| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
statystyka
piątek, 20 listopada 2009
"Book of Clouds" - Chloe Aridjis

Mam wielki sentyment do Berlina. Odwiedziłam to miasto niezliczoną ilość razy, mam tam swoje ulubione miejsca, ale chętnie odwiedzam też nowe. W powieści meksykańskiej autorki Chloe Aridjis pt. „Book of Clouds” rozpoznałam ulice, obiekty, nawet konkretne budynki, o których wspomniała. Pochłonęłam powieść w mgnieniu oka.

„Book of clouds” to powieść bardzo nieśpieszna, delikatna, liryczna. Mówi o krótkim wycinku z życia bohaterki Tatiany, tak jak autorka pochodzącej z Meksyku, która w 2003 roku (czyli dokładnie wtedy kiedy ja) mieszkała w Berlinie, na Prenzlauer Berg. Znała niemiecki, wcześniej spędziła w tym mieście cztery lata, pracując w różnych miejscach. Obecnie zajmuje się transkypcją nagrywanych na dyktafon tekstów starego profesora do jego nowej książki o Berlinie. Praca zajmuje jej trzy niepełne dni, w czasie wolnym Tatiana chodzi na spacery, marzy o absolutnej ciemności w nocy, nawiązuje znajomość z pewnym meteorologiem i obserwuje wiecznie uśmiechniętą, młodą żebraczkę, którą nazywa „prostaczką z Alexanderplatz”. W sposób podobny do wielu przyjezdnych mieszkańców poznaje bogatą przeszłość miasta, choć dzięki profesorowi ma do niej lepszy dostęp.

Zapewne na moją pozytywną ocenę książki wpłynął fakt, że dokładnie rozpoznawałam wszystkie opisywane miejsca. Berlin jest dużym miastem, ale łatwo się w nim rozeznać, kilka dni wystarczy, by odwiedzić tam wszystko, co warte uwagi. Czy to będzie księgarnia ze sztuką pod arkadami stacji S-bahnu na Savigny Platz, konkretna azjatycka restauracja na Hakesche Markt czy budynek Deutsche Bank na Alexander Platz – znam to wszystko. Potrafiłam podczas lektury z łatwością podążać szlakiem bohaterki i razem z nią z czułością wspominać komunikat nadawany w S-bahnie: „Nächste Station: Friedrichstrasse. Ausstieg links”. Potrafię wyobrazić sobie, jak siedzi w swym małym mieszkanku z wysokim sufitem w kamienicy, która posiada tradycyjny dziedziniec, i nie może zasnąć z powodu latarni za oknem. Jak przerażają ją blokowiska z wielkiej płyty na Marzahn i tajemnicze odgłosy dobiegające z pustego mieszkania tuż nad nią. Przekonana jestem jednak, iż także czytelnik, którego noga nigdy nie postała w Berlinie, umiał będzie zainteresować się Tatianą i jej pozornie nic nie znaczącymi przeżyciami. To nie jest wielka powieść, nie traci się wiele nie czytając jej, ale mnie lektura sprawiała niebywałą przyjemność i sądząc po pozytywnych recenzjach, jaki zdobyła książka, inni czytelnicy również odczuwali to samo.

Aridijs z dużą łatwością buduje klimat samotności i anonimowości w dużym mieście. Tak prosto jest mieszkać samemu, nie odzywać się do nikogo, samemu być sobie sterem, żeglarzem, okrętem, gdy mieszka się w mieście takim jak Berlin. Przy czym samo miasto na równi z Tatianą jest bohaterem powieści. To metropolia inna niż wszystkie – podzielona dawniej dziś wciąż straszy sekretami, których nie chce do końca wyjawiać. Podziemne korytarze tworzą świat, do którego wstęp mają tylko nieliczni śmiałkowie, a miasto naziemne, które widzą turyści, otacza specyficzna, trudna do określenia aura. Niewiele jest miejsc o tak jasno wyczuwalnej karmie, energii, która spowija mieszkańców i wnika do ich serc, by pozostać w nich już na zawsze. Berlin nosi się w sobie, czy się tego chce czy nie, o czym Tatiana przekonuje się nie raz, szczególnie w ostatnich scenach książki. Dzięki zgrabnej opowieści autorki każdy czytelnik może teraz uszczknąć dla siebie choć odrobinę tajemnicy Berlina.

Zdjęcia zrobiłam na Prenzlauer Berg we wrześniu tego roku

czwartek, 12 listopada 2009
Co to znaczy desperat

Pozwoliłam sobie zacytować w tytule anonimowego internautę, który wpisując powyższe zapytanie w wyszukiwarkę trafił na mój blog. A poniżej co ciekawsze frazy, dzięki którym również, jak za dotknięciem magicznej różdżki, można tutaj trafić:

"Miłośnicy książek, kawy i wina" - zaczyna się niewinnie...

"zdejmować obwolutę" - zawsze tak robię, gdy nie chcę jej zniszczyć

"odkryto olbrzymi gatunek węża gdzieś w ameryce poł. (pisownia oryginalna) 60m długości" - naprawdę jestem wdzięczna, że anonimowy internauta zechciał podzielić się ze mną tą niezwykle cenną informacją, tylko co ja mam z nią teraz zrobić? Dzielę się nią z Wami :)

"gdzie zrobić ładne zdjęcia w paryżu" - widzę niszę na rynku wydawniczym, brakuje przewodników typu "Paryż - ładne miejsca do fotografowania"

"czy można być niepewnym miłości" - sądzę, że autor zapytania potrafi sam sobie odpowiedzieć na to pytanie

"jakie można zadać pytanie wróżce" - czy jesteś pewny/-a, że potrzebujesz wizyty u wróżki?

"jaki kraj traktuje ptaki jak obywateli" - przyznam, że mnie zamurowało, ale może Chiara będzie wiedziała, radzę udać się z pytaniem do niej

"co się dzieje z królikiem kiedy piszczy" - przekazuje wiadomości z zaświatów

"jak się ubrać na otwarcie kawiarni" - można tak samo jak na otwarcie restauracji czy kina

"czy seks lolitki z psem jest możliwy" - jak widać od niewinnej frazy na początku przeszliśmy do wcale nie niewinnego pytania

"mam nadzieję że zobaczymy się po tej kolorowej stronie życia" - czyli gdzie konkretnie?

I na koniec - uwaga, nie oplujcie sobie ekranów:

"czy są tu jakieś oferty ze zdjęciem samotnych młodych dziewczyn" - samotne, młode dziewczyny, nie wstydzcie się, może mój blog posłuży jako serwis randkowy?

sobota, 07 listopada 2009
"Vile Bodies" - Evelyn Waugh

Niewypał. Wielki niewypał. Są pisarze potrafiący pisać o nieciekawych bohaterach w zajmujący sposób, ale „Vile Bodies” ledwo wymęczyłam, a dotrwałam do końca tylko dlatego, że czytałam same pozytywne opinie o tej książce i sam autor jest uznaną postacią. Chciałam się osobiście przekonać o co tyle hałasu i przekonałam się, że to wiele hałasu o nic.

Co ciekawe, ta cieniutka powieść jest dziś równie aktualna, co 80 lat temu, kiedy została napisana. Waugh opisuje niewielką grupkę osób ze śmietanki towarzyskiej, tzw. Bright Young People, którzy w latach 1920-tych codziennie byli bohaterami rubryk towarzyskich w gazetach angielskich. Ich życie toczyło się od przyjęcia do przyjęcia, od małego skandalu do większego skandalu. Wiecznie znudzeni, wykrzykujący nieustannie, niczym autosugestię, jak to bosko się bawią , nie będący w stanie rozmawiać na żaden konkretny temat, bohaterowie powieści przypominają bezmyślne manekiny, ładne na zewnątrz, puste w środku. Waugh starał się napisać satyrę na to środowisko, bohaterom przypisując zabawne nazwiska i umieszczając je w centrum czasem dość śmiesznych wydarzeń, ale trudno mi sobie wyobrazić, by ktokolwiek mógł mieć przyjemność z tej lektury po - powiedzmy - pięćdziesiątej stronie. Wprawdzie humoru jest coraz mniej, a koniec jest raczej tragiczny niż zabawny – tak jak koniec ludzi, którzy zdają sobie wreszcie sprawę, że życie dla image’u nie daje żadnego spełnienia – ale ta książka jest najzwyczajniej w świecie nudna. Być może osoby pasjonujące się życiem znanych i bogatych, z wypiekami na twarzy oglądające zdjęcia strojów gwiazd z wręczania różnorakich nagród i polujący na informacje kto z kim (w Stanach Zjednoczonych nawet w wiadomościch telewizyjnych niektórych stacji podawane są ‘entertainment news’) podejdą do tej powieści inaczej, z refleksją, że od tylu lat właściwie nic się nie zmieniło. Dziś szybszy jest przepływ informacji, ilość wiadomości też jest znacznie większa, bo nie interesują nas tylko gwiazdki lokalne. Ale niewiele znaczące osóbki, znane z tego, że są znane i bogate, były już za czasów Waugh równie głupiutkie jak i teraz. W latach 1920-tych także istniały odpowiedniki Paris Hilton, upajające się hedonizmem i nie mające pojęcia o niczym, co się dzieje poza ścianami sal balowych, barierkami eleganckich jachtów czy czerwonymi dywanami luksusowych hoteli. Pomimo że temat powieści w gruncie rzeczy jest lekki, jej wydzwięk wcale lekki nie jest. Smutne życie muszą mieć osoby, które nie mają ciekawszych zajęć niż bywanie na przyjęciach, na których nic się nie dzieje, na których spotyka się wciąż te same osoby, ale brakuje nawet tematów, które można by poruszyć. Bohaterowie Waugh sporo mówią o pieniądzach, które trzeba było mieć (albo przynajmniej miało się perspektywę ich posiadania), gdy chciało się bywać. Z ciekawostek – w 1929 roku jeden z faktycznie żyjących arystokratów, Bryan Guinness, poślubiając Dianę Mitford w 1929 roku zarabiał rocznie 20000 funtów, podczas gdy przeciętna roczna pensja mężczyzny wynosiła wówczas nieco poniżej 150 funtów. Waugh po sukcesie „Vile Bodies” mógł liczyć na zarobki 2500 funtów rocznie, co stanowiło 2-3 razy ile zarabiał profesor uniwersytetu oxfordzkiego.

