| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

niedziela, 11 listopada 2012
Pustka egzystencji: "Children of the Revolution" - Dinaw Mengestu

Podczas podróży przez Stany Zjednoczone uderzyły mnie przede wszystkim trzy rzeczy: 1) jak przyjaźni i życzliwi są ludzie, 2) jak przepiękna jest tam przyroda, i 3) jak biednie ludzie żyją (o biedzie w USA zresztą polecam znakomity artykuł z bieżącego numeru Economista - aż 15% społeczeństwa żyje poniżej granicy ubóstwa i ponad 1/3 najbiedniejszych żyje na przedmieściach). Pisząc o biedzie nie mam na myśli wcale domów amerykańskich, bo te potrafią być duże i całkiem okazałe. Mam na myśli cały styl życia, infrastrukturę życia przede wszystkim miejskiego. W wielu miastach i na przedmieściach bez samochodu jest się praktycznie uwięzionym w domu, gdyż transport publiczny nie istnieje lub mocno kuleje. Nie ma mowy o wyjściu z domu do kawiarni za rogiem, po pieczywo czy zwyczajnie na spacer. W wielu miasteczkach nie ma chodników, zresztą... nie ma dokąd pójść. Jeździ się do centrów handlowych, by tam zrobić zakupy, zjeść i pójść do kina. Są getta mieszkalne i getta handlowo-rozrywkowe. Wyjątkiem są niektóre duże miasta, ale też niemal wyłącznie centralne dzielnice. Na przedmieściach zaś ulice są puste, wyglądają jak wymarłe, ludzie gnieżdżą się z domach, samochodach lub wspomnianych centrach. Albo kościołach. Ta wizja życia, jaką widziałam od zachodniego po wschodnie wybrzeże, napawa mnie przerażeniem.

Bohater "Children of the Revolution" Dinaw Mengestu mieszka w Waszyngtonie, z mojej perspektywy całkiem przyjemnym mieście, tyle że w bardzo ubogiej dzielnicy, po której nocą kręcą się prostytutki w poszukiwaniu klientów i handlarze narkotyków. Aż strach wychodzić z domu. Na ulicach nie ma normalnych domów, są rozwalające się rudery, po których nie pozostał żaden ślad dawnej świetności i które właściwie powinny zostać przeznaczone do rozbiórki. Takich miast pełno w USA, tak wygląda Detroit, dawniej dobrze prosperujące, przemysłowe miasto, dziś - prawdziwe ghost town, w którym domy kosztują średnio zaledwie 15 tys. dolarów. Sepha Stephanos mieszka jednak w Waszyngtonie, siedemnaście lat temu przybył do stolicy - jak określił to Barack Obama w przemowie inaugurującej jego wybór na drugą kadencję - "najwspanialszego narodu na ziemi" z Etiopii ogarniętej wojną. Przybył z wujem, pozostawiwszy matkę z bratem w Afryce, nieświadom losu ojca zabranego w nocy z domu. Po dawnych ambicjach pozostało pragnienie spokoju i stabilności. Dlatego Sepha niespecjalnie dba o swój lokalny sklep z mydłem i powidłem, najtańszymi słodyczami i napojami. Otwiera i zamyka sklep kiedy chce i nie dba o przyszłość. Ma dwóch wiernych przyjaciół, z Konga i Kenii, z którymi z nudów gra czasem w nietypową grę: jeden z nich podaje nazwisko, a dwaj pozostali muszą podać jakiemu ugrupowaniu przewodził dyktator o owym nazwisku, w jakim kraju i kiedy. Niekiedy odwracają reguły i pada jedynie skrót nazwy ugrupowania... Pewnego dnia jednak do dzielnicy wprowadza się biała kobieta w średnim wieku (jedyna biała osoba w okolicy) z córeczką, która podejmuje się odnowienia kupionej kamienicy. Życie Sephy zaczyna nabierać kolorów.

