictwa w tej grze, jaką jest wychowywanie dziecka. Nie robił tego ze złośliwości, on naprawdę nie chciał i nie mógł się w to angażować. W dodatku nie przepadał za nią jako osobą. Był jednak świetnym obserwatorem i gdy zachodziła potrzeba potrafił udawać normalną osobę, zainteresowaną życiem innych. Był więc, używając terminologii Barona-Cohena, "zero-negative" jeśli chodzi o empatię, ale nie "zero-positive" - tacy ludzie bowiem nie tylko nie odczuwają empatii, ale dodatkowo nie są w stanie odczytać oczekiwań innych, a to Kevin potrafił. Normalne jest, że osoby z takimi zaburzeniami jak bohater, manipulują innymi. Kevin rozwijał się po swojemu, testował ludzkie reakcje, prowokował emocje innych, sam niezdolny do wzbudzenia ich w sobie. Kevin uczynił eksperyment z człowieczeństwa doprowadzając do skrajności - masakry we własnej szkole. Nie chodziło wcale o wyrządzenie bólu innym, mam silne wrażenie, że pragnął spowodować sytuację, o której wiedział, że jest niewłaściwa, która wywoła najbardziej skrajne emocje - być może wtedy coś by w nim pękło, może wtedy zacząłby czuć to, co inni. Widzę w zachowaniu Kevina niemy krzyk o pomoc. Od najmłodszych lat widział matkę, która nie jest przystosowana do macierzyństwa, która nie daje sobie rady. Ale która się stara. Myślę, że wcześnie zdał sobie sprawę, że nie jest normalnym dzieckiem i miał nadzieję, że osoba najbliższa mu nie ustanie w wysiłkach, by mu pomóc, by uczynić go takim jak wszyscy. Jednak posiadając tak silne zaburzenia psychiczne, nie był w stanie tego wyartykułować ani poprosić o pomoc. Rzadko kiedy mówię o filmach, że są piękne, zwłaszcza dramatach psychologicznych. Ten był piękny wizualnie - nasycenie kolorów, obsesja Evy z czerwienią, znakomite kadry. Jednak skupiałam się na psychologii postaci, która pokazana była mistrzowsko. W tym filmie manipulantami są wszyscy po trochu. Kevin, ale też Eva, która manipuluje samą sobą, probując przekonać siebie, wręcz oszukać, że macierzyństwo jest dla niej. Nie jest, nie wszystkie kobiety się do tego nadają, nie wszystkie chcą mieć dzieci. Eva nie chciała i fascynowało mnie, co spowodowało, że zaszła w pierwszą ciążę. Manipuluje też jej mąż, wmawiając Evie, że Kevin jest najzwyklejszym dzieckiem. Manipulatorkami są wreszcie matki dzieci, które Kevin zabił, usiłując wpędzić Evę w wyrzuty sumienia, przekonać, że cała tragedia była jej winą. Nie wiem, co to znaczy być matką, ale zabrakło mi tu także empatii tych kobiet wobec Evy. Łatwo jest cierpieć, gdy dziecko zostało zabite, trudniej postawić się w roli matki mordercy, która też cierpi, która w końcu sama straciła rodzinę. Wierzę jednak, że są osoby tak zaślepione własnym cierpieniem, że niezdolne są do dostrzeżenia go poza własną osobą. Lionel Shriver książką, a Lynne Ramsay filmem zwróciły uwagę na niezmiernie istotne sprawy, o których mówi się za mało: o presji społecznej, jaka wciąż w niektórych środowiskach leży na kobietach, by być idealnymi matkami, "produkującymi" grzeczne, nie odstające za bardzo od innych dzieci; o fenomenie, wcale nie tak rzadkim, gdy dziecko nie lubi swoich rodziców i vice versa; o nieudolności specjalistów mających za zadanie wykryć objawy zaburzeń psychicznych; o trudnościach, jakie mają rodzice z zachowaniem wspólnego frontu wobec dziecka - tutaj Eva i jej mąż stopniowo oddalali się od siebie w obliczu niemożności szczerej komunikacji między nimi (może też być tak, że nigdy nie rozmawiali ze sobą na kwestie światopoglądowe, słyszałam o takich związkach). "Musimy porozmawiać o Kevinie" zaliczyłam do najlepszych filmów zeszłego roku i jestem zdania, że powinien go obejrzeć każdy. Łatwo nadać Kevinowi etykietkę "psychopaty", ale trudniej dostrzec w nim człowieka - to także wiele mówi o naszej zdolności do odczuwania empatii. Ramsay znakomicie dobrała trzech aktorów, którzy zagrali chłopca na różnych etapach jego rozwoju. Erzę Millera, który wcielił się w piętnastoletniego Kevina, widziałam wcześniej w jego debiucie, "Afterschool" z 2008 roku, bardzo niepokojącym filmie. Już wtedy zwróciłam uwagę na jego przenikliwe spojrzenie i tę iskrę, która powoduje, że trudno oderwać od niego wzrok. Wróżę mu wielka karierę aktorską. Baron-Cohen wierzy, że empatii można się nauczyć, ale to długa i trudna droga. Przypadek Kevina daje nadzieję, lecz końcowe sceny między matką a synem powodują dreszcze. Czyżby role się odwracały?
czwartek, 19 stycznia 2012
"The Wandering Falcon" - Jamil Ahmad
Dziadek jednego z naszych przyjaciół pochodzi z irańskiej części Beludżystanu - surowego rejonu, który obejmuje tereny Pakistanu, Iranu i Afganistanu. Co wiedziałam o nim przed lekturą? Niemal nic. Te ziemie w świadomości większości osób z Zachodu właściwie nie istnieją. Nic nie wiadomo o życiu ludzi zamieszkujących je. Jamil Ahmad, niemal osiemdziesięcioletni były pracownik pakistańskiej służby cywilnej, spędził wiele lat w Beludżystanie. Był też dyrektorem Organizacji Rozwoju Plemiennego i pracował jako minister w ambasadzie pakistańskiej w Kabulu jeszcze przed inwazją Związku Radzieckiego w 1979. Dziś mieszka w Islamabadzie i w 2008, po przejściu na emeryturę, postanowił wyjąć z szuflady przykurzone opowieści, jakie spisał jeszcze w latach 70. Powstała z nich książka "The Wandering Falcon". Trudno powiedzieć, czy to powieść, czy zbiór opowiadań. W każdym rozdziale pojawia się tytułowa postać Tora Baza (którego imię znaczy "czarny sokół") i to ona łączy wydarzenia, pozwala dostrzec związek między nimi. Jednakże niekiedy jego imię zostaje zaledwie wspomniane, a w pierwszym rozdziale jest jedynie wzmianka, że Tor Baz się urodził; cała uwaga skupiona jest na jego rodzicach, którzy uciekają przed ludźmi z własnego plemienia - matka chłopca zdecydowała się bowiem wbrew woli rodziny związać z mężczyzną, którego pokochała i który pokochał ją. Ahmad pisze w iście gawędziarskim stylu, zupełnie odmiennym od tego, do jakiego jestem przyzwyczajona. Sporo w tych opowieściach anegdot i przypowieści oraz edukacyjnego zacięcia, jakby miały być one przekazywane z pokolenia na pokolenia i jakby należało w nich zawrzeć całą mądrość plemienną. Z wielką znajomością rzeczy pakistański pisarz kreśli surowe zasady i wartości, według których żyją Beludżowie. Wartości, z których najbardziej liczy się honor i przywiązanie do rodziny, plemienia i ziemi. Co nietypowe, tu bohaterowie stoją w tle, rzadko pojawiają się na pierwszym planie. Mam zresztą wrażenie, że tu w ogóle jednostka jako taka nie ma większego znaczenia, że Ahmad za bohaterów ujął całą społeczność - często postaci występują w grupie, nie ma skupienia na pojedynczych osobach. Tor Baz jest tylko pretekstem, by snuć gawędy o miłości i przebaczeniu, trudach egzystencji i przeżycia. Świat wokół chłopca się zmienia, poznajemy jego rodziców w latach 50., a z głównym bohaterem żegnamy się, zdaje się, ok. 25 lat później. I tak jak plemiona zamieszkujące Beludżystan muszą dostosować się do zmieniających się warunków życia czy prawodawstwa, jakie ustalają rządy krajów, w obrębie których leżą ziemie, tak tożsamość Tora Baza ulega metamorfozie i dopasowuje się do okoliczności. Wędrujący Sokół raz jest podróżnikiem, raz przewodnikiem, szpiegiem czy handlarzem kobiet do domów publicznych. Nie wydaje się być pozytywną postacią, ale autor powstrzymuje się od oceny. By przeżyć trzeba umieć stać się kameleonem. O zmianach pisze: "Ten sposób życia przetrwał stulecia, lecz nie będzie trwał wiecznie. Polegał na oporze wobec pewnych konceptów, które świat zaczął utożsamiać z samą cywilizacją. Konceptów takich jak państwowość, obywatelstwo, niepodzielna lojalność wobec państwa, życie osiadłe w opozycji do koczowniczego, a także nakazy państwowe w przeciwieństwie do dyscypliny plemiennej". Opowieści Ahmada przepełnione są - z dzisiejszego, zachodniego punktu widzenia - okrucieństwem. Śmierć spotyka tych, co naruszają zasady plemienne lub sprzeciwiają się państwu, a czasy nastały takie, że niekiedy trzeba wybierać. Język, w jakim Ahmad pisze, jest jednak często liryczny i przypuszczam, że piękna musi być jego melodia w urdu. Podczas lektury wyobrażałam sobie nie raz, że siedzę w herbaciarni gdzieś w górach Beludżystanu, na brudnych, lecz pięknych, dywanach, wsród brodatych mężczyzn i przysłuchuję się opowieściom starszego patriarchy, który wiele widział i słyszał, przywołującego obrazy karawan wielbłądów, generałów i dostojników w pałacach, matek opiekujących się niemowlętami w podróży, przerażających zbrodni i ekscytujących porywów serca. I przenoszę się do świata, który zawsze pozostanie dla mnie obcy, co jednak nie przeszkodzi mi szanować odmienne reguły i idee, którymi kierują się w życiu Beludżowie. Książkę dostałam w prezencie od Lilithin, która pięknie napisała w dedykacji "na pamiątkę wspólnych nieudanych wędrówek po Chandigarh i udanych po Shimli" - bardzo dziękuję :)
wtorek, 17 stycznia 2012
Rok wspaniałości - 2012 w literaturze
Trudniej mi ostatnio napisać recenzje książek, które przeczytałam, za to zdecydowanie łatwiej opisywać, na co warto czekać w 2012 roku, jeśli chodzi o literaturę. Pisałam już o książkach o tematyce islamskiej, ten wpis poświęcony będzie mojemu subiektywnemu wyborowi lektur ważnych, wartościowych i/lub takich, na które ja czekam. Dodatkowo przypomnę osobom, które planują podróż do Londynu lub mieszkają w Londynie na stałe, jakie wydarzenia warto wpisać sobie do kalendarza. Opieram się na różnych źródłach - newsletterach, które dostaję od wydawnictw, artykułach prasowych i programach instytucji kulturalnych, w których bywam. Wydarzenia: Pod koniec lutego będzie miał miejsce festiwal Space for Thought organizowany przez London School of Economics. Tematem przewodnim jest "Relating Cultures". Pisałam o nim więcej tutaj.