Bohaterowie powieści nie zajmują się niczym szczególnym, ale faktycznie do Bright Young People należeli poeci, tancerze baletowi i tancerki, fotograficy (m.in. Cecil Beaton), malarze i aktorki (m.in. Tallulah Bankhead), a także sam Evelyn Waugh. Nie wszyscy z tego towarzystwa byli na tyle głupi, by nie zdawać sobie sprawy, że ich beztroska trwała będzie wiecznie. Wychowani w cieniu I wojny światowej, na początku lat 1930-tych już mogli dostrzec widmo drugiej. Korzystali więc z życia ile tylko się dało według zasady „carpe diem”, bo to mógł być zawsze ich ostatni dzień. Niektórzy rzeczywiście umierali dość młodo, inni dożywali póznego wieku, ale ci mieli okazję zaobserwować biedę Anglii lat powojennych, kiedy afiszowanie się swoim wystawnym stylem życia nie było w dobrym tonie i żyło się raczej wspomnieniami młodości.

Jako swoisty dokument epoki, która trwała zaledwie jedną dekadę, „Vile Bodies” jest dobrą książką. Ale jako powieść, po którą sięga się w chęci zapomnienia o rzeczywistości licząc na radość z lektury, niestety się nie sprawdza. Tak jak nuda ogarnia bohaterów, tak samo szybko nuda ogarnia czytelnika. Nie żałuję, że przeczytałam, ale Waugh ani nie rozbawił mnie ani nie wywołał we mnie żadnych większych emocji. Spodziewałam się lepszej rozrywki, lepszego stylu, lepszych wartości poznawczych - czegokolwiek, ale nie nudy.

Bright Young People na jednym z przyjęć

poniedziałek, 02 listopada 2009
Jak plaster miodu

Już od kilku lat zachwycam się muzyką pochodzącą z Mali i Senegalu i wciąż odkrywam nowych artystów z obu krajów. W gorące letnie dni niemal codziennie towarzyszyła mi Rokia Traore, wspaniała śpiewaczka z Mali. Głosem kojącym, który nie wiem czemu przywodził mi na myśl plaster miodu, zagłuszała miejski szum dobiegający zza otwartych okien. Tymczasem odkryłam, że Rokia doskonale nadaje się też na jesienne szarugi wieczorne, od razu w mieszkaniu robi się cieplej, jakbym rozpaliła w kominku.

Ojciec śpiewaczki był dyplomatą i rodzina wiele podróżowała, gdy Rokia dorastała. Z powodu przynależności do elity intelektualno-politycznej w Mali kariera artystyczna nie była dobrze postrzegana jako ścieżka rozwoju zawodowego. Rokia jednak nie tylko śpiewa od czasów studiów uniwersyteckich. Pisze własne teksty, a także - co niespotykane u piosenkarek afrykańskich - gra na gitarze (obok tradycyjnych instrumentów ngoni i balafon) i - co w ogóle bardzo rzadkie w muzyce malijskiej - używa w swoich kompozycjach harmonii wokalnej. Śpiewa w języku bambara i po francusku. W ciągu ponad dziesięciu lat kariery nagrała cztery płyty, z których za najlepszą uważam zdecydowanie ostatnią, "Tchamantché" (tytuł znaczy "poszukiwanie harmonii") z 2008 roku. Rokia występowała z wieloma sławami, m.in. Kronos Quartet, brała udział w wielu koncertach world music, w tym na najbardziej chyba znanym festiwalu WOMAD, który co roku od wielu już lat organizowany jest latem w Anglii i na który zjeżdżają się za każdym razem największe sławy muzyki świata. Mój ulubiony magazyn poświęcony world music, "Songlines", uznał ją w tym roku na najlepszą artystkę i dzięki niemu w ogóle poznałam muzykę Rokii Traore.

Jest kilka takich osobowości kobiecych, które cenię niezmiernie. Souad Massi, Sainkho Namtchylak, Nina Simone - by wymienić tylko kilka. Rokia Traore z pewnością jest jedną z takich charyzmatycznych kobiet, które gdy pojawiają się na scenie potrafią zawładnąć sercem słuchacza. Jej głos jest spokojny, ale przebija przez niego siła. Moc jej muzyki jest wielka. Nie rozumiem tekstów śpiewanych w bambara, ale mogę sobie wyobrazić, że opowiadają o problemach społecznych, ale też o miłości, pięknie, prawdzie - o trzech wielkich ideach. I oczywiście o szukaniu harmonii. Gdy słucham jej w moim iPodzie chodząc po mieście od razu mój krok nabiera gracji, jest bardziej sprężysty i miękki. Odchodzi zmęczenie, przychodzi spokój i energia. Zresztą posłuchajcie sami.

18:58, chihiro2 , Muzyka
Link Komentarze (17) »
niedziela, 01 listopada 2009
Cmentarz pełen historii

Niejednokrotnie pisałam już, że lubię cmentarze, spacery po nich, przypadkiem odkryte płyty nagrobne z boku niepozornego kościoła, jakich wiele można odkryć w Londynie. Podczas podróży także odwiedzam cmentarze, interesuje mnie podejście ludzi do śmierci i pamięci o przodkach w różnych kulturach. Interesują mnie historie ludzi, których prochy leżą pod ziemią. Chciałabym dziś pokazać Wam mały cmentarz w Beaufort, bardzo sympatycznym, nadmorskim miasteczku amerykańskim w Północnej Karolinie. Samo miasteczko ma niecałe 4 tysiące (w większości starszych) mieszkańców, mały port z żaglówkami, wiele białych domków obrośniętych azaliami i innymi pięknie pachnącymi kwiatami i kilka miłych sklepików. Bywa mylone z Beaufort w Południowej Karolinie, a główną różnicą między nimi jest różnica w wymowie. Nazwę północnoamerykańskiego wymawia się jak 'boufort', a tego południowioamerykańskiego jak 'bjufort'. W maleńkim miasteczku nie dzieje się wiele, przeszliśmy się tylko po kilku uliczkach (spacer nie zajął więcej niż pół godziny) i zaszliśmy na uroczy, malutki cmentarz założony w 1731 roku, na którym pochowane są postaci o ciekawych historiach.

Grobów opisanych w ulotce jest 28 - zwiedzający może w centrum turystycznym wziąć dokładny plan z informacjami na temat pochowanych (to jest wspaniałe w Stanach Zjednoczonych, że nawet tak maleńkie miasteczka jak Beaufort mają swoje centrum turystyczne, skąd można wziąć mapy, ulotki i gdzie można zasięgnąć wszelkiej informacji). Większość ze zmarłych to byli brytyjscy oficerowie marynarki, kapitani, duchowni brytyjscy i członkowie ich rodzin. Opowiem Wam o czterech postaciach.

W powyższym grobie pochowany został w latach 1700 anonimowy brytyjski oficer Marynarki Królewskiej, który zmarł na statku płynącym do Beaufort. Znany był ze swego oddania brytyjskiemu imperium i obawiając się, że leżąca pozycja jego ciała nie będzie oddawała godnego szacunku władcy imperium, poprosił o pochówek na stojąco. Prośbę spełniono, trumna jest zakopana pionowo, tak by oficer mógł salutować królowi Jerzemu III.

Kolejny grób opowiada historię, na podstawie której można by napisać pełen pasji, namiętności i zadrości romans historyczny. Pochowani są tu Sarah Gibbs (zm. w 1792 r.) i Jacob Shepard (zm. w 1773 r.). Sarah była żoną Jacoba, marynarza. Pewnego dnia Jacob wyruszył na morze, ale nie wrócił. Po jakimś czasie ogłoszono go zmarłym. Sarah wyszła więc ponownie za mąż, za Nathaniela Gibbsa i miała z nim dziecko. Po kilku latach jednak Jacob tajemniczo powrócił do Beaufort i doznał szoku dowiedziawszy się, że jego żona poślubiła w czasie jego obecności innego mężczyznę. Obaj mężczyzni ustalili między sobą, ze Sarah zostanie z Nathanielem jak długo będzie żyła, ale wieczność ma spędzić u boku Jacoba. Dlatego też pochowana jest u boku pierwszego męża. Mnie osobiście interesuje, co się działo z Jacobem przez tyle lat, gdy nie powrócił z morza...

Ten bogato udekorowany grób to grób tajemniczej dziewczynki, która pochowana została w baryłce rumu. W latach 1700 (trudno znów określić dokładnie kiedy) angielska rodzina z malutkim dzieckiem przybyła z Anglii do Beaufort. Dziewczynka dorastając marzyła o ujrzeniu ponownie swej ojczyzny i wreszcie przekonała matkę, by ta pozwoliła jej wyruszyć z ojcem w podróż do Wielkiej Brytanii. Ojciec obiecał żonie, że wróci bezpiecznie z córeczką. Podobno tata z córką spędzili bardzo przyjemnie czas w Londynie, niestety w drodze powrotnej dziewczynka zmarła na statku. Normalnie w takich przypadkach zmarłych wrzuca się do morza, jednak ojciec dziewczynki związany był obietnicą złożoną żonie. Kupił więc baryłkę rumu od kapitana, umieścił w niej swoją martwą córeczkę i tak przywiózł ją do Beaufort, by pochować ją na tym właśnie cmentarzu.

