Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi
|
piątek, 18 maja 2012
Nocne spacery po Sewilli
To nieprawda, że hiszpańskie miasta nigdy nie śpią. Ulice Madrytu czy Barcelony są gwarne przez całą noc, ale w Sewilli nocą się sypia, przynajmniej wiosną. Trzeba wyspać się na zapas, bo latem pogoda podobno jest nie do wytrzymania i wówczas noce spędza się na powietrzu. Śpi się zaś, gdy żar leje się z nieba i przebywanie na zewnątrz grozi poparzeniem. Wiosenne noce w Sewilli są chłodne. Wiosenne noce w Sewilli są ciche i spokojne. Można zagubić się w labiryncie uliczek, spacerować coraz dalej i dalej, z mapą w ręku, po czym ze zdumieniem stwierdzić, że po kilkunastominutowej wędrówce znajdujemy się w punkcie wyjścia. Tomas Eloy Martinez pisał w "Tango w Buenos Aires", że jest taka ulica w stolicy Argentyny, która rozciąga się jak guma i czas na niej staje w miejscu. Podobnie czułam się w starej części Sewilli. Zegary nad sklepem starego zegarmistrza wskazywały dwie minuty po północy i czas niemal nie ruszał do przodu... Brukowane uliczki lśniły w świetle latarni, gdzieś daleko przed nami przemykała czyjaś ciemna sylwetka, wchodząc do tej czy innej bramy. Przed licznymi barami tapas pracownicy wycierali stoły i śpieszyli się zamknąć interes na noc. Gdzieniegdzie jeszcze ostatni klienci wypijali jednym haustem ostatni kieliszek wina czy połykali ostatnie oliwki. Sewilla nocą jest piękna. Za dnia sklepiki straszą turystycznym badziewiem czy dewocjonaliami. Od butików oferujących sukienki komunijne według najnowszych trendów (tiulowe paski pionowe na bluzeczce, a poziome na spódnicy) można dostać oczopląsu. Starsze mieszczki poważnie przeglądają katalogi z sezonową modą, jakby Bóg naprawdę przykładał wagę do tego, jak panna będzie ubrana na pierwszej komunii. A poza sukienką trzeba jeszcze przecież dokupić świecę, pantofle, biżuterię, rękawiczki, różaniec, nową Biblię i figurynki Matki Boskiej, Jezusa czy któregoś ze świętych. Religijność mieszkańców Sewilli zaskoczyła mnie mocno. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek była w równie konserwatywnym, chrześcijańskim mieście. Przy tym ostentacyjność w obnoszeniu się z własną religią przypominała mi bardzo chrześcijan z indyjskiej Kerali - sądzę, że Indusi i Hiszpanie znaleźliby wspólny język bez problemu. Sewilla za dnia nie zachwyca tak bardzo jak nocą. Tłumy turystów przeszkadzają, wrzeszczące nastolatki z Włoch czy Francji snują się znudzone obok cudnych budynków - aż strach pomyśleć, co się będzie działo latem. Brak zieleni doskwiera mocno, próżno wyglądać parku - to zdaje się być problemem wielu hiszpańskich miast. Jedna uliczka z drzewami wzdłuż niej mieści jeden bar tapas obok drugiego i to tam się przesiaduje - turyści obok miejscowych. Cóż, kuchnia hiszpańska, piszę nie pierwszy raz, należy do najmniej przeze mnie lubianych. Mięsożerni mają w czym wybierać, ale dla wegetarian pozostają ziemniaki polane obficie majonezem, niekiedy ciecierzyca (trzeba dopytać się, czy aby na pewno bez boczku) i smażony bakłażan, od którego niedobrze się robi, tak jest tłusty. Chyba nigdzie nie bywałam tak głodna, jak w Sewilli i Cordóbie, i tak spragniona świeżych warzyw. W Cordóbie nawet sałaty nie dostałam surowej, usmażono mi ją! Gdyby przyznawano nagrody za najgorszy chleb, jestem pewna, że Hiszpanie mieliby wyróżnienie zagwarantowane. To coś, co nazywają chlebem, trudno przełknąć. Przyznam, że kuchnia i perspektywa szukania czegoś, co nadawałoby się do jedzenia, skutecznie odstrasza mnie od hiszpańskich miast, pomimo piękna krajobrazu miejskiego, jakie można w nich podziwiać. Czyimi śladami kroczy się po Sewilli nocą? Mimo iż miasto urodziło wielu sławnych hiszpańskich poetów, mnie kojarzyło się z Fernando Pessoą. Zupełnie bezpodstawnie, gdyż ten przypisywany jest Lizbonie. Ale w Sewilli znalazłam odcisk jego tekstu: "Powietrze jest zawoalowaną żółcią, jakby blada żółć widziana była przez brudną biel. Niemalże nie ma żółci w szarym powietrzu, ale bladość szarości zawiera żółć w swym smutku". Żółte światło latarni odbijane jest dodatkowo od żółtych ścian budynków, czasem pobazgranych ohydnie przez wyrostków. Więc topi się nocny wędrowiec w owej żółci niczym w gotowanym na miękko jajku, krąży w kółko, aż trafi do właściwych drzwi, wejdzie po schodach, otworzy drzwi do właściwego pokoju i padnie wyczerpany na łóżko. A po paru godzinach przywita go jeszcze większa porcja żółci, słońce bowiem pieściło będzie jego twarz i kazało zmierzyć się z Sewillą w ostrym świetle poranka.
wtorek, 15 maja 2012
"The 14th Dalai Lama. A Manga Biography" - Tetsu Saiwai
Natrafiłam na tę mangę przypadkiem, szukając konkretnej książki w Waterstone's i z ciekawości zaglądając na ciągnące się metrami regały z końcówkami nakładów, do kupienia po mocno obniżonych cenach. Książkę kupiłam dla siostry, ale sama przeczytałam ją w jeden wieczór. Tę szczególną, komiksową biografię XIV Dalajlamy, Tenzina Gyatso, pt. "The 14th Dalai Lama. A Manga Biography" napisał i zilustrował japoński rysownik Tetsu Saiwai. Właściwie biografia to za dużo powiedziane, bo książka relacjonuje tylko konkretne wyrywki z życia duchowego przywódcy buddystów tybetańskich. Opowiedziane jest poszukiwanie XIV Dalajlamy, wczesne lata jego życia, bez zgłębiania się w szczegóły, oraz okres od inwazji chińskiej na Tybet po ucieczkę Dalajlamy do Indii i krótkiego okresu zaraz po tym. Ostatnie kilkadziesiąt lat zostały zaledwie zarysowane. Saiwai daje jednak odpowiedź na pytanie, dlaczego XIV Dalajlama żyje na uchodźstwie i tłumaczy, co dla Tybetańczyków znaczy zajęcie ich kraju przez Chińczyków. Chińczycy dość gwałtownie zajęli olbrzymi rejon Tybetu, pod przykrywką pomocy Tybetańczykom w wyzwoleniu się spod imperialistycznej władzy - o którą to pomoc ich nie proszono. Narzucili Tybetańczykom własny system rządzenia, własne metody uprawiania ziemi (które na tybetańskiej ziemi nie sprawdzały się), zakazali praktykowania religii, a wszelkie nieposłuszeństwo karane było więzieniem, torturami lub śmiercią. Szacuje się, że blisko półtora miliona Tybetańczyków straciło życie z rąk Chińczyków, o wiele więcej straciło zdrowie. Zniszczono ok. sześć tysięcy klasztorów. Dalajlama uciekł z Tybetu z najbliższymi mnichami-urzędnikami w obawie o własne życie - najprawdopodobniej Chińczycy planowali zamach na jego życie. Cała opowieść przedstawiona jest z punktu widzenia Dalajlamy, który opowiada o sobie publiczności zgromadzonej na jednym ze spotkań, w jakich można wziąć udział na całym świecie (za kilka tygodni XIV Dalajlama zawita nawet do Londynu). Stąd zapewne przedstawiona perspektywa jest bardzo jednostronna, nie ma ani słowa krytyki odnośnie starych, feudalnych zwyczajów panujących w Tybecie, czy poprawy pewnych aspektów życia Tybetańczyków. Nie uważam tego jednak za wadę publikacji - to jest subiektywny punkt widzenia. Książkę można przeczytać za jednym posiedzeniem. Nie jestem zachwycona samymi ilustracjami, bardziej podoba mi się inna kreska - szczególnie że chętnie zobaczyłabym namalowane np. detale tybetańskich strojów czy architektury, a rysunki są bardzo proste. Saiwai ciekawie opowiada kawałek dwudziestowiecznej historii tybetańskiej, ale próżno doszukiwać się w mandze wnikliwej analizy i detali historycznych. Każdemu, kto chciałby poznać podstawy dzisiejszej problematyki tybetańskiej, polecam tę mangę, gdyż w przystępny i "rozrywkowy" sposób ją przybliża. Na końcu zamieszczona jest bibliografia książek, stron internetowych i innych źródeł, z których korzystał autor przy stworzeniu mangi.