Czy można wierzyć, że ktoś inny zdoła odmienić nasze życie, jeśli my pozostajemy bierni wobec rzeczywistości? Sepha siedząc w sklepie, do którego z rzadka ktoś zagląda, ma czas na rozmyślania. "Stałem samotnie za ladą i uderzyła mnie myśl, straszna i przerażająca, że wszystko, o co dbałem i co kochałem, zostało albo utracone albo żyło beze mnie siedem tysięcy mil dalej. A to, co miałem, to nie było życie, ale kiepsko skonstruowana namiastka życia, złożona z wuja, dwóch przyjaciół, smętnego sklepu i taniego mieszkania". Nie żeby Sepha żył między dwiema kulturami. On nie tęskni za Etiopią, dobrze mu w bezpiecznych Stanach Zjednoczonych, ale nie przynależy nigdzie. Nie jest jak jeden z jego przyjaciół, któremu ten drugi wygarnął: "Jeśli tak bardzo tęsknisz za Afryką, czemu tam nie wrócisz? Wówczas nie musiałbyś mówić każdego dnia: To jest jak w Afryce, to jest jak w Afryce. Ale nie możesz wrócić. Wolisz raczej tęsknić za nią żyjąc wygodnie tutaj niż nienawidzieć jej każdego dnia żyjąc tam". Nie, Sepha nie kocha i nie nienawidzi Etiopii. Odcina się wprawdzie od etiopskiej przeszłości; życie w społeczności etiopskiej w kamienicy, w której mieszkał z wujem, mierzi go. Wuj pozostał tam, gdyż czuł się jak w domu. Sepha uciekł stamtąd z tego samego powodu. Teraz po prostu tęskni za bliskimi, za jakimkolwiek poczuciem bycia częścią czegoś większego. Rodziny, społeczności, jak zwał tak zwał. Tym samym żyje jak duża grupa Amerykanów, nie ma tu znaczenia pochodzenie, kolor skóry i miejsce zamieszkania. 

Moim zdaniem "Children of the Revolution" nie jest powieścią o przesiedleniu, doświadczeniach imigranta. Jest o samotności w dużym mieście amerykańskim, w którym na dobrą sprawę każdy pozostawiony jest sam sobie. Dorota Masłowska w wywiadzie dla Xięgarni powiedziała, że Ameryka to strasznie robaczywy kraj, że ludzie nie potrafią żyć w wielkim mieście. Powieść Mengestu mogłaby stanowić potwierdzenie tej tezy. Gdy pojawia się szansa na bliższy kontakt z drugim człowiekiem, bardziej autentyczny, głębszy, bohater nie wie jak się zachować. Faktem jest, że dzielnice takie jak ta, w której żyje Sepha, nie dają mieszkańcom żadnej okazji, by ćwiczyć przebywanie wśród innych, by ćwiczyć nawiązywanie kontaktu z innymi. Ceni się prywatność do granic absurdu, gdy zaproszenie kogoś do domu staje się wielkim świętem. W takim świecie najlepiej opancerzyć się w grubą skorupę i nie wychylać niepotrzebnie. Tyle że człowiek jest zwierzęciem stadnym i ma potrzebę choćby sporadycznego kontaktu z resztą stada. 

Gdy tak piszę o moich przemyśleniach dociera do mnie, że wyłania się z mych słów lepszy obraz tej powieści niż ten, który miałam podczas lektury. Czytając można odnieść wrażenie, że to powieść trochę o niczym. Niewiele się dzieje, niewiele zostaje nazwane, uczucia są lekko zarysowane, więzi ledwo pociągnięte i już szarpnięte, zerwane. Beznadzieja egzystencji i marazm oplata czytelnika jak lepka pajęczyna, aż ma się ochotę szybciej skończyć książkę i strząsnąć ją z siebie. Jednakże właśnie w umiejętności stworzenia takiego klimatu tkwi siła Mengestu. Stworzył bardzo specyficzną powieść, która nie podaje tezy na tacy i nie jest zbyt ordynarna w podsunięciu argumentów potwierdzających ją. Nie czytałam jeszcze powieści Masłowskiej, ale nie sądzę, by poza ogólną ideą obie książki były podobne. Tu nie ma żadnych komputerów, Skype'a i Facebooka, jest tylko droga z domu do sklepu-pracy i z powrotem, ze sporadycznym spacerem po pobliskim parku. Szara codzienność nieprzerywana na dobrą sprawę niczym.

O spotkaniu z Dinaw Mengestu i innymi pisarzami pochodzącymi z Afryki pisałam tutaj.

***

W podobnych klimatach:

