| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

wtorek, 19 lutego 2013
Nowy rok, nowy początek

Ostatnio mocno zaniedbałam bloga i o ile z początku miałam pewne wyrzuty sumienia, że powinnam pisać, to po ponad miesiącu przerwy stwiedzam, że świetnie mi się żyje bez bloga. W moim życiu dzieje się więcej niż jestem w stanie ogarnąć i mogę bez wahania powiedzieć, że moje życie to pasmo mniejszych i większych radości. Z przyjemnością chodzę do pracy i wracam do domu z radością. Uwielbiam moje wolne dni, wypełnione tym wszystkim, co robią zwykli ludzie: czytają, oglądają filmy, chodzą na zakupy, sprzątają, poświęcają czas partnerowi, spotykają się z przyjaciółmi. Po raz pierwszy od bardzo dawna zaczynam zaprzyjaźniać się z nie tylko z kobietami, ale także z mężczyznami, oczywiście japońskimi. Cieszy mnie niesamowity wgląd w kulturę japońską nie poprzez lektury czy filmy, ale przede wszystkim przez kontakty z Japończykami, których zasypuję różnymi pytaniami i którzy z przyjemnością się przede mną otwierają. Na moich oczach upada wiele mitów wokół Japończyków, stereotypy zostają obalone, otwierają się drzwi do fascynujących światów, o jakich nie czytałam.

A przy tym nie mam najmniejszej ochoty na pisanie tu o tym. Mój blog z założenia miał służyć moim potrzebom. Pragnęłam uporządkować wrażenia po lekturach, filmach, wystawach, podróżach, zebrać myśli, nauczyć się precyzyjniej je wyrażać i zebrać w ryzy swoje obserwacje i przemyślenia. Moje potrzeby zostały już zaspokojone, teraz nastawiam się na przeżywanie, a nie na przeżuwanie pisemne tych przeżyć i poddawanie ich komentarzom. Dzięki blogowi nawiązałam wiele cennych przyjaźni, które - wierzę - trwać będą nawet jeśli nie będę pisać. Nie wiem, czy do pisania jeszcze wrócę. W tej chwili nie jest mi ono potrzebne, szkoda mi na nie czasu,  który mogę spożytkować w inny, ciekawszy sposób. 

Dziękuję wszystkim z Was, którzy czytaliście moje zapiski i wdawaliście się w rozmowy ze mną. Było to dla mnie cenne doświadczenie, niezmiernie satysfakcjonujące. Ale czas pójść naprzód i rozwijać się na innych polach. 

wtorek, 08 stycznia 2013
Z technologią za pan brat

Wróciłam z podróży - wspaniałej, pełnej wzruszeń, zachwytów i zadziwień. Zobaczyłam kawałek Kambodży, ociupinkę Wietnamu i cząstkę Seulu. Spotkałam setki uśmiechniętych, serdecznych ludzi, oniemiałam dzięki najpiękniejszym architektonicznym dokonaniom ludzkiej cywilizacji - mowa o ruinach świątyń w Angkorze. Dokonałam milionów obserwacji, czasem wieczorami nie byłam w stanie zasnąć z nadmiaru wrażeń i refleksji. Takie podróże lubię, podróże, po których trzeba odpocząć, bo emocje nie pozwalają na wypoczynek gdy człowiek chłonie wszystko jak gąbka. Jutro idę do pracy, więc wpisy na blogu i zdjęcia będą musiały trochę poczekać. Tymczasem słucham khmerskiej muzyki, której nakupiłam trochę, i "ogarniam" rzeczywistość po powrocie. Dla Was zamieszczam fotografię mnichów z autobusu z Phnom Penh do Sihanoukville. Mnisi w Kambodży posiadają iPhone'y i niektórzy - co musiałam uwiecznić - czytają na iPadach :) Kambodża to naprawdę "the kingdom of wonder"...