poniedziałek, 14 maja 2012
Co robiłam, gdy mnie nie było
Ostatnie tygodnie nie należały do lekkich, oj nie! W okolicach Wielkanocy wyjechałam na tydzień najpierw na południe Portugalii do przyjaciół, potem na parę dni do Andaluzji (Sewilla i Cordóba są śliczne) i Barcelony, do kolejnych przyjaciół. Odpoczęłam trochę w sam raz na początek superintensywnego kursu nauczycielskiego TEFL. Skończyłam go w piątek oficjalną rozmową z moderatorem instytucji, która przyznaje dyplomy i muszę przyznać, że sama się sobie dziwię, że dałam radę. Codzienna praca po ok. 15h na dobę, wypełnionę nauką i pisaniem prac w weekendy, zero czasu dla siebie. Na książki nie mogłam nawet spojrzeć, wieczorami czasu dla siebie miewałam raptem pół godzinki na szybkie zjedzenie kolacji. Myślałam kiedyś, podczas studiów, że napisanie pracy magisterskiej w trzy miesiące graniczy z cudem. Ha! Teraz musiałam napisać pracę - analizę wszystkich błędów (z gramatyki, leksyki i fonologii) popełnianych przez moją japońską uczennicę i wszystkich jej produktywnych (mówienie, pisanie) i receptywnych (słuchanie, czytanie) umiejętności językowych - objętością przekraczającą moją magisterkę. I nie miałam na to nawet miesiąca, a zaledwie jeden weekend. Do tego plan jednej lekcji, którą z nią przeprowadziłam, refleksje odnośnie niej, i plan kolejnych 10 godzin nauki... A to tylko maleńki procent ogólnej pracy i zaledwie 11% oceny końcowej. Zadowolona jestem niezmiernie, zarówno z tego, że poradziłam sobie znakomicie (szczególnie, że nieczęsto taki kurs kończą cudzoziemcy, przynajmniej nie w Londynie), ale też z tego, że nauczanie sprawiało mi wielką radość. Praktyki nauczycielskiej miałam zaledwie 7h, ale już te kilka godzin (plus o wiele więcej godzin lekcyjnych , podczas których obserwowałam innych) wystarczyło, bym pojęła podstawy i nabrała pewności co do planowania lekcji, sposobu przedstawiania tematu, metod korekty błędów, zarządzania klasą itp. Uświadomiłam sobie bardzo szybko, właściwie już po piewszym tygodniu, że żaden z moich profesorów akademickich z UW nie zdałby tego kursu, ich metody nie dość, że pochodziły z początku XX wieku, to jeszcze nie były efektywne w najmniejszym stopniu. Moja anglistka w liceum była o niebo lepsza. Ciekawa refleksja... Rewelacyjnie było poznać wszystkie metody i podejścia do nauczania, mam silne przeczucie, że w przyszłości rozwinę u siebie podejście Dogme, które jest mi chyba najbliższe (ci z Was, którzy zetknęli się z nauczaniem w ostatniej dekadzie, pewnie wiedzą dobrze, o co chodzi) - poza oczywiście podejściem komunikatywnym, które jest stosowane teraz wszędzie i które było wyrocznią na moim kursie. Muszę tylko nabrać doświadczenia. I wiecie, to takie miłe dostawać emaile od uczniów z komplementami, widzieć ich progres z dnia na dzień, czy rozmawiać z nimi po lekcji, gdy mówią, że uczyli się w wielu szkołach i ich zdaniem nasze (początkujących nauczycieli) lekcje nie są wcale gorsze od tych, prowadzonych przez nauczycieli z wieloletnim doświadczeniem... Nie pisałam tu chyba wcześniej, że w sierpniu wyjeżdżam do Tokio na dwa lata. Mój ukochany będzie tam pracował w swoim zawodzie, w swoje brytyjskiej firmie i u japońskiego klienta, ja natomiast zabieram się lada dzień za szukanie pracy w tokijskich szkołach językowych. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek doświadczenie w tej kwestii, bardzo proszę o kontakt. Tymczasem wracam do mojej zwykłej codzienności, która już nabrała rumieńców :)
piątek, 06 kwietnia 2012
Dolina jabłkami pachnąca
Mam wrażenie, że gdyby postawić któregokolwiek mieszkańca Kalpy na głównym placu (nie żeby we wsi był główny plac, ale umówmy się, że jest), zawiązać mu oczy, okręcić kilka razy w jedną stronę i kilka w drugą, a potem kazać iść do domu - trafiłby bezbłędnie. Nigdzie w Himachal Pradesh nie spotkałam ludzi tak kochających swe rodzinne strony, tak przywiązanych do własnej wsi. Nie dziwię im się. Gdybym pochodziła stamtąd, pewnie też nie chciałabym opuszczać tych wzgórz pokrytych jabłoniami i orzechami włoskimi, na których latem kwitną też wielobarwne maki. Budziłabym się o świcie, by podziwiać promienie słońca załamujące się na graniach szczytu pasma Kinner Kailash. "O, to jest Shivling" - pokazał mi w dniu wyjazdu z Kalpy teść trzydziestoletniej Kapili, w której pensjonacie się zatrzymałam. - "Wspiąłem się na niego w 1975, ale później już nie. Założyłem rodzinę, nie miałem czasu. A to jest szczyt Ganesh, a ten obok - Parvati. Na nie nie wchodziłem". Dzień wcześniej siedziałam na tarasie wpatrując się w ośnieżone góry, z książką rozłożoną na kolanach. Mając tak cudny widok przed sobą, świętokradztwem byłoby wgłębianie się w czarne literki na kartkach. Słońce zaszło wcześnie. Kapila wyszła z domu, by zebrać pranie rozwieszone na metalowych prętach barierki. Pokazała mi miejsce na dachu, dokąd jeszcze docierały promienie, podała maleńki stołeczek, pomogła się wspiąć na dach. Przedłużyła przyjemność słonecznego masażu twarzy o całe dziesięć minut. Do Kalpy nie tak łatwo dotrzeć. Najpierw trzeba dojechać do Reckong Peo, większego, administracyjnego miasta. Nie jest szczególnie ładne, ale po przebyciu kilku godzin w autobusie lawirującym nad przepaściami, zrozumiałe jest, że chciałoby się odpocząć i nie narażać się na dodatkowe przygody pięcia się się jeszcze wyżej w górę. Ja jednak pragnęłam jeszcze tego samego dnia ujrzeć Kinner Kailash (czyż sama nazwa nie brzmi jak poezja?) i odetchnąć najczystszym powietrzem, wsiadłam więc szybko do autobusu, jadącego do Kalpy. Przywitały mnie fruwające nad wzgórzami orły i wszechobecny zapach suszących się na dachach domów jabłek. Polecany przez znajomego z Shimli pensjonat zamknięty był na cztery spusty. Naprawiający nieopodal samochód mężczyzna powiedział jednak, bym poszła dalej, "do tego niebieskiego budynku", tam mogę przenocować. Przeszłam przez czyjeś podwórko, przeskoczyłam przez strumyk, uśmiechnęłam się do młodej kobiety, która w zimowym słońcu suszyła