Nie pamiętam niestety, który grób należy do Nancy Manney French, żyjącej w latach 1821-1886, ale historia jest również wyjątkowo książkowo-filmowa. Nancy kochała Charlesa Frencha, swego nauczyciela. Jej ojciec jednak sprzeciwiał się małżeństwu. Charles wyruszył w świat, by zbić majątek i wrócić do Nancy jako zamożny człowiek - może wtedy ojciec zgodziłby się na ślub. Dotarł do Arizony, gdzie został sędzią. Pisał do Nancy listy, jednak dyrektor poczty w rodzinnym Beaufort, przyjaciel ojca Nancy, celowo nie dostarczał wszystkich listów i utrudniał zakochanym korespondencję. Przed śmiercią ruszyło go sumienie i zanim umarł wyznał swoje przewinienia Nancy. Charles i Nancy tymczasem zestarzeli się z dala od siebie. Charles, mimo trudności w kontaktach z Nancy, nie mógł zapomnieć o ukochanej, wrócił do Beaufort, odnalazł ją i wreszcie poślubił kobietę, która przez wiele, wiele lat podobno nawet nie spojrzała na innego mężczyznę. Kilka tygodni po ślubie Nancy zmarła.

Niewiele osób odwiedza owe groby. Ale pamięć o pochowanych w nich osobach w dalszym ciągu żyje, choć oczywiście nie ma na tym świecie nikogo, kto osobiście pamiętałby zmarłych. Historie jednak przekazywane są dalej i wraz z turystami przemierzają morza i kontynenty. Tak jak ja dzielę się nimi z Wami.

12:00, chihiro2 , USA
Link Komentarze (17) »
sobota, 31 października 2009
LFF: "London River", reż. Rachid Bouchareb

Amerykanie nakręcili już filmy i napisali wiele książek z tragedią 9/11 w tle. Ataki terrorystyczne, jakie miały miejsce 7. lipca 2005 roku w Londynie dotychczas nie były poruszane przez filmowców. Francuski reżyser algierskiego pochodzenia Rachid Bouchareb zdecydował się nakręcić kameralny dramat dwojga rodziców, którzy podejrzewają, że ich dorosłe dzieci mogły zginąć w autobusie, w którym wybuchła bomba tego pamiętnego dnia.

Mieszkająca na wyspie Guernsey owdowiała Elizabeth ogląda w telewizji wiadomości i zaczyna martwić się o swoją córkę, studiującą w Londynie. Kilkakrotnie dzwoni do niej w ciągu następnych dwóch dni, a że w telefonie za każdym razem odzywa się automatyczna sekretarka, kobieta jedzie do Londynu. W tym samy czasie leśniczy Ousmane, Afrykanin od wielu lat pracujący we Francji, podróżuje do Londynu odnaleźć syna, którego nie widział od kilkunastu lat. Oboje poruszają się między posterunkiem policji, szpitalami, które wywieszają listy rannych i kolejnymi autobusami. Szybko nawiązują kontakt, gdy okazuje się, że zarówno córka kobiety, Jane, jak i syn Ousmane, Ali, znali się, mieszkali razem i razem uczęszczali na lekcje języka arabskiego. Z początku Eliabeth jest nastawiona bardzo wrogo do starszego Afrykanina, podejrzewając jego syna o sprowadzenie córki na złą drogę. Ousmane za to dopuszcza nawet myśli, iż jego syn mógł być jednym z terrorystów odpowiedzialnych za ataki. Po początkowej niechęci między obojgiem rodziców rodzi się nić sympatii i empatii.

Reżyserowi dobrze udało się wyważyć proporcje i pokazać lęk i zagubienie rodziców w wielkim, obcym mieście, w którym próbują dowiedzieć się, co spotkało ich dzieci. Elizabeth (świetnie zagrana rola Brendy Blethyn) przerażona jest wszechobecnością elementów muzułmańskich w okolicy mieszkania córki w północnym Londynie, a także samym faktem, że jej córka związała się z muzułmaninem. Ousmane z kolei (nagrodzony za tę rolę Złotym Niedźwiedziem w Berlinie malijski aktor Sotigui Kouyaté) zdaje się być pozytywnie zaskoczony, że bez problemu może porozumieć się po francusku w stolicy Wielkiej Brytanii i że w efekcie nawet obca mu kobieta wyciąga do niego pomocną dłoń. W filmie, jak to w życiu, nie ma bohaterów czarno-białych, ale jest kilka stereotypów dotyczących nieporozumień wynikających z zetknięcia się z obcą kulturą. Elizabeth, początkowo zachowuje się jak typowa islamofobka,jednak szybko przekonuje się, iż ze strony muzułmanów może liczyć na wiele ciepła i pomocy. Przełomowa scena, gdy Elizabeth przeprasza Ousmane za wynikające z jej uprzedzeń wrogie zachowanie, jest subtelnym punktem kulminacyjnym filmu. Oboje porównują swoje spracowane dłonie, dłonie ludzi pracujących z ziemią, z naturą, i w ten symboliczny sposób zauważają, że więcej jest między nimi podobieństw niż różnic. Nieważne, że mówią innym językiem, ich skóra ma inny kolor, pochodzą z różnych krajów i wyznają inną religię – oboje są rodzicami cierpiącymi z powodu zaginięcia własnych dzieci i przez tragedię nie mogącymi nocami spać.

Nie zdradzę, czy Jane i Ali żyją czy zginęli w ataku, powiem jedynie, że sam fakt szukania ich przez rodziców, zmienia Elizabeth i Ousmane. Oboje mają odmienne podejście do życia, które zostaje wystawione na próbę. Skromny, delikatny film, znakomicie pokazujący przemianę człowieka w obliczu dramatu, a przy tym przedstawiający bardzo realnie Londyn, tak jak widzą go jego mieszkańcy. Do historii podeszłam dość emocjonalnie, ale niestety rozwój akcji był w miarę przewidywalny. Oczywiste było, że bohaterowie mimo różnic znajdą wspólny język i że udowodniona zostanie teza, iż wspólne cierpienie jednoczy ludzi. Mimo pewnej schematyczności jednak gorąco polecam.

10:53, chihiro2 , Film
Link Komentarze (17) »
piątek, 30 października 2009
"The Secrets of the Chess Machine" ("Szachista") - Robert Löhr

Sięgnęłam po tę powieść w bibliotece z rozpędu. Chodziłam między regałami czekając aż zwolni się komputer i rzuciła mi się w oczy. Od dawna miałam ją na liście, ale nie śpieszyło mi się wcale z lekturą. Jednak gdy zabrałam ją do domu, muszę przyznać, że wciągnęłam się i przeczytałam całość stosunkowo szybko.

Historia jest ciekawa i obraca się wokół maszyny, o której w ogóle nie miałam pojęcia, że istnieje (a raczej istniała) – robota do gry w szachy. W roku 1769 węgierski urzędnik i w czasie wolnym naukowiec, Wolfgang von Kempelen, przyjmuje wyzwanie cesarzowej Marii Teresy i przyrzeka w ciągu sześciu miesięcy stworzyć wynalazek, który przyćmi wszystkie dotychczas istniejące i rozsławi Austrię na całym świecie. Marzy o maszynie potrafiącej mówić we wszystkich językach, ale nie ma wystarczająco dużo czasu, by doskonalić prace nad tym urządzeniem, więc decyduje się na wykreowanie wielkiego automatu-robota pod postacią elegancko przystrojonego Turka, który będzie grał w szachy lepiej od ludzi. Brakuje mu jednak wiedzy, w jaki sposób robot miałby myśleć, więc postanawia oszukać wszystkich i do wnętrza maszyny chować na czas wystepów wielkiego mistrza gry w szachy, który, jak się szczęśliwie składa, jest karłem. Od tej pory karzeł Tibor mieszka w domu von Kempelena, starając się kryć przed wszystkimi poza najbliższym pracownikiem naukowca, Żydem Jakobem. Gotowy robot odnosi wielki sukces na dworze cesarskim i stanowi wielkie wydarzenie gdziekolwiek von Kempelen się z nim uda. Są jednak osoby pragnące za wszelką cenę poznać sekret mechanizmu Turka i gotowe są do śmiałych posunięć...

W powieści nie brakuje skandali, od bijatyk i morderstw, poprzez romanse, aż po erotyczną orgię w maskach weneckich. Treść książki i kolejno rozwijane wątki prowadzone były w bardzo interesujący sposób. Nie mogę jednak powiedzieć, że książkę czytałam z zapartym tchem. Nie była w żadnym momencie nudna (pod koniec nawet akcja toczyła się w iście hitchockowskim stylu), ale autorowi nie bardzo udało się stworzyć atmosferę pełną napięcia. Wspaniale potrafił oddać klaustrofobiczne doświadczenia Tibora skrytego w ciemnych, ciasnych i dusznych czeluściach maszyny, ale nie zdołał nadać występom na dworach arystokracji odpowiedniej wagi, a także spowodować, bym zaczęła skandale postrzegać faktycznie jak skandale, a nie jak towarzyską rozrywkę. Nie mam pojęcia o grze w szachy i na plus trzeba Löhrowi policzyć, że nawet osoba nie siedząca nigdy przy szachownicy może połapać się z łatwością, o co chodzi w automacie. Poza von Kempelenem, którego postać zarysowana jest w dość mdłych barwach (jakoś mimo samych jego zapewnień o pragnieniu sławy, władzy i skłonności do ryzyka jego osoba wydała mi się najbardziej bezbarwna) sylwetki bohaterów nakreślone są znakomicie. Tibor, jako pobożny, poczciwy, ale nieco odpychający karzeł jest bardzo nietypową, ale barwną postacią. Jakob, któremu nie do końca można zaufać, ale który wydaje się być lojalny, powiela stereotyp Żyda-krętacza, ale w sympatyczny sposób. Elise, prostytutka dworska, która pod przebraniem służącej pracującej w domu von Kempelena, ma za zadanie wykryć tajemnicę maszyny, do końca nie ujawnia swego prawdziwego oblicza.