Nadine Gordimer ze swym psem przed domem w Johannesburgu, fot. strona Guardiana 14 marca wybieram się na spotkanie z Nadine Gordimer, która przyjedzie do Londynu promować swoją najnowszą powieść "No Time Like the Present" o miłości mieszanej pary w RPA okresu po apartheidzie. 88-letnia pisarka wciąż jest podobno w dobrej formie, ale nie podróżuje zbyt wiele, dlatego taka okazja do spotkania noblistki może się już dla mnie nie powtórzyć. Kilka dni temu ogłoszona została krótka lista autorów nominowanych do Man Asian Literary Prize, nagrody, którą bardzo cenię, o czym pisałam nie raz. Dotychczas zawsze nominowano pięciu pisarzy, w tym roku jest ich siedmiu, co świadczy zapewne o ich wysokim poziomie. 15 marca w Hongkongu ogłoszony zostanie zwycięzca tej prestiżowej nagrody. Nominowani są: Jamil Ahmad z Pakistanu za "The Wandering Falcon" (moja recenzja tej książki wkrótce), Rahul Bhattacharya z Indii za "The Sly Company of People Who Care", Amitav Ghosh z Indii za "River of Smoke", Jahnavi Barua z Indii za "Rebirth", Kyung-sook Shin z Korei Południowej za "Please Look After Mom", Yan Lianke z Chin za "Dream of Ding Village" i Banana Yoshimoto z Japonii za "The Lake". 22 marca być może wybiorę się na spotkanie dwóch nigeryjskich pisarek, o których zaczyna być głośno. Noo Saro-Wiwa podbija brytyjskich krytyków i czytelników (czytałam świetne recenzje) dziennikiem z podróży do rodzinnej Nigerii wymieszanym z fikcją o wdzięcznym tytule "Looking for Transwonderland", zaś Chibundu Onuzo kreśli historię miłosną między obywatelami krańcowo odmiennych klas społecznych Lagos w powieści "The Spider King's Daughter". Ogłoszono też krótką listę książek nominowanych do tzw. Arabskiego Bookera, czyli International Prize for Arabic Fiction. Nagroda przyznana zostanie 27 marca po raz piąty. Zwycięzca otrzymuje 60 tys. dolarów i gwarancję druku jego książki w języku angielskim. Nominowani są w tym roku dwaj egipscy pisarze: Ezzedine Choukri Fishere i Nasser Iraq, dwaj z Libanu: Jabbour Douaihy i Rabee Jaber, Bashir Mufti z Algierii i Habib Selmi z Tunezji. Tłumaczenia powieści na angielski niestety nie następują jednak szybko. Bahaa Taher, autor powieści "Sunset Oasis", pierwszy laureat nagrody, doczekał się publikacji książki w Wielkiej Brytanii dopiero w 2009 roku. W kwietniu ukaże się książka zdobywcy nagrody z 2009, Youssefa Ziedana pt. "Azazeel". Na publikację czekają jeszcze Abdo Khal, Mohammed Achnaari i Raja Alem. Luty to co roku czas dwutygodniowego festiwalu literatury żydowskiej. The Jewish Book Week to celebracja pisarstwa żydowskiego, niezależnie od kraju pochodzenia pisarzy i ich korzeni. Spodziewać się będzie można spotkań z Evą Hoffman (wszystkim od lat polecam jej rewelacyjną książkę "Zagubione w przekładzie"), Jonathanem Safranem Foerem, Shalomem Auslanderem, Etgarem Keretem, Howardem Jacobsonem, Claudem Lanzmannem, Elim Amirem, Umberto Eco, Alainem de Bottonem i ponad setką innych pisarzy. W kwietniu będzie miał miejsce The London Book Fair, doroczne targi książki, lecz zwyczajnie nie są one otwarte dla publiczności, a dla wydawców, pisarzy i osób z branży książkowej. Gościem honorowym w tym roku będą Chiny i z tej okazji przyjedzie do Londynu ok. 150 pisarzy chińskich. Liczę na ciekawe spotkania nie na targach, ale może w innych instytucjach. W maju odbędzie się festiwal literatury azjatyckiej, o czym pisałam tutaj. W czerwcu będzie miał miejsce doroczny króciutki festiwal World Literature Weekend, organizowany przez London Review of Books. W lipcu w Southbank, jak co roku, wielkie wydarzenie - London Literature Festival. Programy tych dwóch nie są niestety jeszcze znane. 23 kwietnia czeka nas kolejna edycja World Book Night, czyli Światowej Nocy Książek. Podobnie jak w ubiegłym roku i w tym przewidziana jest wielka akcja rozdawania książek, która cieszyła się olbrzymim sukcesem. Listę 25 książek, które będzie można upolować i/lub rozdać można obejrzeć tutaj. Wciąż jeszcze można zapisać się, by zostać honorowym ofiarodawcą - w tym roku zmniejszono o połowę liczbę książek, które każdy ofiarodawca dostawał; 48 egzemplarzy okazało się zbyt dużą liczbę do rozdania. Stany Zjednoczone poszły za przykładem Wielkiej Brytanii i zorganizują u siebie akcję na wzór tej brytyjskiej. W kwietniu też Londyn przeżyje Olimpiadę Kulturalną Shakespearefest. W teatrze The Globe zaprezentowane zostanie 37 sztuk w 37 językach, po czym wielkie uroczystości przeniosą się poza stolicę do większych i mniejszych miast, miasteczek i wsi. BBC2 zapowiedziało też telewizyjne ekranizacje wielu szekspirowskich sztuk W dniu moich urodzin 7 lutego przypada też rocznica dwusetnych urodzin wielkiego angielskiego pisarza Charlesa Dickensa. Nie czytałam żadnej jego powieści, lecz wydawnictwa brytyjskie robią wszystko, by takie oporne jednostki jak ja przekonać, że warto sięgnąć po dzieła twórcy "Olivera Twista". Wychodzą nowe, piękne wydania powieści, cudnie opakowane biografie, muzea prześcigają się w organizowaniu wystaw poświęconych pisarzowi (o jednej z nich ciekawie pisała niedawno Padma). Rok 2012 będzie dla telewizji brytyjskiej rokiem ekranizacji jego książek - w styczniu na dobry początek na BBC pokazywany będzie "The Mystery of Edwin Drood", jeśli się nie mylę jedna z mniej znanych opowieści Dickensa. Oczywiście spodziewanych jest dużo, dużo więcej filmów i programów poświęconych mu. Helen Mirren w "The Door" A skoro już jestem przy filmach, to warto zwrócić uwagę na interesujące ekranizacje innych książek. Ponieważ w weekend widziałam brawurową grę aktorską Klausa Marii Brandauera w "Colonel Redl" Istvána Szabó przypomniało mi się, że na ten rok zapowiedziana jest premiera filmu Węgra pt. "The Door" ("Zamknięte drzwi") według powieści Magdy Szabó - w roli głównej wystąpi Helen Mirren, mogę więc liczyć, że film pojawi się dość prędko w londyńskich kinach. "NBCQ: Patience (After Sebald)" Za kilkanaście dni moje lokalne kino, należące do sieci kin niezależnych, pokazujących raczej mainstreamowe, lecz zaliczane do "ambitnych" filmy, wypuści "NBCQ: Patience (After Sebald)" Granta Gee - esej filmowy o pejzażach, sztuce, historii, życiu i utracie, analizujący twórczość W.G. Maxa Sebalda, szczególnie skupiając się na terenach wschodniej Anglii, które stanowią tło powieści "The Rings of Saturn". 17 lutego do kin wejdzie film na podstawie powieści Jonathana Safrana Foera "Extremely Loud and Incredibly Close" ("Strasznie głośno, niesamowicie blisko"). Na 7 sierpnia zaplanowana jest premiera "Anny Kareniny" z Keirą Knightley w roli Anny i Jude Law w roli Wrońskiego. Rosyjską prowincję udawać będzie, ciekawe czy skutecznie, Oxfordshire. Jesień to co roku czas, moim zdaniem, najciekawszych imprez filmowych i premier. Zapowiadana jest premiera "On the Road" według powieści Jacka Kerouaca w reżyserii Francisa Forda Coppoli. 21 grudnia do kina wejdzie "Life of Pi" w reżyserii Anga Lee, a pierwszego dnia Świąt Bożego Narodzenia - "Wielki Gatsby" Baza Luhrmanna z Leonardo di Caprio jako Gatsbym i Carey Mulligan jako Jay i Daisy. Nie podobała mi się ekranizacja z Redfordem i Farrow, liczę, że ta będzie lepsza. Cieszę się też na premierę obyczajowego filmu na podstawie powieści Lisy See "Snow Flower and the Secret Fan", aczkolwiek nie spodziewam się rewelacji, mimo że to film Wayne'a Wanga. Poza tym w 2012 roku przypada setna rocznica urodzin Lawrence'a Durrella, co pozwala mieć nadzieję na ciekawe programy telewizyjne czy wystawy. Ciekawą wystawą dla bibliofilów będzie zapewne majowa ekspozycja "British Literature and Place" w londyńskiej British Library. Biblioteka posiada w swej kolekcji tysiące, jak nie miliony rękopisów, pierwszych wydań powieści i ksiąg o wszelkim charakterze. Na wystawie będzie można podziwiać takie perełki jak pierwsze, ręcznie spisane i ilustrowane wydanie "Alicji w Krainie Czarów", notesy Williama Blake'a, rękopisy JG Ballarda, nie zamieszczony w powieści rozdział "O czym szumią wierzby", dziecięcą gazetkę, jaką mała Virginia Stephen (później Woolf) napisała kiedyś w wolnym czasie, w której opisała rodzinne wakacje do latarni, oraz rękopisy sióstr Brontë, w tym "Jane Eyre". Premiery książkowe Co roku, kiedy mam cichą nadzieję, że wydawcy nie będą choć przez kilka miesięcy wydawać nic ciekawego, a pisarze zajmą się czym innym, byle nie pisaniem, co pozwoliłoby mi (i zapewne setkom innych czytelników) przeczytać wreszcie te piętrzące się stosy książek, które już zalegają stoliki nocne (a u mnie też podłogę po obu stronach kominka), przekonuję się, że nadzieja matką głupich. Na jakie książki czekam lub uważam za istotne? Wkrótce premierę będzie miała kontynuacja wspaniałej powieści graficznej "Fun Home" Alice Bechdel, o której pisałam tutaj, pt. "Are You My Mother?", będąca autobiograficzną relacją związku, jaki pisarkę łączy z jej matką.
Wciąż mam w pamięci znakomitą książkę Edmunda White'a o Paryżu, którą polecam każdemu - nieważne, czy wybiera się do tego miasta czy nie. W styczniu ukaże się kolejna powieść amerykańskiego pisarza pt. "Jack Holmes and His Friend", w której czytelnik śledził będzie romantyczne przygody bohatera od lat 60. do 80. ubiegłego wieku, poprzez emancypację gejów, pojawienie się AIDS i jego seksualne życie zdominowane przez to, czego nie może mieć: heteroseksualnego przyjaciela Willa. W lutym ukaże się książka, o której już teraz jest bardzo głośno. Oksfordzki historyk Faramerz Dabhoiwala jest autorem "The Origins of Sex", będącej jego debiutem. Przekonuje w niej, że pierwsza rewolucja seksualna w kręgu kultury zachodniej miała miejsce między 1600 a 1800, kiedy to przestano postrzegać seks jako sprawę publiczną, a uznano, iż należy do sfery prywatności. Książki zapewne nie przeczytam, ale jako że na Wyspach premiery ważnych dzieł literackich, zwłaszcza naukowych lub popularno-naukowych, są niemal zawsze połączone z ciekawymi programami telewizyjnymi, promującymi książki, liczę na ciekawy serial o seksie w latach 1600-1800. Tego samego miesiąca pojawi się "Hope: A Tragedy" Shaloma Auslandera, na którą czekam, odkąd skończyłam czytać "Foreskin's Lament" (pisałam o niej tutaj) - najśmieszniejszą książkę, którą kiedykolwiek dane mi było poznać. "Hope: A Tragedy" również dotyczyć będzie żydowskości w Stanach Zjednoczonych i nie mogę się doczekać, aż wpadnie w moje ręce.
Warto wspomnieć o książce, na którą fani brytyjskiego pisarza, trzykrotnie nominowanego do Bookera Timothy'ego Mo, czekają od ponad 10 lat i w kwietniu wreszcie się doczekają, a ja wraz z nimi. Mo znany jest z trafnego portretowania chińskich imigrantów w Wielkiej Brytanii w latach 80. za sprawą powieści takich jak "Sour Sweet" czy "The Monkey King". Długo oczekiwana, o epickim charakterze książka pt. "Pure" osadzona będzie w południowej Tajlandii, a za bohaterów będzie miała oksfordzkich profesorów, jak również muzułmańskich fanatyków. Toni Morisson i jej dom, który jakiś czas temu był wystawiony na sprzedaż W maju czeka nas kilka ciekawych premier. Wielce oczekiwana nowa powieść Toni Morrison pt. "Home" opowiadać będzie o czarnoskórym weteranie wojny w Korei, który zmierzyć się musi z rasizmem Ameryki lat 50. ubiegłego wieku i nienawiści do samego siebie, by uratować siostrę i odnaleźć własne korzenie, tkwiące na amerykańskim południu, w Georgii. W tym samym miesiącu ukaże się także dalszy ciąg nagrodzonej Bookerem "W komnatach Wolf Hall" Hilary Mantel pt. "Bring Up the Bodies". Powieść ma być krótsza i bardziej skupiona na głównej postaci, którą tym razem będzie Anne Boleyn.