świeżo umyte, długie, czarne loki. Znalazłam Kapilę, dostałam pokój i zostawiłam tam swoje rzeczy. Na głowę założyłam szarą czapeczkę z zielonym obramowaniem i wyszłam. Na schodach spotkałam inną kobietę z rodziny. Nie pytając, kim jestem, wyciągnęła z wielkiego kosza, który niosła pod pachą, i podała mi z uśmiechem cieplutki jeszcze, prosto z pieca, gruby chlebek roti. Jeśli miałabym komukolwiek wybierającemu się w te regiony dać jedną radę, powiedziałabym: kupcie i noście te szare czapeczki. Nie spowodują, że zostaniecie uznani za swoich, ale pierwsze lody zostaną przełamane. Obce kobiety zatrzymywały mnie podczas spaceru po wiosce i okolicach, by powiedzieć lub pokazać mi, że ładnie wyglądam, a Preeti przetłumaczyła dla mnie kilka komentarzy kobiet zebranych na uroczystości ku czci Wisznu - mam podobno idealny kształt głowy do takiego nakrycia. Wdychałam świeże powietrze pełnymi haustami, jakbym chciała się nim upić. Zaczynałam odczuwać niesamowity przypływ energii, spowodowany wysokością, choć Kalpa leży zaledwie 2800 metrów n.p.m. - nic wielkiego. Nie wiem, czy to z powodu święta, dnia tygodnia (niedziela) czy pory roku (przygotowywanie się do zimy) odniosłam wrażenie, że w Kalpie czas płynie swoim rytmem. Mężczyźni podcinali gałęzie drzewek i bielili pnie, chłopcy paśli na łąkach kozy i krowy, zmęczone psy podsypiały na schodkach drewnianych domów. Gdzie indziej ludzie dają się skusić obietnicom wątpliwego postępu i budują wszyscy jak jeden mąż cementowe, pozbawione charakteru domy, w Kalpie zaś patrzy się na ten trend ze sceptycyzmem. Rozmawiałam o tym z Kapilą, zwracając uwagę na zawieszony w korytarzu jej mieszkania kalendarz ze zdjęciem wioski. Potrafiła momentalnie pokazać mi na zdjęciu, w którym domu kto mieszka i wskazać nieliczne nowsze zabudowania. Prawda jest taka, że mieszkańcy Kalpy wolą mieszkać w tradycyjnych, drewnianych, krytych dachówkami domach. Cieplej w nich zimą, chłodniej latem. Jest też sporo betonowych, piętrowych domów, ale one służą przeważnie jako budynki państwowe i pensjonaty, i to wyłącznie latem. Zimą woda w rurach zamarza i jest zwyczajnie zbyt zimno, by spędzać w nich noce. Dom Kapili miał długi korytarz, w którym mieściła się kuchnia i kilka izb, w większości pozbawionych okien. Mieszkańcy Kalpy muszą być sprawni do późnej starości. Nie dość, że we wsi wszędzie jest pod górkę (albo z górki, zależnie, w którą stronę się idzie), to do domu wchodzi się po stromych schodach. Na dachy prowadzą najczęściej drabiny. Drzwi do każdej izby z korytarza umieszczone są ok. 50-70cm nad ziemią, tak że trzeba zrobić spory krok, by wejść do środka. Łóżka są na sporym podwyższeniu, nie śpi się, jak w położonej wyżej dolinie Spiti, na podłodze. Kolorowe ściany ozdobione są, jak wszędzie, zdjęciami rodzinnymi w ramkach, starymi kalendarzami i plakatami. Kapila nie miała marzeń. Wyznała mi, jako jedyna osoba, którą spotkałam w Himachal Pradesh, że niczego nie pragnie ponad to co ma. A ma wiele: kochającego męża, dwóch synków (jeden, dziewięciolatek, chodzi do szkoły z internatem w Reckong Peo i przyjeżdża do domu tylko na weekendy), życzliwych teściów. Jej rodzice i brat z rodziną mieszkają w tej samej wsi, podobnie jak jej przyjaciółki szkolne. Życie może nie jest lekkie, ale daje wiele satysfakcji. Kapila w kuchni swego domu, poniżej - wnętrze jej sypialni Nabokov napisał kiedyś: "W mniejszym lub większym stopni w każdej osobie zachodzi walka między dwiema siłami: tęsknota za prywatnością i potrzeba wyjścia do ludzi. Introwersja, czyli zainteresowanie skierowane ku własnemu wnętrzu, własnemu życiu wewnętrznemu, myślom i kaprysom, oraz ekstrowersja - zainteresowanie innymi, skierowane ku zewnętrznemu światu, innym osobom i namacalnym wartościom". W podróży w Indiach często ma się wrażenie, że trzeba naginać się do innych. W wielu miejscach nigdy nie jest się samemu, w turystycznych miastach i miasteczkach zawsze obserwuje podróżującego tłumek gapiów, który śledzi każdy gest, każdy grymas twarzy. Notorycznie jest się zaczepianym na ulicy, nie sposób wejść do sklepu, by nie być od razu namawianym do zakupu czegokolwiek. Inaczej jest w wioskach himalajskich. Nikt nie próbował mi nic sprzedać, ludzie pozdrawiali mnie na uliczkach, ale nikt nie narzucał mi się ze swoją osobą. Mogłam przysiąść na kamieniu i pozostawiona byłam sama sobie. Mieszkańcy rejonów górskich, słabiej zaludnionych, cenią i respektują u innych potrzebę samotności i kontemplacji natury. Podwójne błogosławieństwo Buddy i bogów hinduistycznych, w których wierzą mieszkańcy, czyni z Kalpy mały raj indyjski. Mieszkańcy śpieszący do świątyni Wisznu kręcą po drodze buddyjskie młynki modlitewne. Na obiad mogą jadać tybetańskie pierożki momo, a na kolację - typowo indyjski ryż z daalem. Nie ma sprzeczności między dwoma systemami wiary, dwiema kulturami - indyjską, opartą na hinduizmie, i tybetańską, buddyjską. Umysł i serce ludzkie są pojemne, nie ma potrzeby, by rozgraniczać między jednym a drugim. W Kalpie nawiązałam pierwszą przyjaźń z psem. W dniu odjazdu wyszłam z pensjonatu w towarzystwie psa Kapili. Towarzyszył mi wiernie do ulicy, na skraju której czekałam na autobus przez pół godziny. W tym czasie pies nie odstępował mnie ani na krok. Siedział przy mnie, a gdy machając ogonem przybył skądś inny kundel, "mój" pies warczał na niego i nie pozwolił mu zbliżyć się do mnie. Nie dał zrobić sobie zdjęcia, ostentacyjnie odwracał się, gdy chciałam go sfotografować, aż robiło mi się nieswojo. Nie chciał pozwolić mi też wsiąść do autobusu, gdy ten wreszcie przybył. Łasił się do mnie i piszczał przeraźliwie, a gdy drzwi autobusu zamykałam za sobą, usłyszałam przeraźliwe wycie. Biegł jeszcze trochę za autobusem, aż w końcu stanął i ze zwieszonym ogonem patrzył za znikającym w tumanie kurzu pojazdem. Myślałam jeszcze o nim nie raz... Odniosłam wrażenie, jakbyśmy się skądś znali i jakby ów pies rozpoznał mnie z innego czasu, innego miejsca. W Indiach wszystko jest możliwe.