piątek, 21 grudnia 2012
Do poczytania w roku węża

W Japonii szał na gadżety z wężem - wszak nadchodzący rok 25, czyli po naszemu 2013, będzie Rokiem Węża. Wszyscy w amoku kupują papeterię, notesiki, naklejki, ozdoby, zawieszki do telefonów, pokrowce na iPhone'y, słodycze opakowane w papier z wizerunkiem wesołego węża i wszystko, co wężowe, a ja szykuję się do podróży. Już w niedzielę będę podziwiała świątynie Angkor Wat. Sylwestra świętować będziemy w gronie przyjaciół na ustronnej plaży na wyspie, na którą można się dostać łódką z Sihanoukville na południu Kambodży. Nasze domki na drzewach, do których wchodzi się po drabince, nie mają drzwi i całej ściany, dlatego dniem i nocą roztaczać się będzie niczym niezmącony widok na morze... Ostatnie dwa dni podróży spędzimy w Ho Chi Minh City, dokąd popłyniemy Mekongiem - i niebywale cieszę się na przekraczanie granicą drogą rzeczną :) Padmo, dzięki za sugestię! W drodze powrotnej mamy nadzieję wyskoczyć na parę godzin do Seulu, choćby na zakupy kosmetyczne.

Tymczasem życzę tym z Was, które/którzy obchodzą Boże Narodzenie, Wesołych Świąt, a tym, które/którzy nie obchodzą - wspaniałego odpoczynku i cudownych dni spędzonych tak, jak lubicie najbardziej. I szczęśliwej końcówki starego oraz udanego początku nowego roku. Do poczytania w Roku Węża!

wtorek, 18 grudnia 2012
Work hard, play hard

Po raz pierwszy w życiu mogę powiedzieć, że ubóstwiam moją pracę i nie zamieniłabym jej na żadną inną. A jednak jakieś nauczycielskie powołanie kryło się we mnie... Uciekłam, mam nadzieję, że na dobre, od znienawidzonego "biura" do pracy, która jest wymagająca, nakazuje ciągłą koncentrację, ale sprawia tyle radości, że budzę się z uśmiechem i po 10 godzinach lekcji mam ochotę śmiać się i śpiewać na głos w metrze. Nauczam angielskiego w prywatnej szkole językowej w Tokio, w Akihabarze, małym, spokojnym studio, do którego przychodzą tak różni klienci, że nie sposób się nudzić. Moja szkoła ma ok. 35 filii w mieście i jeszcze więcej w innych miastach japońskich i chyba jest największą w Japonii. Oferuje lekcje indywidualne - grupowe nauczanie angielskiego generalnie nie sprawdza się w Japonii. Każdy instruktor ma elastyczny czas pracy, sam decyduje w jakie dni i w jakich godzinach pracuje, kiedy bierze urlop i na jak długo. Mnie to niezmiernie odpowiada, męczyłaby mnie praca codziennie od-do, czego zdążyłam w moim życiu doświadczyć, wolę być panią własnego czasu, pracować wieczorami (zwykle do 22:00), kiedy jestem najaktywniejsza i najlepiej funkcjonuję, za to wysypiać się do 9 rano i zaczynać koło południa. Klienci wykupują pakiety lekcji (od kilkunastu po powyżej setkę, ile kto chce) i rezerwują sobie lekcje, kiedy im odpowiada i z którym instruktorem chcą się uczyć (o każdym mogą sobie poczytać na stronie i zobaczyć jego zdjęcie) - każdą lekcję z osobna, nawet na pięć minut przed rozpoczęciem lekcji. Nikt nie jest przypisany do stałego czasu zajęć i instruktora, nie ma żadnego układania sobe życia wokół kursu językowego, co jest taką zmorą we wszystkich krajach, w których mieszkałam. Zaczęłam pracować dopiero trzy tygodnie temu, ale już obwołano mnie najpopularniejszą instruktorką w studio. Klienci pchają się na moje lekcje, specjalnie wybierają zajęcia właśnie ze mną, doradcy klienta polecają mnie zarówno początkującym jak i zaawansowanym biznesmenom. Mam już swoich adoratorów, m.in. młodego chłopaka (który ma żonę i dwuletnią córeczkę), który dopiero co zapisał się na lekcje w zeszłym tygodniu, a już uczył się u mnie sześć godzin w tym tygodniu i zarezerwował ze mną lekcje w styczniu. Po każdej lekcji klient może wystawić instruktorowi ocenę (1-5) i dopisać komentarz. Moje oceny są w przeważającej większości z tych najwyższych. Daję z siebie wszystko i lekcje ze mną zawsze pozostawiają klientów w świetnym humorze, z poczuciem, że dużo się nauczyli. Komentarze, które dostaję, bardzo mnie cieszą. Najbardziej rozbawił mnie ten o mniej więcej takiej treści (podobno trudno było przetłumaczyć, bo nawet po japońsku sposób sformułowania myśli był mętny): "Instruktorka prowadziła lekcję w tak dobry sposób, że nawet mimo mojego niskiego poziomu i fatalnej znajomości angielskiego lekcja była w stanie się odbyć" :)))

