Ostatnie notki
Zakładki:
Autorka pisuje do:
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi
|
wtorek, 09 lutego 2010
Od dokumentu po dzieło sztuki - kilka słów o fotografii XIX-wiecznej
"Portrait of Wilfrid Scawen Blunt", ok. 1860 rok (autorką fotografii jest Lady Alice Mary Kerr) Wiele z nas lubi fotografować. Wychodząc z domu zabieramy ze sobą aparat fotograficzny, nie wyobrażamy sobie wakacji bez robienia zdjęć, niektóre z Was zajmują się też fotografią artystyczną, igrają z rzeczywistością przekształcając ją na swoją modłę. Dzisiejsza technologia i sposób postrzegania fotografii wiele umożliwia kreatywnym fotografom, zarówno zawodowym jak i amatorskim. Nie mam tu na myśli wyłącznie rozwoju fotografii cyfrowej, ale też fakt, że prawie wszystkich stać na zakup aparatu fotograficznego, że nie jesteśmy ograniczeni do uwieczniania zaledwie kilku najważniejszych chwil w życiu, że możemy bawić się zdjęciami, tworzyć z nich naszą fikcję. W British Library do siódmego marca można oglądać fascynującą wystawę fotografii XIX-wiecznej, zatytułowaną "Points of View: Capturing the 19th Century in Photographs". Biblioteka posiada kolekcję ok. pół miliona zdjęć (!), na wystawie zgromadzone jest zaledwie 200, ale nawet ta liczba mówi wiele o początkach fotografii, o świecie, który kiedyś istniał, a także o nas samych jako ludziach. Fotografie pogrupowano starannie w odpowiednie działy. Sam rozwój fotografii jest ciekawy i zwiedzający może prześledzić proces ulepszania aparatów fotograficznych, od najprostszych camera obscura, poprzez frustrujący proces kolodionowy, dagerotyp, poprzez nowocześniejsze aparaty produkowane przez firmę Kodak pod koniec XIX wieku. Dzieci i dorośli mogą wypróbować, jak radzili sobie pierwsi fotografowie, gdy nietrwałe zdjęcia robione były przy wykorzystaniu silnego promieniowania słonecznego. "Macclesfield St, Soho", 1883 (autorem fotografii jest Henry Dixon) - teraz w tym miejscu znajduje się chińska restauracja “Zbierać fotografie – to zbierać świat.” - Susan Sontag Poprzez fotografie starano się w XIX wieku udokumentować jak najwięcej się dało. Wyruszano w dalekie podróże, wożąc ze sobą delikatne i ciężkie szklane tablice, na których robiono zdjęcia (nic dziwnego, że z podróży do Indii wróciła któregoś razu zaledwie mała część tych tablic). Na wystawie można obejrzeć fotografie z bardzo egzotycznych wówczas krajów, od Egiptu po Indie czy Japonię. Te zdjęcia cieszyły się olbrzymim zainteresowaniem osób z wyższych sfer w Wielkiej Brytanii. Nie podróżowano wtedy tak powszechnie jak dzisiaj, film nie istniał, dotychczas obrazy i rysunki spełniały rolę edukacyjną, więc łatwo sobie wyobrazić, jaką furorę musiały robić zdjęcia wiernie oddające krajobrazy, zabytki i wygląd mieszkańców setki kilometrów od Wielkiej Brytanii. Dokumentowano też rozwój nauki, a rentgenowskie zdjęcie żaby było wielkim osiągnięciem jak na tamte czasy. Wystawa obejmuje również zdjęcia dokumentujące wynalazki epoki wiktoriańskiej czy wydarzenia o charakterze społecznym. Starano się fotografować rzeczywistość taką, jaka ona jest, stąd obecne zdjęcia pań w szerokich sukniach na plaży w Hastings, robotników na budowie w Londynie, biedne dzielnice Glasgow, przedstawicieli arystokracji na spacerach po przypałacowych włościach. Jest nawet ujęcie hipopotama w londyńskim zoo. Fotografią zajmowały się wtedy osoby zamożne, które mogły sobie pozwolić na rozwijanie zainteresowań i koszta z tym związane nie były wielkim obciążeniem dla majątku rodzinnego. Na szczęście nie ograniczano się do fotografowania ludzi podobnych sobie, a uznawano utylitarną rolę, jaką zdjęcia miały spełniać. Sama fotografia zaczęła być uznawana za dziedzinę sztuki dopiero pod koniec XIX wieku i podobno na początku ostro krytykowano tych, co ośmielali się robić zdjęcia tzw. artystyczne, bez wyraznego celu. Już wcześniej jednak fotografia przybliżała Brytyjczykom same dzieła sztuki - każdy mógł podziwiać na zdjęciu rzezby hinduistycznych bóstw z Indii, katedrę w Moguncji czy chińskie wazy. Rozwój fotografii przybliżał ludziom świat i powodował, że wydawał się on mniejszy. "The hippopotamus at the Zoological Gardens, Regent's Park, London", 1852 rok (autorem fotografii jest Don Juan Carlos, Count of Montizón) “Właśnie dlatego, że wybieramy jakąś chwilę, wykrawamy ją, zamrażamy, wszystkie zdjęcia stanowią świadectwo nieuniknionego przemijania.” - Susan Sontag Wreszcie można było na skalę niemal masową fotografować ludzi. W miastach jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać studia fotograficzne, a obniżenie kosztów produkcji zdjęć spowodowało, że zaczęto prowadzić albumy fotografii rodzinnych. Sprzedawano magazyny z fotografiami znanych osób, obok aktorów i a ktorek pojawiały się także głowy koronowane, politycy i pisarze (m.in. słynne zdjęcie Oscara Wilde'a siedzącego na krześle w aksamitnym garniturze). To były początki kultu celebrities. Zdarzały się także manipulacje fotografią - lata 1870 były okresem rozwoju okultyzmu i teozofii i kariery sławnej Madame Heleny Bławatskiej. Na wystawie można zobaczyć niezwykle ciekawe zdjęcia osób biorących udział w seansach spirytystycznych wraz ze zjawami, które im się ukazywały i które fotografom udawało się jakimś dziwnym trafem utrwalić na fotografiach. Wciąż uważano, że fotografia musi mieć przesłanie, musi służyć ludzkości. Fotografowie nie uważali się za artystów, a za rzemieślników lub dokumentalistów. Dopiero rozwój aparatów Kodaka pod koniec XIX wieku zmienił spojrzenie ludzi na fotografię. Także mniej zamożne osoby stać było na robienie zdjęć. Zmieniał się punkt widzenia i zaczęto widzieć w fotografii także sztukę dla sztuki. "South side of the nave of Mainz Cathedral", 1858 (autorem fotografii jest Hermann Seligman Emden) Wystawa w British Library jest pierwszą tego rodzaju i stanowi na Wyspach ewenement kulturalny. Brytyjczycy nie zdawali sobie sprawy dotychczas, jakie skarby skrywają czeluście tej słynnej instytucji, nie wiedziano, iż poza książkami i manuskryptami Biblioteka dysponuje TAKIMI zbiorami fotografii. Właściwie każde z poruszanych na wystawie zagadnień można by rozszerzyć na osobną wystawę, wzbogacić wiekszą ilością zdjęć i dokładniejszymi opisami (choć tym niczego nie mogę zarzucić). Tę wystawę można potraktować jako streszczenie albo wstęp do najważniejszych kwestii XIX-wiecznej fotografii. Fascynujące jest podpatrzeć, co ludzie uważali dawniej za warte utrwalenia i prześledzić ich wysiłki, by zatrzymać na zawsze jak najwięcej obrazów. Mimo że stare zdjęcia pełniły wówczas funkcję utylitarną, dziś - zaopatrzeni w wiedzę o fotografii - możemy dopatrzeć sie artyzmu w owych dziełach. Dystans do minionych czasów pozwala wreszcie docenić, na jakie trudy i niewygody skazywali się wtedy fotografowie, podróżując z ciężkim bagażem do najdalszych zakątków świata czy narażając życie, by na froncie wojennym rozstawiać staroświecki dagerotyp. "Fotografia – to cieniutka warstwa przestrzeni i czasu.” - Susan Sontag "Village near Yokohama, Japan", ok. 1869 (autorem fotografii jest Wilhelm Burger)
poniedziałek, 08 lutego 2010
Urodzinowe marzenie z przymrużeniem oka
Dzień urodzin przyszedł i minął. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, poza tym, że wiele osób złożyło mi życzenia i dostałam naprawdę sporo prezentów. Spędziłam go sympatycznie, a byłoby jeszcze milej, gdyby mój nastrój mógł dorównać okazji. Niestety dopadł mnie dół, najczarniejszy z czarnych i jeszcze się z niego nie wygrzebałam (a TAKIE doły trafiają mi się... ho ho, raz na sto lat!). Mam nadzieję, że wkrótce poczuję się lepiej, a tymczasem zostawiam Was z tym filmikiem, który pokazuje całkiem niezle jedno z moich skrytych (tak skrytych, że nawet nie jestem go w stu procentach pewna) marzeń i oddaje mój stan ducha. Dziękuję Wam też ogromnie za kartki z życzeniami i prezenty, jakie dostałam, wzruszyłam się, że pamiętaliście/pamiętałyście :)