środa, 04 kwietnia 2012
"Girl in Translation" - Jean Kwok
Mnóstwo jest książek opowiadających o adaptacji kulturowej dzieci i młodzieży w nowym kraju, szczególnie jeśli chodzi o Wielką Brytanię lub USA. Mam słabość do tego typu historii, jednak muszę czytać je ze sporymi odstępami czasowymi, inaczej dość szybko one nużą i zlewają się w jedno. Czy powieść Jean Kwok "Girl in Translation" różni cokolwiek od innych? Trudno mi powiedzieć, gdybym wrzucała je wszystkie do jednego worka, działałabym krzywdząco wobec autorek, które opisywane historie opierają często na własnych doświadczeniach (tak jest także w przypadku Kwok). A nie można dyskredytować niczyich doświadczeń i niczyich kolei życiowych. Bohaterką powieści jest jedenastoletnia Kim (zwana w USA Kimberly) Chang, która przybywa wraz z owdowiałą mamą do Nowego Jorku. Pomaga im, w rzeczywistości bardziej wykorzystując je, siostra mamy. Dziewczynka i jej mama zamieszkują w mieszkaniu w bardzo złej części Brooklynu, w którym za dnia i nocą biegają szczury, myszy i karaluchy, w którym nie ma ogrzewania, a okna trzeba zaklejać torebkami foliowymi, inaczej wiatr hula po pokoju. Kim chodzi do szkoły, gdzie z początku radzi sobie, z powodu słabej znajomości angielskiego, bardzo źle, ale jej niebywała łatwość w nauce przedmiotów ścisłych i wielka pasja do nauki powodują, że osiąga niebywałe wyniki i dostaje się na pełnym stypendium do najlepszego, ekskluzywnego liceum w Nowym Jorku. Nie dla niej jednak życie towarzyskie. Codziennie po lekcjach, do późnego wieczora, pomaga mamie w fabryce tekstylnej, zarabiając marne grosze. Właścicielem fabryki jest mąż ciotki Kim, ale naiwnością byłoby sądzić, że dziewczynka i jej mama mogą z tego powodu liczyć na lepsze traktowanie. Wręcz przeciwnie. Kim jednak, jak niemal każda nastolatka, zaczyna zwracać uwagę na chłopców, próbuje zrozumieć swoje uczucia względem Maxa, chińskiego chłopca pracującego w fabryce i zaczyna odkrywać swoją nową, amerykańską tożsamość. Kwok w bardzo wiarygodny sposób oddała zagubienie dziewczynki (a także jej mamy) na początkowym etapie życia w Stanach Zjednoczonych. Szczególnie widać to w dialogach, gdy Kim używa niekiedy fraz przetłumaczonych prosto z kantońskiego, które nie funkcjonują w jęz. angielskim, oraz gdy autorka podaje zdania w ten sposób, w jaki zrozumiała je Kim (zamiast pewnych trudnych wyrazów są inne, nie pasujące do konktekstu, ale brzmiące podobnie). W miarę jak angielski dziewczynki ulega poprawie gaf jest coraz mniej, a jej świadomość właściwego w danej sytuacji zachowania i języka rośnie. Rośnie też świadomość własnych praw - jako obywatela, jako kobiety, jako Amerykanki. Fałszywa skromność i służalcza postawa względem ciotki przestają być cnotami, a zniewalają. Odmienne od rówieśników pochodzenie przestaje być postrzegane jako kalectwo. Łatwość, z jaką przychodzi Kim nauka, staje się szybko jej jedyną drogą ku lepszej przyszłości, ku sukcesowi. To szansa na spełnienie marzeń, na godne życie, na poprawę losu kochanej mamy, która tyle poświęciła wyjeżdżając z Hongkongu. Nie ukrywam, że powieść czytało mi się znakomicie. Jest napisana bardzo poprawnie, dobrym językiem, akcja toczy się szybko. Wybaczyć mogę nieco papierowe postaci - Kim niemal nigdy nie traci energii, nie popada w złość, nie zniechęca się. Jej mama jest aniołem, pokornie znoszącym cierpienie i upokorzenia. Nie oczekiwałam arcydzieła, dostałam dobre czytadło, bardzo "filmowe" i sądzę, że prędzej czy później powstanie film na podstawie tej książki. Jeśli macie ochotę na coś lekkiego, ale o poważnej w gruncie rzeczy tematyce, polecam "Girl in Translation". W podobnych klimatach: "The Joy Luck Club" ("Klub radości i szczęścia"), Amy Tan - doświadczenia czterech chińsko-amerykańskich rodzin w San Francisco, ciekawie skonstruowana na wzór gry w mahjonga. Znana pisarka analizuje problematykę tożsamości, adaptacji kulturowej, konieczności pielęgnowania korzeni, a także emocjonalną więź, jaka łączy matki z córkami. Bohaterkami są cztery matki (jedna pojawia się tylko we wspomnieniach) i cztery córki, o odmiennych, a jednak w pewien sposób bliskich doświadczeniach życiowych. Na podstawie tej powieści Wayne Wang nakręcił bardzo dobry film o tym samym tytule. "A Concise Chinese-English Dictionary for Lovers" ("Mały słownik chińsko-angielski dla kochanków"), Xiaolu Guo - dorosła już, ale wciąż bardzo młoda bohaterka przybywa do Londynu z Chin. Wraz z poznawaniem języka angielskiego odkrywa też siebie. Zderza swoje wychowanie z otoczeniem, w jakim przyszło jej żyć, próbuje nauczyć się jak odróżnić miłość od namiastki miłości i jak radzić sobie w wielokulturowej metropolii. Nie jest to najlepiej napisana książka, ale podobało mi się, jak autorka ukazała poznawanie przez bohaterkę swojej kobiecości. "Towards Freedom", Livia Bitton-Jackson - fikcyjna opowieść z wieloma wątkami autobiograficznymi o piętnastoletniej dziewczynce z Czechosłowacji, Żydówce, której wraz z matką udaje się przeżyć obóz koncentracyjny. W 1951 roku dostają się obie statkiem do Nowego Jorku. Bohaterka zawzięcie pracuje i uczy się, odkrywając po drodze miłość i tożsamość złożoną z dziesiątek pozornie nie pasujących do siebie elementów. Podobnie jak u Kim z "Girl in Translation" także dla tej bohaterki nauka była szansą na lepsze życie. Podobnych książek znam jeszcze sporo, mam na półce "Unpolished Gem" Alice Pung (o dziewczynce z Kambodży emigrującej z rodzicami do Australii), "Mona in the Promised Land" Gish Jen (o chińskiej rodzinie osiedlającej się w latach 70. w Nowym Jorku), "Funny in Farsi. A Memoir of Growing Up Iranian in America" Firoozeh Dumas (o irańskiej rodzinie w USA), ale jeszcze ich nie czytałam. Najlepszą książką o odkrywaniu własnej tożsamości na imigracji pozostaje dla mnie "Lost in Translation" Evy Hoffman, autobiograficzna opowieść polskiej pisarki o żydowskich korzeniach, obecnie mieszkającej w Londynie, ale opisującej swe doświadczenia życia w Kanadzie i USA, gdzie dorastała. Nikt lepiej, trafniej i subtelniej od niej nie pisał, czym jest tożsamość imigranta.
