| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

czwartek, 06 grudnia 2012
Pokorny liść, jeden z wielu

Całymi garściami znoszę liście do domu. Wystarczy pojechać rowerem w dzień wolny od pracy do pralni odebrać górę koszul, by wrócić z naręczem złocistych liści miłorzębu. Zatrzymuję się na środku chodnika, podnoszę głowę do góry, a liście fruwają, fruwają, spadają mi na ramiona, a ja uśmiecham się do nich i siebie samej. Nikt się nie dziwi, nikt nie zerka jak na wariatkę. Obserwowanie koyo, kolorowych japońskich liści to narodowa pasja i wszyscy dobrze rozumieją moję oszołomienie. Szczególnie, że ja przecież pewnie obca, po raz pierwszy być może spędzam jesień w Japonii, jeszcze nie mam albumów mieniących się kolorami z corocznego święta ku czci matki natury. Trzeba dać mi się zachwycać do woli. Już na początku września w metrze zaroiło się od plakatów przedstawiających co bardziej malownicze zakątki kraju i zachęcające do planowania wycieczek. Ja  pierwszych dni listopada jechałam co kilka dni do parku Yoyogi, by obserwować zmiany na drzewach i cieszyć się kolejnym czerwieniejącym klonem. Liczyłam dni do końca miesiąca, gdy jesień wybuchła pełną krasą. Zapomniałam już, jaką radość sprawia widok cudownie skomponowanych drzew i synchroniczne przystrojenie szatek jesiennych. W tworzeniu ciekawych kompozycji drzewa japońskie nie ustępują nawet północnokoreańskim tancerzom. W międzyczasie mogłam cieszyć oczy niezwykle starannymi jesiennymi opakowaniami słodyczy, które obecnie przybierają już, ku mojemu żalowi, stroje zimowe.

(ciąg poniżej - mój przydomowy park Yoyogi)


Japończycy przy pierwszych rumieniących się liściach niecierpliwie wyciągali iPhone'y i pstrykali zdjęcia komórką, by parę tygodni potem wyciągnąć poważniejsze działa. Widok starszych i młodszych (głównie starszych) taszczących arcykosztowne aparaty fotograficzne z długimi na kilometr obiektywami i statywami, ustawiających się strategicznie pod/przed konkretnymi drzewami jest codziennością. Całe wycieczki pielgrzymują do parków i na ulice znane z pięknego ulistowienia. Przez Icho Namiki dori, Aleję Miłorzębów w Aoyamie, trudno się było przecisnąć we zeszłowtorkowe przedpołudnie - zadarte w górę głowy i oszałamiający blask złotych liści powoduje, że ludzie dosłownie tracą zdrowy rozsądek. Zatrudniono więc policjantów, pilnujących, by ludzie w amoku nie wyskakiwali pod jadące samochody, próbując utrwalić najbardziej urocze ujęcie ulicy. A ja wracając z przejażdżki cieszyłam się jak dziecko, gdy na równie żółtej, ale nie odwiedzanej przez nikogo ulicy, znalazłam liście miłorzębu o wiele większe niż na Icho Namiki dori i w dodatku nie podeptane przez setki podziwiających. Zatrzymałam się przy niepozornym krzaczku i zerwałam kilka zielonych liści wyglądających, jakby je ktoś powycinał misternie nożyczkami (okazały się być liśćmi morwy, ale nie wiem, jakiej konkretnie).

(ciąg poniżej - Icho Namiko dori)

zwyczajna ulica w mojej okolicy

Niczym szczególnym nie są w ostatnim czasie rozmowy między mną a Guciem, w których licytujemy się, gdzie kto widział bardziej oszałamiające kolory i dokąd jeszcze trzeba się wybrać. Gucio z entuzjazmem opowiadał, jak widział w parku grupkę mężczyzn ze stroświeckimi aparatami, takimi, że trzeba głowę nakryć, by zrobić zdjęcie, a ja oczyma wyobraźni już pstrykałam fotkę takiego przedpotopowego ezgemplarza z dzieckiem robiącym zdjęcie iPadem obok. Już to nieistniejące zdjęcie włożyłam do szufladki: "Nadaje się do Economista"... :) Guciowi w pracy polecono park Hibiya, więc pojechaliśmy do Maronouchi. Ja wybadałam Shinjuku gyoen i tak pewnego przedpołudnia można mnie było znaleźć podziwiającą karpie w strumyku i mieniące się wszelkimi barwami jesieni liście klonu, miłorzębu i wszelkich innych, których nazw nie znam w żadnym języku. I dumałam tak nad własną niemocą nienazwania tego, co przed oczami. Jakże człowiek zgłupiał - zna nazwiska setek gwiazd i gwiazdeczek filmowych czy muzycznych, a zwykłego-niezwykłego drzewa określić nie umie, mimo że ma je pod nosem i może nawet jego cząstkę zabrać ze sobą do domu.