piątek, 05 lutego 2010
Jedząc śnieg
Idąc niedawno ulicami i słuchając Fever Ray (a szczególnie tej piosenki) zadumałam się nad czynnościami, o których nie pamiętam, kiedy robiłam po raz ostatni. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam śnieg. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam książkę od wieczora do samego rana, a potem zamiast pójść spać, pisałam wiersze. Nie pamiętam, kiedy ostatnio poszłam na nocny seans do kina (taki, który zaczyna się o 23:00). Nie pamiętam, kiedy ostatnio przyszłam do kogoś z niezapowiedzianą wizytą. Nie pamiętam, kiedy ostatnio zjadłam całe opakowanie lodów za jednym razem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio brałam kąpiel tak długo, aż woda była zimna i skóra na palcach mi się pomarszczyła. Nie pamiętam, kiedy ostatnio poszłam na spacer rano, ale jeszcze przed świtem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio śpiewałam na głos na ulicy, słuchając muzyki w walkmanie czy iPodzie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio chodziłam boso po trawie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio plotłam wianek z polnych kwiatów. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam bezczelna. Nie pamiętam, kiedy ostatnio krzyczałam na cały głos. Nie pamiętam, kiedy ostatnio powiedziałam obcej osobie, że pięknie wygląda (choć nie, pamiętam, w tę niedzielę! I nawet zrobiłam tej dziewczynie zdjęcie za jej zgodą :)). Nie pamiętam, kiedy ostatnio robiłam fikołki. Nie pamiętam, kiedy ostatnio zrobiłam coś tak szalonego, że aż nierozsądnego. A Wy pamiętacie?
środa, 03 lutego 2010
"Still Walking" ("Aruitemo, Aruitemo"), reż. Hirokazu Kore-eda
Tołstoj twierdził, iż "wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób". Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie. Nieszczęście jest podobne, ale to, co czyni daną rodzinę szczęśliwą, jest absolutnie wyjątkowe. W filmie "Still Walking" z 2008 roku Hirokazu Kore-eda pokazał rodzinę, która mimo różnic charakteru, licznych żalów, pretensji i niesprawiedliwości potrafi jednak porozumieć się ze sobą i dostrzec wartość, jaką jest sama w sobie. Jednym z moich ulubionych gatunków filmowych, o czym przekonuję się nie po raz pierwszy, jest "home drama", dramat domowy. Te filmy francuskie, które cenię najbardziej, są właśnie dramatami rodzinnymi. Podobnie jest z filmami japońskimi. W londyńskim BFI (British Film Institute), które jest bogatym kompleksem kinowym, ma miejsce już od miesiąca wielka retrospektywa filmów Yasujiro Ozu, którego "Tokyo Story" niezmiennie plasuje się w czołówkach rankingów najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek zostały nakręcone. "Tokyo Story" i inne filmy Ozu można bez problemu dostać na dvd, a mnie zainteresowały pokazy filmów nakręconych w stylistyce Ozu. Ten reżyser stanowił chyba inspirację dla największej liczby innych twórców. Wiele filmów, które widziałam i które bardzo mi się podobały, są właśnie nakręcone jako hołd dla japońskiego mistrza. Kore-eda jest godny miana naśladowcy swojego sensei i należy do moich ulubionych reżyserów. Na "Still Walking" czekałam niemal dwa lata i wreszcie dane mi było go obejrzeć. I były to cudowne dwie godziny w kinie :) Do tradycyjnego domu starszych już rodziców, położonego na przedmieściach Yokohamy, przyjeżdżają dorosłe dzieci ze swoimi rodzinami, by wspólnie obchodzić piętnastą rocznicę śmierci najstarszego syna, Junpei, który utonął jako nastolatek, ratując życie innemu chłopcu. Dziadek jest emerytowanym lekarzem i wciąż całe dnie spędza w swym domowym gabinecie, nie mogąc się pogodzić z rolą "dużego śmiecia" (tak w Japonii określa się mężczyzn na emeryturze, którzy nagle stali się bezczynni i zawadzają żonie - określanej przez nich mianem "głupia żona"). Unika rodzinnych dyskusji i po tylu latach nie może pogodzić się ze śmiercią ukochanego syna. Babcia, gadatliwa, ciągle zajęta, przypominająca z wyglądu ropuchę staruszka, pod przykrywką uśmiechu i uprzejmości przemyca drobne złośliwości. Z dalekiego miasta przyjechała córka, stękająca i mało taktowna, ale bardzo sympatyczna, która wraz z mężem i dwójką dzieci marzy o przeprowadzce do domu rodziców. Gościem jest także syn, ten "gorszy", który nie poszedł w ślady ojca i nie został lekarzem, a konserwatorem obrazów, mającym obecnie problemy z pracą. W dodatku popełnił skandal, bowiem ożenił się z młodą wdową, która ma już syna z poprzedniego małżeństwa. Kobieta jest istnym aniołem, rozładowującym atmosferę i nie dającym się zdenerwować. Jej synek zaś od razu zjednuje sobie sympatię dziadków. Widz obserwuje 24 godziny z życia rodziny. Obieranie warzyw na obiad, gotowanie, codzienny spacer dziadka, zamawianie sushi na lunch, wspólne posiłki i rozmowy, zabawy dzieci na świeżym powietrzu, obowiązkowa wizyta mężczyzny, któremu kiedyś Junpei uratował życie i który do dziś ma wyrzuty sumienia wobec rodziny, że przeżył. Odjazd córki i jej rodziny do domu, odwiedziny grobu Junpei, kolacja, kąpiele, szykowanie się do snu itp. Nic spektakularnego, zwykły niby dzień z życia, ale jakże naładowany emocjami, jakże wciągający. Kore-eda roztrząsa tu własne poczucie winy w stosunku do rodziców, których stracił kilka lat temu. Reżyser rzadko bywał w domu rodzinnym i do dziś dręczą go myśli, że powinien był być bardziej cierpliwy, wyrozumiały, powinien był częściej odwiedzać rodziców. Temat straty i przemijania czasu jest zresztą częstym motywem w jego twórczości, wystarczy wspomnieć "Maborosi no hikari", "Afterlife" czy "Nobody knows" (które czeka na półce na obejrzenie, ale nie będzie czekać długo). "Still Walking" stanowi bardzo udaną próbę zachowania w pamięci wszystkiego, co jest dla nas cenne. Gdy odchodzi bliska osoba, najbardziej brakuje nam często tego, co nas w tej osobie złościło. Często tęsknimy za drobnostkami - rozczulamy się na wspomnienie sposobu, w jaki zmarła osoba mrużyła oczy, wzdychała, pochylała się nad garnkiem z zupą... Dla Kore-edy ten film to rozrachunek ze sobą, własnymi wspomnieniami i przeszłością, a dla widza - wspaniała uczta. Nigdy nie mam dość obserwacji codzienności japońskiej. Wszystko mnie fascynuje, każda błahostka, począwszy od melodii języka, gdy dwie osoby się przekomarzają (dialogi są bardzo mocną stroną tego filmu), poprzez nabieranie potraw na własny talerz, ustawianie się do zdjęcia, a skończywszy na rozkładaniu futonu do spania i zawianiu kimona w papier. Ten film jest perełką dla miłośników japońskiej kultury życia - nie wielkich tradycji, samurajów i gejsz, ale zwyczajnej, japońskiej codzienności. Japońska subtelność widoczna u dzieci, które zachwycają się rozkwitającymi kwiatami na drzewach przechodzi u dorosłych w spokojną uprzejmość lub otwartą konfrontację postawy drugiej osoby, zaś u starszych rodziców - czasem w jawną złość i wrogość, a poczucie humoru przestaje być subtelne i staje się wręcz rubaszne. Rewelacyjnie ukazany jest brak umiejętności znalezienia harmonii między życiem na swój sposób, jako indywidualna jednostka, a wypełnianiem oczekiwań rodziców, spełnieniem długu wobec nich, którzy pokładali w dzieciach tyle nadziei i włożyli w ich wychowanie wiele wysiłku. Z czasem dorasta się, bunt zanika i większość ludzi znajduje swoje miejsce w świecie oraz dystans do własnej przeszłości i do bliskich. W filmie jest oczywiście miejsce także na sekrety, które zostają mimochodem ujawnione, i na te, o których nie wszyscy się dowiadują...