Siri Hustvedt, "The Sorrows of an American" - moja recenzja tutaj

Haruki Murakami, "Po zmierzchu" - moja pseudorecenzja tutaj

piątek, 09 listopada 2012
Japoński urzędnik

Ostatnio zmuszona byłam załatwić parę spraw urzędowych, bo biurokracja tu rozwinięta jest chyba na podobnym poziomie co w Polsce lub we Francji. W Wielkiej Brytanii raz jeden jedyny tylko musiałam udać się na dosłownie pięć minut do urzędu po zdobycie numeru ubezpieczenia państwowego. Ba, ja nawet nie mam pojęcia, gdzie w Londynie są jakiekolwiek urzędy poza konsulatem polskim! Tutaj zaś małe rozeznanie juz mam. Wiem, gdzie zarejestrować adres (i jego zmianę), gdzie zapisać się do państwowej służby zdrowia, wiem, gdzie zgłosić ślub, rozwód, śmierć czy narodziny dziecka (mam nadzieję, że te cztery ostatnie informacje do niczego mi się nie przydadzą). Kompletnie przypadkowo zdobyłam też informację, gdzie rozliczać się z podatków - to tak na zapas. Nie miałam nikogo do pomocy, kto udałby się wraz ze mną do szarego molocha w Shibui ze staroświeckimi palarniami na każdym piętrze, zielonym linoleum i kwiatkami w doniczkach w kreatywnie zaaranżowanych "oazach zieleni" i pomógł w wypełnianiu formularzy z instrukcjami po japońsku. Na szczęście na miejscu pracują ludzie, którzy nie spali na lekcjach angielskiego w szkole albo zainwestowali w prywatne lekcje, dzięki czemu z komunikacją nie miałam problemu. Bo że w urzędzie imigracyjnym mówią po angielsku, to zrozumiałe. Udało mi się załatwić wszystko, co potrzebowałam, w bardzo krótkim czasie i właściwie bez żadnych problemów. Poczyniłam przy okazji kilka obserwacji.

Ochroniarze nie są od tego, by stali i łypali okiem na każdego wchodzącego do urzędu, traktując go niczym potencjalnego przestępcę (nie chcę wskazywać żadnych urzędów palcem, ale może czyta mnie ktoś z konsulatu polskiego w Londynie...). W odprasowanych mundurach, z białymi naramiennikami i w równie białych rękawiczkach kłaniają się o 30 stopni petentom, wskazując płynnym ruchem dłoni, w którą stronę mają się udać - nawet jak opcja jest tylko jedna. Gdy ma czas, w polu widzenia żadnych nowych petentów nie ma, ochroniarz w sposób akceptowalny społecznie, a zapewne nawet zachęcany do tego, daje znać o swojej pedanterii i perfekcjonizmie. Przejdzie się przez salę, ustawiając równiutko krzesła, żeby odstępy między nimi były identyczne, ułoży gazety na stoliku, mimo że nikt ich nie tykał od ostatniego ułożenia, sprawdzi stan gleby w doniczkach (jestem pewna, że gdyby było kwiatkom za sucho, zaraz poszedłby po konewkę) i zajrzy pod biurka w poszukiwaniu papierków czy innych śmieci, których niechybnie nie znajdzie. Prawdziwy skarb, taki ochroniarz.

W kraju, w którym nawet nauczyciele w niektórych szkołach noszą mundurki, byłam zdziwiona, że urząd dzielnicowy pozwala swym pracownikom ubierać się jak chcą. Pamiętam dobrze czytane kiedyś w magazynach kobiecych na początku lat 90. porady, czego nie wypada zakładać do biura. Odpadają dekolty, koronki, prześwity, zbyt krótkie mini, tona dźwięczącej biżuterii i makijaż papugi. Fakt, poza koronkami nie widziałam tutaj, by ktoś popełniał te modowe grzechy i np. szokował biustem. Ale zakolanówki imitujące pończochy dostrzegłam (swoją drogą na bardzo zgrabnych i długich nogach), podziwiałam srebrną nitkę w szarym moherowym swetrze jednej z pań, a princeska w zgrzebną brązowo-burą kratkę i kremowy golfik pod nią urzędniczki, która mnie obsługiwała, przywołała wspomnienia z zerówki - w podobnym stroju mam zdjęcie, gdy buduję z klocków stajnię dla koni. O męskiej modzie urzędniczej nie ma co pisać. Uniwersalne ciemne spodnie i jasne koszule, nuda.

Nie ty jesteś dla urzędnika, urzędnik jest dla ciebie! Proste hasło propagandowe, a jak skuteczne tutaj. Nie ma odgradzania się od petentów szybą. Jak tylko urzędnik zauważy, że wypełniłeś formularz (do pomocy, jakby pomoc była potrzebna, są dwie panie, które mają za zadanie tylko sprawdzać, czy nie masz kłopotów z wypełnieniem formularza - i to nie tyczy się tylko cudzoziemców) i dostałeś numerek, zaraz urzędnik woła do swojego biureczka. Przeprosi, że trzeba chwilkę poczekać, aż wklepie dane do komputera, przeprosi, że potem trzeba poczekać parę minut na wydrukowanie na karcie rezydenta adresu. Wskaże, gdzie można spocząć i oddać się obserwacjom. Jeśli ma pytanie, wybiegnie zza swego biurka i kucnie przy tobie wyjaśniając coś, abyś nie musiał się fatygować pięć metrów do biurka. Niczym dziecku poniewieranemu przez system komunistyczny łza stanęła mi w oku w zetknięciu z taką uprzejmością i chęcią ułatwienia petentowi życia.