Kto do mnie przychodzi? Olbrzymia większość to mężczyźni. Tak już jest, że kobiety (tych generalnie jest mniej wśród klientów) wybierają przeważnie męskich instruktorów, a mężczyźni wolą uczyć się z kobietą, zwłaszcza drobną, blondwłosą i - co mi wiele osób powtarza, a co mnie zaskakuje - supersłodką. "Supersłodki" wygląd (którego ja zupełnie tak nie postrzegam u siebie) fajny jest jako zmyłka, bo potem - zwłaszcza z zaawansowanymi klientami - potrafię prowadzić dyskusję na poważne tematy: o klasyfikacji ubezpieczeń, poszanowaniu praw człowieka w Chinach, sposobach użytkowania satelitów, przyczynach upadania i rozwoju narodów, reinkarnacji i buddyzmie, aplikacjach na iPhone, pozwalających własnoręcznie badać swój stan zdrowia, klasyce japońskiego kina itd. Przydaje się czytanie "Economista". Specjalnie głębokie te rozmowy nie są, ale wystarczą, by wprowadzić odpowiednie słownictwo i dopasować lekcje do potrzeb i zainteresowań klientów. 

Klienci trafiają mi się całkiem zwyczajni: sprzedawca automatów z napojami, księgowy, miałam trzech pracowników firmy tytoniowej, gospodynie domowe (jedna starsza pani zdradziłaby, że chciałaby mieć taką wnuczkę jak ja - a ja poleciłam jej filmy Mikio Naruse, których nie znała). Niektórzy mają fascynujące zawody. Do moich ulubieńców należy przesympatyczny, szalenie dociekliwy, rewelacyjnie ubrany (żona wybiera mu wszystkie ubrania, chciałabym zobaczyć jej szafę...) młodziutki chłopak zajmujący się designowaniem satelitów. Bardzo lubię pewnego wiecznie roześmianego stomatologa, któremu pomogłam wybrać drukarkę, której faktycznie potrzebował. Fajnie rozmawia mi się z pewnym studentem ostatniego roku, który opowiada mi zawsze o spotkaniach informacyjnych firm, u których chce pracować (na pierwszy plan wybijają się Nikon i NASA) i który wpada do mnie na lekcje po spotkaniach ze swoją dziewczyną. Fascynujące dwie lekcje miałam z menedżerem ubezpieczeniowym, przystojniakiem jakich nawet w Japonii mało, który po godzinie rozmowy o ubezpieczniach przyznał mi się, że on przez ostatnie 30 lekcji rozmawiał niemal tylko o swojej pracy, ale przy mnie wreszcie poczuł się gotowy nadrobić swoje braki w umiejętności prowadzenia rozmowy na inne tematy, więc przez kolejną lekcję rozmawialiśmy o malarstwie impresjonistycznym i podróżach do Francji i Włoch (to jego zainteresowania - zdradził mi, że zarabia ogromne pieniądze i może sobie pozwolić na wakacje w obu krajach i wynajęcie prywatnej plaży i posiadłości). Trafiła mi się słodka dziewczyna, wyglądająca na jakieś 14 lat, ubrana jako Gothic lolita, w czarne koronki i falbanki, z dwoma kucykami i aparacikiem na zębach, która studiuje na Tokyo University i opracowuje rewolucyjny język komputerowy, który w przyszłym roku będzie prezentować na międzynarodowych konferencjach. Teraz patrząc na te kiczowato ubrane małolaty w Harajuku czy Shibui będę miała moją uczennicę przed oczami... Wczoraj przyszła do mnie bardzo ciekawa dziewczyna, pragnącą podszkolić angielski, by móc rozumieć seminaria swojego guru medycyny alternatywnej w Indiach, bo w tej chwili ma z tym trudności. Dziewczyna była kiedyś płetwonurkiem, ale zachorowała na chorobę dekompresyjną (ang. 'bends') i ukrywała to przed rodzicami z olbrzymim wysiłkiem. Teraz tylko niekiedy odczuwa ból w lewej połowie ciała, ale zyskała niesamowite poczucie, że może mieć kontrolę nad sobą, własnym ciałem i umysłem. Jest mocno uduchowiana, z matki katoliczki i ojca buddysty, rozmawiałyśmy więc o buddyzmie i religiach w ogóle, o karmie i energii (ona wybrała mnie przez moje wspomnienie w profilu na stronie internetowej wiosek himalajskich) i przyznała, że czuje bijącą ode mnie ciepłą energię. Fantastyczna jest ta różnorodność lekcji - dopiero co uczę kogoś, jak opisywać lokalizację i tłumaczyć jak gdzie dojść, a zaraz potem mogę rozmawiać na metafizyczne tematy, używając wysoce abstrakcyjnego słownictwa, które akurat ta dziewczyna rozumiała w locie... 