(ciąg poniżej - park Shinjuku gyoen; tak, w sercu Shinjuku można odetchnąć od salonów pachinko i karaoke w takim pieknym miejscu)


zimowa wiśnia także wzbudziła mój zachwyt


Został jeszcze do obrzejrzenia - to z tych absolutnie koniecznych - park w Ryogoku, który polecił mi jeden z moich klientów (tych, których nauczam, nie nazywa się studentami ani uczniami, więc przełknijcie dwuznaczne brzmienie tego słowa). W ostatnim czasie pytanie zadawane przez mnie często na początku lekcji ("Jak spędziłeś weekend?") lub na końcu ("Jakieś plany na weekend?") w większości przypadków sprowadza się, jak to o tej porze roku, do udzielenia odpowiedzi, że ogląda/oglądało się liście (po czym następuje nazwa parku) i piło się/zamierza się pić z przyjaciółmi. To drugie właściwie jest standardem niezależnie od pory roku :)

(ciąg poniżej - park Hibiya)


No i wracam z tymi liśćmi do domu. Wkładam je między magazyny, pieczołowicie wygładzam i czekam, aż będzie można rozłożyć je na blacie kuchennym i... tu inwencja mi się kończy. Niektórymi przyozdabiam sobie potrawy, niektóre pakuję do kopert i lecą w świat. Trafiła się nawet gałązka jarzębiny, która powędrowała do wazonika do sake (w którym sake akurat nie gości), uboższa o kilkanaście oberwanych w torbie owoców. Do pracy jeżdżę dalej, niż się spodziewałam, bo aż do specyficznej, ehm, Akihabary, no i muszę metrem w jedną stronę pół godziny pokonać, co właściwie cieszy mnie - oglądanie codzienności tokijskiej dostarcza wielu refleksji i przyjemności, ja się już zżyłam z tym miastem i pokochałam je tak silnie jak Londyn. Nie ma więc tego złego co by na dobre nie wyszło. Doskwiera mi tylko teraz brak porządnej antologii haiku, którą mogłabym taszczyć ze sobą i podczytywać w metrze jak dziesiątki pasażerów wokół mnie podczytują swoje mangi i powieści samurajskie. Jedno haiku dziennie stanowiłoby świetny wstęp do medytacji...

Wiatr przynosi

dość opadłych liści,

by rozpalić ogień.

Ryokan (1758-1831)

panowie grający w warcaby w Yoyogi

wtorek, 04 grudnia 2012
Dziewiąty numer "Archipelagu"