Jedyny zgrzyt nastąpił w łazience. Zadbali o śpiew ptaszków i odgłos szumu wody w toalecie, ale nie pomyśleli, że po umyciu rąk chciałoby się je wysuszyć.

A dziś wizyta w banku. Najpierw przez dobre 10 minut szukałam odpowiedniej filii, bo nie było jej tak, gdzie według mapki internetowej powinna być. A raczej nie podali, że jest w środku Omotesando Hills, ekskluzywnego domu handlowego, na piętrze w skrzydle, do którego dostać się trzeba przez inne skrzydło i inne piętra, korzystając z dwóch schodów i windy. Ze sto razy krążyłam między lodziarnią Ben & Jerry, butikami Michaela Korsa, Ann Demeulemeester i Celine i jakimiś jubilerami, szukając ukrytych drzwi do innego wymiaru, czytaj: banku. Mam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała tam iść, bo nie wiem, czy znajdę to miejsce ponownie... A tam znów ochroniarz otwierający drzwi i usłużna kobieta, nazwijmy ją Akiko, która wyjaśniła, że sprawa otwarcia konta jest bardzo prosta, ale trwa aż 20 minut i czy mogę jej poświęcić aż tyle czasu. Bo jak nie, to wszystko da się załatwić przez internet lub telefon w dogodnej dla mnie chwili, oczywiście po angielsku. Miałam 20 minut, a nawet całą godzinę, więc zostałam. Dostrzegłam na stoliczku trzy pary okularów - jak mi wyjaśniono, bo byłam ciekawa, są dla klientów krótko- i dalekowzrocznych oraz tych z astygmatyzmem, którzy zapomnieli zabrać własne okulary, a potrzebują ich by wypełnić formularz lub przeczytać dokument. Zatkało mnie na moment z wrażenia. Chyba nigdy nie potraktowano mnie z taką powagą i nie wyjaśniono wszystkiego tak dokładnie. Włącznie z tym, że jak moja karta przyjdzie pocztą, a mnie nie będzie w domu, to muszę iść na pocztę ją odebrać albo poprosić o dostarczenie jej ponownie. Akiko wyjęła nawet próbkę awizo, by pokazać mi, czego mam przez przypadek nie wyrzucić. Zapisała moje imię i nazwisko w katakanie - niniejszym dziękuję rodzicom za tak łatwe oba człony, nie zdzierżyłabym polskich znaków i zlepków spółgłosek nie do wymówienia. Wszystko wklepała do komputera, wręczyła dokumenty (po angielsku) na temat konta, i przyszedł moment najprzyjemniejszy - wybieranie koloru karty płatniczej. Mój bank ma aż 32 odcienie do wyboru, pełną listę możecie obejrzeć tutaj. Kilka kolorów jest w pakiecie podstawowym, tzn. że gdybym się na któryś zdecydowała, kartę dostałabym na miejscu. Ale mnie skusił kolor Green Tea, Zielona Herbata, i uznałam, że warto czekać tydzień na kartę o tak wdzięcznej i pasującej do moich upodobań smakowych nazwie. I kolorze. Książeczka z nazwami kolorów zawierała przykłady kart we wszystkich odcieniach, a na końcu poświęcono też kilka stron na dokładne, fotograficzne objaśnienie inspiracji. I tak obok Crème Brûlée znajduje się apetycznie wyglądający francuski deser, Tomato Kiss (Pocałunek pomidorowy) zilustrowany jest rozkwaszonym pomidorem, Midnight (Północ) ma się kojarzyć z bramą świątyni nocą, obok nazwy Crocodile łypie okiem piękny krokodyl, a przy Baby Face (Twarz niemowlaka) uśmiecha się rozkosznie oczywiście różowy niemowlak. Ciekawa jestem, jak wyglądał proces wybierania nazw do kolorów... Gdy już czekałam na przygotowanie dokumentu dla mojego pracodawcy potwierdzającego założenie konta, Akiko w pewnej chwili wyszła zza swojego biurka i kucnąwszy przy moim krześle wyznała, że ona się jednak martwi, iż jeśli będę musiała czekać na kartę tydzień i np. listonosz nie zastanie mnie w domu, to nie będę miała dostępu do swoich pieniędzy i co to będzie. Więc może jednak zrezygnuję z Zielonej Herbaty i wybiorę np. Konika Polnego albo Niebieskie Niebo, to kartę będę miała za chwilę? Uśmiechnęłam się i powiedziałam, żeby się nie martwiła. Jak tylko dostanę awizo, jeśli faktycznie nie będzie mnie w domu w czasie odwiedzin listonosza, zaraz pójdę na pocztę po kartę, a do tego czasu mam fundusze. Wydała z siebie głośne westchnienie ulgi i uśmiech rozjaśnił jej twarz. Mam nadzieję, że będzie mogła dziś w nocy zasnąć i nie będzie miała pretensji do siebie, że nie była bardziej stanowcza w namówieniu mnie na tego Konika Polnego...