Mnie jednak bardziej interesuje nowa powieść Paula Theroux pt. "The Lower River", opowiadająca o mężczyźnie, rozczarowanym życiem w Massachusetts po tym jak zostawiła go żona, i powracającym do Malawi, gdzie przed lat nauczał w ramach Korpusu Pokoju i gdzie był szczęśliwy. W Malawi widzi jednak, że kraj przeszedł metamorfozę i nie jest już tym, czym był kiedyś. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że będzie to częściowo autobiograficzna refleksja, sporo o swym rozczarowaniu Malawi po latach Theroux pisał już bowiem w "Dark Star Safari". Z kręgu azjatyckiego ciekawi mnie najnowsza powieść Geling Yan "The Flowers of War" o masakrze z Nanjing, na podstawie której już powstał film w reżyserii Zhanga Yimou (ciekawe, czy będzie lepszy od "The City of Life and Death") i "Life Here After: New Writing on the Japanese Earthquake" - antologia tekstów młodych japońskich pisarzy na temat wpływu, jaki trzęsienie ziemi z zeszłego roku miało na różne aspekty japońskiego społeczeństwa (premiera książki planowana jest na marzec). Z zimnej Norwegii chciałabym przeczytać "A Death in the Family" Karla Ove Knausgaarda - monumentalną powieść o sile przeszłości, drobnych i mniej drobnych walkach, jakie staczamy co dzień z samymi sobą i światem, oczywiście z dysfunkcyjną rodziną w tle. Książka porównywana jest przez krytyków w różnych krajach do Prousta, tyle że z norweskim krajobrazem. W czerwcu wyglądać można nowej powieści Maria Vargasa Llosy pt. "The Dream of the Celt" o irlandzkim poecie-patriocie, Rogerze Casemencie, oraz powieści Terry'ego Pratchetta "The Long Earth", nad którą pisarz rozmyślał podobno przez ostatnie 20 lat - powieść będzie dotyczyła paralelnych światów, między którymi będzie można swobodnie się przemieszczać. Sporym wydarzeniem może być też zapowiedziana na czerwiec nowa książka Naomi Wolf "Vagina" - historia kobiecej seksualności i jej postrzegania. Mnie interesują jednak bardziej powieści: Tima Parksa "The Server" o dziewczynie, która udaje się do buddyjskiego ośrodka medytacji, Julie Otsuki "The Buddha in the Attic" o imigrantce z Japonii w San Francisco i realizowaniu "American Dream" (to już było wałkowane milion razy, ale podoba mi się okładka powieści i wstępne recenzje są świetne) oraz Eliasa Khoury'ego "As Though She Were Sleeping" o młodej Libance zamężnej z Palestyńczykiem, która od problemów ucieka w sen, gdzie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość mieszają się i życie jest piękniejsze. Zadie Smith, fot. znaleziona w internetowych zasobach Wrzesień zapewne ucieszy fanów twórczości Zadie Smith, wówczas bowiem ukaże się jej najnowsza powieść, na którą czytelnicy czekali aż siedem lat. "NW" opisywać będzie losy czworga przyjaciół z osiedla z północno-zachodnim Londynie, począwszy od czasów szkolnych po dorosłość. Wciąż będą mieszkać w tej samej dzielnicy (a raczej w obrębie tego samego kodu pocztowego), jednak ich ścieżki życiowe różnić się będą od siebie kolosalnie. Bardzo mnie ta powieść interesuje. Nie interesuje mnie natomiast nowa powieść Howarda Jacobsona, zdobywcy Bookera sprzed dwóch lat, pt. "Zoo Time", która będzie kontynuacją "The Finkler Question" i analizować będzie zagadnienia miłości, pożądania, utraty i w której mocno oberwie się podobno przemysłowi wydawniczemu, więc pewnie będzie się o niej mówić i pisać. Podobnie jakoś mało entuzjastycznie podchodzę do najnowszej książki Salmana Rushdiego pt. "Joseph Anton", która skoncentrowana będzie na fatwie, jaką przed laty rzucono na pisarza. W październiku oczekiwać można nowego zbioru opowiadań Margaret Atwood, ale mnie interesuje premiera grudniowa. Pojawi się wówczas na rynku powieść uznawana przez niektórych za najwspanialszą powieść turecką (Orhan Pamuk wychwala ją pod niebiosa, a z pewnością nie jest jedynym). Obszerna na ok. 400 stron historia upadku arystokratycznej rodziny po rozpadzie Cesarstwa Ottomańskiego, przypominająca podobno nieco "Buddenbrooków" i "Geparda", autorstwa Ahmeta Hamdiego Tanpinara nosić będzie angielski tytuł "The Time Regulation Institute". Była już wydana kiedyś w Stanach Zjednoczonych, na Wyspach Brytyjskich chyba jednak nigdy się nie ukazała, a i w USA jest nie do dostania, planowane jest więc oczarowanie miłośników prozy tureckiej (być może w nowym tłumaczeniu, ale o tym nic mi nie wiadomo). *** To z pewnością nie wszystkie wydarzenia, w których zechcę wziąć udział, czy lista książek, na które warto czekać. Nie pamiętam, bym w ubiegłych latach tak zwracała uwagę na zapowiedzi, mam wrażenie, że w tym roku jest ich wyjątkowo dużo i są wyjątkowo ciekawe. Na pewno jednak wydawcy i organizatorzy spotkań zaskoczą mnie nie raz. Tagi:
festiwal literacki
literatura brytyjska
literatura świata
najlepsze książki
spotkania z pisarzami
20:02, chihiro2 ,
Literatura
Link Komentarze (42) »
piątek, 13 stycznia 2012
Radość tkwi w mądrości
"- Kocham tę piosenkę - powiedziałem - ponieważ nie kończy się splendorem i mądrością nauk Rinpoche, który tłumaczy światu, jak ma żyć. Kończy się zwrotką o zarządzających wsią, którzy siedzą w kuchni i "piją chang i żartują". - To jest bardzo w stylu Ladakhu - Nawang uśmiechnął się - to uczucie szczęścia w codziennym życiu. Czy wiesz, że w naszej literaturze nie ma piosenek o nieszczęśliwej miłości? - Dlaczego? W każdej literaturze, którą znam dobrze, pełno jest nieszczęścia wywołanego namiętnością. - Buddyzm naucza przemijalności wszystkiego, pewnego rodzaju spokojnego oderwania od innych i od siebie. Jesteśmy nauczani, by nie brać siebie zbyt poważnie, i jesteśmy nauczani, by wierzyć, że bardzo mało jest głębokiej prawdy w żalu lub cierpieniu. Prawdziwa mądrość to radość. Prawdziwą mądrością jest szczęście. Prawdziwą mądrością jest mądrość Buddy, który zawsze ukazywany jest w harmonii ze wszystkim. Nie ma tragedii w literaturze Ladakhu, właściwie w ogóle nie istnieje koncept tragedii. Mamy powiedzenie: "Największą odwagą jest odwaga bycia szczęśliwym". Ogromnej odwagi wymaga, by cierpiąc spojrzeć poza swoje cierpienie i dostrzec prawdziwe relacje między rzeczami, dostrzec prawa, jakie powodują i rządzą cierpieniem; wielkiej odwagi wymaga, by bezwzględnie obchodzić się ze swoim żalem. Nawang uśmiechał się, gdy to mówił, ale jego oczy wyrażały smutek. Po chwili dodał: - Jest szczególnie trudno teraz, tak sądzę, mieć odwagę być szczęśliwym. Tak wiele faktów zdaje się być przeciwko temu. A jednak jak można funkcjonować bez tego silnego poczucia wewnętrznego szczęścia? Jak można przeżyć te wszystkie lata, które nadejdą?" Andrew Harvey, "A Journey in Ladakh", tłumaczenie własne Kobieta kręcąca młynkami modlitewnymi przed klasztorem w Kazie, w dolinie Spiti
wtorek, 10 stycznia 2012
Francja i wegetarianizm
Półki z mięsem w jednym z paryskich sklepów W ubiegłym roku Francja nie raz dała prztyczka w nos swemu motto narodowemu: Liberté, Egalité, Fraternité (wolność, równość, braterstwo). Gdzie mowa o wolności, skoro kobietom nie wolno nosić tego, co chcą (pisałam o tym tutaj i tutaj)? O zakazie noszenia nikabu we Francji było głośno w mediach całej Europy. Jesienią rząd wprowadził w życie kolejną ustawą, naruszającą prawa człowieka, która jeszcze nie zdobyła takiego rozgłosu. Narusza ona tym razem prawa wegetarian. Od października stołówki we wszystkich francuskich szkołach państwowych i prywatnych MUSZĄ serwować wyłącznie posiłki zawierające produkty pochodzenia zwierzęcego, najlepiej mięso. Nie wolno im podawać dań wegetariańskich, o wegańskich nie wspominając, i nawet jeśli dotychczas posiadały w swojej ofercie danie wegetariańskie, wkrótce nie będzie im wolno postępować tak dalej. Ustawa ma niebawem objąć szpitale, przedszkola, uczelnie wyższe, więzienia i domy starców. Brzmi jak koszmar senny? Niestety to Francja. Francuzi kochają mięso. W wielu brasseriach trudno o dania bezmięsne, a weganizm jest zjawiskiem chyba nieznanym w kraju nad Sekwaną. Wegetarianie często nie mają co liczyć nawet na kanapkę z wegetariańskim serem. Niejednokrotnie zdarzyło mi się prosić o sałatkę bez mięsa czy ryby, po czym dostawałam sałatkę, z której kawałki mięsa/ryby były bardzo niedokładnie wyjęte. Na porządku dziennym jest smażenie frytek na tłuszczu gęsim. Cud, że nigdy nie zdarzyło mi się wymiotować na biały obrus w paryskiej restauracji. Miałam trudności z dostaniem czegokolwiek do jedzenia na paryskich lotniskach, co nie byłoby garścią sałaty z pomidorami i ogórkami i niewegetariańskim (oczywiście) serem. Wegetariańskie wino? Zapewne usłyszałabym szyderczy śmiech, gdybym odważyła się zapytać o takie w barze. Nawet o bogaty wybór sushi z warzywami trudno w Paryżu. A co mają powiedzieć muzułmanie i Żydzi? W mojej lokalnej londyńskiej restauracji japońskiej przy każdym daniu widnieje oznaczenie, czy jest ono wegetariańskie, wegańskie, koszerne czy halal. Dlaczego osoby przestrzegające z różnych względów nieco odmiennej od większości diety mieliby być zmuszeni jadać w osobnych restauracjach? W Londynie jest możliwe, by z Żydem, weganinem i muzułmanimem iść do tej samej knajpy. W Paryżu? Niewyobrażalne. Takie warzywa najpewniej nie będą podstawą dań we francuskich szkołach Wróćmy jednak do wegetarianizmu. Podczas gdy wszystkie niezależne światowe autorytety w kwestii żywienia wykazują, że zdrowa dieta nie wymaga obecności w niej mięsa, a coraz to nowe badania dowodzą, że spożywanie nabiału jest w najlepszym wypadku niekonieczne, a w najgorszym - szkodliwe dla człowieka, Francuzi wiedzą swoje. Książka o diecie Dukana, francuskiego doktora, który zaleca jedzenie chudego mięsa na śniadanie, obiad i kolację w celu zachowania żylastej, przepraszam: szczupłej, sylwetki, zrobiła we Francji furorę i zdobywa popularność w innych krajach, nawet w Chinach. Napis na okładce "Pięć milionów Francuzów nie może się mylić" mówi sam za siebie. Tę dietę stosowała cała kobieca część rodziny Middleton, włącznie z Kate, przed ślubem księżnej z księciem Williamem. W Wielkiej Brytanii wpłynęło to znacząco na wzrost popularności książki, mimo że Brytyjskie Towarzystwo Dietetyczne określiło dietę Dukana najbardziej niebezpieczną dietą na świecie, groźniejszą dla zdrowia nawet niż alcorexia (która pozwala czerpać kalorie nie z jedzenia, a z alkoholu, przez co uwielbiają ją modelki). Spodziewam się jednak, że jej popularność będzie tu równie krótkotrwała co diety Atkinsa, Brytyjki nie lubią się katować. A co sam doktor Dukan mówi o ideale kobiecego piękna? W wywiadzie dla "Financial Times" z ostatniego weekendu wyznał: "Lubię kobiety z krągłościami. Kiedy