Na seansie zauważyłam bardzo wiele starszych Japończyków, niektórzy mieli partnerów brytyjskich. Myślę, że podobnie jak Francuzi, Japończycy też lubią oglądać na ekranie samych siebie. Obok nas siedziała Japonka, na oko 65-letnia, zaśmiewająca się do łez. Sala kinowa była pełna, mimo że ten film pokazywany był przez kilka tygodni, czasem kilka razy dziennie, nie było szans, by dostać bilet nie zakupiwszy go wcześniej (o czym przekonaliśmy się przychodząc dzień wcześniej na pół godziny przed filmem i licząc naiwnie, że uda nam się dostac bilety; nic z tego, musieliśmy wybrać seans następnego dnia). Zarówno "Still Walking" jak i filmy Ozu cieszyły się wielkim powodzeniem wśród widzów. Z kina wyszłam w bardzo dobrym nastroju. Dawno nie widziałam filmu, który mimo trudnej w sumie tematyki (śmierć, poczucie utraty, nieporozumienia rodzinne) byłby tak ciepły, tak optymistyczny, tak dodający energii. Tak pełen życia. Polecam wszystkim gorąco!
wtorek, 02 lutego 2010
"Kokoro" - Natsume Soseki
Japońskie powieści dawnych mistrzów (powieść napisana została w 1914) nie przypominają książek współczesnych autorów japońskich, po jakie dziś zachodni czytelnik sięga najchętniej. Dziś pewnie ta powieść byłaby nowelą. Rozwija się powoli, brakuje w niej punktu kulminacyjnego i jakby nie ma w niej końca. Trzeba się przekonać do lektury, zapewnić sobie spokój, uciszyć rozbiegane myśli i poświęcić w pełni książce. Tylko wówczas rozwinie ona przed czytelnikiem całą swoją głębię. Soseki całe życie zmierzał się z samotnością człowieka we wszechświecie i samotność też stanowi główny temat jego powieści. W 1912 zmarł cesarz Meiji i w Japonii zakończyła się pewna epoka. Choć słynne mono no aware, melancholia przemijania, znana jest Japończykom, nie wszyscy mogą i chcą pogodzić się ze zmianami. Niedługo po śmierci cesarza generał Nogi popełnił z żoną seppuku, w zgodzie ze starym rytuałem samurajskim junshi, które oznaczało posłuszeństwo mistrzowi i pójście w jego ślady aż po śmierć. Można uznać, że to historyczne wydarzenie w tle wpłynęło na rozwój całej "akcji" trzeciej części powieści (powieść składa się z trzech rozdziałów). Streszczenie niewiele daje, bo nie o wydarzenia tu chodzi, a o uczucia bohaterów względem siebie. Już sam tytuł "Kokoro" tłumaczy się dosłownie jako "serce", ale znaczy ono również "uczucie", "serce rzeczy". Młody student w Tokio zaprzyjaznia się ze starszym panem, którego nazywa Sensei - to słowo w języku japońskim oznacza zarówno nauczyciela, jak i mistrza, a także kogoś w rodzaju guru, autorytetu, od którego młodszy mężczyzna uczy się życia. Bohater odwiedza Sensei, samotnego mężczyznę, mieszkającego z żoną i nie pracującego zawodowo, i spędza z nim dużo czasu. Sensei jest dla niego ważny, mimo iż kryje przed nim wiele tajemnic, jest zgorzkniały wobec świata i twierdzi, że żywi nienawiść do całej ludzkości. Daje młodemu studentowi wiele rad, enigmatycznie brzmiących, zanim bohater nie pozna przeszłości Sensei i nie zrozumie jego zachowania, które ten wyjawia mu w liście, stanowiącym całą trzecią część powieści. W międzyczasie bohater odwiedza kilkakrotnie ciężko chorego ojca, a po ukończeniu studiów zostaje w domu rodzinnym w Kamakura na dłużej. Jestem pewna, że w tłumaczeniu wiele niuansów japońskiej kultury zostało straconych, m.in. specyficzny sposób zwracania się do konkretnych osób, sygnalizujący wielki szacunek i stawiający obu rozmówców na określonych szczeblach drabiny społecznej. Mimo wszystko czytelnik nawet czytając tę powieść w języku innym niż japoński dostrzeże wiele aspektów japońskiej obyczajowości. Wielki etos pracy, który każe ojcu i bratu bohatera nie postrzegać Sensei na godnego szacunku, a uważać go za leniwego egoistę (ojciec wyznaje pogląd, iż mężczyzna, jeśli posiada jakiekolwiek umiejętności nie powinien próżnować, zaś brat - iż człowiek, który z wyboru nie czyni pożytku ze swych talentów, jest nic nie wart). Ważną rolę odgrywają obowiązki człowieka wobec sąsiadów, lęk przed utratą twarzy, poczucie winy względem drugiej osoby i cała skomplikowana siatka zależności jednej osoby od drugiej, stanowiąca oś egzystencji Japończyka. Bohater zastanawia się także nad uniwersalną kwestią przyjazni - czy przyjaciel to bardziej ten, o którym wiele wiemy, czy ten, którego myśli i uczucia znamy, ale o którego życiu nie wiadomo nam właściwie nic? Z początku nie jest łatwo wciągnąć się w "Kokoro". Soseki z wielką dokładnością opisuje stan uczuć bohatera, a pózniej także Sensei i chciałam, by wszystko rozgrywało się nieco szybciej. Po kilkudziesięciu stronach jednak przyzwyczaiłam się do powolności i prostoty prozy Sosekiego i dałam się pochłonąć historii. Mimo że surowa, bez żadnych ozdobników, powieść - gdy ujmie się ją jako całość - zdaje się przypominać poezję. Delikatne fale spokojnego morza, których nic nie zatrzyma. Tak jak nie można zatrzymać ludzkiego życia, które uchodzi z każdym oddechem, czy przemijających czasów. PS. Na podstawie powieści nakręcone zostały dwa filmy, sławny jest ten z 1955 roku, wyreżyserowany przez Kona Ichigawę, który zamierzam obejrzeć. W Londynie znajduje się także muzeum poświęcone Sosekiemu, który mieszkał tu na początku wieku przez rok czy dwa lata. Niestety jest zamknięte od pazdziernika do lutego, ale jak tylko znów je otworzą, wybiorę się tam na pewno.