Zdjęć z urzędu nie mam, bo to naprawdę nic ciekawego, ale przewrotną ilustracją niech będzie ta tablica, wypatrzona w jednym z tutejszych sklepów ze starociami ze Stanów Zjednoczonych. Napis głosi: "Błądzić jest rzeczą ludzką, wybaczanie nie mieści się w ramach polityki naszej firmy". 


czwartek, 08 listopada 2012
Od przygody do przygody: "Samsara. Na drogach, których nie ma" - Tomek Michniewicz

Podczas lektury niejednokrotnie zastanawiałam się, czym jest literatura podróżnicza, jakie warunki musi spełniać. Doszłam do wniosku, że jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie nie ma. Przeszłam więc do pytania, czy "Samsara. Na drogach, których nie ma" Tomka Michniewicza jest tym, czego od literatury podróżniczej oczekuję. I tu odpowiedź była prostsza: nie. Książkę, mimo że nie należy do cienkich, udało mi się przeczytać bez wysiłku w dwa dni. Lekka, wciągająca i zachęcająca do podróży. Co więc jest z nią nie tak?

Michniewicz należy do podróżników, jakich lubię. Ma poczucie humoru (nie przyciężkie, co ważne!), dystans do otoczenia i samego siebie, optymistyczne spojrzenie, głód przygody. Ani szczypty arogancji, poczucia wyższości. Otwarty na inność, stara się nie oceniać obcych kultur miarką własnej i jednocześnie świadom jest ograniczeń, jakie narzuca człowiekowi do pewnego stopnia dorastanie w pewnym kręgu kulturowym. Potrafi je przezwyciężyć i spojrzeć na świat świeżym okiem gdy mu to pasuje. To w sumie ważne: "gdy mu to pasuje", gdy zgadza się z jego sumieniem czy światopoglądem. Bo dość łatwo przychodzi mu zrozumienie męczenników, ale gdy chodzi o zadawanie cierpienia zwierzętom, już nie. Przemierzył Nepal, Indie, Wietnam, Laos, Tajlandię, Singapur, cofając się niekiedy do przygód, jakie przeżył w Kambodży, Malezji czy Hongkongu. Zaczął podróż z kolegą, później zmienił go na innego, by zakończyć podróż z kobietą, która -jak wspomniał - zostanie jego żoną. Celem podróży było z początku poszukiwanie dziadugarów, czyli czarownikach, szamanach, ludziach, którzy potrafią czynić "niemożliwe". Dziadugarów jednak było jak na lekarstwo, kryli się po kątach, nie było ich tam, gdzie mieli być. Szybko więc autor zaczął zbaczać z obranej drogi, meandrując - odwiedzając obóz maoistów, zaprzyjaźniając się ze słonicą w luksusowym resorcie dla zamożnych turystów, przedzierając się przez laotańską dżunglę, czy podziwiając męczenników (będących, swoją drogą, najbliżej tego, czego Michniewicz pierwotnie szukał) na Festiwalu Wegetariańskim w Tajlandii. 