kobieta przychodzi na świat ma więcej komórek tłuszczowych niż mężczyzna. Z dwóch powodów. Pierwszy - kiedyś musi zajść w ciążę. Drugi - atrakcyjność seksualna. Jeśli chcesz być kobietą, musisz mieć klatkę piersiową". A co doktor mówi na efekty uboczne wynikające ze zbytniego spożywania mięsa i zakwaszenia organizmu, jak brzydki oddech? "Można zawsze żuć gumę do żucia". Francuski rząd najwidoczniej wziął przykład z diety dr. Dukana, by walczyć ze zwiększającą się w tempie ekspresowym otyłością Francuzów. Wkrótce dzieci we wszystkich szkołach, jeśli nie będą chciały jeść mięsa, będą mogły co najwyżej zostawić je na talerzu. Przypomina mi to mój własny koszmar z przedszkola - zjadałam kawałek chleba z masłem (kiełbasę odkładałam na bok), na obiad pochłaniałam ziemniaki z surówką, a zupę w najlepszym przypadku ledwo próbowałam. Pływały w niej oka z tłuszczu i ohydne kawałki szarego mięsa, nawet jeśli nazywano ją "jarzynową". Na szczęście moja mama interweniowała i kategorycznie zabroniła paniom przedszkolankom zmuszać mnie do jedzenia mięsa. Teraz francuskie dzieci, podobnie jak ja przed 28 laty, będą skazane na niezbilansowane posiłki w szkołach, a wkrótce ten koszmarny eksperyment (miejmy nadzieję, że to tylko eksperyment) obejmie wszystkich od przedszkolaków po starców w domach opieki. Podczas gdy w innych krajach Europy coraz więcej osób decyduje się zrezygnować kompletnie z jedzenia mięsa (przodują w tym Włochy z 10% społeczeństwa niejedzącego mięsa, Niemcy i Wielka Brytania) lub przynajmniej ograniczyć jego ilość w diecie, Francuzi zdają się krzyczeć: "Dajcie nam wasze mięso! Już my zrobimy z niego pożytek!". Stoisko z rybami na paryskim rynku Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej, zbiór fundamentalnych praw człowieka, mówi, iż każdy obywatel ma prawo do wolności sumienia, myśli i religii. Europejska Unia Wegetariańska podkreśla, że nie każdy rezygnuje ze spożywania mięsa czy produktów zwierzęcych z powodu kaprysu. Coraz więcej osób na świecie przestaje jeść mięso jako znak protestu wobec złego traktowania zwierząt - książka Jonathana Safrana Foera "Eating Animals" na pewno dotarła także do Francji. Wolność sumienia trzeba uszanować, jeśli motto narodu brzmi: wolność, równość, braterstwo. Nie wiem, czy były kiedykolwiek we Francji protesty przeciwko dyskryminacji wegetarian, mam tylko nadzieję, że po wprowadzeniu w życie nowej ustawy - będą. Tymczasem Bruno Le Maire, francuski minister ds. gospodarki, zapowiedział już w 2010 roku, że jego celem będzie obrona francuskiego modelu rolnictwa, a w szczególności sprzeciwianie się inicjatywom, przekonującym obywateli francuskich, by jedli mniej mięsa. Juliet Gellatley, brytyjska aktywistka i dyrektorka organizacji promującej wegetarianizm Viva! pisze na stronie organizacji: "W tym samym czasie, w którym stuletni wegetarianian [Fauja Singh, znany brytyjski biegacz i rekordzista w swej grupie wiekowej i zdeklarowany wegetarianin - przypis mój] przebiega maraton w Kanadzie, francuski rząd stwierdza, że dieta bezmięsna nie służy zdrowiu. Francja musi być jedynym krajem na świecie, w którym Ministerstwo Zdrowia nie zwraca uwagi na badania naukowe. Nieważne czy to BMA, Amerykańskie Towarzystwo Dietetyczne czy Światowa Organizacja Zdrowia, wyniki badań przeprowadzanych przez nie są identyczne: produkty pochodzenia zwierzęcego są główną przyczyną chorób, na które umiera najwięcej ludzi w krajach zachodnich, podczas gdy dieta oparta w dużej mierze na produktach pochodzenia roślinnego obniża ryzyko chorób i przedłuża życie". Wydaje mi się, że Francuzi znaleźli sposób na problemy wynikające z przedłużenia wieku emerytalnego - skrócić swym obywatelom życie. Szczegóły dostępne m.in. tutaj: http://www.icdv.info/index.php?post/2011/10/23/The-legal-texts-banning-vegetarianism-in-school-canteens-in-France
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Kinnaurska nastolatka
Preeti spotkałam w centrum wsi Kalpa w dolinie Kinnaur. Nie wiedziałam, że to centrum - uliczka, na której była jedna, maleńka knajpka (Yogi Buddhist Dhaba - dhaba znaczy knajpka) zdawała mi się być raczej bocznym zaułkiem, a nie główną aleją, na której toczy się życie całej społeczności. Szesnastolatka o kruczoczarnych, gęstych włosach skrytych częściowo pod tradycyjną wełnianą czapką z zielonym, aksamitnym frontem, obramowanym kolorową tasiemką, uśmiechała się do mnie zaczepnie. Lekko skośne oczy obrysowane miała czarnym kajalem. "Cześć, jak się masz? Jak masz na imię? Skąd jesteś?" - pytania rzucała w moim kierunku głośno i bez cienia skrępowania. Jej śmiech był zaraźliwy i wkrótce wtórowałam jej, uważając za zabawne, że mogę mieć 32 lata i być bezdzietna. Preeti nie mogła uwierzyć, jak to możliwe. Jej starsza siostra wyszła za mąż trzy lata temu i już ma dwoje dzieci. Małżeństwo zawarte zostało z miłości, o czym Preeti poinformowała mnie z dumą: "Tak jest lepiej, nie sądzisz?" - spytała mnie, dodając szybko: "Źle jest, jak małżeństwo jest aranżowane. A co jeśli nie podoba ci się mąż?". Wzdrygnęła się na samą myśl. Stałyśmy w słońu na tarasie między budynkami. Na murku suszyło się pranie, dzieci wymieniały się cukierkami, młode kobiety nieopodal robiły czapeczki niemowlęce na drutach i spoglądając na nas ukradkiem wymieniały uwagi. Do knajpki co chwila ktoś zaglądał i zagadywał znajomych, pochylonych w środku nad talerzem parującej zupy. W mgnieniu oka podjęłam decyzję, by pójść tam wkrótce na obiad, szczególnie że serwowano też momo, tybetańskie pierożki z warzywami, które wyjątkowo sobie upodobałam. Po chwili zza węgła wyszedł młody mężczyzna, którego Preeti objęła władczym gestem. "To twój chłopak?" - spytałam naiwnie. Oboje aż zgięli się w pół ze śmiechu. "To mój brat" - wyjaśniła Preeti nie przestając się śmiać. "Mam dopiero szesnaście lat, nie myślę o chłopakach". Wzięła mnie za rękę i poprowadziła przez drewnianą bramę do świątyni. Zdjęcia tej budowli widziałam jeszcze w przed wyjazdem w internecie i nie mogłam się doczekać, aż zobaczę ją na własne oczy. Przepiękna, misternie rzeźbiona konstrukcja świątyni Narayan-Nagini utrzymana jest w znakomitym stanie, ale przyznam, że nikt, kogo pytałam, nie mógł mi powiedzieć, kiedy została zbudowana. Nie znalazłam też tych informacji w żadnych przewodniku. Wydała mi się stara (co może oznaczać 200-1000 lat, przypominała bowiem ponad osiemsetletnią świątynię Bhimakali w Sarahan, którą zwiedziłam dwa dni wcześniej). Każdy przewodnik podkreśla, że odwiedziny Kalpy muszą znaleźć się w planie każdego podróżującego w tych rejonach. Tu mieszkają ludzie, którzy z powodzeniem łączą wierzenia i tradycje hinduistyczne z buddyjskimi. Na framudze imponującej bramy maska smoka z rogami obwieszona była naszyjnikami z orzechów i kwiatów nagietka. Kompleks świątynny liczył kilka budyneczków, skrywających figury różnych bogów hinduistycznych i dziedziniec, na którym młodzi mężczyźni krzątali się przy lektyce, pokrytej brokatowymi materiałami. Pod nimi znajdowała się cenna rzeźba boga Wisznu. "To mój bóg" - powiedziała Preeti, wskazując na lektykę palcem. "Usiądźmy" - dodała. Usiadłyśmy w rzędzie kobiet, młodych i starszych, w typie panien na wydaniu i tych matronowatych, które po kilku porodach nie odzyskały młodzieńczych sylwetek. Dzieci wyraźnie się nudziły, marudząc i nie mogąc usiedzieć w miejscu, lecz kobiety czekały cierpliwie. Była niedziela, dzień festiwalu ku czci Wisznu - boga stwórcy. Nie trzeba było krzątać się w domu, gałęzie drzew jabłkowych mogły poczekać na przycięcie na poniedziałek. Plastry jabłek suszyły się na dachach i tarasach domu, placki roti przygotowane zostały o zapewne już świcie. Nic nie zakłócało spokojnego oczekiwania początku uroczystości. Preeti nie była jednak w stanie milczeć. Wypytywała mnie o muzykę, jakiej słucham. "Znasz Shakirę? Uwielbiam ją!" - wykrzyknęła z ekscytacją. "Najlepsza jest ta piosenka Shakira, Shakira, słyszałaś ją? A znasz Akona?". Dolina Kinnaur nie znajduje się na krańcu świata, jak niektórzy sądzą. Ja w otoczeniu kobiet i z młodszą siostrą Preeti Przede mną strome dachy pawilonów świątynnych stanowiły wspaniałe podparcie dla rzeźb tygrysów, węży i smoków, prężących się na tle ośnieżonych szczytów pasma górskiego Kailash. Zachwyt odbierał mi mowę. Do świątyni co i rusz przychodzili kolejni mieszkańcy. Staruszki siadały z boku, chroniąc dłońmi oczy przed palącym słońcem. Mężczyźni w milczeniu kucali na schodkach, w niemal identycznych szarych bądź brązowych, wełnianych marynarkach, przepasanych kolorowym paskiem, wełnianych spodniach tego samego koloru i nieodłącznych kinnaurskich czapkach. Wszyscy ubrani byli nieco bardziej odświętnie niż noszą się na co dzień. Preeti zaprowadziła mnie do siostry, tej co ma dwoje dzieci, i zakomenderowała, że muszę zrobić jej zdjęcie; siostra bowiem miała na sobie drogi, ręcznie tkany szal (w sklepach taki szal, w zależności od wzoru i rodzaju wełny, kosztuje nawet 150 funtów brytyjskich), spięty wielką, srebrną broszką, a jej uszy i nos zdobiła złota biżuteria zakładana wyłącznie od święta. "Tradycyjny strój kinnaurski" - powiedziała Preeti, jakby czytała podpis pod zdjęciem, które właśnie zrobiłam. Po chwili przedstawiła mnie swojej mamie i babci. Mama dziewczyny także ubrana była elegancko, a do czapki przypięła nawet żótły kwiatek - który o tej porze roku nie mógł być łatwy do znalezienia. Latem zbocza gór pokrywają różnobarwne kwiaty, zimą jednak próżno wypatrywać żółci czy niebieskości maków lub różu hiacyntów. Dołączenie do grona kobiet ciotki Preeti, dziewczyna skomentowała: "Biedna kobieta, miesiąc temu umarł jej mąż, a jej dzieci nie chcą wziąć jej do siebie. Ma syna i córkę, syn mieszka w Shimli, córka w Chandigarh i nie lubią swojej matki. To okropne!". Zadumałam się na chwilę nad odwagą dorosłych dzieci, które muszą mieć swoje powody, by przeciwstawiać się nadzwyczaj silnej w Indiach presji opieki nad matką po śmierci ojca. Ta rodzina skrywa ciekawe sekrety, pomyślałam. Preeti niestety nie była w stanie powiedzieć, co jej powodem niechęci jej kuzynów do swej rodzicielki. W środku matka Preeti Starsza siostra Preeti Orkiestra szykuje się do rozpoczęcia uroczystości Zajęłyśmy znów miejsca na schodkach słysząc dobywającą się z zakręcanych trąb melodię. Po chwili reszta orkiestry zaczęła grać na swych instrumentach. Kakofonia dźwięków powodowała, że miała ochotę zakryć uszy dłońmi - muzyka była fatalna. Na szczęście po kilku okrążeniach grupki mężczyzn z lektyką wokół głównej świątyni ("Wisznu zwiedza swe włości", komentarz nasuwał się sam), orkiestra przestała grać. To, co nastąpiło potem, przypominało mi festyny na odpustach, w których brałam udział w dzieciństwie z dziadkami. W Kalpie brakowało kramików, ale kobiety powyciągały z przepastnych toreb naszyjniki z nawleczonymi migdałami, orzechami włoskimi i fistaszkami. "Chcesz spróbować? - poczęstowała mnie kilkoma orzechami zerwanymi ze sznurka Preeti. Smakowały... naftaliną. Następnie kobiety pchały się jedna przez drugą do kilku najpoważniej wyglądających mężczyzn i zarzucały im sznury orzechów na szyje, składając przed nimi dłonie jak do modlitwy w geście szacunku, jakby tymi wiankami chciały odkupić swe grzechy u pośredników boskich. Preeti pociągnęła mnie za sobą. "To mój tata" - przytuliła się do wąsacza, którego szyję bogato zdobiły upominki od kobiet. "Jest burmistrzem wsi" - wyjaśniła. Chwilę potem podążałam w powodzi ludzi do wyjścia. Przede mną główną ulicą wsi szła procesja, prowadzona przez mężczyzn z rzeźbą Wisznu w lektyce. Mieszkańcy, którzy nie dotarli na uroczystości do świątyni, teraz wyglądali z okien lub stali przed drzwiami domostw, by choć okiem rzucić na "swojego boga". Po drodze minęliśmy świątynię buddyjską. "Byłaś w niej?" - spytała mnie Preeti. "Pójdź do niej zanim wyjedziesz stąd, ładna jest. Tam mieszka mój drugi bóg, Budda". Preeti z ojcem