poniedziałek, 01 lutego 2010
Lęki Larsa von Triera, Mirosława Bałki i moje
Wszyscy czegoś się boimy. Od najmłodszych lat uświadamia nam się, iż lęk jest nieodłącznym elementem życia ludzkiego. Dziecko nie boi się tego samego, co dorosły. Nie boi się zwykle śmierci - to rodzice najczęściej obawiają się, iż dziecko nie będzie potrafiło poradzić sobie ze śmiercią taty, babci, chomika. Będzie potrafiło, dla dziecka śmierć jest czymś absolutnie naturalnym, takim snem na wieczność, spokojem. Dziecku brak egoizmu, który dorosłemu każe po śmierci bliskiej osoby bardziej użalać się nad sobą, nad swoim bólem, przeżywać własne cierpienie. I tak naprawdę człowiek nie boi się samej śmierci, a pustki po odejściu kogoś bliskiego, własnego bólu. Własnej śmierci też chyba trudno się bać... To bardziej obawa przed towarzyszącym śmierci bólem, lęk przed tym, czy bliscy poradzą sobie bez nas, wreszcie - zależnie od wiary - lęk przed nieznanym, przed tym, co dzieje się po śmierci. Czy Bóg będzie dla mnie łaskawy? Czy po śmierci zachowuje się jakąkolwiek świadomość? Czy wieczność boli? Czy czeka nas wielka pustka i śmierć to naprawdę koniec wszystkiego? Czy urodzę się ponownie w dobrym miejscu, w dobrej rodzinie? Czy moja karma przybliża mnie do nirwany? Odchodząc od tematyki śmierci nie pozbywamy się lęków. David Lynch pokazał, że człowiek boi się przede wszystkim własnej psychiki. Wyobraznia człowieka jest nieograniczona, potrafi tworzyć najprzeróżniejsze projekcje zdarzeń, tragedii, pisać najprzedziwniejsza scenariusze. Człowiek boi się najczęściej tego, co wcale się nie zdarza. Martwi się na zapas, przyciąga do siebie złe myśli i nie zawsze potrafi je odpędzić. Nawet w kontakcie z drugim człowiekiem, na ciemnej, cichej ulicy człowiek w rzeczy samej nie lęka się drugiej osoby - lęka się przede wszystkim tego, co podpowiada mu własna psychika, która straszy przed nieznajomym złodziejem/gwałcicielem/mordercą. To nie obcy człowiek jest niebezpieczny, to my jesteśmy niebezpieczni, bo narzucamy sobie wyimaginowany lęk przed wyimaginowanym niebezpieczeństwem płynącym od osoby, która najczęściej wcale nie ma złych zamiarów wobec nas.
Obejrzałam w końcu "Antychrysta" Larsa von Triera i poczułam wielką ulgę. Przyzwyczajona jestem, że dzieła duńskiego reżysera nie stanowią plastra na duszę. To niewygodne filmy, które oglądam z reguły kręcąc się w fotelu czy na kanapie i współodczuwając z bohaterami. Von Trier jednak przyciąga mnie niczym muchę na plaster miodu i uwielbiam jego drążenie ludzkiej psychiki. W "Antychryście" bohaterowie mają drążeni dziury nie tylko w psychice, ale także w ciele i niestety musiałam zamykać oczy. Potrafię sobie dobrze wyobrazić ból fizyczny, nie trzeba mi go naturalistycznie przedstawiać. Nie zamierzam analizować całego filmu, bo opierając się o różne teorie psychologiczne i te z pogranicza psychologii można by napisać o nim całą książkę. Rewelacyjna gra aktorska zrobiła na mnie ogromne wrażenie, podobnie jak wspaniałe zdjęcia. Najbardziej jednak zainteresowała mnie analiza lęków bohaterki. Lęków, które od strachu przed naturą, poprzez Szatana kończą się na lęku przed samą sobą. Lęku przed ciemną stroną własnej psychiki. To właściwie żadna nowość, chyba nie jestem jedyną, której przez głowę przebiegła myśl, co by się stało, gdybym np. stojąc na stacji metra zepchnęła mężczyznę stojącego przede mną wprost pod nadjeżdżający pociąg. Albo gdybym wychyliła się bardziej z okna i specjalnie wypadła. Albo celowo nie złapała upadającej szklanki, a pozwoliła jej się spokojnie rozbić. To nie są grozne myśli, tak samo szybko jak się pojawiają, tak też znikają bez śladu. Nawet nie zdążą mnie zaniepokoić. Problem pojawia się, gdy takie myśli człowieka nawiedzają i nie chcą odejść, albo gdy człowiek na siłę je odpędza, bo uważa je za niebezpieczne, a one kumulują się i w pewnym momencie zaczynają rządzić psychiką. Bohaterka filmu dała się owładnąć lękowi i ma powody, by sądzić, że jej lęk jest destrukcyjny. Wyrządza swojemu partnerowi i jednocześnie terapeucie wiele krzywdy, ale najbardziej zszokowały mnie inne krzywdy - bohaterka systematycznie zakładała swojemu synkowi prawy but na lewą stopę i odwrotnie. Niby drobiazg, ale to było działanie z premedytacją, na spokojnie, najczystszy przejaw ciemnej strony duszy. Bohaterka nie skończyła na "co by było gdyby", ona postanowiła któregoś dnia wprowadzić swoje myśli w czyn i owe czyny powtarzać. "Antychryst" uspokoił mnie i wyciszył. Nie okazał się tak niewygodny jak inne filmy von Triera. Lęki bohaterki nie są moimi lękami, to były obawy osoby chorej psychicznie, a ja jestem zdrowa. I potrafię sobie radzić z własnymi emocjami lepiej niż czasem mi się wydaje. A czasem też moje emocje pozytywnie mnie zaskakują... Wybraliśmy się w zeszły weekend przed seansem filmowym (przecudny japoński film "Still Walking") do gigantycznego, czarnego kontenera Mirosława Bałki w Tate Modern. Nasłuchałam się o różnych skojarzeniach, jakie ów kontener wywołuje. Jakie lęki budzą się w osobie, która stojąc na progu obawia się zrobić krok naprzód i zastanawia się, jak ma się poruszać w absolutnej ciemności, gdy nie widać, ile miejsca ma się z boków i przed sobą. Tymczasem ja się w tej ciemności czułam jak ryba w wodzie, swobodna i odprężona. Już jako dziecko tęskniłam do spania w najczarniejszej czerni i dziwiłam się zawsze dzieciom, które wolały spać przy zapalonej lampce. Myślałam, że nawet jak przyjdzie do mnie Zły (babcia straszyła mnie kiedyś jakimś wymyślonym Złym, którego wcale się nie bałam), to w absolutnej ciemności będziemy mieć równe szanse i on mnie wcale nie będzie widział. Ani ja jego. W kontenerze Bałki miałam ochotę położyć się na podłodze i patrzeć w ciemność. Żałowałam, ze drzwi są tak wielkie, że sięgają do sufitu, wolałabym małą mysią norkę w postaci wejścia. A Gucio miał jeszcze lepszy pomysł: wymyślił, że ciekawie byłoby w wielkim pudle ustawić małe, którego wejście byłoby usytuowane naprzeciwko czarnej ściany stanowiącej koniec sali. W tym małym panowałyby prawdziwe egipskie ciemności. Byłabym pierwszą osobą, która ustawiłaby się przed wejściem. Zastanawiając się nad własnym strachem przychodzi mi do głowy przede wszystkim strach przed bólem fizycznym. Nie chcę cierpieć, ani przed śmiercią ani nigdy, nie chcę przeżywać niewyobrażalnego bólu. Myślę, że nie dałabym chyba sobie rady podczas tortur, choć właściwie tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono. Oby mnie nie musiano sprawdzać. Nie boję się samotności, ale obawiam się czasami niespodziewanej utraty bliskich (co ciekawe na własną śmierć czuję się przygotowana właściwie w każdym momencie, gdyby ktoś mi powiedział, że umrę natychmiast, za 5 minut czy za rok - nie ma sprawy, i nawet wolałabym za pięć minut niż za rok). Obawiam się głupoty innych, bezmyślności prowadzącej do tragedii (mam tu na myśli międzynarodowe konflikty). Wciąż obawiam się eskalacji obecnych dramatów, tyranii w imię Boga, honoru, ziemi, tradycji itp. W imię zasad, które przysłaniają człowieczeństwo. Jeśli zaś chodzi o mnie osobiście, to mam nadzieję, że kiedyś będę potrafiła wyzbyć się przywiązania. Przywiązania do ludzi, do przedmiotów, miejsc, do własnych poglądów i myśli. Nie nadaję się na ascetkę, jeszcze zbyt jestem człowiekiem, by wyzbyć się pokus i przyjemności. Brak umiejętności odczuwania przyjemności z tego co nas otacza świadczy przecież, że przestaje się być człowiekiem... A ja jeszcze przywiązana jestem do mojego człowieczeństwa, do tych wszystkich drobnych rzeczy, dobrych i złych, które składają się na codzienność. Jeszcze nie jestem gotowa, by z tego zrezygnować na rzecz obojętności, nawet jeśli przybliżałoby mnie to do oczekiwanej nirwany (ale jeszcze długa droga przede mną do jej osiągnięcia). Więc zarazem boję się tego mojego przywiązania i bólu po stracie (czegokolwiek i kogokolwiek), a z drugiej strony lękam się obojętności i życia wyłącznie chwilą obecną. A czego Wy się obawiacie? Autorem wszystkich ilustracji jest Mark Ryden
czwartek, 28 stycznia 2010
Był sobie Żyd...