Wreszcie ukazał się zrodzony w bólach dziewiąty numer "Archipelagu" z fantastyczną okładką, na której widnieje praca Jefa Aerosola, francuskiego artysty graffiti, który zgodził się nam użyczyć swoje dzieło. W środku znajdziecie jak zwykle wiele ciekawych artykułów okołoliterackich. Tematem przewodnim w tym numerze są REWOLUCJE, które obracamy na różne strony. Nie mam zamiaru zdradzać Wam, co znajdziecie w magazynie, przekonajcie się sami. Ze swej strony napiszę tylko, że moim skromnym udziałem jest wywiad z pisarzem, którego podziwiam: Hishamem Matarem. Jego pierwsza powieść, "W kraju mężczyzn" ("In the Country of Men") bardzo mi się podobała, ale naprawdę wielkie wrażenie zrobiła na mnie jego druga książka, "Anatomia zniknięcia" ("Anatomy of Disappearance"), nad którą myślałam baaardzo długo i myślę czasem do dziś, mimo, że od lektury minęło kilka miesięcy i wiele się wydarzyło w międzyczasie. Byłam kiedyś na spotkaniu z Matarem i wciąż pamiętam, jego elokwentne, spójne, treściwe wypowiedzi. O wywiadzie pomyślałam z okazji archipelagowego patronatu nad "Anatomią zniknięcia", którą wydał Smak Słowa. Nie miałam żadnych danych kontaktowych do pisarza, ale znalazłam jego konto na Twiterze. Napisałam mu, że chcę przeprowadzić z nim wywiad i żeby się odezwał (jak pewnie wiecie, trzeba się tam zmieścić w 140 znakach, więc nie było nawet miejsca na przedstawienie się). Odezwał się po paru dniach i zgodził na wywiad od razu. Niestety ze względów niezależnych od nas (świat jako globalna wioska - ja przeprowadzałam się do Tokio, Matar z żoną do Nowego Jorku) wywiad mogliśmy przeprowadzić drogą emailową, a nie w cztery oczy. Czystą przyjemnością było dla mnie wymyślanie do niego pytań, a pisarz zdradził mi, po odesłaniu odpowiedzi, że dla niego wielką przyjemnością było odpowiadanie na moje pytania, że tak ciekawie postawionych nikt mu jeszcze nie zadawał. Mile połechtało to moje ego :) Zapraszam Was wobec tego do lektury wywiadu i KONIECZNIE sięgnijcie po "Anatomię zniknięcia"! Nie bardzo lubię klasyfikować książki na męskie i kobiece, ale zrobię wyjątek i stwierdzę, że ta powieść to kawał dobrej, męskiej literatury. 

Przyjemnego poznawania całego dziewiątego numeru "Archipelagu", który możecie ściągnąć z tej strony.

sobota, 01 grudnia 2012
Pół żartem, pół serio

Tokijscy salarymeni wracający wieczorem metrem z pracy (widać przekrój najpowszechniejszych aktywności: spanie, czytanie gazet/książek/mang, surfowanie w internecie/korespondowanie z innymi/granie w gry)

Beata, Edith i N. odznaczyły mój blog jako jeden ze ich ulubionych (dziękuję Wam bardzo!) i zaprosiły do łańcuszkowej zabawy. Zwykle nie uczestniczę w takich zabawach (zwykle, choć w przeszłości zdarzało się częściej, a jeden łańcuszek nawet sama wymyśliłam), ale postanowiłam zrobić wyjątek, bo ostatnio mało piszę, więc wpisów nie przybywa. Mam o czym pisać, tylko ze skupieniem na pisaniu trudniej.

Odpowiadam na pytania, ale nie będę ciągnąć zabawy dalej. Ulubionych blogów mam dużo, ostatnio rzadziej wchodzę na nie, ale generalnie osoby, których teksty szczególnie cenię, wiedzą o tym :)

Pytania Beaty:

1. "Niektórzy ludzie sądzą, że można robić wszystko, bo żyje się tylko raz i dlatego trzeba łapać każdą okazję. Natomiast ja uważam, że właśnie dlatego, iż żyje się tylko raz, nie można robić wielu rzeczy, na przykład zawstydzających lub niegodnych, bo już nie będzie się miało drugiego życia, aby to naprawić" (Waldemar Łysiak). Jakie jest Twoje credo życiowe?

Ho ho, elaborat mogłabym napisać! Ale w tej zabawie chodzi o lakoniczne odpowiedzi, więc powściągnę mój słowotok i myślotok. Moim credo życiowym jest powiedzenie tybetańskie: "Szukanie szczęścia poza sobą to jak wyczekiwanie słońca w jaskini zwróconej na północ". Tylko od nas, naszego stanu umysłu i serca, zależy nasze samopoczucie (jasne, że wymaga to trochę pracy nad sobą, ale jest wykonalne). 

2. Co Cię ostatnio bardzo ubawiło?

Hmm, ubawiło mnie, jak łatwo można przeżyć przygodę, gdy jest się wystarczająco otwartym i emituje się pozytywną energię... I jak ludzkie historie same przychodzą do człowieka, szczególnie gdy nie szuka się ich na siłę...

3. 21 listopada obchodzimy Światowy Dzień Życzliwości. Czy i jak zamierzasz ten dzień uczcić?

