| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

środa, 31 października 2012
Mumbajskie slumsy pod mikroskopem: "Behind the Beautiful Forevers" - Katherine Boo

Mam wielkie szczęście do doskonale napisanych książek o Indiach. O ile czytałam kiepskie książki o Japonii, o tyle fatalnych książek o subkontynencie indyjskim udaje mi się, z bardzo nielicznymi wyjątkami, uniknąć. Katherine Boo to pisarka niezwykła. Na spotkaniu z nią, na którym byłam latem w Londynie, wprawiła mnie w osłupienie swoją nieśmiałością. Skromna aż do przesady (czy można być przesadnie skromnym?), z oczami spuszczonymi w dół przyjmowała komplementy, jakimi obdarzał ją jej mąż, indyjski profesor nauk politycznych, wykładający w londyńskim King's College, Sunil Khilnani. Byłam wtedy jeszcze przed lekturą "Behind the Beautiful Forevers", lecz przeczuwałam, że książka będzie dobra. Nie spodziewałam się, że aż tak dobra.

Nieczęsto spotyka się pisarzy wypowiadających się z taką elokwencją, mądrością i przenikliwością, a przy tym z tak niezauważalnym ego. Boo jest piekielnie inteligentną kobietą, stawiającą się zawsze w cieniu - w książce praktycznie nie istnieje. Wiadomo, że spędziła trzy lata w Mumbaju, obserwując społeczność żyjącą w niewielkim i niczym niewyróżniającym się slumsie Annawadi ulokowanym nieopodal lotniska, otoczonym wysokimi wieżowcami i luksusowymi hotelami. Skupiła się na opisie losów trzech rodzin żyjących po sąsiedzku. Żyła obok swoich bohaterów, których codzienne dylematy, troski, radości i smutki ujęła najlepiej jak się dało. Bez oceniania, bez jakiejkolwiek ingerencji. Opowiadała na spotkaniu, że pozwolono jej być obok, robić zdjęcia, filmować cokolwiek zapragnęła pod jednym warunkiem: że nie będzie wtrącać się w niczyje życie. Już po wydaniu książki autorka spotkała się z mieszkańcami Annawadi, zresztą śledzi ich los nieustannie. Jedna z bohaterek, przeczytawszy książkę, wyznała ze wzruszeniem, że Boo opisała ją dokładnie tak, jak sama siebie widzi, bez żadnego przekłamania.

Boo ma bogate doświadczenie - była przez dziesięć lat reporterką dla "Washington Post" i przez kilka lat dla "The New Yorker", odznaczono ją Nagrodą Pulitzera i obsypano innymi wyróżnieniami za reportaże o niepełnosprawnych umysłowo i najuboższych żyjących w Oklahomie i paru innych stanach Ameryki. Jest zdania, iż na temat biedy teoretyzuje się zbyt dużo, a pisze o niej w poważny, dojrzały sposób zdecydowanie zbyt mało. Uderza ją, iż są właściwie tylko dwie szkoły pisania o biedzie: 1) sentymentalna - gdzie biedni postrzegani są wyłącznie jako ofiary systemu, gdzie uwypukla się ich zalety, a przemilcza wady, gdzie podkreśla się rolę organizacji niosących pomoc; 2) sensacyjna - gdzie szuka się skandalu i opisuje biedę jako siedlisko wszelkiego zła, z wyszczególnieniem prostytucji, przemocy i korupcji moralnej. To, zdaniem Boo, wielce upraszczające i nieoddające prawdy podejścia. Rzeczywistość, jak zwykle, nie jest czarno-biała. 

"Oczywiście, że to korupcja - Asha powiedziała uległej nowej sekretarce fundacji non-profit - Ale czy to jest moja korupcja? Jak ktokolwiek może mówić, że robię coś złego, skoro to ci na górze przygotowali wszystkie papiery, kiedy to ci na górze twierdzą, że wszystko jest w porządku?" . Autorka przedstawia bohaterów - z których wszyscy wymienieni są z nazwiska, także policjant wykorzystujący seksualnie bezdomne dzieci i nie przejawiający wstydu za branie łapówek w zamian za niestawianie niewinnym wyimaginowanych zarzutów - jako drobne rybki zaplątane w sieci, której nie utkali sami. Nie usprawiedliwia jednak ich intryg i podłości. Człowiek niepoddający się drobnym przekrętom, niewykorzystujący nikogo ryzykuje zmiażdżenie przez innych. Indusi nie mogą sobie pozwolić na odczuwanie empatii, to luksus, na który ich zwyczajnie nie stać. 

"To prawda, tylko sześciu z trzech tysięcy mieszkańców slumsu miało stałą pracę (cała reszta, tak jak 85% indyjskich pracowników, była częścią nieformalnej, niezorganizowanej gospodarki). To prawda, niewielu mieszkańców zastawiało pułapki na szczury i żaby i smażyło je na kolację. Niewielu jadło trawę rosnącą na skraju jeziora ze ściekami. Ale te jednostki, nędzne dusze, poprzez to działanie miały nieoceniony wpływ na samopoczucie sąsiadów. Dawały mieszkańcom slumsu, którzy nie smażyli szczurów i nie jedli zielska, jak Abdul, głębokie poczucie mobilności w górę drabiny społecznej". Katherine Boo nie zdecydowała się na napisanie książki przekrojowej o Indiach, ale skupiając się na maleńkiej społeczności daje obraz Indii obserwowanych przez mikroskop (autorka zamierzała nawet nazwać książkę "The Minimum City" - zapewne nawiązując do znakomitej pozycji Suketu Mehty "Maximum City. Bombay Lost and Found"). Społeczność Annawadi jest w rzeczy samej przekrojem społeczeństwa indyjskiego, z wycinkiem jej systemu kastowego i różnorodności wyznaniowej. Interesowało ją nie tyle ogólne spojrzenie na rzeczywistość, a skupienie się na mechanizmach powodujących, dlaczego niektórzy wydostają się z ubóstwa i dlaczego niektórzy, pomimo wysiłku i chęci wciąż pozostają na samym dnie. W przypadku najbiedniejszych często o upadku decyduje, chciałoby się powiedzieć - o ile wierzy się w coś takiego jak szczęście - nieszczęście: wystarczy, że głowa rodziny zachoruje na gruźlicę czy będzie miała wypadek w pracy. Rachunek za opiekę medyczną może pochłonąć całe oszczędności i znów trzeba zaczynać od zera, a bywa, że zrezygnować np. z edukacji dziecka. Gdy nie ma gdzie ciąć kosztów, rezygnuje się nawet z potrzeb najpilniejszych, traci dach nad głową czy poddaje próbie swoją moralność i sprzedaje nerkę lub własną córkę. Wybór zawsze oznacza tragedię. 