Wszystko to brzmi ciekawie i jest ciekawe, a jednak to za mało... Wyraźnie czułam, że książka ma zachwianą strukturę. Początkowa silna nić przewodnia zaczyna się rozchodzić i rozmywać, aż nic z niej na końcu nie zostaje. Autor pisze na końcu, że zdaje sobie sprawę, iż czytelnik spodziewa się jakiejś puenty, lecz on tej puenty nie dostarczy. Pisze, że najważniejsza jest odwaga w podróżowaniu, głębokie pragnienie doświadczenia tych wszystkich "drobnostek", które opisał w "Samsarze". Według mnie to za mało, by z tych elementów stworzyć książkę. Kolejne kraje przemieszczał Paul Theroux, co opisał w kilkunastu książkach, jednak tam zawsze liczyło się coś więcej poza "drobnostkami". Michniewicz ma mnóstwo refleksji i najbardziej pasjonujące dla mnie były te fragmenty, w których dał o nich znać. Niestety szybko kończył swoje przemyślenia i przechodził do opisu kolejnej przygody. Przygody jednak mają to do siebie, że lepiej się je przeżywa niż o nich czyta. Zbyt gładko, zbyt szybko autor przechodził od opisu jednej do drugiej, w efekcie miałam poczucie, jakbym zaledwie posmakowała tego, o czym pisze. Widać wyraźnie, że autor jest człowiekiem skupionym na doświadczeniach, które chłonie każdym porem swego ciała. Spisywanie ich zdaje się być dla niego stratą czasu - przecież ten czas można lepiej wykorzystać ruszając w drogę, rozmawiając z kimś nowopoznanym czy "pakując się w kłopoty". 

Przeszkadzało mi też to, co pewnie wielu czytelników zaliczy autorowi na plus: informacje zawarte na końcu książki. Przypisy, polecanki odnośnie tego, co gdzie zobaczyć, adresy hoteli, lista rzeczy, które należy zabrać do dżungli, liczne kolorowe zdjęcia w książce powodują, że nie wiem, czy mam jeszcze do czynienia z książką podróżniczą, zapiskami blogera czy przewodnikiem Lonely Planet. Chęć wpakowania do książki zbyt wiele niestety skutkuje lekkim chaosem. Pisanie książki to trudna sztuka selekcji. Michniewiczowi przydałoby się ją poznać.

Niemniej jednak "Samsarę" warto przeczytać. Ja dowiedziałam się co nieco o plemieniu Akha, poznałam parę legend, rozwiałam kilka mitów, które siedziały mi w głowie (np. a propos obręczy na szyjach kobiet z plemienia Karen), poznałam kulisy smutnego procederu handlu antykami pochodzącymi ze starych świątyń w Kambodży. Michniewicz ma lekkie pióro, historia toczy się gładko, ma się wręcz wrażenie, jakby słuchało się autora siedząc wygodnie przy ognisku z kubkiem stygnącej herbaty. I ten lekki i potoczny ton paradoksalnie działa trochę na szkodę książce. Nie nazwałabym dlatego "Samsary" literaturą stricte podróżniczą, lecz przygodową. Być może czepiam się niepotrzebnie, bo wiedziałam czego mogę się spodziewać. Preferuję jednak książki, w których autor jest na drugim planie, nawet jak dzieli się licznymi przemyśleniami - tu miałam wrażenie, że mimo wszystko, mimo tej jego otwartości i zapału w opisywaniu wszystkiego, co mu się przytrafia, niezmiennie stoi w centrum, że świat kręci się dookoła niego. I kręci się zbyt szybko.

wtorek, 06 listopada 2012
Żyć w poszanowaniu Ziemi

To po prawej to chyba ma być Totoro :)

Prawie co weekend w parku Yoyogi organizowane są dwudniowe festiwale, najczęściej poświęcone jedzeniu. Zdaje się, że organizatorzy wychodzą z założenia, że przez jedzenie najłatwiej poznać kulturę danego kraju czy regionu, mamy więc festiwale tajskie, indonezyjskie, lankijskie, Hokkaido, a także wegańskie. Tydzień po festiwalu jedzenia i stylu życia wegańskiego odbył się festiwal życia świadomego, zgodnie z poszanowaniem naszej planety. Z wielką przyjemnością wybrałam się do parku - piszę zawsze, że to park, ale faktycznie festiwale odbywają się tuż obok parku, na przestrzeni chyba specjalnie do tego celu przeznaczonej. W Japonii całkiem sporo osób żyje opierając się wszechobecnemu konsumpcjonizmowi, pracując tyle, by spełnić swe niewygórowane potrzeby i dbając o środowisko. Kryzys ekonomiczny wymusił, zwłaszcza na młodych ludziach, przewartościowanie swoich potrzeb i dostosowanie marzeń do ciężkich dla coraz większej liczby osob realiów. Bardzo łatwo przechadzając się po głównych alejach Ginzy, Shibui i Omotesando pomyśleć, że Japończycy są megazakupoholikami. Nie każdy jednak, kto robi zakupy, jest od razu zakupoholikiem i jednostką konsumpcyjnie nastawioną do świata :) No i obok tych osób znajduje się spore grono ludzi, które ubiera się w ciuchy używane, je organiczne produkty, dla którego liczą się prawa człowieka i zwierząt, energia odnawialna i harmonia między pracą a wypoczynkiem. Podoba mi się, że dla wielu Japończyków ważne jest to, by produkty pochodziły z lokalnych upraw i były wyrabiane w Japonii. Niektóre marki, np. Onitsuka Tiger, mają kolekcję produktów produkowanych gdzieś, gdzie jest taniej (najczęściej w Chinach) oraz część tej samej kolekcji wyrabianej w Japonii - oczywiście odpowiednio droższej (dla porównania buty wspomnianej marki z Chin kosztują ok. 8 tys. jenów, czyli 320 zł, a z Japonii - 22 tys. jenów, czyli 880 zł). Da się tu więc unikać, jeśli komuś zależy, produktów "made in China". Warzywa są na ogół tanie, o ile są sezonowe - a to się ceni, droższe są specjalne odmiany i te sprowadzane z innych krajów, najczęściej z USA, na które popyt jest mniejszy. Zresztą mnóstwo produktów sprowadzanych jest ze Stanów Zjednoczonych, przede wszystkim zdrowych, organicznych (ale nie tylko), relacje gospodarcze między obydwoma krajami widać wyraźnie gdy tylko wejdzie się do przeciętnego większego supermarketu. Według ostatniej ankiety przeprowadzonej przez Japan Finance Corporation wynika, że 70,6% Japończyków preferuje wyroby rodzime, japońskie, i jest to rekordowo niski wskaźnik. Ciekawa jestem, jak takie statystyki wyglądają w innych krajach, wątpię, by w wielu miejscach na świecie ta liczba była większa.