„The Secrets of the Chess Machine” to bardzo dobra powieść, szczególnie jak na debiutanta, jakim jest Robert Löhr. Autor pracujący na co dzień w telewizji ma smykałkę do kreowania świetnych dialogów i wiarygodnych postaci. Zabrakło jedynie doświadczenia w budowaniu klimatu i tworzenia tej atmosfery napięcia, by książkę czytało się bardziej jak thriller historyczny, a nie jak powieść przygodową.

A wydawcy (choć i tak tu nie zajrzy) składam niniejszym podziękowanie za piękną, przyciągającą wzrok okładkę.

czwartek, 29 października 2009
London Film Festival - wrażenia

Nie jestem weteranką festiwali filmowych. Czasem w Warszawie zdarzało mi się chadzać na jakieś małe serie pokazów tematycznych, dwa razy zaledwie chodziłam na seanse w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Tylko raz byłam na Berlinale, a w Cannes, Wenecji i na innych znanych festiwalach z czerwonym dywanem w ogóle nie postała moja noga. Tegoroczny festiwal londyński to także mój debiut, mimo że organizowany jest po raz pięćdziesiąty trzeci i na widowni siedziały osoby, które co roku wykupują po kilka biletów na ten festiwal. Jako że owiane taką sławą imprezy mają miejsce rzadko, chadzam na małe retrospektywy i festiwale i w tego typu imprezach jestem obyta.

W tym roku pokazano ponad 150 filmów i już samo przeglądanie katalogu może przyprawić o zawrót głowy. Trzeba mieć jakiś klucz, którym człowiek kieruje się przy wyborze. Ja swój znalazłam. Nie interesują mnie filmy, które i tak wejdą do kin za kilka tygodni (na niektóre filmy mogę poczekać nawet kilka miesięcy). Odpadł więc w tym roku najnowszy film Hanekego "The White Ribbon" (wchodzi do kina za kilka dni), Wesa Andersona "Fantastic Mr Fox" (już w kinach) i wiele innych, o których jest głośno. Wychodzę z założenia, że kino francuskie i tak znajdzie dystrybutorów w Wielkiej Brytanii, więc o filmach francuskich nawet nie czytam. To samo dotyczy filmów amerykańskich, z których bardzo interesował mnie "Precious" pokazywany w tym roku na Sundance - nie myliła mnie intuicja, ten film pokazywany będzie w kinach w listopadzie. Wybieram filmy, które albo chcę obejrzeć jak najszybciej, albo takie, co do których nie mam pewności, czy kiedykolwiek pojawią się w kinach czy na dvd w tym kraju, a o których szósty zmysł i znajomość moich gustów mówią mi, że mi się spodoba.

Obejrzałam 8 filmów, mogłabym przynajmniej dwa razy tyle, ale bilety nie były najtańsze, a i logistycznie nie bardzo dałoby się wszystko zgrać. Z doświadczenia wiem, że oglądanie więcej niż jednego filmu dziennie nie jest najlepszym pomysłem, zwłaszcza, gdy pokazywane są w różnych kinach. Nie interesuje mnie, czy któryś z filmów przeze mnie widzianych zdobył czy zdobędzie nagrody, choć tak się składa, że obejrzałam kilka nagrodzonych już na innych festiwalach.

Najbardziej poruszyły mnie dwa filmy z tego festiwalu: "The Milk of Sorrow" Claudii Llosa (zdobywca Złotego Niedzwiedzia na Berlinale) i "Women without Men" Shirin Neshat. Skoncentrowałam się zresztą na kinie irańskim i poświęciłam w tym roku kino Azji (w tym nowy film Kore-edy "Air Doll" i zachwalaną w Polsce "Nimfę" Ratanaruanga). Obejrzałam znakomity moim zdaniem "About Elly" Asghara Farhadiego i bardzo ciekawy "No One Knows About Persian Cats" Bahmana Ghobadiego. Nie ominęła mnie dyskusja o irańskim kinie z Ghobadim i Neshat, a także spotkanie z Ghobadim, Colinem Firthem, specjalistami z BBC od Iranu i młodymi aktorami i zarazem muzykami z "No One Knows About Persian Cats" (z tymi ostatnimi zresztą wybieram się w listopadzie na koncert mojej koleżanki, piosenkarki sundańskiej). Udało mi się porozmawaić z Shirin Neshat, co było dla mnie wielkim przeżyciem, ponieważ podziwiam jej fotografie od lat i jedna z nich, wycięta z katalogu aukcyjnego Sotheby's mojego taty, podróżuje ze mną wszędzie, gdziekolwiek się wybieram - obecnie wisi przyklejona do ściany tuż przy moim łóżku. Dałam ją Neshat do podpisania, co ją wzruszyło i na co odparła: "Gdybym wiedziała wcześniej, dałabym Ci oryginał" (hmmm, oryginały można kupić na aukcjach za kilka tysięcy dolarów...).

Pozostałe filmy, które widziałam to algiersko-francusko-brytyjski "London River" Rachida Bouchareba, turecko-niemiecki "Men on the Bridge" Asli Özge, rosyjski "Wolfy" Vassily'ego Sigareva, francusko-senegalski "The Absence" Mamy Keita i egipski "The Traveller" Ahmeda Mahera (jedyny, który mnie rozczarował). Teraz będę polować na te filmy, których nie widziałam podczas festiwalu, a które mam wielką ochotę zobaczyć. Tymczasem szykuję recenzje tych, które już obejrzałam.

Przed projekcjami i po nich podsłuchiwałam opinie różnych osób o filmach i festiwalu ogólnie. Zewsząd słyszałam głosy, że festiwal owszem, ciekawy, ale to już nie to, co kiedyś. Już nie te sławy, nie ten szum i nie ta ekscytacja. Cóż, nie wiem jak było kiedyś, ale wydaje mi się, że z wiekiem i z doświadczeniem wpada się w pułapkę zblazowania ofertą kulturalną i dostępem do filmowców. Ktoś, kto kiedyś widział Bergmana czy Antonioniego może kręcić nosem na mało znanego ogółowi reżysera senegalskiego czy tureckiego. Nie jestem zwolenniczką poglądu, że dawniej to było Wielkie Kino, a od paru lat nic ciekawego się nie kręci. Nieprawda! Nadal istnieją wspaniali reżyserzy, nadal pojawiają się nowe talenty, trzeba się tylko otworzyć i przestać patrzeć w przeszłość. Fellini, Bergman czy Kurosawa to mity, ale ile można żyć mitem? Dzisiejsi twórcy zdają się być bardziej przystępni, nie otacza ich aura niesamowitości, ale nie są przez to gorsi. Haneke, von Trier, Jarmusch to są wielkie nazwiska, wielkie osobowości, które wciąż kręcą doskonałe filmy. Człowiek nie lubi zmian, ot co. Stąd obok narzekań na brak naprawdę świetnych filmów usłyszałam utyskiwania na zmianę logo i głównego kina, w którym wyświetlane są filmy. Jakby to naprawdę miało wielkie znaczenie... Dla mnie każdy film to magia, magia ekranu i wspólnego przeżywania - nie przepadam za chodzeniem do kina na co dzień, ale podczas festiwalu daję się porwać nastrojowi oglądania filmu jako jedna z pierwszych osób w tym kraju i czuję się szczególnie. Nie chcę stać się, jak to mówią Francuzi, blasé, i w małostkowy sposób zauważać te wszystkie drobnostki, które nic nie znaczą w zetknięciu z urokiem filmów. A zresztą - jaką miłą niespodzianką jest po projekcji usłyszeć, jak pan siedzący przede mną mówi do reżysera: "Przyszedłem na ten film ze względów osobistych. Chodziłem do szkoły z Omarem Sharifem, graliśmy razem w jego wczesnych filmach, ale potem wypędzono mnie do Izraela..."...

10:24, chihiro2 , Film
Link Komentarze (10) »
środa, 28 października 2009
"Ahlaam", reż. Mohamed Al-Daradji

Czy ktokolwiek z Was zastanawiał się nad tym, jak to jest żyć w kraju praktycznie bez kin? W Iraku kinematografia przeżywała swoje złote czasy w latach 1940-60-tych, całe ulice usiane były kinami i chodzenia na seanse było ulubionym sposobem na spędzanie czasu wolnego dla całych rodzin. Tymczasem od 1991 roku w Iraku powstał zaledwie jeden film, „Ahlaam” Mohameda Al-Daradji, i liczba kin w całym kraju została ograniczona do czterech.

Film, którego tytuł dosłownie znaczy „Marzenia” i jest także imieniem jednej z bohaterek, obejrzałam ostatnio na dvd. Akcja dzieje się w Bagdadzie w 2003 roku, na dwa dni przed obaleniem reżimu Saddama Husseina. Śledzimy losy dwojga pacjentów rozpadającego się w wyniku bombardowań szpitala psychiatrycznego. W opowiadaniu o przyczynach trafienia pacjentów do szpitala reżyser cofa widzów do 1998 roku. Ahlaam, wyemancypowana studentka anglistyki, cieszy się na ślub z ukochanym Ahmedem. W dniu ślubu Ahmed na oczach jej i wszystkich gości weselnych zostaje aresztowany przez policję. Ahlaam traci głowę i ląduje w szpitalu. Drugi z pacjentów, Ali, żołnierz w armi irackiej, rozżalony sytuacją panującą w kraju, ma zamiar uciec do Syrii. Tymczasem stacjonuje w obozie w pobliżu granicy syryjskiej, gdzie akurat ma miejsce intensywny atak Amerykanów na bazę, zwany Operacją Pustynny Lis. Ali próbuje uratować swojego ciężko rannego przyjaciela i przekracza granicę szukając lekarza. Zostaje jednak pojmany i oskarżony o dezercję – w wyniku tortur doznaje szoku i trafia do szpitala psychiatrycznego. Trzeci z bohaterów filmu, Mehdi, jest lekarzem w szpitalu, idealistycznie nastawionym do rzeczywistości, który praktykować może tylko w tego typu instytucji, jako że jego ojciec został stracony za swoje działania komunistyczne. W rzeczywistym czasie, w 2003 roku, w szpital trafia bomba, niektórzy pacjenci zostają ranni, inni uciekają ze strachu. Doktor Mehdi próbuje z pomocą Alego i ocalałych lekarzy ratować rannych i uciekinierów.