piątek, 06 stycznia 2012
Ze świata islamu - wydarzenia literackie
Ten wpis skierowany jest przede wszystkim do tych, którzy interesują się kulturą i literaturą bliskowschodnią i islamską, czytają po angielsku i ewentualnie wybierają się bądź mieszkają w Londynie. Przegląd nowinek odnośnie wydarzeń literackich, premier i imprez książkowych w najbliższych miesiącach. Rok 2012 ogłoszony został przez wydawców rokiem książek o Wiośnie Arabskiej. Będzie się wydawać dużo i chętnie. Już za kilka dni premierę będzie miała nowa książka Ahdaf Soueif "Cairo: My City, Our Revolution", w której egipska pisarka opowiada historię Kairu i rewolucji, przeplając ją osobistymi wspomnieniami. 19 stycznia w londyńskim Southbank będzie miało miejsce spotkania z Ahdaf Soueif. Dwa lata temu miałam przyjemność spotkać ją, gdy razem z Hishamem Matarem opowiadała o korzeniach swej twórczości. Soueif zrobiła na mnie wówczas wrażenie bardzo elokwentnej, rozsądnej, wrażliwej kobiety i już kupiłam bilet na styczniowe spotkanie. Ahdaf Soueif w 2010 roku, fot. własna Także w Southbank odbędzie się 31 stycznia spotkanie z Jimem Al-Khalilim i Robertem Winstonem, dwoma prominentnymi pisarzami naukowymi, którzy promować będą wspólne dzieło - książkę pt. "Pathfinders: The Golden Age of Arabic Science". W książce przybliżają postaci znanych arabskich odkrywców i naukowców, m.in. Ibn al-Shatira, którego manuskrypty inpirowały Kopernika, czy al-Jahitha, odkrywcę teorii naturalnej selekcji na długo przed Darwinem. Mir Mahfuz Ali, Rowyda Amin, Nick Makoha i Shazea Quraishi to poeci pochodzący z Bangladeszu, Arabii Saudyjskiej, Irlandii i Ugandy, zamieszkujący dziś Wielką Brytanię, którzy wspólnie będą czytać swoje najnowsze wiersze, zebrane w antologii "TEN" w Southbanku 29 marca. Ukazał się właśnie pierwszy numer kwartalnika "Critical Muslim", magazynu w jęz. angielskim, który zapewnia czytelnikom muzułmańską perspektywę na współczesne problemy globalne, promuje dialog i wymianę poglądów między światem islamskim a nie-islamskim, w tym także Zachodem. "Critical Muslim" jest wydawany przez Hurst & Co i Muslim Institute w Londynie i ma ambicje stanowić wyzwanie dla fundamentalistycznych i tradycjonalistycznych interpretacji islamu oraz brać pod uwagę nowe myśli i teorie oraz wpływy społeczne, polityczne, gospodarcze i kulturowe, jakie zaszły na przestrzeni lat w krajach muzułmańskich. 12 stycznia odbędzie się w Asia House spotkanie z trzema redaktorami magazynu: Ziauddinem Sardarem, Robinem Yassinem-Kassabem (którego świetną powieść "The Road from Damascus" recenzowałam tutaj) i Ehsanem Massodem, promujące publikację pierwszego numeru. 26 stycznia zaś laureatka pokojowej Nagrody Nobla z 2003 roku, uznana prawniczka i pisarka irańska Shirin Ebadi spotka się z czytelnikami w Asia House z okazji promocji swej nowej książki "The Golden Cage". O jej autobiograficznej książce "Iran Awakening" pisałam na samym początku istnienia tego bloga tutaj). "The Golden Cage" opowiada o trzech braciach, których autorka poznała przez ich siostrę Pari, swą przyjaciółkę z dzieciństwa. Każdy z braci wyznaje inne ideały polityczne, które dzielą Iran i tworzą w ich życiu przepaść nie do pokonania. Ebadi stawia w książce pytania dotyczące Rewolucji Islamskiej z 1979 roku oraz rozpatruje współczesne wydarzenia i palące kwestie w Iranie, m.in. energię atomową i nienawiść wobec Izraela. Shirin Ebadi od 2009 roku, od kiedy zmuszona była udać się na wygnanie, mieszka w Londynie. Z nowości książkowych dotyczących świata islamskiego fascynująco brzmi książka Sadakata Kadriego pt. "Heaven on Earth - A Journey Through Sharia Law". Niemal 1400 lat po tym jak prorok Mahomet po raz pierwszy opisał prawo szariatu, imamowie różnych odłamów wciąż kłócą się między sobą co do jego interpretacji. Kadri, londyński prawnik, pisarz, podróżnik i dziennikarz, specjalizujący się w zagadnieniach dotyczących wolności do swobodnego przepływu informacji, przemierzył wiele krajów i zbadał przeszłość i współczesne kwestie najistotniejsze dla islamu. Odwiedził pakistańskie madrasy, słuchał niezliczonych fundamentalistów i liberałów islamskich w Iranie, rozmawiał z naukowcami od Delhi po Kair. 29 lutego w Asia House będzie miało miejsce spotkanie z autorem. Muzułmańscy bibliofile na targu książkowym Daryaganj Kitab Bazaar w starym Delhi, fot. własna Miesiąc później, 29 marca w Asia House będzie można spotkać Elizę Griswold, wielokrotnie nagradzaną dziennikarkę dochodzeniową, i Malise Ruthven, pisarza znanego za książki o myśli muzułmańskiej i teologii, fundamentalizmie i społecznym wpływie religii i migracji. Ostatnia książka Griswold "The Tenth Parallel" mówi o konfliktach między religiami, pojęciem narodowości i zasobach naturalnych, które mają wpływ na politykę światową. Ostatnie książki Ruthvena to "Encounters with Islam: On Religion, Politics and Modernity" oraz "Islam: A Very Short Introduction" (świetna seria Oxford University Press). Oboje pisarze rozmawiać będę na spotkaniu o związkach, konfliktach i nakładaniu się na siebie myśli w islamie i chrześcijaństwie. Jedną z bardziej oczekiwanych książek w najbliższych miesiącach jest "Arab Women in Arab News: Old Stereotypes and New Media", która ukaże się 15 marca. Autorka, dr. Amal Mohammed Al-Malki, profesor literatury postkolonialnej, teorii tłumaczeniowych i feminizmu islamskiego na uniwersytecie w Katarze, analizuje stereotypy, jakie obywatele krajów mają o kobietach z krajów arabskich, uważając je za pasywne i uciskane. Przykłada je do postaci kobiecych prezentowanych w arabskich mediach obecnie, badając słuszność stereotypów, stawiając pytania (i znajdując odpowiedzi) odnośnie kwestii genderowych, praw człowieka i siły stereotypów. Kolejne interesujące pozycje to: - Deborah Scroggins, "Wanted Women: Faith, Lies and the War on Terror: The Lives of Ayaan Hirsi Ali and Afia Siddiqui" (świetna recenzja znajduje się na stronie Economista). - Robert Leikem, "Europe'a Angry Muslims: The Revolt of the Second Generation" i Jonathan Laurence, "The Emancipation of Europe's Muslims: The State's Role in Minority Integration" - podaję je w jednej linijsce, gdyż także w tygodniku "The Economist" znaleźć można recenzję obu pozycji. - Mourid Barghouti, "I Was Born There, I Was Born Here", palestyński pisarz, którego dzieło z 2003 roku "I Saw Ramallah" odniosło wielki sukces literacki w Wielkiej Brytanii, a nowa książka jest kontyuacją opowieści rozpoczętej w pamiętniku sprzed ośmiu lat. Polecam recenzję. - Eli Amir, "Yasmine", dalszy ciąg "The Dove Flyer", spektakularnej powieści o żydowskiej społeczności Bagdadu w latach 50. XX wieku, z której autor się wywodzi i o której mówił na spotkaniu, w którym brałam udział w 2010 roku. Ta powieść ma akcję osadzoną w 1967 i opowiada o miłości Izraelczyka do pięknej palestyńskiej dziewczyny, cała historia oczywiście na tle konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Zeszłoroczny festiwal na London School of Economics "Space for Thought", który trwa zawsze tylko cztery dni i oferuje szereg ciekawych spotkań (w ubiegłym roku widziałam Elif Shafak, Grażynę Plebanek, Tahmimę Anam i inne pisarki) zorganizowany był pod hasłem "Crossing Borders". Tegoroczne spotkania ujęte są w ramy tematu przewodniego "Relating Cultures". Jedno ze spotkań związanych z islamem będzie miało miejsce 1 marca - o współczesnych problemach Pakistanu, szczególnie w opozycji do rozwoju sąsiednich Indii, mówić będą Kamila Shamsie, prof. lord Meghnad Desai i Anatol Lieven. 3 marca o kulturalnych rozdrożach Afganistanu opowiadać będzie dr. Llewellyn Morgan, który wiosną tego roku opublikuje swą pierwszą książkę "The Buddhas of Bamiyan". Tego samego dnia, jak w zeszłym roku, tak i w tym spotkać można będzie Elif Shafak, tym razem opowiadającą o sztuce...opowiadania i imigracji. Nowa powieść Shafak pt. "Honour", którą autorka zapowiadała w zeszłym roku, a której głównymi postaciami są członkowie rodziny turecko-kurdyjskiej, mieszkającej w Londynie, będzie miała swą premierę już w kwietniu. Zakończę spis wydarzeń literackich zapowiedzią Festiwalu Literatury Azjatyckiej, który co roku organizowany jest przez Asia House w maju. W tym roku między 15 a 31 maja spotkań będzie jak zwykle multum. Odnośnie świata islamskiego z pewnością można liczyć na spotkanie Hanan Al-Shaykh, promującej powieść "One Thousand and One Nights"; spotkanie z Kamilą Shamsie i Ziauddinem Sardarem, którzy mówić będą o kobietach w Pakistanie; spotkanie poświęcone poezji perskiej z poetami z Iranu, Afganistanu i Tadżykistanu (w tej chwili nazwiska nie zostały potwierdzone); opowieści pisarzy z Iraku i Afganistanu, w tym Zarghuny Kargar, której recenzję książki "Dear Zari" będziecie mogli przeczytać w najbliższym numerze Archipelagu; spotkanie dotyczące walki o autonomię Kaszmiru, a także imprezę, poświęconą pisarstwu o Wiośnie Arabskiej i rewolucjom i wpływowi wydarzeń w krajach arabskich na resztę Azji. To oczywiście nie są ani wszystkie premiery książkowe ani też wszystkie wydarzenia literackie związane w jakikolwiek sposób ze światem islamskim. To wyłącznie moja subiektywna selekcja tych najciekawszych.