Musztarda po obiedzie, nawet nie wiedziałam o tym święcie, ale dla mnie świętowanie życzliwości to kosmiczny koncept, coś jak świętowanie praw człowieka. Człowiekowi przysługują te same prawa każdego dnia i tak samo nie widzę powodu, dla którego nie miałabym być życzliwa każdego dnia. Zapewne jeśli chodzi o życzliwość względem innych 21 listopada był dniem jak każdy inny - uśmiechałam się do innych i jak zwykle byłam bardzo grzeczna i uprzejma. 

4. Jaka jest Twoja ulubiona anegdotka?

Chyba to będzie ta dotycząca Evelyn Waugh. Waugh postanowił kiedyś popełnić samobójstwo, miał wówczas 22 lata i kariera pisarska była jeszcze przed nim. Przebywał akurat w północnej Walii, wszedł do morza z zamiarem utopienia się. Ugryzienie meduzy spowodowało, że szybko zmienił zdanie i jak niepyszny wyszedł po tym "wypadku" natychmiast z wody. 

5. Książka, którą powinno znać każde dziecko polskie...

"Królestwo Bajki" Ewy Szelburg-Zarembiny. Przecudna opowieść o sile marzeń, pozytywnym myśleniu i igraniu z iluzją.

6. Jakich słów nadużywasz?

Wydaje mi się, że nadużywam słów "piękny" i "wspaniały" - generalnie używam mnóstwa pozytywnych określeń, ale czasem mam wrażenie, że stosuję wciąż te same, do znudzenia.

7. Życie jest zbyt krótkie, żeby...

Martwić się na zapas (muszę to sobie sama wciąż przypominać); nadmiernie wszystko analizować i roztrząsać; zamykać się przed innymi.

8. Odpowiedz Woody'emu Allenowi: "Co zrobisz, gdy ktoś ci przystawi nóż do szyi, a ty akurat dostaniesz czkawki?"

Lepiej wychodzi się w życiu nie gdybając zanadto :)

9. Idealny czytelnik to taki, który...

... ceni jakość lektury nad jej ilość i nad sam fakt czytania.

10. Moje ulubione miejsce w Polsce to...

Ulubione miejsca pamiętam z dzieciństwa, mieszczą się one bardziej na mojej mapie sentymentalnej niż faktycznej i zostały przez upływ czasu mocno przeze mnie wyidealizowane, czego jestem w pełni świadoma. Wiążą się z dziecięcymi przygodami, najczęściej rozgrywającymi się w wyobraźni. To ogród babci i dziadka, nieistniejący już, pokoik na poddaszu w ich domu, którego także już nie ma. To dom w Olsztynie, w którym się wychowałam, i tamtejszy ogród. To wakacje z babcią i dziadkiem w prymitywnych drewnianych domkach przy lesie, które oznaczają dla mnie ideał wakacji dziecięcych. 

11. Jakie są Twoje najlepsze sposoby na jesienną chandrę?

Nie znam jesiennej chandry, jesień to moja ulubiona pora roku. Nie lubię za to zimy i śniegu i co roku staram się w tym czasie wyjechać gdzieś, gdzie panuje inny klimat. Ten sposób radzenia sobie z chandrą polecam gorąco i zastosuję go także w tym roku. 

Shinjuku gyoen, piękny park w Shinjuku z chińskim pawilonem

Pytania Edith:

1. Lato czy zima?

Ani jedno ani drugie. Jak pisałam powyżej, nie lubię zimy. Nie przepadam też za latem, bo nie znoszę skrajności w pogodzie (zarówno w czasie mrozu jak i upału czuję się źle, chyba że oba trwają bardzo krótko). Preferuję umiarkowaną pogodę, klimat londyński jest dla mnie idealny, bo temperatury rzadko kiedy schodzą poniżej 7-10 stopni i rzadko kiedy przekraczają 30 stopni.

2. Film czy książka?

Tu akurat i jedno i drugie, nie potrafiłabym wybrać. Uwielbiam zarówno czytać jak i oglądać filmy.

3. Poranna rosa czy księżyc o trzeciej nad ranem?

Hmm, chyba księżyc. Zawsze miałam problemy z bardzo wczesnym wstawaniem, ale w domowych pieleszach lubię zarywać noce - myśli mi sie wtedy wyraźniej i moja kreatywność wzrasta diametralnie. Balowanie poza domem zdarza mi się sporadycznie i zawsze jest to wielkie święto, szczególnie w miłym towarzystwie.