Przyszedł do mnie wreszcie prawdziwy dziwak. Mężczyzna pracuje w jednej z podtokijskich miejscowości w muzem techniki i na lekcje do mojej szkoły (aczkolwiek różnych filii, moja istnieje dopiero od października) chodzi od wielu lat. Wybiera wyłącznie kobiety instruktorki, co od razu spowodowało, że pomyślałam: oho, to nie będzie typowy klient. Faktycznie, po króciutkim small talku, wyjął kartkę i powiedział: "And now communication time" ("A teraz czas na komunikację"), a ja w myślach wywróciłam oczami. Zaczyna się... Facet miał przygotowany interview dla mnie! Całą godzinę zadawał mi pytania, a jego angielski był bardzo słaby, zbyt słaby, byśmy mogli sobie porządnie porozmawiać. Pytał mnie, co robiłam przed tą pracą, co studiowałam, gdzie pracowałam, dlaczego pracuję jako nauczycielka (niemal jak na rozmowie kwalifikacyjnej), jakie aspekty życia w Japonii mi się podobają, co lubię robić w czasie wolnym, a nawet... gdzie mieszkają moi rodzice. Opowiadałam mu o "Archipelagu", a on przyznał, że w ogóle nie czyta - koncept pisma online wyłącznie o książkach był dla niego niepojęty, dopytywał mnie kilka razy, co w ogóle można o książkach pisać (!). Szybko odniosłam wrażenie, że mężczyzna cierpi na jakąś odmianę autyzmu, jego sposób komunikowania się był mocno upośledzony i jego słaby angielski nie miał tu nic do rzeczy. On nie rozumiał uczuć, o czym się momentalnie przekonałam. Próbowałam żartować, ale na nic się to zdało. Mnie cała ta sytuacja bawiła, ale była też dość męcząca. W końcu przyznał, usatysfakcjonowany moimi odpowiedziami, że teraz koniec komunikacji i możemy przejść do ćwiczeń z książki :) 

Zbieram sobie małe anegdotki o moich klientach, śmieszne powiedzonka, czasem zadziwiające informacje, podane w specyficzny sposób... Kilka dni temu wprowadziłam jednemu klientowi słówko "empty" ("pusty") zamiast "void" (też "pusty" lub "niewiążący", ale w innym kontekście, a chodziło o puste i zatłoczone pociągi - znał "void", a nie znał "empty"). Wyjaśniłam znaczenie, a on na to: "To tak jak moje serce do mojej żony... bardzo ciężko...". Na moment mnie zatkało i mogłam tylko mruknąć, kiwając lekko głową, po pełnej respektu dla tego wyznania parusekundowej ciszy. Uwielbiam obserwować, jak Japończycy otwierają się przede mną. Jak niektórzy narzekają na tatemae w swojej pracy, jak odważnie zwierzają się między słowami ze swoich problemów w związku (jeden młody chłopak nie chodzi z kolegami po pracy na drinki, bo żona nie pozwala, nie wolno mu też wychodzić z nimi na lunch, bo ona przygotowuje mu bento box, a on daje się wcisnąć pod pantofel i nie myśli chyba, by się zbuntować). Niektórzy pokazują mi zdjęcia swoich dzieci, uduchowiona dziewczyna wyciągnęła nawet swój amulet, by mi go zaprezentować. Wychodzi na jaw krytyka japońskiej kultury i mentalności Japończyków ze strony moich klientów. Nie zliczę ile osób narzekało mi na brak poczucia humoru u Japończyków i duszenie wszystkiego w sobie. Świetnie, że chociaż lekcje ze mną zapewniają niektórym pewnego rodzaju wentyl, przez który mogą wyrazić co myślą - a do tego w obcym języku, w którym łatwiej zdobyć się na dystans...