Czasem szczerze żałuję, że nie jestem Żydówką. Mogłabym wtedy obwiniać Boga o wszelkie niepowodzenia, przeciwności losu, mogłabym nieść swój krzyż z cierpiętniczą miną i każdy patrząc na mnie mógłby kiwać głową i wzdychać ze zrozumieniem. A ja mogłabym jednoczyć się ze wszystkimi ofiarami narodu wybranego, w moją tożsamość wpisany byłby ból i może jakiś pan Rotschild albo Goldschmidt zlitowałby się i dostałabym pracę np. przy organizacji Festiwalu Filmów Żydowskich... Pomarzyć dobra rzecz. Tymczasem jestem Polką, zwyczajną jak kamyk na dnie rzeki, w dodatku nie chrześcijanką, więc nie mam nawet boga, na którego mogłabym cokolwiek zwalić albo do którego mogłabym się modlić z prośbą o pomoc. Szantażować go także nie mogę, ani przekupywać pielgrzymkami do Częstochowy. No i dziękować za łaskawość mogę jedynie ludziom. Shalom Auslander, autor przezabawnej autobiografii "Foreskin's Lament", odczuwa całą paletę uczuć względem Boga, tak naładowaną neurozami, że Woody Allen zdaje się być przy nim oazą spokoju i stoicyzmu. Auslander dorastał w ortodoksyjnej społeczności kilkadziesiąt mil od Manhattanu z ojcem alkoholikiem i potajemnym miłośnikiem pornografii, matką, wychowującą go zgodnie z najsurowszymi zasadami judaizmu i rodzeństwem. Autor, oczekując narodzin swego pierwszego syna i rozważając z żoną wszelkie "za" i "przeciw" obrzezaniu wspomina swoje dzieciństwo i młodość. Dni małego Shaloma wypełnione były odpowiednimi błogosławieństwami, które trzeba były powiedzieć przed spożyciem konkretnego dania i z których to błogosławieństw odpytywano w jesziwie. Już od najmłodszych lat Auslander przekonywał się, że życie Żyda to nie droga usłana różami. A może i usłana, ale dowcipny Bóg podsuwa same kolce. Zewsząd ciągle podsyła pokusy - hotdoga (traif!), ukryty przez kogoś w pobliskim lesie stos magazynów pornograficznych, zakupy w czasie Szabas i milion innych drobnostek, które dla nie-Żyda w ogóle nie stanowią powodu do frustracji. Tymczasem autor ma wrażenie, że do jednego ucha szepcze mu Bóg, a do drugiego - Szatan i jeden zagłusza wciąż drugiego. Tyle cennej energii poświecić trzeba przekupywaniu Boga, by nie zechciał za grzechy zabić ojca, matki, samego autora... Dorosły Auslander nie jest wcale wolny od lęków i neuroz. Sen z powiek spędzają mu rozważania, czy synek urodzi się żywy. A może jego żona umrze przy porodzie? A jeśli oboje wyjdą z tego cało, to może zginą w drodze ze szpitala w wyniku wypadku? Albo wchodząc już do domu, żona potknie się i upadnie wraz z synkiem rozbijając sobie i jemu głowę o schody. "That would be so God." Pełną gorzkiej ironii i specyficznego żydowskiego humoru książkę czytaliśmy z Guciem na głos, zaśmiewając się, aż łzy płynęły nam z oczu. Nie sposób opowiedzieć choćby jednej anegdotki z autobiografii, niemal każda strona jest nimi usiana, a większość z nich nadaje się idealnie dla komików do opowiadania na scenie. Odchodzenie od wiary, nawrót pobożności podczas roku spędzonego w Izraelu, potem znów odejście do Boga, ale przy ciągłym zachowaniu złości, gniewu i wyrzutów względem niego stanowią nić łączącą poszczególne etapy życia Auslandera. Nie wszyscy Żydzi zapewne będą potrafili znalezć wystarczająco dużo dystansu w sobie, by lekko podejść do kpin autora z żydowskich zwyczajów i stylu życia, ale ta lektura to znakomity test na poczucie humoru i doskonały dowód na to, że każda wiara, a ortodoksyjny judaizm w szczególności, niesie ze sobą więcej ograniczeń niż swobód. Myślałam, że Woody Allen jest śmieszny, ale Shalom Auslander przebił go o mile świetlne. W podobnym klimacie zdaje się być utrzymany najnowszy film braci Joela i Ethana Coen "A Serious Man". Bohater, Larry Gopnik, jest, podobnie jak Auslander, sfrustrowanym, neurotycznym mężczyzną, tyle że starszym od pisarza o kilka lat i mieszkającym w Minnesocie w 1967 roku. Nie jest mu lekko. Film zaczyna się, gdy bohater przechodzi badania lekarskie, które najprawdopodobniej wykażą jakąś nieprawidłowość. W dalszych częściach filmów problemy mnożą się niczym przez pączkowanie. Żona chce rozwodu, nastoletni syn powinien przygotowywać się do zbliżającego się bar mitzvah, a czas spędza słuchając muzyki. W koledżu, w którym Larry jest profesorem matematyki, wkrótce obędzie się narada mająca ustalić, czy przedłużyć Larry'emu kontrakt. Jeden ze studentów próbuje przekupić Larry'ego, by ten zaliczył mu semestr, a do kłopotów rodzinnych dochodzi męczący brat bohatera, który bezrobotny, swą depresję postanowił przeczekać wprowadzając się do Gopników i kreśląc całymi dniami jakieś dziwne wzory w zeszycie. Nic dziwnego, że Larry zaczyna mieć pretensje do Boga i zastanawiać się nad sensem dzwigania całego tego żydowskiego krzyża. Dziwaczne sny nie dają mu spokoju i bohater postanawia skonsultować się z trzema mądrymi rabinami, z których każdy jest bardziej zagadkowy od poprzedniego. Bracia Coen nigdy w swej karierze nigdy nie poruszali tak otwarcie tematu tożsamości żydowskiej. Większość ich filmów wyróżnia specyficzne poczucie humoru, w "A Serious Man" tego humoru chyba jest najwięcej. Mamy tu więcej szacunku do tradycji żydowskich niż u Auslander, jednakże wiara także według Coenów nie daje bohaterowi ukojenia. Rozmowy z rabinami są bardziej niepokojące niż uspokajające i wyraznie dają do zrozumienia, że nie ma ratunku dla szarganej lękami duszy. Trzeba z pokorą znosić wszystko, co Bóg dla nas naszykował i nie kwestionować jego woli. Przesłanie bardzo poważne i bracia Coen nie dają widzom fałszywego pocieszenia, że jakoś to będzie. Dodatkowo przed samym filmem widz ogląda króciutką historię w stylu I.B. Singera, dziejącą się w XIX-tym wieku gdzieś w Europie Wschodniej o żydowskim małżeństwie i rabinie, a raczej dybbuku rabina. Zastanawiałam się długo, jaki związek ma ta opowiastka z amerykańską tragikomedią, którą bracia Coen serwują nam potem, ale żadnej relacji nie dostrzegłam. Domyślam się, że to po prostu wyraz dowcipu żydowskiego - nie wszystko ma sens, nie wszystko kończy się zgrabną puentą. "A Serious Man" to znakomity film, reżyserzy nie obiecują więcej niż mogą dać i można dla nich jedynie na koniec wznieść toast koszernym winem: "Mazel tov!".