4. Fast food czy domowo?

Jeśli fast food to tylko w postaci japońskich zup lub frytek (ale to w sumie mało fastfoodowe jedzenie). Domowo jeść lubię, bo lubię gotować od czasu do czasu i eksperymentować, lubię też czasem zapraszać przyjaciół na kolacje. Ale lubię też jadać w restauracjach niefastfoodowych i przez pierwsze półtora miesiąca mieszkania w Tokio stołowaliśmy się poza domem codziennie. Mieszkając w Londynie też jadaliśmy w restauracjach częściej niż przeciętny Londyńczyk (czyli częściej niż dwa razy w tygodniu). Nigdy nie był to fast food. 

5. Wymarzona podróż?

Tyle ich jest... Marzy mi się długa podróż po Chinach, podróż do Iranu, chcę pojeździć po Birmie, zobaczyć Azję południowo-wschodnią, zawitać do Bhutanu. Generalnie fascynuje mnie Azja jako kontynent, mniej interesują mnie inne kontynenty, choć na każdym znajdę miejsca warte odwiedzenia. 

6. Wolisz napisać pamiętnik z podróży czy stworzyć album?

Zdecydowanie stworzyć album - wygodniej, szybciej, precyzyjniej utrwalam w ten sposób wrażenia, obserwacje i emocje. Na pisanie szkoda mi w podróży czasu, choć zawsze troszeczkę notuję.

7. Kot czy pies?

Koty dobrze wychodzą na zdjęciach, ale żeby mieć kota na własność? Nigdy w życiu! Psy są kochane, miałam jednego przez ok. 17 lat, ale nie chciałabym już więcej mieć psa. W ogóle nie nadaję się do posiadania zwierząt, za bardzo by mnie ograniczały, a przyjemności z ich posiadania nie widzę.

8. Skok ze spadochronem czy spokojny rejs statkiem?

Skok ze spadochronem, bez dwóch zdań. Rejs statkiem wydaje mi się najnudniejszą formą urlopu, a skok ze spadochronem to coś, co mogłabym zrobić bez wahania.

9. Podziel się kawałkiem swojej muzycznej duszy.

Proszę bardzo :)

Timbuktu, jeden z moich ulubionych szwedzkich muzyków:


K'Naan, muzyk hip hopowy z Somalii:


The XX, mój ulubiony ostatnio londyński zespół, tutaj wykonujący utwór "The Angels" na żywo w Tokio. Cudowne połączenie tokijskiego klimatu z londyńskim talentem.

Pytania N.:

1. Skowronek czy sowa?

To pytanie pokrywa się z trzecim pytaniem Edith, pozwolę sobie więc odesłać do odpowiedzi, jakiej udzieliłam powyżej.

2. Śniadanie na spokojnie czy w biegu?

Tylko na spokojnie! Nie uznaję niczego robionego w biegu poza bieganiem :)

3. Wypoczynek czynny czy bierny?

Obydwa są wartościowe i potrzebne organizmowi. Czynny może być fizyczny - lubię jeździć po Tokio rowerem, połączyć wakacje z aktywnością (niekoniecznie sportową, bo sportu per se uprawiać nie lubię), albo czynny umysłowo (choćby medytacja). Za bierny uznaję odmóżdżanie się podczas chodzenia po sklepach z ciuchami lub oglądanie głupot (np. sentymentalnych klipów muzycznych z lat 80. czy 90.) na youtube. Dobre od czasu do czasu.

4. Gorszy brak czasu czy jego nadmiar?

Uważam, że każdy ma zawsze tyle samo czasu co wszyscy naokoło, rzecz w tym, jak się czas wykorzystuje. Nie lubię sytuacji, kiedy brakuje mi czasu dla samej siebie, próbuję to wówczas szybko zmienić. Czegoś takiego jak nadmiar czasu osobiście nie znam, nie wiem, co to znaczy.

5. Święty spokój czy kolekcja wrażeń? 

Najpierw kolekcjonowanie wrażeń, by je potem na spokojnie przetrawić. A że generalnie jestem uważną obserwatorką rzeczywistości wrażeń mam wciąż co niemiara - jeśli otoczenie z jakiegoś względu chwilowo mi ich nie dostarcza, dostarczam je sobie sama, wędrując po różnych ścieżkach w moim umyśle i stawiając sobie trudne pytania, na które czasem miesiącami albo latami szukam odpowiedzi.