wtorek, 11 grudnia 2012
Uśmiech przez łzy: "Uśmiech Pol Pota" - Peter Fröberg Idling

Słuchając nie raz kambodżańskiego rock'n'rolla, wyczuwając w głosie Sinna Sisamoutha i Ros Sereysothei nutkę melancholii, jakby piosenkarze przeczuwali, co ich spotka, zastanawiałam się, jak to możliwe, by naród przeszedł taką tragedię, jaka miała miejsce w Kambodży i był w stanie się z niej podźwignąć. Za niecałe dwa tygodnie przekonam się osobiście, wybieram się bowiem do Kambodży na wakacje, tymczasem sięgnęłam po "Uśmiech Pol Pota" szwedzkiego dziennikarza, prawnika i pisarza Petera Fröberga Idlinga. Nie jest to typowy reportaż, składa się z małych 'winietek', scenek opisujących pewne wydarzenia, spotkania, przywołujących hasła propagandowe i próbujących odpowiedzieć na więcej pytań, niż spodziewałam się zastać.

Idea stworzenia nowego społeczeństwa nie jest szokująca sama w sobie, realizowana była choćby w Chinach przed wojną w Kambodży i realizowana była po niej, np. w Rwandzie. Nigdzie na świecie projekt się nie powiódł - dystopie, podobnie jak utopie, nie trwają długo; pewnym wyjątkiem jest Północna Korea, gdzie jakimś cudem upływający czas nie zmienia wiele. Prędzej czy później coś pęka i wąż zaczyna połykać własny ogon. Wielcy dyktatorzy zawsze popadają w paranoję, która niszczy ich i stworzony przez nich system, od środka. Tak stało się w Kambodży, a raczej Demokratycznej Kampuczy, jak nazywali kraj Czerwoni Khmerzy z Pol Potem na czele.

Idlingowi udało się wejść pod powierzchnię relacjonowania tragedii. Madeleine Thien, kanadyjska pisarka i autorka książki o Kambodży "Dogs at the Perimeter", w swoim eseju o filmie "Le sommeil d'or" opowiadającym o kambodżańskich filmowcach, których ani jeden film się nie zachował do czasów dzisiejszych, opublikowanym w numerze "Asia Literary Review" z zimy 2011 pisze, że aby młodsze pokolenia miały poczucie ciągłości historii niezbędna jest świadomość nie tylko faktu, iż otchłań (jak ona nazywa w tym kontekście wojnę) miała miejsce, ale też jak do niej doszło. Mam silne wrażenie stawiania kreski w historii Kambodży na czasy przedwojenne i powojenne. W okresie kilku lat zostało straconych od 750 tys. do 3 mln obywateli - nikt nie jest w stanie stwierdzić, ilu zginęło naprawdę. Nie jest to wiele w porównaniu z blisko 40 mln Chińczyków, którzy zginęli w czasie Wielkiego Głodu, jednakże w skali całego społeczeństwa kambodżańskiego, które nigdy nie było liczne, jest to liczba olbrzymia. Zginęła elita kraju, intelektualiści, historycy, artyści, ludzi, którzy dziś byliby w stanie podtrzymać dziedzictwo narodowe, którzy być może mogliby wyjaśnić ciągłość historii. Czerwoni Khmerzy jednak starali się bardzo, by przeszłość wymazać, by nowe pokolenia były kształtowane według nowych wzorów. Pojawia się pierwsze pytanie: czy cel uświęca środki? Cel był słuszny, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Ile jednak poświęceń jesteśmy w stanie znieść za wolność i niepodległość? Kiedy cena staje się zbyt wysoka? Idling pyta i szuka odpowiedzi w książkach, rozmowach z ludźmi, próbując wniknąć w psychikę ludzi, którzy musieli wiedzieć o tym, co się w Kambodży działo i którzy, być może, świadomie przymykali na to oczy. W swej książce tropi ślady czworga Szwedów, aktywistów Towarzystwa Przyjaźni Szwedzko-Kampuczańskiej, którzy za czasów największego terroru podróżowali przez dwa tygodnie po Kambodży jako goście Czerwonych Khmerów. Rezultatem ich podróży są relacje radiowe i prasowe, kilka książek i albumów, setki zdjęć i filmy dokumentalne. Nie widać wygłodzonych dzieci, przerażonych dorosłych, widać za to żyzne ziemie, ludzi pracujących w polu z uśmiechami na twarzach. Idling pyta raz po raz, nie ustając w wysiłkach skonfrontowania Szwedów ze swoimi wątpliwościami: jak można było nie przejrzeć przez tę maskę, jak można było wierzyć własnym oczom i wreszcie - jak można było zbudować tak perfekcyjną fasadę. A może ona wcale nie była perfekcyjna? Co idealizm wyparł ze świadomości podróżujących obcokrajowców?