czwartek, 05 stycznia 2012
Siła pamięci: "The Sense of an Ending" - Julian Barnes
Gina, pani psycholog z serialu "In Treatment" (polecam gorąco!) mówi w jednym z odcinków drugiego sezonu: "Wciąż zmieniamy nasze wspomnienia tak, by przeszłość nie kolidowała z teraźniejszością". Zauważyliście, jak czasem po latach okazuje się, że wydarzenie z przeszłości wcale nie wyglądało tak, jak je zapamiętaliśmy? Szczególnie jako dzieci słyszymy strzępki rozmów, widzimy sceny, których nie rozumiemy, a luki wypełniamy nieudolnie tak by całość sprawiała dla nas sens. Julian Barnes w "The Sense of an Ending" krąży wokół fenomenu pamięci, stawiając w centrum wydarzeń niczym niewyróżniającego się bohatera, który przeżył kiedyś na studiach romans z koleżanką i dziś przeszłość wraca do niego w najmniej oczekiwanym momencie. Tony Webster zmuszony zostaje wspomnieć raz jeszcze swoją przyjaźń z trzema chłopcami, szczególnie z Adrianem, którego to postać staje się kluczowa w rozwoju wydarzeń. Ponowne prześledzenie pewnych wydarzeń i incydentów, przysłuchanie się fragmentom rozmów zmusi Tony'ego do refleksji, że może nie wszystko odbyło się tak, jak on to zapamiętał. Wystarczy czasem spojrzeć na daną scenę pod innym kątem, przyjrzeć się innej postaci, a cała konfiguracja zmienia się jak w kalejdoskopie i niczego już nie jest się pewnym. Ani swych wspomnień, ani nawet obserwacji, a tym bardziej własnej interpretacji cudzego zachowania. Pojawia się potrzeba sklejenia swego życia od początku, ale jak to uczynić, gdy świadkowie odeszli, a na sobie samym nie można już polegać? Jak się zachować, gdy przestaje się ufać swym własnym osądom sytuacji, swym własnym zmysłom wzroku i słuchu? Adrian na jednej z lekcji historii w szkole wygłasza myśl: "W rzeczy samej, czyż cała kwestia przypisywania odpowiedzialności nie jest rodzajem wymówki? Pragniemy oskarżyć jednostkę, aby wszyscy inni zostali uniewinnieni. Albo oskarżamy proces historyczny jako rodzaj oczyszczenia z zarzutów pojedynczych osób. Albo wszystko jest anarchistycznym chaosem, mającym te same konsekwencje. Wydaje mi się, że jest - był - łańcuch indywidualnych odpowiedzialności, z których wszystkie były konieczne, ale łańcuch ten nie jest na tyle długi, by każdy mógł obwiniać wszystkich dookoła. Lecz oczywiście moje pragnienie przypisania odpowiedzialności może stanowić jedynie odbicie mego własnego stanu umysłu niż sprawiedliwej analizy tego, co się stało. To jeden z głównych problemów historii, czyż nie tak, panie profesorze? Kwestia subiektywnej w opozycji do obiektywnej interpretacji, fakt, że musimy znać historię historyka, by być w stanie zrozumieć wersję wydarzeń, jaka jest przed nami prezentowana" (tłumaczenie własne). Orhan Pamuk w zbiorze wykładów ujętych w książkę "The Naive and the Sentimental Novelist", jakie wygłosił na Uniwersytecie Harvarda, jeden z nich poświęca potrzebie kreowania przez autora, a później szukania przez czytelnika, esencji powieści. Myśl, jaką spontanicznie wyraził Adrian, stanowi dla mnie środek "The Sense of an Ending", sedno całej historii opowiadanej przez Barnesa. Czytelnik często poszukuje książki niezwykłej, zdolnej zmienić go i objawić pewną prawdę. Podświadomie ma często nadzieję, że taką moc posiada wolumin grubszy niż nagrodzone Bookerem 160 stron. A jednak powieść Barnesa, mimo że nie obfitująca w liczne wątki, ma właśnie siłę zmiany może nie nas samych, ale sposobu, w jaki myślimy i postrzegamy rzeczywistość. To książka, której nie można zwyczajnie odłożyć na półkę po lekturze. Ona wrasta w czytelnika, zapuszcza korzenie, a drzewo, które z nich wyrośnie, będzie nas oplatać gałęziami prawdopodobnie do końca naszych dni.
wtorek, 03 stycznia 2012
Himalajskie lekcje
Bywa w życiu tak, że człowiek musi wyrwać się ze swojego wygodnego świata, zapuścić gdzieś daleko, by ujrzeć pewne kwestie w innym świetle. Do pewnego stopnia prawdziwa jest myśl, że podróżując zmieniamy tylko otoczenie, ale nasze myśli pozostają te same. Nie uciekniemy od problemów, przenosząc się z miejsca na miejsce. Czasem jednak dystans fizyczny pozwala zdystansować się do swego życia w ogóle. Nie uciekałam w górach od problemów, nie mam problemów, mogę szczerze powiedzieć, ale potrzebna mi była zmiana perspektywy, zatopienie się w cudzym życiu, w innej rzeczywistości. Wielką przyjemność sprawiało mi oderwanie się na kilkanaście dni od mówienia po polsku, od ubierania moich myśli w słowa i wyrażania ich w dwóch najbliższych mi językach. Pozwalałam moim myślom formować się bezsłownie, tworzyć różne kształty, nabierać smaku słodkiego, gorzkiego, słonego, pachnieć lub cuchnąć. Obserwowałam je podczas spacerów po górach czy wiejskich dróżkach lub podczas wielogodzinnej niekiedy jazdy autobusem tak jak obserwuje się chmury, przepływające nad naszymi głowami. Raz widać w nich groźnego smoka, innym znów razem miękkiego króliczka. Milczałam i ze zdumieniem przekonywałam się, że potrafię medytować, że przez te wszystkie lata medytowałam, tyle że moja medytacja nie polegała na siedzeniu w pozycji kwiatu lotosu i wpatrywaniu się w ścianę, a ruchu. Są szkoły promujące medytację w ruchu, nie czuję więc, by mój sposób był w jakikolwiek sposób gorszy. Ale to wciąż początki, przede mną jeszcze długa droga ku rozwojowi tej cennej sztuki. pasmo górskie Kinner Kailash Szalenie trudno jest zdobywać pewne mądrości, które mają sens dla nas samych, i jednocześnie uciszać w głowie ten głos, który złośliwie i szyderczo szepcze: "Myślisz, że taka jesteś mądra? Twoje złote myśli warte są tyle co sentencje w książkach Coelho". Autocenzura najostrzej podcina skrzydła. Bywa, że w życiu trudne wydarzenie nie uczy nas nic - choć zdawałoby się, że powinno - a wystarczy spacer górską ścieżką, do akompaniamentu podmuchów wiatru, i widok prostej drogi przed sobą, by dostrzec to, co pozostawało ukryte. A tu, na tej zwykłej ścieżce, jakaś prawda odsłania jak na dłoni całą mądrość. Czy tak zdobyty skarb ceni się mniej, bo nie doszło się do niego przez pot i łzy, a ukazał się nam sam? Nie sądzę, wierzę, że na wszystko jest czas i pora. Pewne myśli pojawiają się, gdy jesteśmy gotowi je przyjąć. Najmądrzejsze książki też będą znaczyć dla nas tyle co kurz, jeśli sięgniemy po nie w niewłaściwym czasie. Czorten w miasteczku Kaza, do którego schodziłam, by w spokoju i słońcu poczytać lub porozmyślaćNa Himalaje trzymałam przez kilka lat biografię Angielki Tenzin Palmo autorstwa Vicki Mackenzie pt. "Cave in the Snow. Tenzin Palmo's Quest for Enlightenment". Tenzin Palmo urodziła się w latach 50. XX wieku we wschodnim Londynie. Już dorastając wiedziała, że jest inna niż rówieśnicy. Fascynowała się Azją, a gdy trafiła w jej ręce opowieść o Buddzie, odkryła ze zdumieniem i olbrzymią radością, że jest buddystką w głębi serca. Tak rozpoczęła się jej droga ku oświeceniu, Tenzin Palmo postanowiła bowiem walczyć z patriarchalnym podejściem buddyjskich autorytetów i zostać pierwszą kobietą, która osiągnie oświecenie. W 1976 roku zaszyła się na 12 lat w jaskini w Himachal Pradesh, w dolinie Lahaul, niedaleko terenów, po których podróżowałam. Znosiła głód, lodowate zimno, przysypanie śniegiem, zagrożenie ze strony dzikich zwierząt, medytując po kilkanaście godzin dziennie. Daleko mi do jej osiągnięć, a jednak jej nauki pomogły mi także znosić zimno. W pensjonatach w dolinie Kinnaur, gdy nie spałam z rodzinami w tej samej izbie, było nocą tak zimno, że noce spędzałam ubrana w cztery warstwy swetrów, churidary, spodnie od piżamy, ciepłe skarpety i "muminki" (rodzaj kapci-butów za kostki, grubych, wypełnionych pierzem i puchem, które zapewniają ciepło i które przezornie zabrałam ze sobą - ratowały mnie w indyjskich górach), przykryta dwiema kołdrami i dodatkowo dwoma kocami (zaleta podróżowania samotnie, dostaje się dwuosobowy pokój z całym dobrodziejstwem inwentarza), w rękawiczkach i z głową przykrytą kocem. Temperatura w pokoju musiała być bliska zeru. Nie pomagał na pewno fakt, że najczęściej myłam się w rano i wieczorem zimnej wodzie... Przed zaśnięciem skupiałam się na myśli, która czasem stanowiła temat medytacji Tenzin Palmo w jej jaskini - nieutożsamianie się z uczuciami. Jest mi zimno, ale ja nie jestem tym zimnem. Uczucie zimna, tak jak uczucie ciepła w ciągu dnia i wszystkie inne uczucia przemijają (stare dobre "panta rhei"). Mogę się od niego uniezależnić, mogę sprawić, by przestało mi doskwierać, by nie wpływało na moje samopoczucie. Gdy naprawdę przestawało mi być zimno, gdy obserwowałam zimno w oderwaniu ode mnie, zasypiałam. Przyznam, że zaskoczona byłam, jak skuteczne jest takie łopatologiczne tłumaczenie sobie, że nie jest się swoimi uczuciami. Ani razu podczas podróży nie byłam poirytowana, rozdrażniona, zła, ani razu nie czułam się gorzej, nic mnie nigdy nie bolało. A zmęczenie znosiłam ze spokojem - ono także nie było mną. Dwa razy zastosowałam dziecinny trik wodzenia losu na pokuszenie. Czekałam na autobus w Tabo, nieszczególnie ciekawej wsi ze szczególnie ciekawym ponad tysiącletnim klasztorem, w którym XIV Dalajlama zamierza osiąść na emeryturze, na "przystanku autobusowym", czyli drodze wjazdowej do miasta. Spędziłam noc w pokoju klasztornym, w którym nie było elektryczności ani wody (nawet w wiadrach, musiałam kupić trzy litry wody mineralnej: w jednym umyłam ciało, w drugim - włosy, a trzeci miałam do picia), a do toalety chodziłam z latarką po ciemnych korytarzach. Byłam głodna, a autobus - jedyny w ciągu dnia - miał przyjechać między ósmą a dwunastą rano. Ok. 10:30 wciąż stałam na drodze, ubrana po raz jeden jedyny w Himalajach w kurtkę, gdyż przedpołudnie było wyjątkowo niesłoneczne i wietrzne, i pomału traciłam cierpliwość. Nie mogłam jednak nawet pójść do sklepu, gdybym przegapiła autobus musiałabym zostać we wsi jeszcze jedną noc. Zaczęłam więc liczyć do 300, zaklinając los, by zesłał autobus w tym czasie. Po doliczeniu do 120 zobaczyłam go. Drugie podobne wydarzenie miało miejsce w innej wsi, w Nako. Mieszkałam w domu pewnego mężczyzny, Sonama Megyi, w osobnym pokoju dla gości. Byłam znów głodna - jedyna we wsi restauracja była zamknięta, zachodziło słońce, a nie uśmiechało mi się o 17:30 kłaść się spać. Siedziałam przed domem i umówiłam się sama ze sobą, że jeśli w ciągu pięciu minut Sonam Megyi nie wyjdzie i nie zaproponuje mi kolacji, pójdę i poproszę o herbatę. Nie zdążyłam nawet doliczyć do 80, bo Sonam wyszedł i spytał, czy coś jadłam. Spędziłam z nim ciekawy wieczór, grzejąc się przy piecu, jedząc owoce i migdały i pijąc herbatę. Ale w sercu wiedziałam, że to dziecinada, w którą się bawię i nie powtarzałam tego. W jakiś jednak tajemniczy sposób potrafię czasem przyciągać dobre wydarzenia, tak jak potrafię przyciągać przyjaznych mi i ciekawych ludzi. To, o czym przekonała mnie Tenzin Palmo, co widziałam u ludzi, których spotykałam, to wiara w to, że "bycie" jest czasem ważniejsze od "robienia". W zachodniej kulturze wmawia się nam często, że powinniśmy każdą minutę naszego życia wypełnić czymś produktywnym, spożytkować ją z widocznym skutkiem, nie leżeć i marzyć o niebieskich migdałach. Mamy wolne popołudnie? Możemy poczytać książkę, obejrzeć film, zrobić zaległe pranie, posprzątać, powtórzyć słówka języka, którego się uczymy, pracować wolontaryjnie. Tymczasem buddyści - ale nie tylko, to dotyczy chyba wyznawców każdej religii - wierzą, że skupienie na modlitwie, medytacji, zwykłej refleksji może być lepszą inwestycją niż wypełnienie każdej chwili nerwową produktywnością. Ludzie często powtarzają, że nie mają czasu na medytację, ale gdy się przyjmie, że medytować można w zatłoczonym autobusie czy w poczekalni u lekarza nagle czas się rozciąga. Warunek jest jeden - wszystko co się robi, należy robić z pełną świadomością. Nigdy nie zdarzy się więc szukanie kluczy, które gdzieś się zapodziały... :) Wioska Demul, w oddali szczyt