Dlaczego ze wszystkich slumsów Mumbaju Boo wybrała Annawadi? Twierdziła na spotkaniu, że dostrzegła tam nadzieję u ludzi. Zaskoczyła ją energia tamtejszych kobiet i to kobietom poświęca wiele uwagi. Otoczenie lotniska i hoteli pięciogwiazdkowych budzi w mieszkańcach slumsu aspiracje. Zdaje się, że sukces jest za płotem, na wyciągnięcie dłoni. Że wystarczy dać się poznać komu trzeba, zatrudnić jako kelner w Hiltonie i przyszłość jawi się w różowych barwach. Zresztą w slumsie jak na dłoni widać sukces - Manju, jednej z bohaterek książki, udało się jako pierwszej spośród trzech tysięcy mieszkańców ukończyć koledż. Wykształcenie, tak istotne w wydostaniu się z ubóstwa, również jest przywilejem nielicznych. Abdul, szesnastolatek i główny bohater książki, zarabia na całą rodzinę sortując śmieci. "Sortował śmieci odkąd skończył sześć lat, ponieważ gruźlica i praca wśród odpadków wykończyła płuca jego ojca. Zdolności motoryczne Abdula rozwinęły się wokół jego pracy. "I tak nie miałeś głowy do szkoły" - jego ojciec zauważył niedawno. Abdul nie był pewien, czy nauczył się wystarczająco dużo, by móc w jakikolwiek sposób ustosunkować się do tego stwierdzenia". W tym jest problem - mieszkańcy slumsu są tak słabo wykształceni, że nie są w stanie podejmować racjonalnych decyzji, nie pozyskali umiejętności myślenia przyczynowo-skutkowego, o właściwej analizie wydarzeń choćby z własnego życia nie wspominając. Nie rozumieją trybików machiny odpowiedzialnej za to, co ich otacza. Na spotkaniu Boo podała przykład rodzenia się konfliktów. Dwóch mężczyzn staje co ranek przy drodze i czeka, aż pracodawca podjedzie i wybierze sobie tych, którzy będą u niego tego dnia pracować na budowie. Jeden z mężczyzn zostaje wybrany przez kilka dni z rzędu, drugi nie. Ten niewybrany za swój los obwini sąsiada, tego, któremu się udaje. Podpali mu dom, wbije nóż w plecy w ciemnym zaułku. Jeśli w dodatku obaj mężczyźni będą z innych kast lub wyznań konflikt może szybko rozszerzyć się na całą społeczność i łatwo sobie wyobrazić, ilu niezamieszanych bezpośrednio w sprawę osób straci zdrowie lub życie. 

"Każdy kraj ma swoje mity, a ten, którym lubią się raczyć Indusi odnoszący sukces, to romans niestabilności i adaptacji - przeświadczenie, że gwałtowny rozwój ich kraju polega po części na chaotycznej nieprzewidywalności codziennego życia. W Ameryce czy Europie, mówiło się, ludzie wiedzą, co się stanie gdy odkręcą kurek z wodą czy nacisną włącznik światła. W Indiach, kraju niewielu założeń, chroniczna niepewność miała pomóc stworzyć naród bystrych, kreatywnych ludzi potrafiących rozwiązywać problemy". W ten mit zdaje się też wierzyć Paulina Wilk, autorka książki "Lalki w ogniu", wychwalając kreatywność Indusów. Jednak Boo nie daje się zwieść pozorom. Znajdowanie sposobów na radzenie sobie z problemami codzienności nie ma nic wspólnego z prawdziwą kreatywnością, to zwykła przedsiębiorczość. Wysiłek pokładany w uczynienie codzienności choć odrobinę znośniejszą pozbawia energii i w rzeczy samej ograbia ludzi z kreatywności. Po walce z przerwą w dostawie prądu, brakiem wody, korkiem ulicznym, kurzem itp. człowiek nie ma głowy do rozwiązywania poważniejszych problemów. Najbardziej kreatywni Indusi to Indusi na emigracji, gdzie codzienność nie oznacza szarpaniny i traconych na każdym kroku nerwów lub Indusi zamożni, mający sztab ludzi, których zadaniem jest pokonywanie codziennych problemów. Zdolność przetrwania mieszkańców Annawadi, wbrew piętrzącym się trudnościom i wiecznym groźbom rozebrania slumsu, nie jest też zdaniem autorki książki żadnym dowodem na sukces gospodarki wolnorynkowej - co próbują udowodnić niektórzy obserwatorzy społeczni. Jest jedynie spadkiem po niej, który ci przekażą swym dzieciom. 