Al-Daradji nakręcił film w ekspresowym tempie i niestety to widać. Trudno krytykować jednak jedynego reżysera próbującego wskrzesić nieistniejącą kinematografię iracką za braki warsztatowe (to jego pierwszy film). Członkowie ekipy filmowej w trakcie kręcenia niejednokrotnie poddani byli aresztowaniom, torturom, byli także porywani przez gangsterów, o czym widz dowiaduje się oglądając 20-minutowy filmik dokumentujący  przygotowania do jedynego pokazu „Ahlaam” w Bagdadzie w kinie w obecności przyjaciół, artystów, aktorów i oficjeli, z których nikt wcześniej nie widział gotowego projektu. „Ahlaam” nie jest ciepłym, wesołym filmem, zresztą trudno oczekiwać radości od filmu portretującego chaos i zniszczenie miasta i bojówki terroryzujące i zabijające mieszkańców, którzy nie mogli opuścić Bagdadu. Jednakże sytuacja z 2003 roku interesująco skontrastowana jest z obrazami z 1998, kiedy to mieszkańcy mogli żyć w miarę spokojnie, studiować, chodzić na randki i spotykać się w gronie przyjaciół. Sceny po bombardowaniu, gdy Ahlaam w swej brudnej sukni ślubnej (którą nosiła w szpitalu przez pięć lat od niedoszłego ślubu) błąka się zrozpaczona i bezradna po ulicach, są wstrząsające. Aż nie chce się wierzyć, że to nie obraz wyimaginowanej apokalipsy, a faktyczny stan, w jakim Bagdad znajdował się kilka lat temu.

Jak już wspomniałam to nie jest film bez wad. Ujęcia są zbyt nerwowe, czasem zbyt długie i brakuje płynności w montażu, ale zważywszy na okoliczności można przymknąć na to oko. To, co jest siłą filmu, to niezwykła energia i napięcie, jakie udało się przekazać reżyserowi. Jak na debiut poradził sobie całkiem dobrze, a mieszkając za granicą zapewne nabierze wprawy w tworzeniu filmów. Najważniejsze jest jednak to, iż ten film to jeden z niewielu obrazów, pokazujących zwykłych mieszkańców Bagdadu w obliczu wydarzeń z 2003 roku. O wojnie nakręcono w Hollywood już kilka filmów, ale potrzeba było wyjść poza ramy amerykańskiego spojrzenia i ukazać rzeczywistość z przeciwnej perspektywy. Widz dostaje surowy, nie ugładzony film balansujący między dramatem jednostki a alegorią – co z tego weźmie dla siebie, to już kwestia indywidualna.

13:37, chihiro2 , Film
Link Komentarze (5) »
wtorek, 27 października 2009
Jesień, hiragana, książki i filmy

Nie pamiętam, kiedy tak dużo czytałam. Przez cztery tygodnie pochłonęłam siedem przeważnie całkiem grubych książek. Obejrzałam przy tym trzy razy tyle filmów, jako że Londyński Film Festiwal powoduje, że codziennie niemal chodzę do kina i dodatkowo oglądam filmy w domu. Upodobałam sobie ostatnio kino irańskie i mimo iż w przeszłości obejrzałam bardzo wiele irańskich filmów (bo to upodobanie wcale nie jest nowe) to wciąż mam zaległości, wciąż pojawiają się na dvd klasyki kina irańskiego, dotychczas nie wydane, i w ramach festiwalu udało mi się zobaczyć trzy najnowsze filmy z tego kraju (i spotkać z ich twórcami i aktorami).

Zajęta bywam organizacją pisma literackiego, o którym jeszcze nie raz będę pisała, więc teraz tylko wspominam, że jest w procesie tworzenia i mimo licznych trudności i wynikających z braku doświadczenia i nie do końca najlepszego planowania problemów już za dwa miesiące powinien być dostępny pierwszy, dziewiczy numer „Archipelagu”.

Gucio zaczął uczyć się japońskiego w pracy i ja razem z nim w domu. W jedno popołudnie poznaliśmy hiraganę (jeden z japońskich alfabetów) i miałam olbrzymią frajdę, gdy przeczytałam pierwsze słowo po japońsku – „sensei”, które oznacza, ogólnie mówiąc, nauczyciela (ale znaczenie jest szersze niż ‘nauczyciel’ w języku polskim czy angielskim). Teraz ćwiczę pisanie i poznawanie różnych nowych słów i bawi mnie, że więcej mogę przeczytać niż zrozumieć :) Potrafiłam przeczytać prawie cały napis w Japan Centre, by uważać na kieszonkowców i pilnować swojej torby (prawie cały, bo w pewnym momencie użyta była katakana – inny alfabet, którego jeszcze nie znam), ale potrzebowałam angielskiego tłumaczenia, by zrozumieć, co właśnie przeczytałam. Muszę przyznać, że gdy Gucio pokazał mi, jak mam drogą asocjacji z obrazkami i angielskimi tekstami zapamiętywać 47 symboli sylab i liter (plus różne wariacje na ich zmiękczanie i zgrubianie) przeraziłam się i pomyślałam, że potrwa to miesiące, zanim opanuję ten alfabet. A tymczasem kilka godzin wystarczyło, by zapamiętać wszystko – to naprawdę musi być najłatwiejszy z alfabetów japońskich, skoro tak szybko można go przyswoić. Ale trzeba go ćwiczyć, pisać i czytać pózniej, by nie zapomnieć, co znaczą poszczególne symbole, i oswajać się z wyglądem konkretnych słów, by nabrać płynności w czytaniu i pisaniu.

Zaczęłam też czytać moją pierwszą powieść po francusku (na razie mam za sobą jedynie komiks o Marzi, ale po poważniejsze lektury jeszcze nie sięgałam). Sięgnęłam po książkę, którą dostałam od koleżanki na zeszłoroczne urodziny, „Pays de neige”, czyli „Krainę śniegu", Kawabaty Yasunariego. Czytałam ją już dwa razy po polsku, więc znam treść, mogę się skupić na rozumieniu tekstu i melodii, poezji języka. Póki co czytanie idzie mi wolno, ale zaskoczona jestem, że po tak długim czasie nieużywania francuskiego i niepowtarzania, idzie mi całkiem nieźle i wiele pamiętam i rozumiem (za to w mówieniu po francusku cofnęłam się niestety, brak praktyki robi swoje, będę musiała się za to także zabrać i chociaż z Guciem ćwiczyć).

Gucio spędza miło czas w trzech krajach, jeden po drugim: Turcji, Libanie i Syrii, a ja się już cieszę na kiedyś tam w przyszłości, gdy pojedziemy tam we dwoje i będziemy mieć więcej czasu na zwiedzanie i poznawanie ciekawych miast bliskowschodnich. Marzy nam się wielka wyprawa, z podróżą po Iranie, wizytą w Petrze w Jordanii i budzeniem się rano do zawodzeń muezzina z minaretu.

A poza tym to jesień u mnie cudna, słoneczna i pachnąca. Jest ciepło, chodzę w T-shircie i cienkim swetrze, parasolki właściwie nie muszę używać (poza jednym dniem, kiedy padało). Liście gromadnie zbierają się na chodnikach i są sumiennie usuwane, ale równie wiele ich szeleści jeszcze na drzewach i promienie słoneczne uroczo się przez nie przebijają. Życzę Wam również pięknej pogody, gdziekolwiek jesteście  :)

Wszystkie zdjęcia pochodzą z parku Hampstead Heath w północnym Londynie i zostały zrobione podczas naszego spaceru całkiem niedawno

Trzy scenki

W bibliotece

Siedziałam przy komputerze, po obu moich stronach tłoczyły się dziewczynki w wieku na oko 10-11 lat. Było ich może siedem, zachowywały się bardzo głośno, rzucały papierki po cukierkach na podłogę i generalnie przeszkadzały innym. Szczególnie jedna z nich, potężna, otyła czarnoskóra dziewczynka zachowywała się niewłaściwie – jeździła od jednego komputera do drugiego na krześle obrotowym i głośno przeklinała. W pewnej chwili podeszła do nich bibliotekarka i powiedziała, że kończy ich sesję internetową, ponieważ nie potrafią się zachowywać, są zbyt głośno, śmiecą i obowiązuje zasada, że przy jednym komputerze mogą siedzieć tylko dwie osoby – zresztą dziewczynki są za młode, by używać komputera w dziale dla dorosłych. Bibliotekarka skierowała je do działu młodzieżowego i odeszła, by rozłączyć ich komputery z internetem. Wtedy najgłośniejsza z dziewczynek powiedziała do koleżanek rozżalona:

- Głupia suka. Jest za stara, by dostać darmowe mieszkanie od gminy i wyżywa się na nas.

W kolejce do kasy kinowej

Stałam godzinę przed seansem w kolejce do kasy po bilet na irański film „No one knows about Persian cats”, żeby dostać bilet tzw. last minute (generalnie bilety na film były wyprzedane i można było dostać bilet tylko wtedy, gdy ktoś zwrócił swój i było się odpowiednio wcześnie przed seansem). Przede mną stały dwie starsze Iranki, jedna mieszkająca w Londynie, druga przybyła z USA.

Iranka z Londynu:

- Jezdzi pani czasem do Iranu?

Iranka z USA ze śmiechem:

- Nie, nie byłam tam od prawie trzydziestu lat. Mój mąż, Amerykanin, boi się, że jak pojadę, to już nie wrócę. Z moim charakterem najpewniej skończyłabym w więzieniu i tyle by mnie widział.