Dochodzimy tu do wiary w źródła. Idling porusza kwestie wypaczania relacji, fałszowania obrazu, by pasował postawionej tezie. Z Kambodży dochodziły pogłoski o tragedii, uchodźcy opowiadali przerażające historie. Część była wyolbrzymiona, większość była zapewne prawdziwa. Ludzie, niepotrafiący radzić sobie z kompleksowym ujęciem rzeczywistości, skłonni byli postrzegać ją wyłącznie w barwach czerni i bieli. Pol Pot był albo wyzwolicielem ludu albo okrutnym mordercą. Gazety pisały o wojnie na pierwszych stronach gazet podkreślając horror, przeżywany codziennie przez Kambodżan. Komunistyczne media stały oczywiście w opozycji. Intelektualiści zachodni mieli nie lada orzech do zgryzienia i niektórzy połamali sobie zęby na próbach przedstawienia i oceny sytuacji w Kambodży, czego dziś albo się wypierają albo dla czego próbują szukać usprawiedliwienia. 

Dziś znów pisze się o Kambodży, śmierć króla Sihanouka spowodowała, że światowa prasa ponownie próbuje objąć historię Kambodży ostatnich dekad, koncentrując się na roli, jaką Sihanouk odegrał w tym dramacie. Ocena z perspektywy czasu nie jest wcale łatwiejsza. Idling gorzko wspomina skandowanie "Kissinger! Mor-der-ca!", jakie pobrzmiewało wciąż na szwedzkich manifestacjach gdy sam był dzieckiem i gdy Kissinger, ogarnięty szałem destrukcji, zlecał zrzucanie kolejnych setek tysięcy bomb na Kambodżę. Nie komentuje przyznania mu pokojowej Nagrody Nobla, nie komentuje niepostawienia go przed Trybunałem w Hadze. Za wiele słów zostałoby wylanych na próżno, fakty mówią same za siebie na temat udziału Zachodu w historii Kambodży. Oglądając stare gazety szwedzkie w Bibliotece Narodowej w Sztokholmie Idlingowi przyszła do głowy myśl, iż w latach 70. możliwe było, by wojna w dalekim zakątku świata, wojna, w której Szwecja nie brała czynnego udziału, była opisywana na pierwszych stronach gazet. Dziś to mało prawdopodobne jego zdaniem. Przypomniało mi się, co mówił John Pilger na spotkaniu, na które wybrałam się latem. Ponad trzy miliony Brytyjczyków kupiło wydanie "Daily Mirror" z 1979 roku, w którym pojawiła się pierwsza, obejmująca kilkanaście stron relacja z jego wyjazdu reporterskiego do Kambodży. Wykupiono niemal cały nakład gazety, kolejne numery, które kontynuowały temat, także rozchodziły się na pniu. To były najlepiej sprzedające się wydania gazety w całej jej historii. Pilger nakręcił później cztery filmy o Kambodży. Obecnie sytuacja, w której cały naród interesuje się w takim stopniu wojną w maleńkim państewku na dalekim kontynencie, jest trudna do wyobrażenia. 