6. Facebook tak/nie, ponieważ...

Zdecydowanie tak! Bez Facebooka czułabym się odcięta od przyjaciół i znajomych. Poza tym trudno byłoby mi żyć bez udogodnień technologicznych, to część rzeczywistości, która mnie bardzo cieszy. Chwilami męczy, owszem, ale selekcjonuję informacje, które do mnie docierają i minimalizuję ryzyko zmęczenia.

7. Komentarze na blogach zwięzłe czy treściwe?

Lubię treściwe, lubię gadać i wymieniać poglądy, obserwacje, dzielić się uczuciami. Ale szanuję, jeśli ktoś nie lubi komentować i wystarcza mu czytanie. Sama podczytuję blogi, których nigdy lub niemal nigdy nie komentuję. Cieszę się z każdego komentarza pozostawionego u mnie, ale nie wywieram na nikim presji - uważam wywieranie nacisku na innych za przejaw złych manier.

8. W blogosferze wolność wyboru czy zależności towarzyskie?

Hmm, nie bardzo wiem, co to znaczy. W życiu preferuję wolność wyboru, w żadne niezręczne zależności nie lubię się pakować, więc to samo dotyczy blogosfery, bo to też część życia.

9. Multi-kulti tak czy nie?

Tak, tak, TAK!!! Nie wyobrażam sobie świata niemultikulturowego, z czasem coraz mniej będzie na świecie miejsc homogenicznych kulturowo i to jest dla mnie naturalny i pożądany stan rzeczy.

10. Twój stosunek do daty 21 grudnia 2012 w kalendarzu Majów.

Nie wiem, czemu ta data miałaby być szczególna, w ogóle nie wiem o co chodzi. Nie mam żadnego stosunku do niej.

11. Ulubiony dowcip z gatunku czarny humor (lub inny).

Nie przepadam za dowcipami, ale kocham brytyjskie poczucie humoru. Zaczytuję się wciąż i wciąż kolekcją autentycznych ogłoszeń towarzyskich z "London Review of Books" zatytułowaną "Sexually I'm more of a Switzerland". Moje ulubione brzmi (w moim tłumaczeniu):

"Nic nie mówi "kocham cię" w szczerszy sposób niż bycie obudzonym szampanem, drożdżówkami i różami. Poza psem z masłem orzechowym na podniebieniu. Napisz, spotkamy się, prześpimy się ze sobą i - rankiem, krótko zanim żona mojego przyjaciela każe mi opuścić ich sofę i wynieść się z ich domu - pokażę ci trick Winstona. Jest przezabawny. Ale będziesz musiała przynieść masło orzechowe - zainstalowali blokady na wszystkich szafkach kuchennych. Mężczyzna, 26 lat". 

Peron na stacji Harajuku

poniedziałek, 26 listopada 2012
Codzienność tokijska w obiektywie

Nie mam ostatnio czasu i ochoty, by pisać. Zajmuje mnie przeżywanie życia, a niekoniecznie uwiecznianie go w słowach. Zdjęcia jednak robię, więc dziś zapraszam Was do mojej galerii fotografii. Pisałam już o założonym przeze mnie niedawno blogu fotograficznym, dziś przypominam jedynie, że on istnieje.

Moje zdjęcia znajdziecie na Tokyo Memoir. A poniżej zdjęcie, którego na drugim blogu nie ma (jeszcze nie ma).


środa, 14 listopada 2012
Woda jest wodą

Napełniam czajnik wodą raz za razem. Mieści się w nim zaledwie półtora litra wody, a potrzebuję dobrych kilku litrów, by w gorącej wodzie namoczyć wszystkie naczynia ceramiczne, które do tej pory uzbieraliśmy. Wypełniam wodą duże garnki i misy i delikatnie wkładam do wrzątku czarki na sake, małe miseczki, kubki, miniaturowe talerzyki, na których zmieści się raptem dziecięca garstka orzechów lub mała marynowana śliweczka. Dwa duże, długie talerze przedstawiają problem, lecz otwieram szufladę, wyjmuję jeden z wysokich koszy na śmieci, w którym, po napełnieniu go wodą, mieszczą się idealnie. 