Przed moim domem

W sobotę wieczorem moją uwagę zwrócił hałas za oknem pokoju zwanego potocznie salonem, wesołe nawoływania w obcym mi języku i śmiech. Wyjrzałam za okno i zobaczyłam kilkadziesiąt osób pochodzenia pakistańskiego, odświętnie ubranych, szykujących się do wyjazdu na wesele. Robiono sobie zdjęcia, filmowano wszystko naokoło, kobiety i dziewczynki pakowały do samochodu masy jedzenia na wielkich tacach i talerzach, mężczyźni klepali jednego przystojniaka (najpewniej pana młodego) po plecach i cała uwaga skierowana była na nim. Wyglądało to pięknie i bardzo uroczyście.

W pobliżu zaś trzej nastolatkowie, biali, ubrani typowo po dresiarsku, co jakiś czas podjeżdżali na rowerze w pobliże grupki elegancko ubranych, radosnych, podekscytowanych osób i głośno krzyczeli:

- Fucking Paki! ("Pieprzeni Pakistańczycy!" - 'Paki' to obrazliwy epitet na Pakistańczyka)

Nikt z gości weselnych ani sam pan młody nie zareagował, kompletnie ignorowano dresiarzy, którym w końcu znudziła się ‘zabawa’ i odjechali.

Ile trzeba mieć w sobie nienawiści, by w tak wredny sposób chcieć sprawić przykrość obcym ludziom, cieszącym się w tym wyjątkowym dla nich wszystkich dniu...

sobota, 24 października 2009
"The Impostor" - Damon Galgut

Czytanie takich książek to czysta przyjemność. Autor, który potrafi przekazać kompleksową problematykę Republiki Południowej Afryki – moim zdaniem w ciekawszy i subtelniejszy sposób niż uczynił to Coetzee w „Hańbie” – zasługuje na najwyższe uznanie.

Damon Galgut odpowiedział w miniwywiadzie w „Financial Times” na pytanie, co dla niego znaczy być pisarzem: „Znaczy, że dużą część życia spędzam w mojej głowie. Nie jestem stworzony do interakcji ze społeczeństwem”. Autor musi więc czuć więź z bohaterem własnej powieści, Adamem, który stracił pracę i dom, i który przyjął propozycję brata, by zamieszkać w zrujnowanym domu na prowincji, gdzie będzie miał spokój i będzie mógł poświęcić się pisaniu poezji. Tylko że Adam planował zajęcie się tworzeniem „Piękna pisanego z wielkiej litery”, a tymczasem jego głowę zajmują inne myśli. Adam czuje, że przegrał życie. Jego majątek mieści się na tylnym siedzeniu samochodu, życie prywatne nie istnieje, a przyszłość nie ma dla niego kolorów. Nie chce nieustannie wysłuchiwać dobrych rad od swego brata, któremu zależy tylko na pieniądzach i któremu świetnie się powodzi. Dlatego odcina się od wszystkiego i ląduje w miasteczku, w którym nikogo nie zna i które tak jak Adam czasy świetności ma dawno za sobą. Przynajmniej tak się wydaje. Jednak jak to bywa, świat jest mały, i niedługo po przeprowadzce Adam na parkingu spotyka Canninga, dawnego przyjaciela z lat szkolnych. A właściwie to Canning spotyka Adama, bo Adam aż do końca powieści nie może sobie przypomnieć postaci mężczyzny, na którego życie miał podobno ogromny wpływ. Canning odziedziczył po znienawidzonym ojcu wielką posiadłość otoczoną dziką przyrodą, na której mieszka ze swoją wspaniałą czarnoskórą żoną o tajemniczej przeszłości. Od spotkania Adam każdy weekend spędzał będzie na farmie poznając swoją ojczyznę lepiej niż kiedykolwiek miał okazję obserwować ją w wielokulturowym Johannesburgu.

Angielski tytuł powieści znaczy tyle co ‘oszust’, ‘naśladowca’. Tu wszyscy są kimś innym niż się wydaje na początku, począwszy od miasteczka, które po zmianie nazwy wprowadzającej w błąd przyjezdnych i działającej na nerwy mieszkańcom i po wyborze nowego, czarnoskórego burmistrza ma wszystkich przekonać, że dzięki nowej, szerokiej i gładkiej drodze miasto kroczy ku świetlanej przyszłości. Sąsiad Adama, tajemniczy Blom, nie mówi o sobie za wiele, ale nieustannie towarzyszy mu lęk, że ktoś przyjdzie wreszcie, by go zabić. Udaje zwykłego, samotnego odludka, rozpoczynającego życie od nowa, ale mroczna przeszłość pokrywa jego egzystencję wielkim cieniem. Canning, w głębi duszy zakompleksiony chłopak, pragnący tylko zemścić się na zmarłym ojcu i obrócić w proch jego największe marzenie, przybiera rolę nowoczesnego, progresywnego inwestora i przedsiębiorcy, któremu nieobce są niezbyt uczciwe posunięcia. I wreszcie Adam, udający przed każdym kogo innego, sam nie wiedzący już kim jest i czego chce od życia.

Galgut jest niebywałym pisarzem. Potrafi w kilku prostych zdaniach stworzyć klimat taki, że miałam wrażenie, jakbym wszystko widziała na własne oczy i brała udział w wydarzeniach. „The Impostor” to bardzo filmowa powieść, kameralna, lecz wielowarstwowa i bardzo głęboka. Pobudza wyobraźnię, skłania do refleksji i nie obiecuje, że jeśli znajdziemy odpowiedzi na wszystkie pytania, te same pytania nie wypłyną ponownie na światło dzienne. Tak jak chwasty, z którymi walczył Adam w ogrodzie, raz wyrwane pojawiają się znowu, tak pewne kwestie wracają wciąż i wciąż, raz z mniejszą, raz z większą siłą. Ani nasza moralność ani nasze podejście do historii czy podejście do drugiego człowieka nie są projektami, które można odznaczyć ‘zrobione’ na liście spraw do załatwienia. Jesteśmy wszyscy pełni sprzeczności, poruszający się nie raz po złych drogach, gubiący się w ślepych uliczkach, znajdujący właściwą drogę i znów zbaczający na pobocza. W zagubionym Adamie dodatkowo zawarta jest historia kraju który – miejmy nadzieję – na krótki tylko czas stracił światło w tunelu i zbacza. Oby potrafił szybko wyjść na prostą. Rewelacyjna powieść o wielkiej mocy.

piątek, 23 października 2009
Ayaan Hirsi Ali a kwestia islamska - czesc II

Jedną z podstawowych przyczyn problemu i niezręczności w podejściu do muzułmanów jest, zarówno zdaniem Hirsi Ali jak i wielu innych, relatywizm moralny wyznawany przez wielu Europejczyków i pojmowanie kultury danego kraju jako skończonego projektu. Wojny światowe, dekolonizacja i zmierzenie się z komunizmem porządnie zachwiały panującym w wielu krajach europejskich porządkiem. Wielkie fale imigrantów z całego świata zaczęły na wielką skalę napływać do Europy właśnie w drugiej połowie XX wieku i wraz z nimi przeciętny obywatel zaczął być, czy tego chciał czy nie, konfrontowany z obcymi dla niego dotychczas kulturami – bywa, że takimi o bardzo przejrzystym kodeksie moralnym. Jednak czasem wydaje mi się, że przez kilkadziesiąt lat świadomość zwykłych ludzi uległa jedynie powierzchownej zmianie. Mamy oczekiwania wobec imigrantów, które są sprzeczne ze sobą. Chcemy integracji rozumianej jako wpasowanie się do panującego w naszym kraju stylu życia i wyznawanie tych samych wartości, które my wyznajemy, a jednocześnie dumni jesteśmy z różnorodności i modnego słowa ‘wielokulturowość’. W uproszczeniu – Marokańczyk ma mieć z jednej strony te same poglądy co my, oglądać te same programy telewizyjne i znać te same celebrytki co my, z drugiej strony – ma nam serwować marokańskie jedzenie i tworzyć marokańską muzykę. Dla wielu pojęcie wielokulturowości związane jest z tym, że widzimy obok siebie restaurację japońską, hiszpańską i indyjską, że w kasie w supermarkecie siedzi pani w hidżabie, a idąc ulicą mijamy Żyda z pejsami udającego się do synagogi. Wiele osób broniących się przed imigracją argumentuje swoją niechęć atakami obcych na ‘naszą’ kulturę. Tymczasem przecież kultura i tożsamość narodowa to projekt płynny, nie mający końca. Dla przypomnienia - kultura to system wierzeń, idei, zwyczajów i zachowań należnych danemu społeczeństwu. Zrozumiałe jest, że jeśli społeczeństwo się zmienia, zmienia się i kultura. Chcieć to zatrzymać, to jakby chcieć powstrzymać upływ czasu.

Na koniec wrócę do samej kwestii islamskiej. Hirsi Ali jeszcze gdy wyznawała islam, ale już zadawała publicznie pytania kwestionujące interpretację pewnych doktryn, przez samych muzułmanów uznawana była za islamofoba. Tymczasem – argumentuje autorka – krytyka skierowana ku mniejszości islamskiej za jej nietolerancyjne poglądy nie jest krytyką tej mniejszości z powodu wyznawanej przez tę mniejszość religii. Autorka nawołuje, by przestać obchodzić się z każdym muzułmaninem jak z zepsutym jajkiem i kwestionować hipokryzję i fałszywą moralność wyznawaną przez niektórych z nich. O islamie mówi się często w Europie, że to religia pokoju, Hirsi Ali zaś głosi, że to nic bardziej błędnego. Koran nawołuje podobno do dążenia do pokoju, ale pokoju osiągniętego poprzez likwidację każdego innowiercy, w szczególności Żydów. Autorka  mówi, że jeśli tak mamy rozumieć pokój, to owszem, islam jest pokojową religią (rzecz jasna wielu liberalnych muzułmanów nie traktuje nawoływań do dżihadu tak dosłownie). Najważniejszą kwestią, według Hirsi Ali, jest, że jeżeli mamy wszystkich traktować równo, nie dawajmy taryfy ulgowej wybrańcom. Edukujmy mniejszości wyjaśniając im, co należy rozumieć pod pojęciem europejskich (czy zachodnich) wartości, ale jako obywatele świata zachodniego starajmy się też dotrzeć zarówno do podłoża wartości wyznawanych przez nas samych, a także do tych, wyznawanych przez przedstawicieli mniejszości. Nie powinniśmy mieć skrupułów by tłumaczyć, które z nich nie są dobre i nie mogą być akceptowane w społeczeństwie opartym na wolności, równości i demokracji. A przede wszystkim – rozmawiajmy! Rozmawiajmy więcej i poruszajmy coraz więcej kwestii, bo w końcu w całej tej sprawie chodzi o wspólny język i komunikację grup i jednostek. Być może wspólnymi siłami uda się budować silniejsze kultury europejskie i tworzyć dynamiczne społeczeństwa potrafiące żyć w pokoju, zjednoczone w podobnych priorytetach.