Tagi:
dzieciństwo
imigracja
literatura amerykańska
literatura chińska
marzenia
multikulturalizm
tożsamość
11:46, chihiro2 ,
Literatura
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Nadzieja w nas samych
Rozmowa autora książki "A Journey in Ladakh" Andrew Harveya (którą cytowałam tu już wielokrotnie) z Nawangiem, Tybetańczykiem na uchodźstwie w Indiach: [Nawang] Przez długi czas było mi smutno. Przez długi czas tęskniłem za wszystkim - za polami, zapachami, moimi przyjaciółmi, domem. Ale potem powiedziałem sobie: "Jestem buddystą. Wiem, że wszystko przemija. Wiem, że nic nie trwa wiecznie i nie może trwać. Więc czemu tkwię w żałobie? Jestem tu w Indiach. Muszę żyć. Muszę żyć, by zasłużyć na wiarę, którą wybrałem, kiedy byłem młody". Potem nauczyłem się więcej o Tybecie. Dowiedziałem się o rzeczach, o którym wcześniej nie wiedziałem - o opresji ludu, o okrucieństwie różnych starych zwyczajów. Więc poczułem, że to nie Tybet jest ważny, nie stary system - ale filozofia buddyzmu tybetańskiego, a ta filozofia nie należy tylko do Tybetu. Należy do świata i może ma pewne unikalne wartości, które warto głosić. A potem pomyślałem nawet: "To może być dobrze, że Tybet upadł, że przeminął. Teraz tę filozofię, które była ograniczona tylko do Tybetu można dzielić z innymi. I może szczególnie ważne jest, by dzielić wszystko, co może przynieść pokój w tym momencie, w tych czasach, gdy tak wiele jest bólu dookoła i terroru i wojen. Może Tybet upadł nie bez powodu - żeby jego mądrość mogła być dana każdemu, kto jej pragnie i jest przygotowany, by uczyć się i pracować, by lepiej ją poznać". I nie było mi już smutno, że nie jestem w Tybecie; byłem szczęśliwy, że historia dała mi szansę życia poza Tybetem, testowania mojej wiary, życia moją wiarą bez wsparcia i bez społecznej pociechy. Dała mi szansę znalezienia się w miejscu i czasie, w którym mogę rozmawiać z tobą, spotykać ludzi z tak odmiennych światów i wymieniać z nimi myśli. To nie jest ważne, że jeden mały kraj upada. Niebezpieczeństwo leży teraz w utracie duchowej wizji na całym świecie. A naszym zadaniem, czy jesteśmy Tybetańczykami, Amerykanami czy Anglikami, jest podtrzymanie tej wizji przy życiu, sprawienie, by przeżyła te ciemne czasy, w których żyjemy, a które staną się jeszcze ciemniejsze. - Naprawdę tak sądzisz? - O tak - odparł Nawang. - Zdecydowanie. To jest Kalijuga. Wiek destrukcji. Wszystko się kończy, wszystko się rozpada. Ale czemu miałoby nas to przerażać? - Mnie to przeraża. - Ty chcesz filozofii, która mówi: "Człowiekowi będzie lepiej. Człowiek zmieni świat. Jest nadzieja". Taka filozofia byłaby oparta na kłamstwie. Ten świat jest iluzją. Ale w tym świecie i w człowieku leżą pokłady ogromnej siły - siły miłości, uzdrawiania, jasności, które mogą prowadzić do wyzwolenia. Im trudniejsze czasy, tym bardziej powinniśmy szukać tych sił w nas, tym głębiej powinniśmy sięgać, by je uzyskać i żyć nimi, bo wybory będą dla nas jasne. Nie będziemy w stanie ukryć się przed naszą duchową odpowiedzialnością, nie będziemy mogli udawać, że możemy żyć jak żyliśmy, nie zastanawiając się nad naszym i innych zbawieniem. Będziemy musieli zaprzęgnąć najgłębsze pokłady siły naszego ducha, by w ogóle przetrwać. Przerwał i uśmiechnął się. - Jest jedna pociecha. - Jaka? - spytałem. - Mówią, że na końcu Kalijugi wszyscy buddowie i bodhisattvy pomogą człowiekowi ze specjalną siłą. - Miejmy nadzieję. - Brzmisz, jakbyś wątpił w to. - Nie, nie wątpię. Ale trudno jest w dzisiejszych czasach wierzyć w jakąkolwiek pomoc. - To dlatego, że nie odkryłeś jeszcze miejsca, gdzie ta pomoc się znajduje. Tybetanka, urodzona w Indiach, właścicielka restauracji w Sangli, ze swoją trzymiesięczną córeczką
czwartek, 29 marca 2012
Nadine Gordimer: Kobieta z pasją
Wielka aula londyńskiej insytutucji kulturalnej Southbank, na którą parę minut później weszła, opierając się o lasce, lecz z wyprostowanymi plecami, Nadine Gordimer, szybko wypełniała się po brzegi. Rozglądałam się z ciekawością dookoła. Mnóstwo starszych ludzi, część osób, jak podsłuchałam, mających korzenie afrykańskie, starsi dżentelmeni przypominający Michaela Campbella, białego farmera z Zimbabwe, który walczył latami przeciwko rządowi Roberta Mugabego o prawo do pozostania na swej ziemi (na marginesie: polecam gorąco film dokumentalny o sprawie "Mugabe and the White African"). Ale sporo też młodych ludzi, którzy nie mogą pamiętać czasów apartheidu, byli zbyt młodzi, gdy się skończyły. Zgasły światła i po krótkiej zapowiedzi pisarki przez organizatora spotkania na salę wkroczyła południowoafrykańska pisarka, zdobywczyni Nagrody Nobla w 1991 roku i Man Booker Prize za powieść "Zachować swój świat" w 1974 roku, oraz prowadząca spotkanie Jo Glanville, dziennikarka "The Guardian" i redaktorka magazynu "Index on Censorship". Magazyn, poświęcony ochronie i promocji wolności wypowiedzi, obchodzi w tym roku 40. rocznicę powstania i spotkanie zorganizowane zostało pod jego patronatem. Ale nie tylko - Gordimer, która jest autorką ponad czterdziestu książek, właśnie wydała kolejną, potężną powieść pt. "No Time Like the Present" o mieszanej rasowo parze żyjącej w nowej RPA, po zakończeniu polityki apartheidu. Znać u pisarki jej wiek, w listopadzie zeszłego roku skończyła 88 lat i ma problemy z chodzeniem. Nie jest to jednak istotne, publiczność cierpliwie czeka, aż noblistka podejdzie do podium, by wygłosić swój krótki wykład o ograniczaniu prawa do wolności wypowiedzi w RPA. O swojej nowej książce nie chce mówić wcale, na wszelkie późniejsze pytania prowadzącej dotyczące powieści, odpowiadadała, że nie chce ani zdradzać treści ani podsuwać jakichkolwiek podpowiedzi odnośnie interpretacji. Glanville spytała, czy autorka nie daje w książce promyku nadziei na poprawę sytuacji w raczej beznadziejnej sytuacji, jaką opisuje. "Czytelnik sam mówi zdecydować. Mam nadzieję, że każdy z przyjemnością wyrobi sobie sam zdanie" - sprytnie zakończyła temat pisarka. Wspomniała jednak, że pisze o nietypowej parze, gdyż przez 46 lat związki białej osoby i czarnoskórej były tabu. Gordimer wolała mówić o Media Appeals Tribunal, który miałby badać problemy osób naruszających The Protection of Information Bill (zwanym potocznie Secrecy Bill) - ustawy zatwierdzonej wstępnie w 2011 roku, silnie ograniczającej wolność prasy. Trybunał wymagałby nie tylko, by każdy dziennikarz, pragnący napisać artykuł krytykujący postawę rządu w jakiejkolwiek sprawie, musiał zwrócić się wcześniej o pozwolenie, ale też - jak powiedziała Gordimer - np. dramatopisarz tworzący postać swej sztuki chciał upodobnić swego bohatera do któregokolwiek polityka. Za nieprzestrzeganie reguł grożą poważne kary, w tym kara więzienia na 25 lat. Pisarce leżą sprawy polityczne na sercu, przez lata walczyła o zniesienie apartheidu i krytykowała polityków, w tym prezydenta RPA, Jacoba Zumę, który wielokrotnie oskarżany był o korupcję, zaangażowanie w pobieranie haraczy, a także gwałt, i który nie spełnił