środa, 27 stycznia 2010
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Na dnie afgańskiej duszy
Wieś w pobliżu Sarobi "Ziema jest twarda, niebo jest blisko" (przysłowie z Azji Centralnej) Roland i Sabrina Michaud to para francuskich podróżników i fotografów, którzy od połowy lat 1950-tych przez 40 lat przemierzali kontynent azjatycki, a także wschodnią Afrykę. Widzieli świat, którego już nie ma: olbrzymie posągi Buddy w Afganistanie, które talibowie wysadzili potem w powietrze, Chiny za czasów Rewolucji Kulturalnej, z czteroletnim synkiem podróżowali na początku lat 70-tych wielbłądami przez Kirgistan (a niektórzy rodzice mają dziś obawy, by latać z małymi dziećmi samolotem do krajów, w których turystyka jest dużo lepiej rozwinięta...), całe miesiące spędzili w Mongolii, dokładnie zjezdzili całe Indie, od Himalajów na północy po południowe plaże. Takich doświadczeń i wrażen może im pozazdrościć niejeden podróżnik i fotograf. Tapicer Mahmad Niyaz "Rozkwitaj jak kwiat, ale oby twoje życie trwało dłużej" (tak się mówi w Afganistanie wręczając komuś kwiaty) Efektem ich podróży i pracy jest kilkanaście książek, przeważnie albumów fotograficznych. Czaiłam się na album o Afganistanie w Paryżu dość długo, aż pewnego dnia zobaczyłam go na przecenie 50%. I nie mogłam nie kupić, zwłaszcza, że - jak pokazało szukanie go w internecie - jest bardzo trudno dostępny. Oglądam go od tamtej pory co jakiś czas, już od pierwszych fotografii będąc pod urokiem surowości afgańskiego krajobrazu, jednolitości kolorystycznej architektury tamtejszych miast i bogatej kolorystyki strojów. Zapiera mi ciągle dech z wrażenia na widok znanych już przecież zdjęć błękitów mozaiki meczetów i niezwykłej urody afgańskich mężczyzn - ich czarne lub błękitne oczy zdają się drążyć moją duszę... Modlący się w meczecie w Nao Darra "Celem podróży nigdy nie jest miejsce, ale nowy sposób patrzenia na otoczenie." (Henry Miller) Walki bażantów w Tashquorghan "To był Tashquorghan w Afganistanie, miejsce będące dawno temu niczym miasto dla duszy" (André Velter "L'Arbre-Seul") Wielki Budda w Bamyan "Tego dnia myślałem, że trzymam coś ważnego i że moje życie się zmieni. Ale niczego tego rodzaju nie nabywa się raz na zawsze. Niczym woda, świat przepływa przez ciebie i przez chwilę użycza ci swych barw. Potem się cofa, pozostawiając cię ponownie samego, byś zmierzył się z pustką, którą nosi się w sobie, byś zmierzył się z tą centralną niewystarczalnością ducha, z którą trzeba nauczyć się żyć i walczyć, ale która, paradoksalnie, jest naszą najpewniejszą siłą napędową." (Nicolas Bouvier, "L'Usage du monde") Młoda Turkmenka Karawana wielbłądów niosących drewno do Pakistanu "Wędrówka przywraca oryginalną harmonię, która dawniej istniała między człowiekiem a wszechświatem." (Anatole France) Sprzedawca warzyw w Kandaharze Widok na Kabul "Nie ma obcych krajów. Jest tylko podróżny, który jest obcy." (Robert Louis Stevenson) Ulica w Kabulu PS. Notkę dedykuję Maga-marze i Latającej Pyzie z podziękowaniem za inspirację.
niedziela, 24 stycznia 2010
Fotografia XIX-wieczna w radio Roxy FM
Jutro (poniedziałek 25 stycznia) w Roxy FM u Maxa Cegielskiego w "Nie lubię poniedziałku" między 19:00 a 20:00 będę króciutko mówiła o wystawie fotografii XIX-wiecznej "Points of View: Capturing the 19th Centrury in Photographs", którą do 7. marca można oglądać w British Library w Londynie. Wystawa jest wielkim wydarzeniem kulturalnym, określa się ją jako najważniejszą ekspozycję fotografii ostatnich lat. Opowiem, co można zobaczyć na wystawie i jak zmieniało się postrzeganie fotografii w XIX wieku na przestrzeni lat. Za kilka dni pojawi się dłuższa relacja tu na blogu :)
piątek, 22 stycznia 2010
"Nine Parts of Desire. The Hidden World of Islamic Women" - Geraldine Brooks
Trudno jest pisać o islamie, a szczególnie o kobietach w islamie, zachowując obiektywizm i zimną krew. Zewsząd przecież słychać o obrzezaniu, morderstwach honorowych, poddaństwie kobiet wobec mężczyzn. Geraldine Brooks, urodzona w Australii reporterka dla dziennika "Wall Street" spędziła siedem lat na Bliskim Wschodzie, zaglądając za chustę szczelnie otulającą twarz kobiety muzułmańskiej. Jako Żydówka była potencjalnym wrogiem każdego muzułmanina, jednak tylko dwa razy zapytano ją o wyznanie i nigdy nic złego jej z powodu jej wiary nie spotkało. Napisała książkę będącą jednocześnie krytyką wielu aspektów islamu, ale też będącą doskonałą, wielowymiarową relacją odnośnie tego, jak żyją muzułmanki w krajach Bliskiego Wschodu. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek czytała książkę tak fascynującą, odkrywającą przede mną drugie i trzecie dno świata islamskiego. Do przeczytania całej recenzji zapraszam na portal www.arabia.pl, a dokładniej tutaj.