Obcowanie z piękną ceramiką to czyste zazen. Pieszczę każde wgłębienie na nierównej powierzchni, wodzę palcem po krawędzi kubka i wyobrażam sobie, jak gdzieś, w drewnianym domu na japońskiej prowincji, pośród lasów i mgieł, ktoś z czułością brał glinę do ręki i wyczarowywał cudeńka wygrzewające się teraz w źródlanej wodzie w mojej kuchni. Paradoksalnie mieszkanie w jednej z największych metropolii świata, w nigdy nie zasypiającym mieście, pozwala mi docenić prostotę życia bardziej niż gdzieś, gdzie pod przykrywką "powrotu do źródeł" kryje się w rzeczywistości brak wyboru. W społeczeństwie generalnie zamożnym, przyjmującym dobrobyt za pewnik, pielęgnuję uważność i szacunek dla szlachetnych materiałów i cudzej pracy. To tu odkrywam istotę wabi-sabi i uczę się jej z każdym dniem. Wabi-sabi jest filozofią życia, można tak określić w dużym uproszczeniu, swoistą duchową praktyką, która polega na przywiązywaniu wagi do otoczenia, byśmy znaleźli w nim harmonię. Jak ktoś to określił ładnie - jest obiektywem, przez który widzimy piękno, zawsze nieperfekcyjne i nietrwałe. Każde naczynie jest wyjątkowe, każde wybrane zostało z największą starannością i myślą o jego przeznaczeniu. Przy czym zdaję sobie sprawę, że koncept utylitaryzmu talerza jest pułapką - czyż nie cudownym przeznaczeniem jest po prostu cieszenie oczu? Myślę o wielu pokojach, które widziałam w życiu, o licznych przedmiotach wypełniających ich przestrzenie. Jakby trzeba było zagłuszyć pustkę, którą może stanowić pusta półka. Mentalnie skanuję w mej pamięci bibeloty bez większej wartości - materialna jest bez znaczenia, myślę o emocjonalnej - i smuci mnie wizja zagracania wnętrza niepotrzebnymi "pierdółkami". Pamiętam jak w czasach nastoletnich na moich półkach stały bibeloty, do których ani nie byłam specjalnie przywiązana, ani nie cieszył mnie ich wygląd. Ale stały, bo żal wyrzucić albo komuś oddać, bo "prezentów się nie wyrzuca", bo... Wieczne szukanie wymówek usprawiedliwiających obojętność wobec tego, czym się otaczamy. 


Skąd lęk przed pozbywaniem się rzeczy? Czyż nie powinno być tak, że każdy przedmiot, którym się otaczamy, miałby za zadanie wzbogacać nasze życie, a tymczasem wiele z nich zwyczajnie je wypełnia? Wypełniaczy jest aż nadto wokół, gorzej z autentycznym, odczuwalnym wzbogaceniem. Dotychczas przez pewien czas żyłam w przeświadczeniu, że nie stać mnie za bardzo, by rzeczy codzienne były dokładnie takie, jakimi chcę, by były. Ale to nie jest tylko kwestia pieniędzy (choć na pewno po części owszem), a bardziej poszukiwań własnej estetyki i choć odrobiny wysiłku. Dlaczego mam kroić warzywa na desce, która mi się nie podoba i pić z kubka, który nie powoduje, że herbata smakuje lepiej? Musiałam przeprowadzić się do Japonii, by dostrzec wartość dbałości o to, by estetyka dawała nam poczucie harmonii, poprawiała jakość życia. Dbam o moje nowe przedmioty, szanuję pracę ludzie, którzy je wykonali. Jak mówi ulotka, którą dostałam w sklepie odnośnie pielęgnacji ceramiki: "Jeśli do mycia przedmiotów będziesz używać wyłącznie wody, twoja ceramika będzie pięknie błyszczeć, a twój posiłek będzie wyglądał bardziej apetycznie". Albo ostatnie zdanie tekstu odnośnie właściwego używania żeliwnego imbryczka: "Postępując zgodnie z powyższymi wskazówkami możesz być pewny, że ten imbryk będzie ci dawał radość przez długie lata". Zadumałam się dziś parząc herbatę - kiedy ostatni raz kuchenny przedmiot dawał mi autentyczną radość? Kiedy producent zadbał o to, bym właściwie pielęgnowała przedmiot, nie dlatego, by go nie uszkodzić i by spełniał swą funkcję należycie, ale po to, by dostarczył mi on prawdziwej radości? Jednocześnie ta dbałość zakłada akceptację, że rzeczy przestaną być perfekcyjne, że ceramika będzie z upływem lat zmieniać kolor, może brzeg się ukruszy. Ta akceptacja praw przemijania i nieuchronności zmian daje niebywały spokój. 