żadnych obietnic danych wyborcom: nie pobudował domów dla biednych, nie zmniejszył bezrobocia, nie poprawił szkolnictwa. Nie był w stanie nawet sprawić, by szkoły miały toalety, dopływ bieżącej wody i biblioteki. "Trzeba odczuwać odpowiedzialność za swój kraj, naród, za durgiego człowieka. Nie można żyć w wieży z kości słoniowej i pisać, udając, że rzeczywistość cię nie dotyczy" - mówiła z pasją i wyczuwalną złością w głosie Gordimer. Otwarcie więc narzekała na niewyobrażalny poziom korupcji, od najwyższego do najniższego szczebla urzędników i długiej historii opresji czarnoskórych mieszkańców RPA, która miała swój początek już w 1652 roku wraz z otwarciem przez holenderskich kolonizatorów drogi do Indii. "W dniu, w którym nie będę nikim więcej jak tylko pisarzem, przestanę pisać" - zacytowała Gordimer Alberta Camus, nawiązując do swego długoletniego zainteresowania polityką. Kwestia apartheidu i krytyka nowego systemu stanowią tematy większości książek noblistki. Pisarka przyznała, że wiele osób koncentrowała całe swoje wysiłki na obaleniu aparatheidu, tymczasem życie toczy się dalej i trzeba zdefiniować równość (zaznaczyła jednak, że absolutna równość jest utopią, nie ma i nie było jej nigdzie i nigdy) oraz ocenić rzeczywistość, nie spoczywając na laurach. Obecnie w RPA podejmowane są próby zmiany konstytucji. Secrecy Bill jest ustawą naruszającą konstytucję, można więc na tej podstawie podać ustawodawców do Sądu Konstytucyjnego. Zmiana konstytucji sprawi, że takie działanie nie będzie możliwe. Dalsza rozmowa toczyła się wokół roli technologii w rewolucjach. Glanville wspomniała o olbrzymiej roli Twittera i Facebooka w Wiośnie Arabskiej (ja myślałam o wykorzystaniu telefonii komórkowej w Szafranowej Rewolucji w Birmie w 2007 roku zorganizowanej przez mnichów buddyjskich, zaprezentowanej znakomicie w filmie dokumentalnym "Burma VJ"), lecz Gordimer przyznała, że w RPA technologia nie odgrywa jeszcze tej samej roli - pod tym względem jej ojczyzna jest opóźniona. Twitter i Facebook wykorzystuje się na zdecydowanie bardziej prywatnym gruncie. Jedna z osób z publiczności spytała pisarkę, czy jej zdaniem można konflikt palestyńsko-izraelski porównać do polityki apartheidu. "Nie, to zupełnie inna sprawa" - zaprzeczyła Gordimer, twierdząc, że biali w Afryce nie mają absolutnie żadnych praw do ziemi, nawet tych pochodzących z pradawnych czasów, jak Izraelczycy. "Trzeba sobie zasłużyć na miano Afrykanina, jeśli jesteś biały, poprzez swoje uczynki i zachowanie" - jasno głosiła, dodając, że nie jest Europejką, nic ją z Europą nie łączy, a z powodu kolonialnego eksperymentu ma jedynie pochodzenie imigranckie (jej matka pochodziła z Anglii, zaś ojciec był litewskim Żydem). "Z jakiej swojej książki jest pani najbardziej dumna?" - padło kolejne pytanie z sali. Gordimer zareagowała błyskawicznie: "Nie jestem dumna z niczego, co napisałam". Chciała uciąć temat, zamilkła, lecz prowadząca poprosiła ją o rozwinięcie. "Jestem usatysfakjonowana, jeśli niektóre z moich działań przyniosą pozytywną zmianę dla mojego kraju, ale żeby czuć dumę z pisania? Moim imperatywem było działać na rzecz obalenia apartheidu, a teraz by wspierać wolność wypowiedzi". Przyciskana bardziej przyznała, że czuje, iż osiągnęła to, co chciała, jedynie w dwóch książkach: "Córce Burgera" i "Zachować swój świat", ale nie czuje się specjalnie przywiązana do żadnej ze swoich książek. Nelson Mandela czytał "Córkę Burgera" w więzieniu, ktoś przeszmuglował dla niego tę powieść i wyniósł potem z więzienia list Mandeli do Gordimer, który napisał po lekturze, lecz pisarka kategorycznie odmówiła jakiegokolwiek komentarza na temat treści listu. Jej optymizm jest godny podziwu. "Wierzę, że zawsze znajdą się ludzie dojrzali do powagi sytuacji. Nawet jeśli umrą Mandela i Tutu, wciąż żyć będą ludzie gotowi walczyć o sprawiedliwość" - mówiła z głębokim przekonaniem. Na koniec poprosiła publiczność: "Jesteśmy wolni dopiero od osiemnastu lat, nie oceniajcie naszych działań zbyt pochopnie jako klęskę. Liczyliśmy na pomoc Chińczyków, których dużo teraz osiedla się w RPA i innych krajach Afryki, ale oni inwestując w przemysł zatrudniają swoich ludzi. My jednak wciąż walczymy o lepsze państwo". Publiczność podziękowała Nadine Gordimer za spotkanie gorącym aplauzem, ale po nim pisarka miała jeszcze jeden apel: "Chcę wam gorąco polecić pewnego pisarza. Wyjmijcie coś do pisania i zapiszcie nazwisko: Mongane Wally Serote. To wybitny pisarz z mojego kraju. Jest odważny i dzielny, nie boi się pisać o tym, co dla niego ważne. Czytajcie go, a w szczególności sięgnijcie po książkę "Scatter the Ashes and Go". Większość osób posłusznie zapisała nazwisko, ja także. Kolejka po autografy była długa. Zakupiłam najnowszą powieść i zabrałam ze sobą dwie inne książki autorki, które posiadałam i przeczytałam. Gordimer szczerze zdziwiła się tym, że cenię sobie jej opowiadania i powiedziała, że większość osób woli jednak jej powieści. Nie zrobiła na mnie ani na spotkaniu ani podczas podpisywania książek wrażenia szczególnie ciepłej osoby. To kobieta, która przeszła swoje, którą zahartowało życie. Miałam poczucie, że doskonale zdaje sobie sprawę z upływającego czasu i pogarszającego się zdrowia i pragnie jak najwięcej zdziałać, póki jeszcze może. Oby wszyscy osiemdziesięcioośmiolatkowie byli tak pełni energii i pasji jak Nadine Gordimer. Szukającym inspiracji w kwestii literatury południowoafrykańskiej, polecam zestawienie na The Culture Trip: http://explore.theculturetrip.com/africa/editorials/top-ten-south-african-writers/
wtorek, 27 marca 2012
Historia chłopięcej przyjaźni: "Beatles" - Lars Saabye Christensen
Kiedyś czytałam, że chłopcy postrzegają przyjaźń jako wspólne przeżywanie przygód, robienie czegoś razem, a dziewczynki - zwierzanie się z sekretów i posiadanie wspólnych tajemnic. Coś w tym jest, że gdy pomyślę o książkach o przyjaciołach, jakie czytałam w dzieciństwie, ten schemat się sprawdza. Pierwszą książką o przyjaźni chłopięcej, którą przeczytałam, była "Jacek, Wacek i Pankracek". Pochłonęłam ją kilka razy, razem z bohaterami przeżywając ich perypetie. Przygodami przepełnione były także opowieści o mieszanym towarzystwie: "Dzieci z Bullerbyn", "Pięcioro dzieci i coś" i inne. Opowieści "dziewczyńskie" skrywały porywy serca, emocje, tajemnice, były zdecydowanie spokojniejsze. Co ciekawe, po książki o chłopięcych bohaterach często sięgały dziewczynki, ale nie słyszałam, by któryś chłopak sięgnął po książki o Ani z Zielonego Wzgórza, Historynce czy powieści Musierowicz (u której też przecież bohaterami nie były same dziewczynki) z własnej woli. Norwescy czytelnicy ogłosili "Beatles" Laarsa Saabyego Christensena najpopularniejszą powieścią norweską wszechczasów i aż dziwi, że wydano ją zaledwie w kilku krajach (Wielkiej Brytanii, USA, Kanadzie i Niemczech - gdzie zwyczajem niemieckim trzeba było zmienić ten "arcytrudny" tytuł na... "Yesterday"). Do księgarń norweskich "Beatles" trafiła