Pyszne pierożki w stylu chińskim, gotowane na parze, z warzywami w środku


Na festiwalu Vegefood Festa oraz Earth Festival nie było jednak nic z USA, przynajmniej nic nie dojrzałam. Serwowano dania wegańskie na pierwszym festiwalu i organiczne na drugim (z których duża część także była wegańska). Mnóstwo tradycyjnych dań kuchni japońskiej, ale też tajska, indyjska i taka "ogólnozdrowa". Wiele było stoisk, na których można było kupić ubrania z tkanin pochodzenia niezwierzęcego oraz z dobrej, japońskiej wełny. Od przesympatycznego uśmiechniętego chłopaka kupiłam cudną torbę z grubego, szarego płótna ze skórzanymi rączkami - wszystkie torby sam projektuje i szyje, można zamówić u niego kolor i rozmiar jeśli ma się konkretne życzenie. Kupiliśmy słoiczek marmolady śliwkowej i słynne mydło syryjskie od starszego, przystojnego Syryjczyka. Zachwycałam się płóciennymi okładkami na książki tkanymi i ozdabianymi przez jedną z Japonek, wysupłałam parę monet na organiczne, wegańskie ciasteczka kokosowe i posłuchałam wykładu o podobno rewelacyjnych garnkach niemieckich (nie rozumiejąc ni słowa).

Całe rządki śwliwkowych marmolad i ceramiczne uśmiechnięte grzybki enoki

Ta para sprzedawała zielone, warzywno-owocowe smoothie - niebo w gębie!


Na jednym ze stoisk sprzedawano wegańską karmę dla psów i kotów - nic szczególnie dziwnego, w Europie też są ludzie, którzy karmią swych pupili karmą bezmięsną. Na małej scenie można było posłuchać koncertów różnych wykonawców, zauroczył mnie głos Kojie z zespołu Breath Mark (szkoda, że najpiękniejszych utworów nie można posłuchać w sieci, z dostępnych najbardziej nastrojowy jest utwór "Whale"). To, co zawsze sprawia mi wielką radość na tego typu imprezach to spotkanie radosnych, uśmiechniętych osób, po których widać, że czerpią przyjemność z przebywania wśród ludzi o podobnych wartościach i podobnym stylu życia. Japończycy pod tym względem zdają się być podobni do Anglików - serdeczność i ciepło bijące od ludzi są wielkie i zawsze mnie wzruszają, a uśmiechy rozświetlają oblicza setek kobiet, mężczyzn i dzieci w zupełnie naturalny sposób. 

tradycyjne japońskie buty jika-tabi, w nowoczesnym designie

Kreator mojej torby

A jednak niektóre drzewa już się robią kolorowe, co widać na zdjęciu... ale to nieliczne.

Kojie z gitarą

Zachwyciłam się sukienką tej dziewczyny, której wzór przypomina indyjski block printing, i pod pretekstem zrobienia zdjęcia jej psu, uwieczniłam jego właścicielkę

Wargi zbyt zziębnięte

żeby paplać - 

Wiatr jesienny.