"Behind the Beautiful Forevers" nie daje odpowiedzi na przyczynę biedy. To jest książka opisująca pewne zjawisko, mechanizmy działania systemu - i zwyczajną egzystencję ludzi na skraju ubóstwa. Myślący czytelnik może sam wyciągnąć wnioski i zinterpretować opisane wydarzenia. Na spotkaniu z Boo ktoś z publiczności poprosił pisarkę jednak o podanie powodów wciąż powszechnie panującej biedy. Odpowiedziała bez wahania, że najpoważniejszą przyczyną jest brak odpowiedzialności ze strony urzędników i decydentów w kwestiach szkolnictwa, usług medycznych i wszelkich innych usług, które z założenia są publiczne, dostępne dla wszystkich. Ponadto przyczyną biedy jest brak wprowadzania w życie dobrych ustaw oraz powszechna akceptacja panującego stanu rzeczy, w tym m.in. korupcji na wszelkich szczeblach, w każdej dziedzinie życia. Brak zrozumienia co do tego, jak bieda faktycznie działa i łatanie drobnych problemów zamiast skupienia się na najpilniejszych dopełniają obraz. Faktami w Indiach manipuluje się łatwo. Boo ślęczała wiele godzin nad danymi z policji i szpitali, przebijając się przez powierzchnię statystyk i liczb. Udało jej się ustalić, iż np. morderstwa bywają często nie rejestrowane. Nikomu nie chce się prowadzić śledztwa, jeśli przy drodze znajduje się zabity, bezdomny nastolatek. W rejestr wpisuje się więc, że chłopak zmarł na gruźlicę (szczególnie powszechna manipulacja w przypadku dzieci). Pomoc często nie trafia do tych, do których powinna i nie odpowiada potrzebom. W Annawadi panuje duża zachorowalność na dungę i malarię z powodu obecności komarów rozmnażających się w ściekach, oraz na gruźlicę. Tymczasem wiele organizacji charytatywnych oferuje lekarstwa na polio, które w slumsie nie występuje. Mieszkańcy żartują, że najlepszą chorobą, na jaką można tam zapaść, jest polio, przynajmniej jest szansa na uzyskanie pomocy.

"Behind the Beautiful Forevers" stanowi mądry i rzeczowy głos w dyskusji nad indyjskim społeczeństwem. Książka doczekała się rewelacyjnych recenzji, m.in. od noblisty Amartyi Sena i indyjskiego historyka Ramachandry Guhy, autora "India After Gandhi" - ten drugi napisał, iż jest to "bez wątpienia najlepsza książka o współczesnych Indiach". W anglojęzycznej prasie o książce pisało się, że przejdzie do światowej klasyki reportażu i trudno podczas lektury nie podzielać tych poglądów. Poza warstwą merytoryczną doceniam niebanalny styl pisania autorki oraz zdolność władania piórem. Każde zdanie w książce uderza precyzją, celnością i perfekcją. Tu nie ma nawet zbędnego przecinka czy epitetu. Boo żartuje, że jej wydawca kazał jej unikać tzw. "zdań piwnych" - zdań, które nie popychają czytelnika, by czytał książkę dalej, które powodują, że czytelnik wstaje i idzie do lodówki po piwo, a wracając zapomina, że w ogóle czytał książkę. Boo nie musi się martwić, śmiało mogę ją określić jako pisarkę wybitną. I chylę czoła nad jej skromnością, gdyż jak wiele wybitnych osób wszystkie zasługi przypisuje innym - swoim nieocenionych tłumaczkom, przekładającym dla niej wypowiedzi bohaterów na angielski, niekiedy z narażeniem własnego życia, oraz samym bohaterom. 

***

W podobnych klimatach:

Suketu Mehta, "Maximum City. Bombay Lost and Found" - moja recenzja tutaj.

Åsne Seierstad, "Księgarz z Kabulu" - Afganistan w miniaturze, opisywany przez norweską dziennikarkę i pisarkę, która żyła z rodziną kabulskiego księgarza przez sześć miesięcy i nakreśliła wspaniały obraz społeczeństwa afgańskiego. Podobnie jak Boo nie ingerowała w życie swoich bohaterów, stawiając siebie zawsze z tle opowiadanej historii. 

Katherine Boo podpisująca mój ezgemplarz książki

poniedziałek, 29 października 2012
Japoński ślub w fotograficznym zbliżeniu

Moim lokalnym chramem szintoistycznym jest Meiji jingu, który przez wiele tygodni jakimś cudem omijałam, aż zdecydowałam się tam w końcu wybrać i... zachwyciłam się. Cudownie mieć pod bokiem, pięć minut od domu, takie miejsce, gdzie można się poczuć jak w lesie. Zaraz za gwarną i pełną kolorowo ubranych nastolatek stacją Harajuku kryje się bowiem duży kompleks świątynny i niemalże leśne drogi, biegnące wzdłuż wschodniej strony parku Yoyogi. Sam chram przybliżę później, kiedy liście zaczną przystrajać jesienne barwy i gdy zapłacę za obejrzenie wewnętrznych ogrodów - są piękne, ale ze względu na konieczność opłaty nie będę tam chodzić często; teraz chciałabym zaprezentować kilka zdjęć ślubów, na które natknęłam się na terenie chramu. Śluby tam odprawia się wręcz taśmowo, w czasie jednej tylko półgodzinnej wizyty widziałam ich kilka. Na zdjęciach widzicie różne rodziny i pary, mimo że wszyscy wyglądają podobnie. Podczas pochodu państwa młodych, rodziny i bliskich odwiedzający chram mogą przyjrzeć się parze młodej z bliska, a także robić zdjęcia (oczywiście z zachowaniem taktu i pewnej odległości) - obce pary fotografują zarówno turyści spoza Japonii jak i sami Japończycy.


Z fascynacją przyglądałam się tej mieszance dumy, nadziei i wiary w to, że ślub cokolwiek zmienia, malującej się na twarzy panny młodej (u pana młodego widać najczęściej po prostu dumę i radość). Nie widziałam nerwowości u nikogo, sztab ludzi do pomocy odpowiada za to, by wszystko przebiegało jak należy - i chyba najczęściej przebiega, nie wyobrażam sobie, co mogłoby pójść nie tak, skoro każdy ślub odbywa się według identycznego scenariusza. Stroje państwa młodych też są niemal identyczne u każdej pary, podobnie fryzury i dekoracje na włosach u panny młodej. Tu nie ma miejsca na spontaniczność, nutkę szaleństwa, przybranie innej pozy niż ta tradycyjna na zdjęciu. Jeśli ktoś chce zaszaleć, dodatkowo organizuje ślub w zachodnim stylu, kiedy może puścić wodze fantazji. Wydaje mi się, że to wielka ulga nie musieć wymyślać własnego ślubu i dekoracji, a zdać się na sprawdzone recepty.