Shilla, położony na wys. 7026m n.p.m. Niemal dwugodzinna wspinaczka po skałach do wsi Dhankar (o której pisałam tutaj) dała mi cenną, acz absolutnie oczywistą lekcję: do celu dochodzi się małymi kroczkami i każdy z nich jest ważny. W domu często czuję się przytłoczona samym celem, nie potrafię podzielić drogi do niego na krótkie etapy. Czuję się przytłoczona już na samym początku, na etapie ustalania celu. Tam w górach wszystko było możliwe. Gucio powiedział mi przed wyjazdem, że ten mój "spacer" pod górę będzie niczym wspinanie się na dwie wieże Eiffla, wieś leży bowiem ponad 650 metrów nad drogą - choć idzie się prawie trzy kilometry. Powtarzałam to sobie czasem, gdy przystawałam dla złapania tchu i podziwiania widoków: "Pokonuję właśnie dwie wieże Eiffla". Cierpliwość popłaca, osiągnięcie celu jest słodką nagrodą, która upaja niczym szklaneczka Bailey's. Widzicie ten paseczek przecinający górę? To moja droga autobusowa przez dolinę. Podróżując w dolinie Spiti po serpentynach górskich, po jakich w życiu nie jechałam wcześniej (a tam innych dróg nie ma), polegając na doświadczeniu i koncentracji kierowcy autobusu (skręt o ułamek sekundy za późno, nieuważny ruch kierownicy nieco w lewo i nie czytalibyście tego teraz), oglądanie ciężarówek, które leżały w dole, bo zwaliły się kilkadziesiąt metrów w dół klifu, przekonało mnie, że naprawdę czuję się przygotowana na śmierć - bo nie bałam się ani trochę, że za parę minut może mnie nie być na tym świecie. A śmierci musiałam patrzeć w oczy codziennie, choćby jadąc z jednej wsi do drugiej. Ale o braku lęku przed śmiercią już pisałam, nie chcę się powtarzać. Przemierzając jednak te doliny i wąwozy, otoczona ostrymi graniami górskimi, które latem czasem obsuwają się na drogę, zaś zimą tryskają z nich strumienie wody, które zamarzając na drodze powodują kolejną przeszkodę do pokonania, nie wyobrażałam sobie, że krajobraz może się zmienić. Zakręty zdawały się mnożyć w oczach, a każdy kolejny wyglądał na ostrzejszy i bardziej niebezpieczny niż ten właśnie przekroczony. A jednak w pewnym momencie droga się prostuje i nic już nie stanowi niebezpieczeństwa. Tak trudno czasem w życiu dostrzec, że każda, nawet najbardziej kręta droga jest w stanie się wyprostować, gdy tylko wytrwamy odpowiednio długo. W górach tę banalną prawdę widać gołym okiem. Wjazd do wielu wsi oznajmiany jest tego rodzaju bramą Autorka książki o Tenzin Palmo cytuje w jednym z rozdziałów angielską czy amerykańską buddystkę, opisując kilka drobnych praktyk buddyjskich, które można stosować na co dzień. Gdy się patrzy na zdjęcia Audrey Hepburn, czy to w młodym czy starszym wieku, widać, że ta praktyka, o której zaraz napiszę, musiała być jej dobrze znana. Chodzi o praktykę półuśmiechu. Leciutkie, niemal niedostrzegalne unoszenie kącików ust do góry, kilkanaście razy dziennie przynajmniej na kilka sekund za każdym, razem wspaniale poprawia samopoczucie, zarówno jeśli chodzi o ducha, jak i ciało. Wypróbowuję to od lat, odkąd w wieku nastoletnim naoglądałam się zdjęć Hepburn i stwierdziłam, że tak piękną starszą panią chcę być. I potwierdzam, że półuśmiech działa. Brzmi to podejrzanie prosto, właśnie niczym tekst z Coelho, ale uśmiech, lub półuśmiech, jest najlepszym lekarstwem. W dodatku, jak się nie raz przekonałam, wywołuje życzliwość ludzi, tworzy jakąś dobrą energię wokół nas, którą inni wyczuwają. Najważniejsza jednak, najbardziej skłaniająca do pokornego pochylenia głowy jest myśl, że niemożliwa jest ucieczka od wzorców kulturowych, w jakich człowiek żyje i/lub w których został ukształtowany. Zawsze bardzo staram się nie oceniać, nie przykładać znanej mi miarki do nowych wydarzeń, zachowań ludzkich, wyborów życiowych. Niekiedy to jednak niemożliwe, to się dzieje na przekór sobie samemu, mimowolnie, aż człowiek kuli się zawstydzony. Do głosu dochodzą różni aktorzy, biorący udział w tym przedstawieniu, jakim jest "doświadczenie obcej kultury". Jeden sugeruje, że ci ludzie marnują swoje życie, inny krzyczy, że właśnie takie życie ma największy sens, trzeci aktor nieśmiało szepcze, że to nie ma znaczenia, gdyż i tak każde życie, w ogóle wszystko, jest iluzją. A sufler podpowiada, by kompletnie powstrzymać się od oceny, wzruszyć ramionami i przyjąć wszystko takim, jak jest. Trzeba dokonać niebywałej ekwilibrystyki, by nie zgubić równowagi mentalnej wśród tylu różnych głosów i jeszcze dostrzec didaskalia. Nie mam recepty na to, jak nie pogubić się w tym wszystkim. Japońskie domostwa Alexa Kerra
Ostatnio mam nieco mniej czasu na pisanie, ale przypomniało mi się, że pisząc moją recenzję książki Alexa Kerra "Dogs and Demons" obiecałam pokazać, jak mieszka sam pisarz. Fotografie jego domów znalazłam w jednym z dwóch tomów albumu Taschen "Inside Asia" (oba skądinąd wspaniałe i bardzo inspirujące, wywołujące we mnie pragnienie przeniesienia się, choćby na moment, do każdego z prezentowanych krajów). Oto fotografie, trzy pierwsze przedstawiają dom i ogród w Kameoce koło Kioto, trzy kolejne - "Chiiori", dwustuletni dom w dolinie Iya, który pisarz kupił i odrestaurował, co opisał w książce "Japonia utracona". Wybaczcie jakość zdjęć, nie potrafię dobrze robić zdjęć zdjęciom, a nie posiadam skanera. takie biurko sama chciałabym mieć...
czwartek, 29 grudnia 2011
"Nine Lives. In Search of the Sacred in Modern India" - William Dalrymple
Jechałam do miasteczka Sangla w himalajskiej dolinie Kinnaur. Ostatni, kilkukilometrowy odcinek trasy pokonałam we wspólnej taksówce z osiemnastoletnim mnichem buddyjskim, który wracał na zimę do domu ze szkoły lam w Nepalu, gdzie studiował już trzeci rok, i z jego rodzicami. Jak większość mieszkańców tego rejonu mama młodego Indusa wyznawała hinduizm i buddyzm. Krajobraz zdobiły buddyjskie czorteny i maleńkie świątynie hinduistyczne, na mostach zaś zawieszone były dziesiątki kolorowych flag modlitewnych. Przy jednej takiej hinduistycznej świątyni musieliśmy się zatrzymać - na drogę wyszedł stary sadhu (hinduski asceta), machając do nas. Mimo że pogoda była chłodna, nadchodziła zima, sadhu miał na sobie tylko kawał pomarańczowej tkaniny i bose stopy. Pobłogosławił nas (tylko osiemnastolatek odmówił błogosławieństwa), palcem nałożył tilak (bordowa kreska z pasty sandałowej) na czoła , a do złożonych dłoni wsypał kilka suszonych owoców i skrystalizowane drażetki cukru (wszystko razem kupuje się w wielkich workach i zanosi jako ofiarę do świątyń). Ojciec mnicha dał mu 10 rupii i mogliśmy jechać. Następnego dnia wracałam tą samą trasą - innej zresztą nie ma - autobusem. Znów musieliśmy się zatrzymać, a sadhu wszedł do autobusu i pobłogosławił w ten sam sposób każdego z osobna. Wyraźnie ucieszył się, widząc mnie ponownie, a ja tym razem także dałam mu banknot dziesięciorupiowy. William Dalrymple w swojej najnowszej książce "Nine Lives. In Search of the Sacred in Modern India" udowadnia, że wystarczy wyjechać poza duże miasta, zjechać z szerokich ulic, zboczyć z turystycznego szlaku, by napotkać ludzi, dla których wiara i świętość wciąż stanowią tak duże znaczenie jak dla ich przodków. Mieszkający od 1989 roku na przedmieściach Delhi z żoną i trojgiem dzieci pisarz zwiedził tym razem odległe od stolicy rejony Kerali, Tamil Nadu, Himachal Pradesh, Bengalu, przekroczył też granicę z Pakistanem w poszukiwaniu ciekawych historii. Rezultatem jego wojaży jest pasjonująca książka, w której opisuje dziewięć ludzkich losów. Nie są to jednak nużące historie w klimacie "żywotów świętych", a barwne opowieści o przewrotności ludzkiego losu, hipokryzji brahminów, wielkiej siły, jaką człowiek skrywa w sobie. Poznajemy devadasi - kobietę oddaną w dzieciństwie na służbę do świątyni bogini Yellammy, która zostaje świętą prostytutką; mnicha z Tybetu, który porzucił śluby, by walczyć o wyzwolenie Tybetu i został przez rząd indyjski perfidnie wykorzystany do innych celów; twórcę figur bogów do świątyń hinduskich; dżinijską mniszkę, która opowiada o niebywałej dyscyplinie, jakiej wymaga życie mnichów w tej religii; Baulów - niepiśmiennych często trubadurów w Bengalu; keralskiego tancerza theyyam z kasty Dalitów (dawniej zwanych nietykalnymi), w którego przez trzy miesiące w roku podczas nocnych rytualnych przedstawień tanecznych wstępuje bóg; tantrycznej czcicielki bogini Tary; radżastańskiego śpiewaka historii z Ramayany i sufich, gromadzących się przy grobach muzułmańskich poetów. Z kart przebija wielka fascynacja pisarza tak różnymi wierzeniami i ich esencją, zasadami, według których jego rozmówcy żyją i sposobem odczuwania przez nich świętości. Jednak nigdy w żadnym momencie Dalrymple nie traktuje swych znajomych jak małpek w zoo czy eksponatów muzealnych. To są żywi ludzie, których podróżując po Indiach mijamy na każdym niemal kroku. I ja widziałam dżinijskie mniszki w białych szatach, idące wzdłuż drogi, z białym kawałkiem materiału przykrywającym usta i miotełką w dłoni. I ja poznałam buddystów, którzy medytują w jaskiniach położonych wysoko w Himalajach, widziałam pokrytych popiołem sadhu z głowami oplecionymi długimi dredami, kąpiących się w świętej wodzie Gangesu w Varanasi. Od świętości nie ma w Indiach ucieczki. Dalrymple pokazuje, jak wiara może być częścią życia, jak może stać się centrum, wokół którego wszystko się kręci, ale też jak może stanowić ucieczkę od życia. Dżinijska mniszka opowiada o salekhanie - powolnej drodze, na którą wstępują bardzo religijni wyznawcy dżinizmu, a która polega na stopniowym opuszczaniu ciała przez zagłodzenie się na śmierć. Devadasi swą wiarą jest w stanie racjonalizować los, na jaki skazali ją rodzice, czyli prostytucję w imię składania ofiary bogini. Tancerz theyyam, czczony przez brahminów przez trzy miesiące w roku jako medium dla boskiego ducha, czerpie z rytuału siłę, która pozwala mu przez pozostałe miesiące wykonywać trudną pracę strażnika więziennego i dodatkowo budować studnię dla ludzi z wyższej kasty, którzy na co dzień nim pogardzają. Brytyjczyk nie opiera całej swej wiedzy, jaką przekazuje czytelnikom, na rozmowach. Sięga do wielu książek, cytuje różnych autorów, widać ślady potężnego researchu (a na końcu książki podana jest dokładna bibliografia do każdego rozdziału). Nie można tej książki traktować jednak jako kompendium wiedzy o wszystkich religiach Indii. Zabrakło w niej wyznawcy zoroastrianizmu, Dalrymple nie rozmawiał z żadnym żydem czy sikhem, brakuje historii chrześcijan i innych. To nie jest w żadnym wypadku wada publikacji, zamysł był taki, że ta książka będzie stanowiła subiektywną selekcję ciekawych osobowości i sposobów na życie, wszystkich autentycznych. Rewelacyjna pozycja, którą czyta się jak powieść, wciągającą już od pierwszej strony, jest niezwykle cenna, gdyż pokazuje z jednej strony jak bardzo bogate i nakładające się na siebie są tradycje i mity indyjskie, a z drugiej ujawnia, jak wciąż żywe są one w świadomości ludzkiej i ich wyborach życiowych. Sporo dziennikarzy, reporterów i komentatorów indyjskich jak i zachodnich, specjalizujących się w tematyce indyjskiej, lubi podkreślać, jak wielki progres osiągnęły Indie, jak pradawne rytuały odchodzą do lamusa, a przyszłość stoi pod znakiem technologii komputerowej. Niemniej jednak wystarczy otworzyć egzemplarz indyjskiego tygodnika społeczno-polityczno-kulturalnego "Outlook" z 19 grudnia br., z którego czytelnik może dowiedzieć się, że w świątyniach w Karnatace wciąż praktykuje się rytuał tarzania się Dalitów i osób z lokalnych plemion w resztkach niezjedzonego przez brahminów jedzenia. Tarzający się wierzą, że to wyleczy ich z uporczywych dolegliwości, szczególnie skórnych, a kobiety łatwiej poczną chłopców. Podejmuje się obecnie próby, by zakazać praktykowania tego upokorzającego rytuału, jednak książka Dalrymple'a przypomina, że ta jedna tradycja w świątyni w jednym indyjskim stanie to kropla w morzu wierzeń i obrzędów indyjskich.