W Japonii wzrusza mnie każde wyjście z domu. Ruch dłoni osoby podającej mi w sklepie resztę na specjalnie do tego przeznaczonej tacce, głębokie spojrzenie w oczy kelnera, które podtrzymuję przez kilka sekund, sprawiające, że mam wrażenie, iż choćby przez te parę ulotnych chwil nie istnieje dla nas nic poza istotą spojrzenia sobie w oczy. Wzrusza mnie młoda dziewczyna, która pędząc na stację i rozmawiając przez telefon w tym samym czasie, nagle przerywa, milknie i przez chwilę wpatruje się uważnie w pokryty czerwienią jesienny liść na mijanym drzewie. Począwszy od pięknych opakowań przedmiotów, poprzez aranżację doniczek na schodkach mijanego sklepu po indywidualny dobór czarki do sake w barze (zamiast używania zestawu identycznych naczyń) - wszystko zamienia się w małą celebrację piękna. A ja przymykam oczy na równolegle sączący się kicz z sieciowych kawiarni bez charakteru, tandetnych opakowań tanich słodyczy w sklepach i brzydkie ubrania z kiepskich jakościowo materiałów, masowo wyrabianych w Chinach. Mój obiektyw celuje w to, co piękne i proste, a jednocześnie przemijające. Jak spojrzenie w oczy nieznajomego chłopaka.


Tymczasem wyciągam talerzyki i miseczki z wody. Myślę o nauce Zen i słynnym tekście: "Zanim człowiek zaczął studiować Zen, góry były dla niego górami, a woda była wodą. Lecz gdy dojrzał prawdę Zen przez instrukcje dobrego mistrza, góry przestał być górami, a woda przestała być wodą. Później jednakże, gdy naprawdę osiągnął miejsce Spokoju (tzn. osiągnął satori [jap. oświecenie]), góry znów były górami, a woda wodą". I przypominam sobie jeszcze kilka zdań wyczytanych w książce o Japończykach praktykujących prostotę życia (którą raczę się jak najlepszym przysmakiem), wypowiedziane przez rzeźbiarza i introligatora Osamę Nakamurę: "Wytwarzanie rzeczy własnymi rękami kultywuje szczodrość i otwiera serce" oraz "Zbieranie drewna na opał czy rzeźbienie w nim, a nawet mycie przedmiotów - to wszystko jest niebywale przyjemne i daje dużo radości, jeśli da się sobie czas". Nakamura musiał znać wiersz anonimowego adepta Zen:

"Czerpię wodę,

Noszę drewno,

To moja magia".

Więc dałam sobie czas na dotykanie naczyń, wkładanie ich do miękkiej wody, wyciąganie i delikatne, acz staranne suszenie, a potem układanie ich w szafkach i szufladach. I czuję przepełniające mnie ciepło, jakby część tej szczodrości rzeźbiarza naczyń spłynęła na mnie. Jakby niewidzialna więź łączyła mnie poprzez te naczynia z mistrzami, którzy włożyli serce w to, abym to właśnie ja odczuła dziś radość z obcowania z nimi. A czy w życiu nie chodzi między innymi o to, by swym istnieniem i pracą umilać innym życie?

***

Jeśli ktoś ma ochotę pooglądać najwspanialsze osiągnięcia ceramiczne artystów z Kioto i poczytać o technikach polecam tę stronę i tamtejszy online shop, sklepik internetowy. Ceny wielu perfekcyjnie nieperfekcyjnych naczyń sięgają setek tysięcy jenów, maleńka czarka do zielonej herbaty potrafi kosztować więcej niż przeciętna pensja japońska. Mam nadzieję, że nasza kolekcja tańszych przedmiotów wzbogaci się kiedyś o tak piękne dzieła sztuki...