Co wzbudziło mój niekłamany podziw, to pieczołowitość i troska, z jaką organizatorzy przygotowują państwa młodych i gości do zdjęcia grupowego. Kilka osób odpowiedzialnych jest za zadbanie o to, by wszystkie fałdy na kimonach, spodniach i sukniach układały się właściwie, by kolana siedzących mężczyzn były rozstawione w odpowiedni sposób, by stopy osób siedzących w pierwszym rzędzie były ustawione prosto, by żaden niesformy włos we fryzurach pań nie popsuł zdjęcia, by watabōshi - biały kaptur panny młodej układał się tak jak powinien, by niczyje okulary nie odbijały światła niewłaściwie itp. Coś niesamowitego! Przygotowanie do zdjęcia trwa dobre kilka minut, ale ma się pewność, że fotografia wyjdzie idealna.

przygotowanie do zdjęcia:

i zdjęcie idealne (co ciekawe, nikt się nie uśmiecha, wszyscy mają neutralne miny):


Tutaj panna młoda ma na głowie tsunokakushi, tradycyjną białą obręcz z materiału, symbolizującą przykrycie kobiecych rogów zazdrości, ego i samolubstwa. Oznacza ona także obietnicę bycia łagodną i posłuszną żoną.

piątek, 26 października 2012
Kaligrafia na stambulskim wietrze: "The Calligraphers' Night" - Yasmine Ghata

Cieniutką książkę francuskiej pisarki Yasmine Ghata "The Calligraphers' Night" dobrze jest nosić w kieszeni płaszcza. Idealnie nadaje się na słotną jesień. Można pójść z nią na długi spacer nad rzekę - powinien być Stambuł albo Paryż, ale każde miasto z rzeką płynącą przezeń się nada. Dobrze stanąć na moście, oprzeć łokcie o barierkę, wyjąć książkę z kieszeni i puścić słowa na wiatr. Niech fruną, niech układają czarne zawijasy na niebie, niepokorne, buntownicze tak jak niepokorna i buntownicza była natura Rikkat, bohaterki, która nie chciała poddać się alfabetowi łacińskiemu i piórem kreśliła misterne litery arabskie. 

"Kaligrafowie nigdy nie umierają. Ich dusze wędrują wokół granic niezamieszkanego słowa, próbując odzyskać swe narzędzia. Bóg wykorzystuje ich, by objawić swe słowo. Prorocy głoszą je, kaligrafowie je spisują" - mówi bohaterka przekornie, zaprzeczając śmierci, mimo iż zaczyna snuć swą opowieść słowami: "Odeszłam 26 kwietnia 1986 roku w wieku 83 lat". Historia Rikkat to historia kobiety żyjącej kaligrafią, w której żyłach płynie, można by rzec, tusz zamiast krwi. Obserwuje mistrzów, po czym jako pierwsza kobieta, odziedziczywszy narzędzia swego nauczyciela Selima, wygrywa prestiżowy stambulski konkurs na najlepszą kaligrafię. Pracuje w rodzinnym, drewnianym ya w Beylerbey z widokiem na Bosfor, z wiecznym szumem fal za oknem. Jej życie prywatne toczy się jakby obok. Wychodzi za mąż, rodzi syna, przeprowadza się do Konyi, gdzie umiera z tęsknoty za Stambułem. W końcu zostawia męża, wraca do rodzinnego domu, do papieru i tuszu. Do szumu fal i "swego własnego pokoju".

Historia Turcji też toczy się obok, lecz gdy Atatürk zakazuje używania alfabetu arabskiego, skazując tym samym zawód kaligrafa na niebyt, Rikkat zmuszona jest wpuścić historię do domu. Jakże można oczyścić język turecki od wpływów perskich i arabskich? Rikkat rozmawia ze swym mistrzem, który czuwa nad nią pośmiertnie. W myślach ćwiczy pisanie, wersy Koranu zapisuje palcem na zaparowanych parapetach, arabskie wersy widzi wszędzie: na gołej ścianie, na niebie, na czystym talerzu. Jej sztuka staje się jej sekretem. A życie toczy się dalej...

Życie artysty pełne jest wyrzeczeń, poświęceń, udręki. Rikkat cierpi, brodząc jedną nogą w swej efemerycznej sztuce, drugą próbując tkwić twardo w życiu rodzinnym. Dodatkowo musi walczyć z uprzedzeniami wobec kobiet wykonując zdominowany przez mężczyzn zawód. Naucza, a wśród uczniów ma pojętne kobiety. Nie rozumieli jej bliscy żyjący w tym samym co ona czasie. Rozumie ją wnuczka, Yasmine Ghata, która zdecydowała się napisać fabularyzowaną biografię babci. Poezja przekazywana z pokolenia na pokolenie - bo matką autorki jest znana libańska poetka Vénus Khoury-Ghata - sączy się z kart książki. To nie jest książka do chłodnej analizy i feministycznych rozprawek. Ją się czuje i sięga po nią, gdy nastrój podszeptuje, że właśnie nadszedł czas. Wydarzenia w życiu Rikkat nie są tak istotne, by wypełnić nimi 119 stron powieści. One tylko ograniczają, nadają życiu ramy, a czy kaligrafia - bo życie Rikkat i kaligrafia to jedno i to samo - da się oswoić i poddać ograniczeniom? Lepiej wlać w książkę rozterki bohaterki, jej lęki, marzenia puścić luzem - niech słowa mkną na wietrze długo po zamknięciu książki. 

"Teraz, kiedy już nie żyję, nie muszę już liczyć minut. Moja pamięć jest nietknięta; pamięć jest bardziej uchwytna niż rzeczywistość. Moje życie przepływa przede mną z prędkością światła, dręczy mnie, a potem wycofuje się bez ostrzeżenia. To wszystko, czego nie mogłam uchwycić będąc jeszcze żywą, wraca do mnie sporadycznie. Jestem świadkiem widzialnego i niewidzialnego: teraz mogę opowiedzieć całą historię".

Dajcie się skusić.

***

PS. Jeśli lubicie prozę Pamuka to z całą pewnością ta powieść, mimo iż zdecydowanie oszczędniejsza w słowa, Was zauroczy. Jeśli od Pamuka Was odrzuca, śmiem zaryzykować sąd, że możecie ją sobie darować. 