środa, 20 stycznia 2010
Dla tych, co w Londynie - książkowe ogłoszenia parafialne
Jutro, 21 stycznia, w Institute of Education przy Russell Square, Henning Mankell będzie mówił o swojej nowej powieści "The Man from Beijing". W piątek, 22 stycznia, w Hungarian Cultural Institute, są obchody setnej rocznicy urodzin Antala Szerba, którego powieść "Journey by Moonlight" recenzowałam tutaj. Pokazany będzie film dokumentalny o życiu pisarza, a następnie odbędzie się dyskusja z jego książek (i książki Mady Szabo), Lenem Rixem. Oczywiścię się wybieram :) W poniedziałek, 25 stycznia, w King's Place, Martin Amis będzie opowiadał o swojej powieści "Time's Arrow". Tych, którzy planują przyjazd do Londynu, być może zainteresuje fakt, że w dniach 27 luty - 7 marca odbędzie się Jewish Book Week. Zorganizowane będą spotkania z wieloma sławnymi autorami, wystąpią m.in. Paweł Huelle, Etgar Keret, Jonathan Safran Foer, Simon Mawer, Lionel Shriver i inni. Wybieram się na spotkanie z Chloe Aridjis, której powieść "The Book of Clouds" recenzowałam tutaj, a także na spotkanie z Eli Amirem, którego powieść "The Dove Flyer" bardzo mnie interesuje (rzecz dzieje się w Bagdadzie w roku 1950 wśród społeczności żydowskiej). Zobaczę także Pawła Huellego i wybiorę się na spektakl/dyskusję/koncert pt. "Time Travelling in Polish Literature", które przywoływać będzie prozę, poezję i dramat polskich pisarzy żydowskich, m.in. Brunona Schulza, I.B. Singera i Idy Fink. Grano będzie muzykę klezmer w wykonaniu Lemeza Lovas ze znakomitego zespołu Oi Va Voi, który bardzo cenię. Trzy krótkie powiastki na trzy wieczory
Po krótkie książeczki sięgam w szczególnych okolicznościach. Czasem jednego dnia skończę czytać grubszą książkę i mam ochotę poczytać coś jeszcze, ale nie zaczynać noewej powieści. Wtedy przydaje się coś, co nie przekracza stu stron i co można zacząć i skończyć tego samego wieczora. Albo gdy czeka mnie jazda metrem przez 40 minut na Heathrow, a potem zaledwie półtoragodzinny lot do Berlina do rodziców - wówczas dobre są opowiadania, bo po każdym można przerwać lekturę i zadumać się lekko, zanim wróci się do książki. Krótkie książki dobre są na maszyny cardio na siłowni (choć ja ostatnio taszczę monumentalną "The Children's Book" i mam problem z ułożeniem jej przed sobą). Wszystkie opisywane tu książeczki są cieniutkie i idealne jako przerywnik między grubszymi powieściami. Tim Krabbé "Drei auf dem Eis" Tę opowieść wspaniałomyślnie sprezentowała mi Abiela, za co jej jeszcze raz gorąco dziękuję. Czekałam z nią na rozkwit zimy nie będąc wcale pewna, czy się tej zimy w Londynie doczekam. Ale całkiem niedawno kolejny już raz w ciągu ostatnich dwóch miesięcy spadł śnieg, więc czym prędzej sięgnęłam po historię, która bez śniegu i lodu nie miałaby racji bytu. Kochający zimę odnajdą tu swój żywioł, a miłośnicy jazdy na łyżwach z pewnością będą identyfikować się z głównym bohaterem, który wraz ze swoim synem spędza urlop zimowy w Izraelu, marząc jednak tylko o powrocie do Holandii i szusowaniu po zamarzniętych kanałach. Z powrotem w domu tak szybko jak tylko może nakłada łyżwy i wyrusza na kilkugodzinną przejażdżkę, wspominając wydarzenia sprzed dziesięciu lat, gdy ze świeżo poślubioną żoną (dziś mieszkają osobno) spędzali wspólnie czas na lodzie. Nadzieja na ponowne życie rodzinne wraca, gdy żona odwiedza go z synem i oboje wyrażają chęć pójścia na łyżwy w trójkę. "Drei auf dem Eis" to mimo mroznego tła opowieść pełna ciepła, o prostych przyjemnościach. Krabbé kieruje uwagę czytelnika ku ognisku domowemu i w oszczędnych słowach mówi o tym, co niezwykle ważne - jak cenny jest dobrze spędzony czas w otoczeniu bliskich osób. Ma Jian "Stick out your tongue" Cieniutki zbiorek opowiadań, upominek od Invitady (dziękuję raz jeszcze!), przeleżał u mnie na półce kilka miesięcy. To zupełnie inna w klimacie książka od powyższej. Pierwsze opowiadanie znałam już z podróżniczej relacji pisarza pt. "Red Dust", ale pozostałe były dla mnie nowe. Autor podczas swojej podróży po Chinach zawitał także do Tybetu. Przysłuchiwał się historiom, obserwował ludzi, poznawał obcą dla niego kulturę bez uprzedzeń i bez wyrażania o niej sądów. Niektóre z rytuałów, jak np. inicjacja buddyjska nowego wcielenia lamy, budzą dreszcz przerażenia. Inne wywołują uśmiech. Surowość codzienności tybetańskiej, pokora wobec przyrody, duchowość, niezwykłe wyobcowanie Tybetańczyków, a jednocześnie potrzeba kontaktu z drugim człowiekiem przebijają z kart książki. Autor zaprzecza ponadto mitowi, jakoby ludność tybetańska była społeczeństwem, w którym panuje samo dobro, jak to często przedstawiają media. W Tybecie także mają miejsce morderstwa, gwałty, kradzieże, uzależnienia - ludzie, jak wszędzie indziej, nie są aniołami. "Stick out your tongue" to fascynujące opowiastki, dzięki którym możemy choć na jeden wieczór przenieść się do krainy, gdzie rozległe pustkowia kuszą podróżnych spragnionych samotności i gdzie kobiety pachną ciepłym mlekiem i jagnięciną. Alessandro Baricco "Novecento" "Novecento" to historia, która jest prawie wspaniała. Piszę "prawie", bo podobnie jak całkiem niedawno recenzowane przez mnie "Bez krwi" pozostawia niedosyt. Bohaterem jest tytułowy Novecento, niezmiernie utalentowany pianista, który urodził się i całe życie spędził na statku, kursującym między Europą a Ameryką. Jego stopa nigdy nie postała na lądzie, ale pewnego dnia ogarnia go pragnienie ujrzenia morza od innej strony, właśnie od strony lądu. Baricco kolejny raz rozczarował mnie serwując mi wprawdzie cudowną, hipnotyzującą opowieść, ale pozwolił mi cieszyć się nią zbyt krótko. Czułam się, jakby pyszną zupę podano mi w maleńkiej filiżance i kazano ją jeść łyżeczką deserową. Novecento zasługuje na to, by dać mu więcej miejsca. Zbyt szybko rozpoczęte i zakończone są myśli dotyczące tego, czym jest nasza percepcja rzeczywistości, cóż znaczy powołanie życiowe i przeznaczenie. Domyślam się, że autor pragnął tylko dać tą historią pretekst, by czytelnik sam kontynuował rozważania i idąc tą myślą uważam, że zabieg mu się udał. Niemniej jednak z przyjemnością poczytałabym o Novecento dłużej niż zaledwie godzinę. Jakie są Wasze ulubione cienkie książki, takie na godzinkę czytania?
wtorek, 19 stycznia 2010
LFF: "Men on the Bridge", reż. Aslı Özge
Stambuł widziany oczami Özge to nie pamukowe labirynty bocznych uliczek i podupadających ottomańskich rezydencji. To także nie wyprane z barw, spokojne miasto, jak przedstawia je Nuri Bilge Ceylan. Hüzün, jeśli istnieje, pozostaje dobrze ukryte przed bohaterami filmu "Men on the Bridge", który nagrodzony został w 2009 roku Złotym Tulipanem na Stambulskim Festiwalu Filmowym. Ci młodzi ludzie nie wiedzą zapewne, kim był Pierre Loti, nie wiedzą o nagrodach, jakie współczesne kino tureckie zdobywa na prestiżowych festiwalach na całym świecie, nie czytają noblisty Pamuka. Słynny Most Bosforski, łączący Europę z Azją, nie jest dla nich symbolem symbiozy kultury wschodniej z zachodnią, a stanowi zwykłe, codzienne miejsce pracy. Umut, taksówkarz, często stoi na moście w korku, zastanawiając się w myślach, w jaki sposób sprostać wymaganiom żony marzącej o lepszym mieszkaniu w lepszej okolicy. Murat, policjant drogówki, wlepia kierowcom mandaty, mając jednocześnie głowę zaprzątniętą myślami o zdobyciu wreszcie dziewczyny. Fikret sprzedaje kierowcom róże, ale pragnie stałej pracy, dzięki której mógłby zapewnić sobie lepszą przyszłość. Wszyscy trzej bohaterowie to mężczyzni jakich wiele w Stambule. Borykają się z codziennością, zdając sobie sprawę, że Stambuł to nie tylko romantyczna metropolia, o której poeci piszą