Idling w swych rozważaniach wychodzi poza tragedię Kambodży. Fascynuje go ocena własnych działań po latach, ocena sytuacji z perspektywy czasu, umiejętność (bądź jej brak) przyznania sie do błędów, porażek, ideologicznych zaułków, w które dawniej się zabrnęło. Zabiega o spotkania ze Szwedami i dawnymi współpracownikami Pol Pota, a także osobami, które zawsze potępiały reżim. Pyta o ocenę sytuacji dziś i dawniej, o wspomnienia, o powiązanie poszczególnych etapów historii. Niejednokrotnie rozmowy, jakie udaje mu się przeprowadzić, prowadzą jedynie do dalszych pytań, nie dając jednoznacznych odpowiedzi. Zresztą, czy takie istnieją?

Kwestią istotną, której Idling poświęca sporo miejsca, jest brak uznania zachodnich wartości przez Czerwonych Khmerów, mimo lat edukacji w Paryżu i podglądania zachodniego stylu życia. To nie jest żadna niespodzianka, że dyktatorzy na całym świecie chętnie czerpią z Zachodu to, co im odpowiada - najczęściej w postaci dóbr materialnych, odrzucając całą resztę. Pamiętam oburzenie czytelników gazet angielskich, gdy kilka miesięcy temu wypłynął email wysłany do koleżanki przez żonę Assada odnośnie szpilek Louboutina z limitowanej kolekcji w tym samym dniu, w którym jej mąż zajęty był wydawaniem rozkazów o kolejnych bombardowaniach wiosek i miejscowości syryjskich. Pamiętam znakomity tekst jednej z dziennikarek Guardiana, tłumaczący, iż zamiłowanie żon dyktatorów do mody i kuchni zachodniej nie ma nic wspólnego z zamiłowaniem do zachodnich wartości i poszanowania praw człowieka. A jednak ludzie wciąż dziwią się, jak młody Kim Jong-Un, wychowany w Szwajcarii, jest w stanie gnębić swych rodaków, jak Kaddafi rozkochany w amerykańskim popie terroryzował Libijczyków i jak uśmiechnięta Asma al-Assad może dać się fotografować w dżinsach i ciasnym t-shircie podczas gry w badmintona, gdy w całym kraju dzieci wykrwawiają się na śmierć. Jest taka scena w doskonałym filmie "Pola śmierci" Rolanda Joffégo, gdy złapanym dziennikarzom udaje się uniknąć śmierci niejako przez ułaskawienie Czerwonych Khmerów dziesiątkami butelek Pepsi (a może to była coca-cola). Idling też pisze, jak nastolatkowie w khmerskich chustkach w kratkę wymachiwali karabinami z ciężarówek, z których nie chciało im się zmywać olbrzymiego loga amerykańskiego koncernu. W krajach ogarniętych reżimem Wschód z Zachodem idą za rękę w parze, mimo przerażenia Zachodu. 

"Uśmiech Pol Pota" jest książką dla wymagającego czytelnika. Idling pisze kilka paralelnych historii na raz. Cofa się w przeszłość, wraca do teraźniejszości, miesza wątki szwedzkie z amerykańskimi, paryskimi i kambodżańskimi. Chronologia nie ma większego znaczenia. Znaczenie ma prześledzenie ciągłości historii, dostrzeżenie nici, która łączy czasy przedwojenne z czasami współczesnymi. Kambodża była niegdyś wielkim imperium, którego wpływy rozciągały się na rejon niemal całej południowo-wschodniej Azji. Lekceważąc to i podchodząc do historii tego kraju przede wszystkim przez pryzmat reżimu Czerwonych Khmerów spełniamy marzenie Pol Pota - wymazujemy przeszłość, traktujemy ten kraj jak tabula rasa, z początkiem w latach 1970. 

Niesamowity taniec! Czy może być lepsze ćwiczenie na nadgarstki?

W klipie przedstawiony jest Phnom Penh w 1965 roku, a ujęcia pochodzą z filmu "Apsara" Norodoma Sihanouka.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 158