środa, 24 października 2012
Jak być wegetarianinem w Japonii

pyszne ciasteczko księżycowe, czyli słynne mooncake, jedzone przeważnie w okolicach święta Środka Jesieni - można je kupić w supermarketach i cukierniach; japońskie ciasteczko w przeciwieństwie do chińskiego nie zawiera żółtka jajka, tylko słodką pastę z fasolki adzuki

Osobisty wstęp: Za parę tygodni zacznę pracę i będę miała zapewne o wiele mniej czasu na pisanie bloga, spróbuję więc w najbliższym czasie popełnić kilka wpisów (może kilkanaście), które bardzo chcę opublikować. Uprzedzam pytania o pracę: będę nauczać angielskiego w prywatnej szkole językowej. Ominie mnie najpewniej dojeżdżanie metrem - mieszkanie w dobrej lokalizacji oznacza, że podjeżdżać będę 5-10 minutem rowerem do szkoły, co jest niebywale wygodne. Pracę, wbrew temu co czytałam i słyszałam od paru osób, dostać jest łatwo. Owszem, proces rekrutacyjny jest dość czasochłonny, szczególnie jeśli chce się, by firma "zasponsorowała" wizę - nazywa się to sponsoringiem, ale o ile wiem, firmę to nic nie kosztuje, wymaga tylko przygotowania kilku dokumentów. Jestem teraz na etapie czekania na wizę uprawniającą do pracy, za jakieś dwa tygodnie powinnam ją dostać. Kto by pomyślał, że tak prosto to pójdzie? Zupełnie niepotrzebnie stresowałam się przed wyjazdem. W urzędzie imigracyjnym sprawy załatwia się szybko i też bezproblemowo, tak jak to powinno być.

***

zwykła sympatyczna restauracja w Naka-meguro

A teraz meritum wpisu. Jak jeść wegetariańsko w Tokio? Z początku wydawało mi się to trudne - wiele restauracji nie serwuje niemal dań bezmięsnych. Odpada dla mnie nabemono (jednogarnkowce typu hot pot, wiem, że są bezmięsne, ale nie chce mi się specjalnie szukać), odpadają okonomiyaki (grillowane placuszki z reguły z mięsem lub owocami morza), odpada sukiyaki (gotowana wołowina z warzywami), odpada tonkatsu (kotlety, głównie wieprzowina). Japończycy, wbrew pozorom, jedzą ogromne ilości mięsa. Jakieś 150 lat temu zadowalano się tu warzywami i owocami morza, ale od tego czasu wiele się zmieniło. W 1872 cesarz Meiji zapoczątkował rewolucję przez zjedzenie wołowiny - po raz pierwszy w ciągu 1200 lat cesarz zjadł mięso! Jedzenie mięsa stało się modne, szybko stało się oznaką światowości. Niewielu jest w Japonii wegetarian w porównaniu np. z Wielką Brytanią, gdzie normalne jest, że w menu przeciętnej restauracji jest przynajmniej 1/3 dań wegetariańskich i są one często oznakowane jako takie. Normalne wydaje mi się zaznaczanie, czy danie z serem zawiera ser wege czy nie. Zadziwia mnie tu, że można tu pójść do restauracji tajskiej (skądinąd bardzo przyjaznej wegetarianom), a w karcie nie ma ani jednego wegetariańskiego dania! Z około stu opcji żadna nie nadaje się dla mnie na pierwszy rzut oka! Na szczęście wystarczy spytać kelnera, czy ulubione danie da się przyrządzić bez mięsa i okazuje się, że da się zrobić wszystko. 

natto ze szczypiorkiem i starkowaną rzepą na liściu shiso; Japończycy zawsze się dziwią, gdy im się mówi, że uwielbia się natto, co z kolei dziwi mnie, bo jakże nie lubić ciągnących się sfermentowanych fasolek soi o silnym smaku umami?

O samym shiso poczytać bardzo ciekawie można w Ziołowym Zakątku

Przyznam, że jadam tu czasem ryby. Najczęściej w sushi i to właściwie tylko tuńczyka i łososia. Jadam też (a właściwie jadłam dopiero raz) unagi - grillowanego w sosie teriyaki węgorza z ryżem. Owoców morza nie tykam. Mięsa nieryb pewnie nie przełknę nigdy. Przymykam oko, jeśli muszę, na rybny bulion w zupie miso (w smaku nie czuję różnicy między rybnym i nierybnym) i cieńsze niż pergamin płatki ryby bonito. Wiem teraz, że jedzenie wegetariańskie jest tu łatwe do dostania, trzeba tylko wiedzieć, jakich knajp unikać. Co mogą jeść wegetarianie? Do wyboru jest spora liczba organicznych, wegetariańskich i makrobiotycznych restauracji, które serwują pyszne dania i nie są, podobnie jak w każdym innym normalnym kraju, odwiedzane tylko przez oszołomów w Birkenstockach, z dredami i naszywkami na plecaku z przekreśloną krową. W wielu zwykłych izakayach (miejsce, gdzie idzie się wypić i zjeść po pracy), knajpach z zupami ramen czy restauracjach serwujących yakitori (szaszłyki) można dostać prawdziwe przysmaki warzywne, z makaronem czy dania z tofu. Polecam też restauracje typu robatayaki, gdzie na środku sali jest wielki grill, przed nim leżą piękne stosy warzyw, grzybków, rybek i innych wodnych żyjątek, wskazuje się co się chce i zaraz kucharze na oczach klientów grillują to, co się sobie wybrało. Łatwo jednak dać się ponieść widokowi i dostać po posiłku słony rachunek... Zdarzyło nam się pójść do słynnej (nie wiedzieliśmy o tym wcześniej), znakomitej restauracji robatayaki w Roppongi, która kusiła przyjemnym gwarem i śliczną ekspozycją produktów. W menu nie było cen, ale nie obudziło to naszej czujności - zresztą nie patrzyliśmy w menu, ale wskazywaliśmy, co chcemy: paprykę, orzechy miłorzębu (gingko nuts po angielsku, ginnan po japońsku), shiitake, cebulę, słodkiego ziemniaka itp. Gdy zastanawialiśmy się po kilku maleńkich, prefekcyjnych daniach, czy jeszcze czegoś nie zamówić, jeden z kelnerów pokazał nam album ze zdjęciami ze sławnymi gośćmi, którzy odwiedzili restaurację. Były tam gwiazdy Hollywóod i nie tylko: Tom Cruise odwiedził restaurację aż cztery razy, Scarlett Johansson, Adrien Brody, Steven Spielberg, Demi Moore, Angelina Jolie, Bill Murray, Tilda Swinton. Hmm, poprosiliśmy o rachunek :) Cóż, śmialiśmy się potem, że po naszej pamiętnej wizycie w restauracji serwującej niemal wyłącznie dania z pora w Kioto postanowiliśmy nie płacić już powyżej 10 funtów za małą, grillowaną cebulę, a tu daliśmy się znów nabrać. Tym razem jednak chociaż dobrze się bawiliśmy, a jedzenie było naprawdę pyszne.

delikatna warzywna tempura

organiczna restauracja w Ebisu...