wiersze (czego nie wszyscy są świadomi), ale przede wszystkim ciężkie i okrutne miasto, w którym trzeba mieć twarde łokcie, by osiągnąć, co się chce. Özge znakomicie przedstawiła zagubienie zwykłych stambułczyków. Mężczyzni nie radzą sobie z rzeczywistością, w jakiej przyszło im żyć. Umutowi brakuje energii i motywacji, by walczyć o lepszą pracę, zresztą tkwi w zamkniętym kole - spędzając całe dnie w taksówce nie ma czasu i siły, by się dokształcać i szukać innej pracy. Murat tęskni rozpaczliwie za swoją wsią we wschodniej Turcji, a jego randki z dziewczynami poznanymi w internetowych chat roomach kończą się po piętnastu minut. Infantylny policjant nie ma kobiecie nic do zaoferowania, nie potrafi prowadzić rozmowy i wyjść spod fartuszka mamusi. Fikret, pochodzący z bardzo ubogiej dzielnicy, czuje się kompletnie zagubiony w eleganckim centrum Stambułu. Jego kompletny brak edukacji nie pozwala mu na znalezienie żadnej pracy, nawet w tanim barze w roli "podaj-wytrzyj-pozamiataj" sobie nie radzi. Bardziej przedsiębiorcze są kobiety stambułskie. Żona Umuta ma aspiracje, szuka porządnej pracy i gotowa jest skończyć kurs komputerowy, by poprawić swoje kwalifikacje. Dziewczyny, z którymi spotyka się Murat, także zdają się wiedzieć, czego chcą od życia i jak to osiągnąć. Film Özge stanowi bardzo akuratny obraz współczesnego społeczeństwa tureckiego, szczególnie męskiej części. To ludzie, którzy mają jakieś marzenia i cele, ale nie potrafią ich dokładnie sprecyzować. Czują się Turkami, gotowi są demonstrować swój powierzchowny nacjonalizm, choć nie przeczuwają, co może z tego wyniknąć. Nie rozumieją przemian, jakie dzieją się wokół nich. Özge ukazała stambułczyków czekających na coś lepszego, co nie wiadomo kiedy i jak ma nadejść. W wywiadach powtarza, że ukazana przez nią postawa symbolizuje pozycję Turcji na drodze ku przyłączeniu do Unii Europejskiej. Nietrudno się z nią zgodzić. Silną stronę filmu stanowi dodatkowo doskonałe "aktorstwo", Umuta i Fikreta grają oni sami, jako że film miał być z założenia filmem dokumentalnym. Policja nie zezwoliła na portertowanie policjanta, więc faktycznego Mukrata zagrał jego brat. Film oglądałam w niezależnym kinie w północnej części Londynu, w której mieszkają przeważnie Turcy pochodzący z Anatolii. Wokoło multum restauracji ocakbaşı, liczne bary serwują uliczne dania kuchni tureckiej, tureckie warzywniaki, gdzie zakupy robią także mieszkający w pobliżu Jamajczycy, i kluby, w których brodaci mężczyzni w brzydkich swetrach we wzorki przy świetle jarzeniówek oglądają turecką telewizję. Mieszkańcy Londynu, niczym nie różniący się od bohaterów ukazanych w filmie. Mający zapewne te same problemy, może nieco lepiej potrafiący odnalezć się w dzisiejszym świecie. Takich Turków zabrakło na projekcji filmu. Zapewne wolą pójść na nowego Bonda niż film o ich rodakach stojących wiecznie w korku na Moście Bosforskim... Dobrze, że przynajmniej publiczność londyńska dostała mniej wystylizowany obraz Stambułu niż Bilge Ceylana i gotowa jest zaakceptować mniej artystyczne spojrzenie na codzienność życia w stolicy Turcji.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Libido rządzi światem
Wiedeń 1923 roku. Mieszczańsko, ale przytulnie urządzony pokój. Ubrana w długą ciemną spódnicę i morelową bluzkę młoda dziewczyna zawzięcie myje podłogę mopem. Dziś jest wielkie święto, dziewczyna dostanie dyplom lekarski. Wbiega inna, ubrana tylko w bieliznę: kremową halkę, gorset i kremowe pończochy. Jej imię mówi samo za siebie - Desiree. Przyszła, aby kusić koleżankę. Ferdinand Bruckner napisał w 1926 roku sztukę zatytułowaną "Pains of Youth", którą obejrzeliśmy kilka dni temu w National Theatre w reżyserii Katie Mitchell. Sześciu studentów medycyny - trzej mężczyzni i trzy kobiety oraz jedna młodziutka służąca - bierze udział w pewnej grze, w przypadku służącej zupełnie nieświadomie. Obserwują nawzajem swoje zachowanie, tak jak obserwują postępujące choroby u pacjentów. Paleni pożądaniem starają się racjonalnie i na chłodno tłumaczyć swe i innych reakcje. Jednak jedyne "chłodne" sceny to momenty między drobnymi zmianami scenografii, gdy aktorzy zastygają w swych pozach, a do pokoju wkraczają młodzi aktorzy ubrani w czarne garnitury lub garsonki, w lateksowych rękawiczkach usuwający niektóre przedmioty i wnoszący na scenę inne, sterylnie przykryte przezroczystą folią, która dopiero w pokoju zostaje usunięta. Poruszają się szybko, bardziej jak agenci badający scenę zbrodni niż ludzie. Po chwili znikają i wszystko wraca do normy. Światło ze staroświeckich żyrandoli lub lampek ciepło otula kąty pokoju, dyskretnie gra muzyka z gramofonu, a napięcie wytwarzają sami bohaterowie. Wszyscy egzaltowani do granic możliwości, wygłaszają pseudofilozoficzne, irytujące stwierdzenia, jak Desiree: "Każdy powinien się zastrzelić w wieku 17 lat", deklarują drugiej osobie płomienną miłość, by już po chwili pałać do tej osoby równie wielką nienawiścią. Nawet control freak w postaci Fredera, czarnego demona pod przykrywką studenta, którego zadaniem jest wyciągnąć na powierzchnię skrywane pragnienia, traci kontrolę nad sobą. Dużo na scenie krzyku, dużo agresji i histerii, aż chce się oblać bohaterów zimną wodą i kazać im się opanować. Ale, jak zbadał to już Hipokrates, histeria to choroba macicy, która z braku rozładowania napięcia seksualnego przesuwa się ku górze uciskając serce i płuca, w wyniku czego kobieta wariuje. Profesor Charcot i Zygmunt Freud skupiali się w swych badaniach szczególnie na histerii i potwierdzali seksualne podłoże tego stanu. Trudno, by młodzi bohaterowie nie zdawali sobie sprawy z podłoża histerii, która ich dotyka - w równym stopniu kobiety jak i mężczyzn. Czasy powojenne sprzyjały emancypacji kobiet, które otwarcie zaczęły mówić o swych potrzebach i pragnieniach i które przestały być zależne od mężczyzn. Mężczyzni z kolei poczuli się zagrożeni w swej męskości i znieważani, gdy ich zaloty i próby roztoczenia opieki nad kobietami spotykały się tylko z szyderczym śmiechem. Widz obserwuje na przykładzie studentów zmiany, jakie zachodzą w społeczeństwie. Obserwuje eksperyment, jaki przeprowadzają studenci, być może wyposażeni doskonale w wiedzę teoretyczną o psychologii człowieka, jednakże nie znający dobrze siebie samych i nie potrafiący przewidzieć swego własnego zachowania. W pewnym momencie eksperyment przestaje być grą, a staje się tragedią. Ktoś posunął się zbyt daleko. Nie znam Katie Mitchell, nie oglądałam żadnych jej wcześniejszych produkcji. Ta sztuka mnie zauroczyła. Wpadłam w pułapkę własnych uprzedzeń. Nie przepadam za teatrem, gdyż zbyt często widzę w sztuce ograniczenia - brakuje mi prawdziwego światła, prawdziwego krajobrazu. Zbyt często mam poczucie, że to tylko gra. Tutaj wszystko było idealne. Gra miała być grą, pokój miał być tylko pokojem, światła dziennego nie przewidziano. Poza muzyką dobiegającą z gramofonu, wszelkie dzwięki i melodie produkowane były na żywo przez zespół muzyczny na balkonie. Nic nie przeszkadzało, a wszystkie elementy produkcji współgrały ze sobą. Do secesyjnego, delikatnego wnętrza pasowało ekspresyjne zachowanie bohaterów, świetnie grających młodych aktorów. Miałam wrażenie, że sztuka jest poważniejsza niż wskazuje na to treść. Poza namiętnościami kryje się cień klątwy, klątwy życia w czasach, które są zbyt trudne do ogarnięcia dla młodego człowieka. Idąc do teatru nie miałam żadnych oczekiwań, nic nie wiedziałam o tym dramacie, a dostałam błyskotliwą analizę społeczeństwa wiedeńskiego wczesnych lat 1920-tych i fascynującą grę w grze. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||