Bashō (1644-1694)


poniedziałek, 05 listopada 2012
One photo, please

Nadeszła jesień. Wiem, wiem, u niektórych z Was już zima pełną parą. U mnie dopiero jesień się rozkręca. Jeszcze miną ze trzy tygodnie, zanim drzewa zaczną się stroić w koyo, czyli w kolorowe liście - na razie tylko niektóre z nich liście zrzucają. Ale słońce już nie to samo, świeci bardziej jesiennym niż letnim blaskiem. Temperatury oscylują między 10 a 20 stopni, wieczory i noce potrafią być chłodne. Wprawdzie nie przyszło mi jeszcze do głowy, by wyciągnąć jakąś kurtkę, cokolwiek z długim rękawem wystarcza w zupełności, ale szalami zaczęłam się owijać po zmroku. Pożegnaliśmy się ze śniadaniami na balkonie, na szczęście przybył wreszcie robiony na zamówienie stół i nie musimy jadać na kanapie. Zachwyt powoduje, że chcemy wciąż przy nim siedzieć, a przechodząc obok choćby pogłaskać go z czułością. Noce są przyjemnie chłodne i gdy wiatr nie jest zbyt silny śpimy wciąż przy otwartym oknie, pod cieniutką letnią kołdrą - upodobanie do zimnych nocy mamy z Anglii, gdzie nikt się ze sobą nie cacka. Ciekawa jestem, czy w ogóle tej zimy wypróbujemy nasze wypasione ogrzewanie podłogowe (tak, od typowego zimnego, nie ogrzewanego porządnie mieszkania japońskiego jesteśmy w naszym tak daleko, jak to tylko możliwe), ja tego nie lubię, skarpetki powinny wystarczyć. 

Jesień w Tokio przypomina mi jesień londyńską. Nie pada zbyt wiele, choć jak pada, to inaczej - ma się wrażenie, jakby wodospad lał się z nieba. Żadnych mżawek i kapuśniaczków, jak leje to porządnie. Większość dni natomiast jest albo oślepiająco słonecznych, albo - moja ulubiona pogoda - pochmurnych, z niewielkimi tylko słonecznymi prześwitami. Zachmurzone niebo najlepiej wpływa na mój nastrój i powoduje, że już na dzień dobry ogarnia mnie radość. Słońce lubię, gdy jest go mało, ale całkowicie słoneczne dni, zwłaszcza kilka takich z rzędu, budzą raczej lekkie przygnębienie i zmęczenie. Nie dla mnie tzw. ciepłe kraje. 

Tymczasem założyłam nowy blog, wyłącznie fotograficzny, na którym postaram się codziennie lub prawie codziennie publikować jedno zdjęcie. Zapraszam serdecznie na Tokyo Memoir

A na zakończenie trzy zdjęcia, tropiące ślady polskości w Tokio. Pewne aspekty polskiej kultury są w Japonii znane i cenione wśród osób, które interesują się designem. Chopina kojarzy każdy, starsze pokolenie oglądało filmy Wajdy, Romańskiego [nieświadomy skrót myślowy, jak zauważył jeden z komentatorów :)] i Kieślowskiego. Osoby pasjonujące się jazzem oczywiście znają Możdżera i Stańko. Najbardziej chyba znany jest jednak polski plakat. Literatura raczej nie, może ktoś czytał kiedyś Miłosza lub Gombrowicza, ale takich osób jest chyba tylko garstka. Za to niedawno była w Jokohamie wystawa polskiego plakatu i wiem, że Japończycy znają i śledzą polskie dokonania. Niektórzy cenią polską animację. Nie można też zapomnieć o ceramice. W kraju, w którym nawiedza mnie myśl, że ceramika powinna mieć swoją muzę (podobnie zresztą jak moda), polskie naczynia z Bolesławca można znaleźć w niektórych sklepach. Za to jeśli chodzi o lniane ściereczki, wyprzedzają Polskę Francja i Litwa, które też oferują ścierki doskonałej jakości i idealnie proste w designie.

Taśma do klejenia z wzorami różnych biletów z różnych stron świata. Japończycy mają fioła na punkcie taśm, nalepek i wszelkich drobiazgów do scrapbookingu i ozdabiania wszystkiego (oczywiście można znaleźć typowy słodko-mdlący kicz z kotkami, misiami, różyczkami i wszystkim kawaii, ale jest też wiele naprawdę wysmakowanych ozdób).

 

Przykład polskiej ceramiki w świetnej sieci sklepów Unico

To element na jednym z coolerskich pokrowców na iPada, imitujących zwykłe koperty - podoba mi się zestawienie pieczątki z Nowego Jorku z polskim znaczkiem.