...jej wnętrze...

... i część zestawu lunchowego, jaki zamówiliśmy

Osobiście wegetarianom polecam trzy typy miejsc. W restauracjach serwujących tempurę, czyli głęboko smażone warzywa i owoce morza w lekkiej panierce, da się zjeść pysznie i wbrew pozorom lekko. Portugalczycy odpowiedzialni są za rozpropagowanie tempury na wyspach, lecz Japończycy uczynili z niej prawdziwą sztukę. Warzywa nie powinny być pokryte grubą, twardą panierką - jeśli są, a nam zdarzyła się ta wpadka, gdy gotowaliśmy w domu, oznacza to, że temperatura smażenia przekracza 170 stopni. Wytwarza się wówczas gluten, który przyczynia się do twardości i pewnej gumowatości panierki. Panierka powinna być leciutka, chrupiąca i niezbyt tłusta. Bardzo lubię tempurę ze słodkiego ziemniaka, dyni, okry, fasolki, szparagów, małej kukurydzy oraz liści shiso (nie wiem, jak to jest po polsku, czy w ogóle jest polska nazwa, po angielsku to perilla).

zwykłe warzywne chipsy, jakie można kupić w torebkach w supermarketach

Długie tradycje oferowania wegetariańskich dań mają restauracyjki przyklasztorne, serwujące tzw. shojin ryori. Tam przestrzega się zasad ściśle - nie używa się rybnego bulionu, nie stosuje się też cebuli ani czosnku (w buddyzmie uważa się, że one wzmacniają pożądanie i zbyt silnie działają na zmysły). Dania są maciupeńkie, bazują na warzywach, makaronie, różnych odmianach tofu i piklach. Niektóre potrawy wywodzą się z kuchni chińskiej. Kuchnia shojin ryori ma swoje korzenie w XIV wieku, rozwinął ją mnich Dogen jako uroczysty styl biesiadowania Zen. Autentyczne dania tego typu jedliśmy w klasztorze w Koya-san. Nieautentyczne, bo zawierające mięso i owoce morza, można znaleźć w licznych restauracjach kaiseki, które oferuje haute cuisine. Kaiseki składa się z kilkunastu małych dań, następujących jedno po drugim. Cały posiłek trwa z reguły kilka godzin. Dania są wyśmienicie skomponowane, przyrządzone perfekcyjnie i odzwierciedlają pory roku. Oczywiście naczynia - jak to w dobrej kuchni japońskiej - dopasowane są do konkretnego dania; tutaj nie dopasowuje się talerzyków do innych talerzyków, ale do tego, co się na nich znajduje. Wystrój restauracji kaiseki jest nadzwyczaj skromny, bardzo subtelny, nie ma żadnej ostentacji, kolorystyka jest raczej monochromatyczna. Byliśmy w znakomitej restauracji kaiseki nieopodal nas, gdzie zaserwowano nam po 9 dań. Moje menu wegetariańskie zawierało:

1) sakizuke - gotowane na parze grzybki shimeji na wodorostach listownicowca (w wersji niewege dodatkowo leżały na nich jeżowce i solone flaki rybne)

2) sześć małych zensai, czyli przystawek, tu wszystkie z bakłażanem - yakinasu (grillowany plaster bakłażana z wasabi - i ew. tuńczykiem), dashimaki (omlet w japońskim stylu z wolniutko smażonym bakłażanem), nasuzuke (piklowany bakłażan z sosem z czerwonego miso), nasu shinodamaki (gotowane i smażone tofu wypełnione bakłażanem, gruszką, marchewką i ogórkiem), akizake-to-nasu-no-hasamiage (smażony łosoś z bakłażanem w sosie tartare - ja miałam jakiś zastępnik, nie pamiętam jaki), nasu-no-sakuraebi-koromoage (smażony w głębokim tłuszczu bakłażan pokryty pastą z krewetki - też miałam jakiś zastępnik)

3) owan - ayu-no-yanagawanabe, czyli słodka ryba gotowana w sosie sojowym z jajkiem, tofu, korzeniem łopianu i grzybami (dostałam coś zamiast ryby)

4) oshinogi - sanma nigiri, czyli ryba z rodziny makreloszowatych na ryżu zmieszanym z ziarnami perilli (miałam tofu zamiast ryby)

5) kuzushi - jidori teriyaki, czyli kurczak teriyaki (miałam tofu) z jajkiem sadzonym, małym ziemniaczkiem taro, dynią, brązowymi fasolkami soi i grzybkami shimeji

6) aburamono - morokoshi-tofu-no-agedashi (płaty z głęboko smażonej kukurydzy w bulionie ze starkowaną rzepą, suszonymi płatkami ryby bonito i szczypiorkiem) i renkon-foie gras-hasamiage (głęboko smażone foie gras, oczywiście miałam zastępnik, z korzeniem lotosa)

7) shokuji - matsutake-gohan (ryż gotowany z grzybkami matsutake podawany w bulionie z sajry (ryba z gatunku makreloszowatych)

8) kounomono - czyli pikle, nie pamiętam co było, ale na pewno śliwka

9) deser, w tym przypadku mango smoothie z fasolką adzuki, malinami, jagodami i proszkiem z zielonej herbaty

Po takiej kolacji wychodzi się z pełnym brzuchem (ale nie ma mowy o przejedzeniu, dania są wielkości, w najlepszym wypadku, piąstki niemowlaka) i dopieszczonymi zmysłami, w znakomitym nastroju.