środa, 28 grudnia 2011
Półki i stosy z książkami
Kiedy odwiedzam domy znajomych, już pobieżne spojrzenie na ich półki z książkami odkrywa wszystko, co potrzebuję wiedzieć, niezależnie od tego, co owi znajomi deklarują. Stosunkowo łatwo jest mieć półki uginające się pod imponującymi rzędami książek Szekspira, Dickensa, Jane Austen, Thomasa Hardy'ego czy Henry'ego Jamesa i wszystkich tych, którzy pokryli się patyną klasyki. Stosunkowo łatwo jest posiadać modną kolekcję dzieł Toni Morrison, Rushdiego, Marqueza i wszystkiego tego, co prezentuje tendecję progresywną, wraz z popularnymi książkami danego sezonu. Ale mieć powieści napisane przez Ukraińców, Irańczyków, Indusów, Egipcjan, wiersze nieznanego Samoańczyka, holenderski zbiór opowiadań, dzieła kenijskich, nigeryjskich, jamajskich powieściopisarzy, dramaty portugalskie, japońskie elegie, wszystko to wymieszane z książkami, zdradzającymi zdrowe zainteresowanie tym, o czym marzy duch ludzki - to jest dopiero coś specjalnego. Bo tu znajdzie się osoba, o której Goethe mógłby pomyśleć, że jest obywatelem świata. Tu znajdzie się osoba, z którą można by mieć nadzieję się zaprzyjaźnić, osoba zainteresowana człowieczeństwem, zafascynowana jego różnorakim geniuszem. Ben Okri, wstęp do zbioru "Ten Years of the Caine Prize for African Writing", moje tłumaczenie Nabytki / prezenty z ostatnich tygodni (a właściwie miesięcy) w trzech stosach: 1) Stosik indyjsko-pakistańsko-bangladeski (od dołu): Mark Tully, "Non-Stop India" - brytyjski dziennikarz i reporter, urodzony w Kalkucie i żyjący w Indiach od czterdziestu lat, opisuje, jak zmiany, które zaszły w Indiach w ostatnich latach, wpłynęły na biednych i zmarginalizowanych, jak rozwój infrastruktury zmienia przemysł i gospodarkę, jakie wyzwania stoją przed narodem w kwestii ochrony środowiska i jaką przyszłość mają Indie. [przeczytana] Jamil Ahmad, "Wandering Falcon" - w swym powieściowym debiucie niemal osiemdziesięcioletni pisarz pakistański kreśli surowe reguły, jakimi rządzi się życie w dostępnych wyłącznie nielicznym terenach Baludżystanu, pakistańskiej prowincji graniczącej z Iranem i Afganistanem, opisując emocje, lęki i nadzieje bohaterów należących do przygranicznych plemion. Prezent od Lilithin, dziękuję! [przeczytana] Tarun J Tejpal, "The Valley of Masks" - najnowsza powieść znanego indyjskiego pisarza, nominowana do tegorocznej Man Asian Literary Prize, opowiada o nadużyciach władzy, dogmatycznym rozumieniu moralności i czystości i chwalona jest w Indiach za znakomite przedstawienie dystopijnej rzeczywistości. Pavan K Varma, "Becoming Indian" - po rewelacyjnej "Being Indian" (książce, która w sposób najlepszy z możliwych wyjaśniła mi kulturowe, społeczne i polityczne warstwy, z jakich składają się Indie) przyszedł czas na analizę wpływu kolonizacji brytyjskiej na charakter i mentalność Indusów oraz pozostałości kolonializmu w polityce, języku, sztuce i wizerunku samych siebie. William Dalrymple, "Nine Lives" - mieszkający od 1989 w Delhi brytyjski pisarz przemierza Indie w poszukiwaniu świętości i przybliża czytelnikom dzieje i niezwykłe wierzenia dziewięciu Indusów, w tym mniszki dżinijskiej, twórcy figur bogów do świątyń hinduistycznych, kobiety będącej devadasi (poświęconej świątyni bogini Yellammie, faktycznie prostytutce) i innych. [przeczytana] Taslima Nasrin, "Lajja. Shame" - najsłynniejsza bangladeska powieść, zakazana w Bangladeszu, za to w Indiach powszechnie dostępna, opowiada o konflikcie hindusko-muzułmańskim i religijnym ekstermizmie, stawiając w centrum historii rodzinę należącą do mniejszości hinduskiej, żyjącą w Bangladeszu. Chandrakanta, "A Street in Srinagar" - kolejna nominowana do Man Asian Literary Prize powieść, niedostępna jeszcze poza Indiami, a i w Indiach niełatwa do dostania, to tłumaczona z hindi na angielski opowieść pisarki z Kaszmiru o mieszkańcach jednej ulicy w Srinagarze, kaszmirskim mieście. 2) Stosik azjatycki (od dołu): Rory MacLean, "Under the Dragon. Travels in a Betrayed Land" - współczesna klasyka (wiem, dziwnie brzmi) literatury podróżniczej, napisana w 1998; brytyjski autor podróżuje po Birmie w dziesięć lat po rewolucji, spotykając zarówno ofiary opresyjnego reżimu jak i prześladowców, próbując nakreślić duszę narodu i charakter kraju. Banana Yoshimoto, "Amrita" - powieść popularnej japońskiej autorki o aktorce, która ginie w tajemniczych okolicznościach, a ekscentryczni członkowie jej rodziny próbują rozwikłać zagadkę jej śmierci i życia. Prezent od Maga-mary, dziękuję! "Night, Again. Contemporary Fiction from Vietnam" - zbiór opowiadań i fragmentów współczesnych powieści wietnamskich, które podobno znakomicie prezentują trendy we współczesnej prozie tego kraju i opisują kwestie, które bliskie są dziś społeczeństwu wietnamskiemu. Lee Seung-U, "The Reverse Side of Life" - uchodzący za jednego z najwybitniejszych pisarzy koreańskich tym razem sięgnął do własnej biografii w poszukiwaniu inspiracji i stworzył dzieło przesycone wspomnieniami wyimaginowanego pisarza, w których tle zawsze obecny jest konflikt między sacrum a profanum; francuska prasa porównuje powieść do dzieł Borgesa, Manna i Prousta. Haruki Murakami, trzy tomy "1Q84" - tej trylogii chyba nie trzeba nikomu przedstawiać; miałam przeczytać ją w Święta, ale zajęłam się czym innym, jednak liczę, że niedługo ją pochłonę; celowo unikam czytania recenzji tej książki i nawet nie wiem, o czym, choćby w uproszczeniu, jest. Alexandra Cavelius, Rebija Kadir, "Szturmując niebo. Opowieść o życiu chińskiego wroga numer jeden" - miałam ochotę przeczytać tę biografię ujgurskiej aktywistki jak tylko ukazała się w języku angielskim kilka lat temu, ale zwlekałam i teraz dostałam od wydawnictwa Czarne książkę w prezencie. Rebija Kadar opowiada historię swojego życia, pełnego prześladowań i upokorzeń ze strony Chińczyków, dyskryminujących mniejszość ujgurską. Recenzja ukaże się w wiosennym numerze Archipelagu. Mo Yan, "Kraina wódki" - uznany za jednego z największych pisarzy chińskich napisał powieść osadzoną w latach 90. w Chinach, w surrealistycznej krainie Alkoholandii, pełną absurdalnego humoru i przedstawiającą obraz społeczeństwa, w którym tradycyjne wartości ulegają zanikowi. Prezent od Mandżurii, dziękuję! Kyung-Sook Shin, "Please Look After Mum" - obsypany pochwałami bestseller, w którym autorka opowiada historię rodziny, która z pewnego powodu zostaje rodzielona, oraz uczuć, tajemnic i pragnień jakie naznaczają nasze relacje z innymi 3) Stosik bliskowschodnio-angielski (od dołu): "Meetings with Remarkable Muslims" - bogata kolekcja opowieści napisanych przez różnych autorów o ich spotkaniach z muzułmanami z całego świata, od Maroka po Indie, ukazująca różnorodność muzułmańskiego świata, wartości i kultur, a jednocześnie spojons przez wspólną potrzebę "kochania, cieszenia się i znajdowania sensu w życiu" Irfan Orga, "Portrait of a Turkish Family" - opowieść o świecie, którego już nie ma; autor, urodzony w bogatej rodzinie u schyłku Imperium Ottomańskiego, opowiada o walce swojej rodziny o przetrwanie i przystosowanie się do zmieniającej się Turcji i warunków życia po I wojnie światowej. Prezent dla Gucia i osobny egzemplarz dla siostry. Suad Amiry, "Sharon and My Mother-in-Law. Ramallah Diaries" - zabawny, przesycony czarnym humorem zapis codzienności w Ramallah, palestyńskim mieście okupowanym przez Izraelczyków Tessa Morris-Suzuki, "The Past Within Us. Media, Memory, History" - Zbiór esejów australijskiej pisarki o roli pamięci w polityce, problemie 'pamięci historycznej' i reprezentacji historii w mediach popularnych, w których autorka sypie licznymi przykładami z historii Azji, Europy i Ameryki Północnej. Julian Barnes, "The Sense of an Ending" - nagrodzona Bookerem ostatnia powieść (w Anglii uznawana za obszerną nowelę) Juliana Barnesa, także poruszająca problem pamięci i subiektywizmu historycznego; głęboka, a jednocześnie niebywale łatwa w lekturze. [przeczytana] Orhan Pamuk, "The Naive and the Sentimental Novelist. Understanding What Happens When We Write and Read Novels" - świetne eseje, jak sam tytuł wskazuje, o tym, co się dzieje z czytelnikiem i pisarzem podczas czytania i pisania powieści; tytuł odnosi się do konceptu "naiwnych" poetów, piszących spontanicznie, impulsywnie i poetów "sentymentalnych", którzy polegają na refleksji i kwestionowaniu słowa pisanego, stworzonego przez Schillera. Prezent dla mojej siostry. [w czytaniu] Moderowanie komentarzy
Moje drogie czytelniczki / moi drodzy czytelnicy, w wyniku ostatniej lawiny obraźliwych dla wszystkich i rasistowskich komentarzy od nieznanego mi, anonimowego, mocno sfrustrowanego, ziejącego nienawiścią i źle życzącego innym czytelnika (potocznie zwanego w sferze wirtualnej trollem) zmuszona jestem wprowadzić moderowanie komentarzy. Wasze komentarze będą pewnie w wyniku tego ukazywać się z pewnym opóźnieniem, ale nie wykluczam, że moderowanie za jakiś czas zniosę. Nie toleruję jednak rasizmu i nie chcę, by komentarze o takiej wymowie choć przez kilka minut widniały tutaj. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||