"Infidel" ("Niewierna") - Ayaan Hirsi Ali a problemy islamu - czesc I

Nie będę ukrywać, że islam fascynuje mnie w pewnym stopniu. Może nie na tyle, by zaraz biec na najbliższy uniwersytet i zapisać się na Islamic Studies, ale na pewno na tyle, by nie omijać żadnego artykułu na ten temat w prasie i z ciekawością czytać dobrą literaturę poruszającą kwestie tej religii i kultury krajów islamskich. Islam jest obok chrześcijaństwa najbardziej kontrowersyjną religią świata, a w ostatnich latach często mówi się o niej na pierwszych stronach gazet i w publicznych debatach. Książki poruszające zagadnienia tej religii, zwłaszcza w kontekście polityki imigracyjnej pojawiają się na brytyjskim (i nie tylko) rynku wydawniczym jak grzyby po deszczu. Słychać wiele mądrych głosów, ale niestety głośno krzyczą też ci, którzy mówią - nie będę owijać w bawełnę - bzdury.

Sięgnęłam wreszcie po autobiografię Ayaan Hirsi Ali, czekającej od ponad roku na półce na właściwy moment, który niedawno nadszedł. W "Infidel" Hirsi Ali w porywający sposób opowiada nie tylko historię swojego życia, ale stawia wiele pytań, które zadać musi sobie (w dzisiejszych czasach bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości) każdy człowiek, bez wględu na wyznawaną religię. Somalijka z Mogadiszu, mówiąca kilkoma językami, mieszkała w wielu krajach: rodzinnej Somalii, skrajnie ortodoksyjnej Arabii Saudyjskiej, w Kenii (na poły chrześcijańskiej, na poły muzułmańskiej), Etiopii, a także Holandii, by obecnie znalezć dom w Stanach Zjednoczonych, gdzie czuje się najlepiej. Doświadczyła wiele – obrzezanie, wieczne bicie od matki, śmierć siostry, konflikty z ojcem, małżeństwo wbrew jej woli, ucieczkę od rodziny, starania o status uchodzcy w Holandii, wreszcie karierę polityczną i ciągły strach o własne życie po śmierci Theo van Gogha, z którym zrealizowała krótkometrażowy film „Submission” poruszający kwestię zniewolenia kobiet w religii islamskiej. Niejednokrotnie oscylowała między wielką pobożnością i bardziej umiarkowanym podejściem do religii, aż w końcu przestała kompletnie wierzyć w Allaha.

Książkę pochłonęłam niczym najlepszą powieść, bo autorka potrafi pisać. Potrafi zainteresować czytelników swoim życiem, nadającym się idealnie na kanwę scenariusza filmowego. Przy tym jej wyznania to doskonała lekcja historii i stosunków panujących w Arabii Saudyjskiej, Somalii i Kenii, gdzie islam miesza się z tradycjami nie związanymi z religią. Pasjonujące są również wspomnienia z pierwszych lat w Holandii, pierwszych wrażeń z kontaktu z zachodnią mentalnością i obyczajowością i rozwój kariery politycznej autorki.

Docieram wreszcie do kwestii zniewolenia kobiet przez religię, bo tym zajmowała i wciąż zajmuje się Hirsi Ali. Nie czytałam Koranu ani hadis, więc muszę wierzyć jej i innym na słowo, gdy mówią o tym, co napisane jest w księgach. Hirsi Ali skupia się głównie na poglądach fundamentalistów muzułmańskich, mających bezkompromisowe podejście do świętych tekstów, nie zezwalając na żadną, mniej dosłowną interpretację. Kobieta ma być zawsze posłuszna mężowi, za nieposłuszeństwo może być karana biciem, ma być zawsze gotowa do spełniania ‘obowiązku małżeńskiego’ (jeśli go nie wypełnia mąż ma prawo wziąć sobie drugą żonę), ma się skromnie ubierać (w najbardziej skrajnych przypadkach nosić burkę lub nikab), pytać męża o pozwolenie, jeśli chce wyjść z domu. Związek z ‘niewiernym’ czyli z wyznawcą innej religii (bądz ateistą) w ogóle nie wchodzi w grę, za to może grozić honorowe morderstwo dokonane na kobiecie przez bliskiego mężczyznę z rodziny, podobnie jak za zdradę czy seks przedmałżeński. Za odejście od wiary również grozi śmierć, na autorkę już został wydany wyrok śmierci.

Hirsi Ali, zanim została politykiem, przez wiele lat pracowała jako tłumaczka w Holandii w domach pomocy kobietom prześladowanym i ofiarom przemocy domowej, pomagała przy przeprowadzaniu wywiadów ze starającymi się o azyl, a także w szpitalach i na posterunkach policji. Nasłuchała się setek historii, z których niektóre są naprawdę makabryczne. Doskonale wie, że fundamentaliści są nieobliczalni, pozbawieni lęku przed narodowymi organami sprawiedliwości i przede wszystkim – że jest ich więcej niż tolerancyjne, zachodnie społeczeństwa chcą wierzyć. W sondażach muzułmanie wypowiadają się często, uważa Hirsi Ali, w sposób, ktory ma uśpić czujność zachodnich obywateli. W rzeczywistości zaś sytuacja jest bardziej dramatyczna niż nam się może wydawać, czego dowodzą ataki na jej życie, zabójstwo holenderskiego reżysera i ataki terrorystyczne mające miejscie w ostatniej dekadzie.

Rozumiem działania autorki i rozumiem jej obawy o bezpieczeństwo. Każdy chyba, komu grożono śmiercią i kto wielkrotnie był w sytuacjach, w których lękał się o własne życie, ma zmienione podejście do rzeczywistości. Z jednej strony zdecydowanie więcej jest liberalnych, dążących do pokoju muzułmanów niż fanatycznych islamistów, ale z drugiej strony o jednym wariacie z ładunkiem wybuchowym będzie głośniej niż o tysiącu zwykłych obywateli wyznających islam. Hirsi Ali stawia wyzwanie naszej zachodniej tolerancji. Społeczeństwa zachodnie, takie jak Holandia, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone czy Francja stanowią bardzo atrakcyjne cele imigracji. W Europie muzułmanie (którzy we Francji na przykład stanowią 8% społeczeństwa) mogą liczyć na własne szkoły koraniczne, wsparcie od państwa przy budowie meczetów i względny spokój, mogą tu także robić karierę, bogacić się, rozwijać własne zainteresowania, czuć się wolni. Większość nie wyznaje islamu w sposób radykalny (w końcu z jakiegoś powodu przyjeżdżają do krajów zachodnich, a nie choćby do Arabii Saudyjskiej czy Egiptu). Dla wielu osób ważniejsza jest ich tożsamość narodowa, a nie religijna. Wielu koncentruje się przede wszystkim na życiu zawodowym i rodzinnym, a nie dogmatycznym przestrzeganiu religii. Problemem, prowadzącym często do konfliktów jest fakt, że społeczeństwa zachodnie lubią szufladkować i patrzeć na przybyszy z krajów Afryki Północnej czy Bliskiego Wschodu przede wszystkim przez pryzmat religii. Tymczasem irański doktor, marokańska gospodyni domowa, bośniacka projektantka mody czy pisarz z Pakistanu nie mają wiele wspólnego ze sobą. Sam islam dzieli się na wiele odłamów i nie ma jednego autorytetu, który decydowałby o jedynej słusznej interpretacji Koranu. Tak samo jak nie wolno nam zakładać, że każdy  katolik bierze udział w mszy niedzielnej, tak samo nie możemy przypuszczać, że każdy muzułmanin modli się pięć razy dziennie. Widzenie w każdym muzułmaninie furiata opętanego wizją dżihadu jest niedorzeczne.

Ale tak samo niedorzeczne jest przypuszczanie, że każdy ma te same priorytety i cele życiowe i że każdemu tak samo zależy na integracji. Samo słowo ‘integracja’ powoduje wiele kontrowersji, bo różnie jest rozumiane przez różne grupy społeczne, etniczne i różnie realizowane w praktyce. Wielu ekspertów od integracji w krajach europejskich zakłada, że polega ona na absorpcji ‘europejskich wartości’, choć niejeden filozof i socjolog kwestionuje ich istnienie w niezmienionej od lat postaci. Patriotyzm i duma narodowa od jakiegoś czasu kojarzą się niemal wyłącznie negatywnie z nacjonalizmem – flaga narodowa tak dumnie prezentowana w Stanach Zjednoczonych w wielu europejskich krajach jest atrybutem skinheadów i kibiców piłki nożnej. Inne ‘europejskie wartości’, takie jak indywidualizm, demokracja, wolność i poszanowanie praw człowieka są różnie pojmowane w różnych europejskich krajach i tak naprawdę nigdy nie zostały precyzyjnie zdefiniowane. Stąd debaty na temat wolności i tolerancji, stąd jawne odseparowywanie się od ‘wolnych’ Stanów Zjednoczonych, gdzie nadal np. praktykuje się karę śmierci. I tak jak zachodnie społeczeństwa nie są jednolite, tak samo przybysze z obcych krajów sprowadzają ze sobą poza religią własne – różne – tradycje i wartości. Według sondaży integracja dla większości imigrantów (nie tylko muzułmanów) nie oznacza przyswojenia mglistych wartości i podobnego światopoglądu, ale polega na równym dostępie do opieki medycznej, świadczeń socjalnych, edukacji i rynku pracy. Ogromne różnice w rozumienia pozornie prostego słowa, a od jego interpretacji należałoby zawsze zaczynać dyskusję na temat integracji.