w 1984 roku i szturmem zdobyła serca Norwegów. Tak jak Japończycy zaczytywali się "Norwegian Wood", wspominając własną młodość, tak Norwegowie mogli przypomnieć sobie własne dzieciństwo lat 60. i młodość lat 70. w Oslo. Czterej chłopcy: Kim, Gunnar, Seb i Ola urodzili się w 1951 roku i chodzą razem do szkoły. Czytelnik poznaje ich gdy mają po czternaście lat i szaleją na punkcie Beatlesów, nazywając siebie nawzajem imionami muzyków z Liverpoolu. Historia ich przyjaźni, aż do czasów studenckich, gdy zmienia sie z dość beztroskich relacji kolejnych zabawnych i mniej zabawnych przygód w gorzką powieść z coraz istotniejszym tłem społecznym, opowiadana jest przez dorosłego już Kima Karlsena. Ci z Was, którzy przeczytali "Półbrata", wiedzą, czego mogą się spodziewać. Barnum z "Półbrata" musiał, niekiedy zbyt wcześnie, stykać się z dorosłymi tematami, i w "Beatles" także ich nie zabrakło. Neurozy wujka Kima, wypadek kolegi chłopców, który dla żartów podpalił fajerwerki trzymane w ustach, śmierć innego kolegi - to wszystko uświadamia chłopcom, że życie nie polega tylko na podrywaniu dziewczyn i wsłuchiwaniu się w piosenki na kolejnych albumach Beatlesów. Pierwszym poważnym wydarzeniem w ich wspólnym życiu jest odkrycie zwłok samobójcy w rzece. Kim wyzna tego wieczoru: Tej nocy leżałem w łóżku, nie mogąc zasnąć i myśląc o śmierci. Byłem daleko poza moimi oczami wpatrującymi się w wielką, ciemną pustkę i zdałem sobie sprawę, nie rozumiejąc tego do końca, że właściwie już zaczynałem umierać. To była odrażająca myśl, i płakałem. Dorastając chłopcy przeżywają coraz większe radości i smutki. Problemy z dziewczynami są nieustanne, przy czym widać wyraźnie wpływ rewolucji seksualnej na zachowanie młodych dziewcząt norweskich (mniej na chłopców). Marzenia o wolności, fascynacja ruchem hippisowskim, odcięcie od ciasnych, mieszczańskich wartości i odrzucenie stylu życia rodziców, eksperymenty z narkotykami, depresje, homofobia, zaangażowanie w politykę (trwa właśnie wojna w Wietnamie), niepewność o jutro... A wszystko przy akompaniamencie piosenek Beatlesów i nowych idoli: Boba Dylana i Jima Morrisona. Im więcej stron za nami, tym opowieść staje się mroczniejsza, mniej beztroska. Paradoksalnie wraz z dorastaniem wolność ciąży bardziej, więcej pułapek skrywa, zmusza do wyborów życiowych, które nie są tym, czego się oczekiwało. Muszę jednak przyznać, że książka mnie nieco rozczarowała. Nastawiałam się na powieść doskonałą, ale taką pozostaje w moich oczach "Półbrat". W pewnym momencie, gdzieś między 300 a 350 stroną (powieść ma ich 534) odczułam znużenie. Bohaterów wielu, wątków wiele, ale czegoś mi tu zabrakło. Może bardziej dorosłej perspektywy, choć w tej książce, podobnie jak w "Półbracie", dojrzewanie chłopców poznajemy przez wspomnienia jednego z nich. "Półbrat" był jednak po części sagą rodzinną, wielopokoleniową. W "Półbracie" dorośli stanowili postaci z krwi i kości, postaci ze swoimi mniejszymi i większymi problemami, marzeniami, lękami, w "Beatles" zaś przeważnie pozostają w tle. Jedyną trójwymiarową postacią dorosłą jest na dobrą sprawę pełen natręctw wujek Kima, bardzo ciekawy mężczyzna o skomplikowanej psychice. Uważam, że książce wyszłoby na dobre, gdyby skrócić ją o jakieś 100 stron. Tymczasem Christensen napisał dwa sequele powieści, oba niedostępne w jęz. angielskim (ani, rzecz jasna, w polskim). Skończywszy "Półbrata" nie mogłam sobie znaleźć miejsca i musiałam przeczytać książkę, jakiś czas później, ponownie, tym razem Guciowi na głos. Z bohaterami "Beatles" rozstawałam się bez większego żalu, choć nie uważam, by czas spędzony z nimi był czasem straconym. Do geniuszu "Półbrata" jednak "Beatles" daleko. *** Postanowiłam uatrakcyjnić moje recenzje i podawać dodatkowo, wzorem autorki wspaniałego bloga A Striped Armchair, zawsze kilka książek podobnych do tej recenzowanej. Tak więc... W podobnych klimatach: "Półbrat", Lars Saabye Christensen - wspaniała wielopokoleniowa saga rodzinna z przyjaźnią, miłością i więzami braterskimi na pierwszym planie. Rozgrywająca się w Norwegii od ostatniego dnia II wojny światowej do czasów współczesnych. Gorzka, melancholijna i wsiąkająca w czytelnika na zawsze. W moim prywatnym rankingu książkowym obwołana arcydziełem. "Gentlemani", Klas Östergren - fragment recenzji z czwartego numeru Archipelagu: Niespełniony pisarz, o tym samym imieniu, co sam autor, tworzący na zamówienie współczesną wersję "Czerwonego pokoju" Strindberga, przyjmuje zaproszenie spotkanego w klubie bokserskim Henry’ego Morgana i wprowadza się do jego dużego, mieszczańskiego apartamentu. Daje się owładnąć historią przyjaciela i jego brata Lea, poety, który dawniej okrzyknięty został geniuszem, zaś dziś walczy z chorobą psychiczną. Z opowieści Henry’ego oraz własnych obserwacji i doświadczeń narrator buduje pamiętnik, stanowiący także panoramę życia w powojennym Sztokholmie. (...) Östergrenowi udało się stworzyć znakomity, okraszony anegdotami i humorem rodem z komedii "Together" Lukasa Moodyssona, portret czasu przeobrażania się Szwecji w państwo dobrobytu i równości. Skupiając się na bohaterach, których bynajmniej nie pociąga społeczny konformizm, malowniczo kreśli środowisko bohemy i malowanych ptaków. W jego obrazie pobrzmiewa mimo wszystko nutka goryczy – może nie tak silna jak w "Dzikich detektywach" Roberta Bolaño, ale jednak – że anarchią, bumelanctwem i poezją daleko się nie zajdzie. Świat zagubił ideały i od tego wniosku nie ma ucieczki.
poniedziałek, 26 marca 2012
"Once Upon a Time in Anatolia" ("Dawno temu w Anatolii"), reż. Nuri Bilge Ceylan, 2011
Spędziliśmy razem niemal pięć godzin, siedząc obok siebie na ławce na dworcu autobusowym w Shimli. Padał deszcz, było zimno, a my zawinięci w koce i szale czekaliśmy od drugiej w nocy do rana na otwarcie hoteli. Rahul spędził dwa tygodnie medytując w jaskini wysoko w górach. Próbował zrozumieć niedawną śmierć swojej żony. Między nimi układało się podobno dobrze. Mieli dwóch synów, najmłodszy miał zaledwie trzy miesiące - aczkolwiek nie wiadomo dokładnie, kto był ojcem, Rahul czy jego brat, który także był mężem kobiety. Wśród społeczności indyjskiej we wschodnich Himalajach praktykowany jest jeszcze niekiedy zwyczaj poliandrii, tak jak w społeczności tybetańskiej - kobieta poślubia wszystkich braci w rodzinie. Pewnego dnia żona Rahula wypiła całą butelkę pestycydu do spryskiwania jabłoni. Za dwa dni miał być festiwal, na który się cieszyła, przygotowała nawet jedzenie na uroczystość. Parę godzin po wypiciu płynu zaczęła narzekać na poważne bóle brzucha. "Poszedłem do brata i zapytałem, czy ją uderzył - zdarza się w każdej rodzinie" - opowiadał Rahul. Brat żony nie uderzył. Zawieziono ją do szpitala, zrobiono płukanie żołądka, ale było za późno. Kobieta zmarła. Rahul, jak zawsze w kryzysowych sytuacjach, zwrócił sie do Buddy z pytaniem, jak jego żona mogła się tak pomylić i wypić płyn, przecież tego pestycydu używano od lat i butelka była oznakowana.