skromny zestaw kolacyjny (tu na jedną osobę), jaki dostaliśmy w klasztorze w Koya-san trzy lata temu (w miseczkach pod przykryciem jest zupa z makaronem soba i coś jeszcze, nie pamiętam co)

Miłośnikom tofu polecam wybranie się do restauracji specjalizującej się w daniach z soi. My poszliśmy do jednej w pobliżu stacji Ebisu, głoszącej w dodatku, że zapewniają kuchnię tzw. kreatywną, z okazji naszej piętnastej rocznicy i było to dla mnie przeżycie zdecydowanie warte powtórki. Choć tofu wielbię od wielu lat nie zdawałam sobie sprawy, że można je przyrządzić na tyle różnych sposobów! Jedwabiste tofu (kinu-goshi, nazwane tak po wzorze, jaki odciska się na nim po przesianiu przez sitko z jedwabiu, w przeciwieństwie do momen-goshi - sitko tu jest bawełniane) z Hokkaido jest specjalnością tej konkretnie restauracji. My zamówiliśmy wiele potraw, oto większość z nich.

szaszłyki z twardawego glutenu z sojowo-orzechową kulką, przypieczone na ogniu

sashimi z cieniutkiej skórki tofu, zwanej yuba, która powstaje na powierzchni mleka sojowego, gdy robi się tofu - może nie wygląda to dobrze, ale smakuje cudownie

omlet z tofu i jajek

jedwabiste tofu

w tym naczyniu na naszym stole gotowało się przez 20 minut słynne jedwabiste tofu rodem z Hokkaido (jakąś szczególną nazwę to ma, ale zapomniałam)

urocza kelnerka nakłada przyrządzone kwadraciki tofu

pieczone tofu w chrupiącej panierce

deser: sernik ze słodkiego tofu z serkiem ricotta, z kruszonką z orzechów i mąki

tak wygląda restauracja z zewnątrz

Jeśli ktoś miałby ochotę na wegetariańskie dania kuchni niejapońskiej, w Tokio ma do wyboru tysiące restauracji z kuchniami całego świata. Zawsze też można wybrać się na festiwal wegański - w parku Yoyogi odbywał się taki w ostatni weekend, gdzie można było tanio zjeść pyszne wegańskie dania i kupić mnóstwo wegańskich produktów: od ubrań poprzez mydła po smakołyki dla brzucha. Ale fotoreportaż z festiwalu w następnym wpisie :)

składniki na banalnie proste, pyszne, szybkie (przygotowanie trwa niecałe 10 minut) i tanie danie, które na stałe weszło do naszego jadłospisu; w butelkach od lewej: sos sojowy, olej sezamowy, olej rzepakowy i mirin (brakuje jeszcze sake), przed nimi leżą dwa płaty glonów konbu i grzybki maitake, na pierwszym planie od lewej: paczka glonów konbu, grzybki shimeji i paczka makaronu soba

poniedziałek, 22 października 2012
Chiny w oparach alkoholu: "Kraina wódki" - Mo Yan

Przy lekturze powieści Mo Yana "Kraina wódki" albo trzeba się wspomagać kolejnymi kieliszkami mocnego alkoholu, albo nabiera się doń tak silnego wstrętu, że przełknięcie choćby kropli wydaje się wyczynem ponad siły. Ja wybrałam, przekornie, złoty środek - niekiedy osładzałam sobie lekturę słodkim umeshu, śliwkowym likierem, ale nie silną wódką. A do opisów orgii alkoholowych i ich konsekwencji starałam się dystansować, nie pozwalając wyobraźni działać zbyt silnie. Obrazy kreślone przez autora są aż nadto malownicze.

"Kraina wódki" jest powieścią o skomplikowanej i - w porównaniu z typową kontrukcją powieści zachodniej - szczególnej strukturze. W Chinach w ogóle nie ma tradycji powieści. Powieść rozkwitła tam na dobre dość późno (mimo że pierwsze dzieła w tym gatunku powstały kilka stuleci wcześniej niż w Europie) i przez wieleset lat uchodziła za gatunek pośledni, stojący zdecydowanie niżej w hierarchii niż poezja czy esej. Niemal każdy rozdział składa się z warstwy fabularnej, która opowiada o przygodach śledczego Dinga Gou'era, wysłanego do Alkoholandii w celu zbadania problemu zjadania przez miejscowych oficjeli wyśmienicie przyrządzonych ciał małych chłopców na wystawnych ucztach. Oprócz tego w każdym rozdziale znajduje się dialog epistolarny między doktorantem alkohologii i pisarzem Li Yidou a znanym pisarzem "Mo Yanem". Rozdziały kończą kolejne opowiadania autorstwa Li Yidou, których akcja rozgrywa się w Alkoholandii i nawiązuje często do kwestii kanibalizmu. 

Alkohol leje się strumieniami, a im więcej kieliszków znika w brzuchu śledczego, tym gorzej dzieje się w państwie alkoholowym. Staczanie się w dół następuje szybko i nie ma od niego ucieczki. Alkohol, ta "boska ciecz", to "słońce, powietrze krew", to "muzyka, malarstwo, balet, poezja" niesie zgubę, a każda butelka jest niczym puszka Pandory. Wystarczy poczuć zapach alkoholu, a człowiek staje się jego niewolnikiem i dokonuje czynów, do których nie myślał, że może być zdolny. Alkoholandia jest mityczną krainą, porównuje się ją do Macondo stworzonego przez Márqueza czy Yoknapatawpha Faulknera, zresztą w tekście są wyraźne odniesienia do obu pisarzy. Mnie bardziej kojarzyła się z tytułowym Mikropolis, tajemniczym miasteczkiem z kilkoma ulicami na krzyż, wykreowanym przez Wojdę i Gawronkiewicza. Ośla Uliczka, na której mieści się dziewięćdziesiąt hoteli i restauracji, serwujących dania z ośliny, gdzie "dniem i nocą przechadzają się ośle cienie, gdzie każdy kamień nasiąkł oślą krwią, ośli duch płynie w sokach każdej rośliny, w każdym klozecie rozkwitają dusze osłów, a każdy kto kiedykolwiek odwiedził Oślą Uliczkę, mniej lub bardziej nasiąkł oślością", przywodzi na myśl pełną zepsucia Ulicę Krokodyli z Schulzowskich "Sklepów Cynamonowych". Nikt tu nie kryje się za maską pozornej praworządności, nikogo nie oburza krzywda zadawana osłom. W najsłynniejszej restauracji "Yichi" należącej do sławnego karła, wszyscy kelnerzy i kelnerki to karły, a sam właściciel znany jest z niezaspokojonego pragnienia uwiedzenia każdej mieszkanki Alkoholandii o nadprzeciętnej urodzie. Seks, zbrodnia, nieumiarkowane obżarstwo i picie idą tu w parze. 