Według Hirsi Ali problemem wielu Europejczyków jest pogląd wyznawany od końca II wojny światowej, że wszystkie kultury są równe. Już w 1966 roku holenderski parlament zadecydował, że „debata na temat multikulturowości musi wychodzić z przyjęcia zasady, iż wszystkie kultury są tej samej wartości”. Hirsi Ali twierdzi, że to błąd. Nie wszyscy imigranci wyznają zasadę równych praw człowieka dla homoseksualistów czy kobiet. Na ile możemy tolerować cudzą nietolerancję? Czy brak ingerencji w edukację religijną muzułmanów nie powoduje, że dzieci uczone są, iż nie ma równości między kobietą i mężczyzną? Jeżeli decydujemy się, w imię tolerancji, pozwolić imigrantom zachować swoje wartości kulturowe i religijne i np. wyznawać pogląd, że za nieposłuszeństwo kobieta karana jest biciem, albo że homoseksualista zasługuje na śmierć czyż nie odbieramy tym samym owym osobom praw człowieka, należącym im się już choćby z faktu, że mieszkają w Holandii czy Wielkiej Brytanii? Tak bardzo boimy się urazić przedstawicieli mniejszości, że nie wnikamy w światopogląd wyznawców islamu obawiając się konfrontacji z czymś, na co nie jesteśmy przygotowani. Tymczasem dyskurs jest niezbędny.

Wielu specjalistów, szczególnie amerykańskich (m.in. Bruce Bawer, autor książki „While Europe Slept”), błędnie zakłada islamizację Europy, głosząc że „już wkrótce obowiązującym prawem we Francji będzie prawi szarii”. Wykazuje tym samy kompletną ignorancję i nieznajomość realiów francuskich – we Francji jedynie 5% muzułmanów chodzi co piątek do meczetu, a 15-20% w ogóle nie praktykuje islamu. Muzułmanie we Francji na ogół szybko przyjmują mniej lub bardziej tradycyjny francuski styl życia i kompletną bzdurą byłoby zakładanie, że czwarte czy piąte pokolenie imigrantów z Algierii czy Maroka będzie się czuło przede wszystkim muzułmanami a nie Francuzami. Częstą opinią na temat ekspansji islamu w Europie jest też teza Christophera Caldwella (amerykański konserwatysta, autor „Reflections on the Revolution in Europe: Immigration, Islam and the West”): „Kiedy niepewna, podatna na wpływy innych, relatywistyczna kultura [kultura europejska] napotyka kulturę, która jest stabilna, pewna siebie i wzmocniona przez wspólne doktryny [kultura islamska], wówczas z reguły ta pierwsza ulega zmianom, by przypasować się do tej drugiej”. Caldwell jest z pobłażaniem traktowany w Wielkiej Brytanii, przede wszystkim dlatego, iż ma pan-europejskie spojrzenie na kwestie imigracji, co jest praktycznie niespotykane w Europie. Każdy niemal specjalista od imigracji w Europie patrzy na problem w odniesieniu najpierw do swojego kraju, a dopiero potem niektórzy widzą go w kontekście całego kontynentu – Caldwell zaś wszystkie kraje europejskie pakuje do jednego worka. Należałoby także zauważyć, że Caldwell zdaje się nie dostrzegać dyskusji toczącej się wśród samych muzułmanów i znawców islamu, dowodzącej właśnie BRAKU pewności, stabilności i wspólnych doktryn w tej religii. Od czasów ataków terrorystycznych w Stanach Zjednoczonych społeczność muzułmańska jest podzielona bardziej niż może się zdawać osobom nie zajmującym się zawodowo islamem. Brak dystansu do siebie samych, jak argumentuje słusznie Hirsi Ali, i tym samym wielkie poczucie niepewności powodowały, że przed laty publicznie palono „Szatańskie wersety” Salmana Rushdiego, że jakiś fundamentalista zabił Theo van Gogha za krótki filmik pokazujący bunt kobiety wobec islamskich ideałów, że tak nagłośniono problem karykatury Allaha opublikowanej w duńskim dzienniku. Czy przedstawiciele religii uznawanej za silną czuliby się faktycznie urażeni i zagrożeni w swej dumie gdyby islam rzeczywiście oparty był na solidnych fundamentach?

środa, 21 października 2009
"The Road from Damascus" - Robin Yassin-Kassab

Czytałam wcześniej kilka książek, których bohaterami byli muzułmanie, ale nigdy takiej, która tak dogłębnie i wielowątkowo analizowałaby kwestie 'arabskości'. Bohaterem tej powieści jest Sami Traifi, Syryjczyk, urodzony w Londynie, którego ojciec był bardzo szanowanym intelektualistą, laickim specjalistą od poezji, zaś matka konserwatywną, religijną kobietą, której decyzja o noszeniu hidżabu przyczyniła się do rozpadu małżeństwa. Sami jest muzułmaninem i jednocześnie nie czuje się nim. Nie chce być postrzegany przez innych  przez pryzmat swojego arabskiego i muzułmańskiego pochodzenia. Od kilku lat pisze w bólach doktorat, wciąż zmieniając temat pracy, cierpi, gdy żona - mądra, łagodna Brytyjka Muntaha pochodząca z Iraku - podobnie jak jego matka decyduje się przykrywać włosy hidżabem. Sami nie może dojść do ładu ze swoją tożasamością, nie rozumie co go w islamie drażni i dlaczego.

Czytelnik towarzyszy bohaterom w ich odkrywaniu siebie samych. Poza wymienionymi postaciami jest także brat Muntahy, sam przechodzący transformację od zafascynowanego czarnym rapem młodego, szpanerskiego Araba po ortodoksyjnego i mało tolerancyjnego niemalże fanatyka, a także Gabor - przyjaciel Muntahy z pracy (oboje są nauczycielami), rosyjsko-węgierski Żyd, wielce interesujący się islamem. Nikt poza Muntahą, od początku potrafiącą pogodzić swoją wiarę i spokój, jaki ona daje, ze swoją pozycją w społeczeństwie i pracą, nie wie, jakie jest jego miejsce. Islam i 'arabskość' zdają się być bardziej ciężarem, brzemieniem, które uwiera i jest zródłem konfliktów niż niosącym ukojenie elementem tożsamości. Sami przerażony jest decyzją Muntahy o hidżabie, bo co ludzie powiedzą? Wszyscy będą myśleć, że to opresyjny mąż karze żonie ukrywać włosy, a tego niereligijny Sami by nie zniósł.

Przyznaję, że powieść pomogła mi spojrzeć na różne kwestie, jakie dotyczą muzułmańskiej i arabskiej społeczności Londynu z większą uwagą. Uświadomiła mi bardzo różne podejście do wiary i swojej tożsamości, zwróciła moją uwagę na sympatie i antagonizmy, jakie panują wśród samych muzułmanów. Niektóre aspekty były dla mnie nieco trudne do zrozumienia (szczególnie specyficzne słownictwo dotyczące pewnych ugrupowań). Zatrzymałam się na chwilę, zastanowiłam się, jak trudno musi być żyć ludziom takim jak np. ojcu Muntahy, kochającemu swoją ojczyznę Irakijczykowi, który jednak zmuszony jest do opuszczenia jej. Jak ciężko potem odnalezć się w obcej kulturze, którą dzieci z początku biorą za swoją, a potem jedno z nich ma z nią problem (tęskni do mitu, ideału kraju muzułmańskiego, spalając się w tej utopijnej wizji).

Autor powieści napełnił bohaterów taką żarliwością, pasją, że zdawało mi się czasem, iż książka parzy. Z pewnością bycie Arabem w Londynie to nie błahostka. Jak ma żyć człowiek, dla którego tradycyjnie księżyc jest narkotykiem, wartości, jakie narzuca im islam nie zawsze są wartościami ogólnie panującymi w Europie, a społeczeństwo jednym spojrzeniem potrafi oceniać go, nic o nim nie wiedząc? Jestem przekonana, że nie wyniosłam z lektury wszystkiego tego, co wynieść może bohater pochodzący z kraju muzułmańskiego. Nie czytałam Koranu, czasem więc odniesienia do treści świętej księgi i dyskusje, jakie prowadzili bohaterowie, a także ideologiczna terminologia były dla mnie niełatwe do zrozumienia, jednakże bardzo się cieszę, że trafiłam na tę książkę. Interesuje mnie Londyn i jego mieszkańcy, a że według wyliczeń z 2001 roku mieszka tu ponad 607 tysięcy muzułmanów (ok. 100 tysięcy to biali Brytyjczycy, którzy przeszli na islam) warto coś o nich wiedzieć poza tym, co można sobie wyczytać w internecie. Szczerze mówiąc, obawiałam się nieco (oceniając powieść po dość tandetnej okładce), że książka może być zbyt lekka i że autor powierzchownie może traktować temat, za główny wątek obierając kryzys małżeński Samiego i Muntahy, ale po lekturze byłam mile zaskoczona. Powieść, mimo że łatwo się ją czytało, okazała się wystarczająco trudna, by sprawić mi satysfakcję i wystarczająco interesująca, bym mogła dowiedzieć się czegoś nowego o ludziach podobnych tym, którzy mieszkają w moim mieście.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26