Czemu o tym piszę? Bo opowieść Rahula do złudzenia przypomina opowieść, jaką w filmie "Once Upon a Time in Anatolia" Nuriego Bilge Ceylana opowiada jeden z bohaterów, prokurator. Jest noc, którą spędzamy z prokuratorem, lekarzem, komisarzem policji, drugim policjantem, Kenanem (który przyznał się do morderstwa pewnego mężczyzny i zakopania go z kolegami gdzieś przy drodze), kilkoma wojskowymi i grabarzami. Bohaterowie jeżdżą od miejsca na miejsce, próbując ustalić, gdzie mogło zostać zakopane ciało ofiary. W międzyczasie prowadzą błahe rozmowy, naigrawają się z siebie nawzajem i ewidentnie okazują irytację z powodu konieczności spędzenia nocy w tak nieciekawych okolicznościach. Prokurator i lekarz zaczynają w pewnej scenie rozmawiać od niechcenia i dochodzi do wyznania - żona przyjaciela prokuratora zmarła pewnego dnia bez żadnego wyjaśnienia, bez powodu, dzień po urodzeniu dziecka. Przewidziała swoją śmierć, pożegnała się ze wszystkimi, po czym zmarła. To wydarzenie będzie prześladować obu mężczyzn do końca filmu. Będą do niego wracać, aż oboje zrozumieją, że kobieta popełniła samobójstwo. Ciarki mnie przechodziły za każdym razem, gdy słuchałam rozmowy mężczyzn. Siedząc tamtej nocy obok Rahula i trzęsąc się z zimna ja też najdelikatniej jak to tylko możliwe tłumaczyłam mu, że jego żona zapewne nie wypiła detergentu przez przypadek, że mogła cierpieć na depresję. Rahul przypominał prokuratora - wykształcony, można powiedzieć, że względnie światowy (pracował przez 6 lat w New Jersey), bardzo uduchowiony (brat nawet mówił mu, że więcej czasu poświęca buddyzmowi niż własnej rodzinie), jego ojciec był uznanym i szanowanym eks-ministrem. A jednak tak jak prokuratorowi tajemnice kobiecej psychiki były mu obce, a kwestia depresji kompletnie nieznana. Obu mężczyzn dzielą tysiące kilimetrów, jeden jest postacią fikcyjną, inny - autentyczną. Życie naśladuje sztukę, sztuka naśladuje życie...
Skupiłam się na tym jednym wątku, na tym przełomie, jakim dla prokuratora było dojście do prawdy, gdyż odniosłam to do własnych doświadczeń. Film oczywiście mówi także o innych sprawach. O banalności życia i śmierci, życiu na prowincji, naszym byciu kształtowanymi przez otoczenie, niczym drzewa na pagórkach Anatolii. O dumie wymieszanej ze wstydem z powodu swojego pochodzenia. O melancholii, jakiej doświadcza drugi główny bohater, o którym nie wiemy nic: lekarz. I o najważniejszym - jak jedna chwila może nadać znaczenie naszej egzystencji, może stanowić olśnienie, którego bardzo potrzebujemy, a którego się zupełnie nie spodziewamy. Na tę chwilę czekamy, a ona nadchodzi niespodziewanie i porywa nas. Sprawia, że nawet jeśli kierujemy się w życiu zawsze rozsądkiem, spływa na nas świadomość, że jest jeszcze inna rzeczywistość, nienamacalna, ale odczuwana duchem. Mistycznych momentów nie warto szukać na siłę, one nie trafiają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przychodzą, gdy jesteśmy na to gotowi. "Once Upon a Time in Anatolia" to najgłębszy, najciekawszy i najbardziej metafizyczny film tureckiego reżysera. To jego pierwszy film, który zauroczył mnie od pierwszej sceny. Choć podobały mi się wszystkiego jego dzieła poza "Klimatami" (najbardziej cenię "Uzaka") to uważam, że właśnie w "Once Upon..." Ceylan wspiął się na wyżyny sztuki filmowej. Czułam wielką satysfakcję po obejrzeniu filmu w niemal pełnym kinie - trzeba przyznać, że żaden wcześniejszy film Ceylana nie miał tak znakomitej reklamy i promocji. Tu żadna scena nie była przypadkowa, żaden gest zbędny. Czy prokurator zrozumiał lepiej swoją żonę przez jej śmierć? Można mieć taką nadzieję. Czy Rahul zrozumiał, czemu jego żona najpewniej cierpiała na depresję? Jego słowa, gdy się rozstawaliśmy nad ranem, brzmiały: "Jakże chciałbym spotkać Dalajlamę. Zadałbym mu jedno pytanie: czemu moja żona się zabiła. To mądry człowiek, musi wiedzieć". Nic nie odpowiedziałam.
sobota, 24 marca 2012
Spojrzałem na ścianę
Apium Spojrzałem na ścianę. Ubyło. - Przybyło treści. Bogdan DREADY Prawdzik, "Dni spokojnych szukałem o zmroku"
piątek, 23 marca 2012
Zima
Kaatje Vermeire Zima Postarzała się Wracając nagle Bogdan DREADY Prawdzik, "Dni spokojnych szukałem o zmroku"
czwartek, 22 marca 2012
Co czytano w brytyjskich schronach przeciwlotniczych
Podczas pierwszych sześciu miesięcy II wojny światowej liczba wypożyczających książki z bibliotek w Wielkiej Brytanii wzrosła o 20%, a w niektórych rejonach o 50%. Ewakuowani mieszkańcy i kobiety, których synowie lub mężowie walczyli na froncie wojennym - czyli ludzie, innymi słowy, którzy mieli największą potrzebę poznawania świata - należeli do najbardziej namiętnych użytkowników bibliotek. W Londynie w niektórych dzielnicach pozakładano małe biblioteki w schronach przeciwlotniczych. Nieużywana stacja metra w Bethnal Green miała bibliotekę z czterema tysiącami woluminów i klientelę, która co noc liczyła sześć tysięcy osób. Ci wojenni czytelnicy nie wybierali praktycznych poradników dotyczących szycia czy napraw domowych, lecz filozofię. Platon i jego "Republika" cieszyły się niezwykłą popularnością, podobnie jak Schopenhauer, Bertrand Russell, Bunyan oraz "Anatomia melancholii" Burtona. Bella Bathurst, "The Secret Life of Libraries" ze zbiorku esejów o bibliotekach "The Library Book" PS. JJ zamieściła na swoim blogu uzupełniający mój cytat fragment tekstu Susan Sontag z idealną fotografią :) Jesteś tu dziś
Jung-Eun Park Jesteś tu dziś. Znowu oddycham Długowłosym powietrzem. Bogdan DREADY Prawdzik, "Dni spokojnych szukałem o zmroku"
środa, 21 marca 2012
Mój strach
Bisday Mój strach Powściągliwy. Wobec przyszłości. Bogdan DREADY Prawdzik, "Dni spokojnych szukałem o zmroku"
wtorek, 20 marca 2012
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||