A jednak w tej całej rozpuście znajdzie się ktoś, kto widzi sprawy takimi, jakimi one są. Podczas gdy Ding sam już nie wie, w co wierzyć - zjada się tu dzieci czy tylko nadzwyczaj zręcznie upieczone warzywa i mięso zwierząt, uformowane na kształt dzieci? - w Alkoholandii przebywa "chiński Batman". Potrafi fruwać, chodzić po ścianach, cechuje go nadludzka siła, mimo że przypomina kilkuletniego chłopca. "Łuskowaty młodzieniec i mały demon odziany w czerwień" z opowiadań Li Yidou stara się wymierzać sprawiedliwość na własną rękę. Mo Yan czerpie obficie nie tylko z mitologii i wierzeń chińskich, sięga też do zachodniej popkultury, by stworzyć powieść, którą zrozumieją czytelnicy starsi (wątek kanibalizmu pojawił się już niemal sto lat temu w powieści "Dziennik obłąkanego" jednego z najbardziej cenionych pisarzy chińskich Lu Xuna - tam stanowił metaforę nieludzkich stosunków panujących w Chinach, czyli dokładnie to samo co w "Krainie wódki"), jak też i młodsi, przyzwyczajeni do szybko zmieniającej się rzeczywistości gier komputerych i filmów kung fu, w których niemożliwe jest możliwe.

Kulinarne tradycje Chińczyków i pasja eksperymentowania wysuwa się tu na pierwszy plan. Zarówno gotowane dzieci, specjalnie hodowane na cele konsumpcji, jak i wykwintne danie "smok i feniks w szczęśliwym połączeniu" (czyli połączone narządy płciowe osła i oślicy) przypomniały mi słynne opowiadanie Hao Quna, znanego czytelnikom pod pseudonimem Murong Xuecun, pt. "Table d'Hôte", w którym bohater zjada w buddyjskiej restauracji prowadzonej przez mniszki takie "przysmaki" jak łożysko, pierś kobiety będącej w pierwszej ciąży czy wypija krew z pierwszej miesiączki trzynastoletniej dziewicy. Nad jaskółczymi gniazdami z "Krainy wódki" nawet nie ma się co rozwodzić, stanowią one autentyczny, acz kosztowny, rarytas w Azji i używa się ich dziś do produkcji arcydrogich kremów zapobiegających starzeniu. Zarówno Mo Yan jak i Murong wykorzystują kulinarne eksperymenty w podobnym celu - by obnażyć nihilizm moralny panujący w chińskim społeczeństwie, zwrócić uwagę na korupcję i zblazowanie elit chińskich. Co interesujące, jako krytycy stosunków społecznych i cenzury (pseudonim Mo Yan oznacza "nie mów nic") obaj autorzy są w Chinach szanowani, a Murong został nawet odznaczony przez rząd chiński za powieść "China: In the Absence of a Remedy", ujawniającą kulisy działania piramidy finansowej w prowincji Jiangxi w 2009 roku. Jednocześnie kwestie moralności są w "Krainie wódki" przedstawione z punktu widzenia, który zapewne nie zostałby wzięty pod uwagę w społeczeństwie zachodnim, gdzie wolność i życie jednostki stoi ponad dobrem ogółu: "Jeśli tysiące, dziesiątki tysięcy męczenników złożyły życie w ofierze dla dobra ludu, to czy istnieje jeszcze jakiś rodzaj cierpienia, którego żyjący nie mogą odrzucić?" - cytuje bohater powieści, śledczy Ding.

"Kraina wódki" jest jednak także refleksją na literaturę i procesy twórcze. Li Yidou w jednym ze swych szalenie egzaltowanych listów do "Mo Yana" pisze: "Nauczycielu, nagle uderzyło mnie, jak bardzo są do siebie podobne te dwa procesy: przyrządzanie sławnego dania z Oślej Uliczki i proces twórczy w literaturze i sztuce. Obydwa czerpią z życia i wykraczają poza życie. Oba polegają na przekształceniu natury w celu uszczęśliwienia ludzkości, na przemianie niemoralnego w szlachetne, na przemianie cielesnej chuci w sztukę, ziarna w alkohol, rozpaczy w siłę".

Tak jak wielu innych powieści, którym można by przypiąć łatkę "postmodernistycznych" (z naszego zachodniocentrycznego punktu widzenia jeśli chodzi o etykietki), tak "Krainy wódki" także nie czyta się łatwo. Jej struktura jest zbyt chropowata, treść za bardzo przypominająca labirynt, by można było mieć przyjemność z lektury. Niemniej jednak lektura książki jest satysfakcjonująca gdy ocenić całość i zastanowić się nad jej interpretacją. Mo Yan mówi wiele o współczesnych Chinach i w niezmiernie kreatywny, oryginalny sposób wskazuje palcem robaczywe kwestie społeczne, ciekawe zarówno dla czytelnika z Chin jak i reszty świata.

***

Dopiero po lekturze sprawdziłam, że choć przeczytałam dopiero jedną powieść pisarza (na półce czeka jeszcze "Big Breasts & Wide Hips") to widziałam dwa filmy Zhanga Yimou, na podstawie jego powieści: najsłynniejsze "Czerwone sorgo" oraz "Happy Times", na podstawie "Shifu: You'll Do Anything for a Laugh". Pierwszy polecam gorąco, drugi bez przekonania.