| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

piątek, 19 października 2012
Selektywne oko

"(...) Wystawa nie zrywała ze starymi formami. Składały się na nią bryły z gipsu, jakich uczy pani od rysunków w szkole podstawowej, ustawione po dwie naprzeciw siebie lub po trzy z kształtami liści, stóp, owoców. Antártido A. Garay obdarzył nas komentarzem objaśniającym, iż nie należy przypatrywać się liściom, stopom ani owocom, a raczej przestrzeni, czyli powietrzu między bryłami, które miało stanowić to, co on nazywa - jak wyjaśniłem to później w publikacji w języku francuskim - rzeźbą wklęsłą.


Sukces, jaki odniosła pierwsza wystawa, powtórzył się później z wystawą numer dwa. Ta miała miejsce w typowym lokalu dzielnicy Caballito i składała się z jednej tyko przestrzeni bez żadnego widocznego umeblowania prócz czterech gołych ścian, kilku gzymsów na suficie oraz pół tuzina połupanych cegieł rozsypanych na deskach podłogi. "To wszystko", od kiosku z kasą, gdzie trafiła mi się dobra fucha: po zero czterdzieści wstęp - wyjaśniałem z namaszczeniem ignorantom - "nie ma najmniejszego znaczenia; rzeczą najważniejszą dla wyrafinowanego smaku jest przestrzeń między gzymsami i gruzem". Krytyka, która nie widzi dalej własnego nosa, nie pojęła przekonywającej ewolucji, jaka dokonała się tymczasem, i opłakiwała uparcie brak liści, owoców i stóp. (...)"


"(...) Już widzę swój uśmiech na zakończenie sprawy. Niechaj wszyscy wiedzą, iż na dzieło rzeźbiarskie Garaya, wystawione na skwerze o tym samym imieniu, składa się przestrzeń rozciągająca się aż do nieba między budynkami na skrzyżowaniu ulic Solis i Pavón, nie pomijając rzecz jasna ławek, drzew, rynsztoka i przechodzących obywateli. Selektywne oko narzuca swoje prawa!

PS. Plany Garaya rozszerzają się. Bez względu na wynik procesu, marzy on teraz o nowej wystawie, wystawie numer cztery, która objęłaby obwód dzielnicy Núñez. Jutro zaś, któż to wie, jego dzieło, aranżujące i argentyńskie, zaanektuje całą atmosferę między piramidami i sfinksem". 

Jorge Luis Borges, Adolfo Bioy Casares, "Kroniki Bustosa Domecqa"

przełożył Jerzy Kühn

Autorem wszystkich fotografii jest Nadav Kander, artysta pochodzący z Tel Avivu, wychowany w Johannesburgu, dziś mieszkający w Londynie i poruszający w swych pracach kwestie przestrzeni oraz zmieniającego się krajobrazu i człowieka utkwionego w jego wnętrzu. Tutaj Chiny, Chongqing. 

środa, 17 października 2012
I Ty możesz zostać krytykiem

dzieło na budynku w Londynie

Już dawno miałam napisać o roli krytyka w dzisiejszym świecie, ale zawsze brakowało mi czasu/dyscypliny/koncentracji. Porządkując Archiwizując papierzyska natknęłam się na artykuły z "Guardiana" i "Observera", którymi miałam się posilić i chęć porozmawiania (mam nadzieję, że to nie będzie mój monolog) wróciła. 

***

Na początek chciałabym Was zapytać - ile z Was czyta recenzje książek/filmów/sztuk/płyt muzycznych/wystaw itp. napisane przez profesjonalnych krytyków? Przyznam, że ja osobiście czytam je często, a może raczej do niedawna czytałam, bo w Japonii nie sięgam po prasę anglojęzyczną regularnie. Co tydzień kupowałam weekendowe wydania "Guardiana" w sobotę i przynajmniej raz w miesiącu niedzielne wydanie "Observera". Do tego dochodzą recenzje w "The Economist", "Prospect", "Sight & Sound", "Financial Times" i co dwa miesiące w "Intelligent Life", kulturalnym magazynie wydawanym przez "Economista". Mam swoich ulubionych krytyków, których zdanie cenię, nawet jak nie zawsze się z nim zgadzam. Cenię je na ogół bardziej niż zdanie anonimowych blogerów, komentatorów na różnego rodzaju portalach i większości znajomych. 

W dzisiejszych czasach każdy może wyrazić swoją opinię na temat danego dzieła, a ta opinia może mieć bardzo szeroki zasięg. Żyjemy w czasach demokratyzacji poglądów, gdzie pogląd Znanego Krytyka ma tę samą wagę co pani Basi z warzywniaka. Ba, zdanie pani Basi możemy nawet sobie wziąć do serca, podczas gdy na uwagi Znanego Krytyka machniemy ręką. Dlaczego tak się dzieje? Przez całe dekady nie mieliśmy miejsca, by jasno wyrażać swoją opinię i dostawać odzew. Internet zrewolucjonizował ten stan rzeczy. Jeśli wyrażamy nasze zdanie w sposób przemyślany, umiejętnie formułujemy myśli i faktycznie mamy coś do powiedzenia - możemy zostać sławnymi opiniotwórcami, a o nasz komentarz będą zabiegały media. Jeśli wszystko, co potrafimy, to napisać "Ale gniot!" możemy liczyć co najwyżej na to, że ktoś "polubi" nasze zdanie i przyklaśnie mu, nie wnikając w powody naszej opinii. Ważne, że daliśmy wyraz naszemu wrażeniu po lekturze książki czy obejrzeniu filmu. Czujemy się lepiej, bo nie zostajemy z naszym wrażeniem samotni - zawsze znajdzie się druga osoba, która podzieli nasze zdanie.

Ponadto przez lata wmawiano nam, co jest kulturą wysoką a co niską. Nauczano nas w szkole, że "Słowacki wielkim poetą był", a niespecjalnie zachęcano do polemiki. Nic dziwnego, że większość portali, które dały prawo do wyrażania własnego zdania na temat najróżniejszych dzieł (i nie tylko), usuwając zdanie krytyków w cień, powstała w Stanach Zjednoczonych, które od niepamiętnych czasów opierały się dyktatowi kulturalnych elit. Amerykę oskarża się o zaniżanie gustu mieszkańców całego świata, tabloidyzację, promocję masowej rozrywki zamiast kształtowania wyrafinowanego smaku, ale zapomina się o jednym - to dzięki Ameryce my wszyscy traktujemy dziś prawo do swobodnego wyrażenia w internecie, co myślimy, za oczywiste. Na ziemi amerykańskiej taki demokratyczny klimat nastał w wyniku politycznej opozycji do Wielkiej Brytanii i Europy. Europa uchodziła (i nadal w oczach wielu uchodzi) za snobistyczną, afetowaną, patrzącą na innych z wyższością, promującą elitaryzm. Ameryka z kolei stawiała na uczciwość, egalitaryzm i populizm. Oczywiście to nie oznacza, że w Stanach Zjednoczonych nie było elit - były jak najbardziej i nadal mają się dobrze, a badania pokazują, że system klasowy o wiele silniejszy jest w USA niż w Wielkiej Brytanii, co ujawniła prasa z okazji popularności serialu "Downton Abbey" za oceanem. Niemniej jednak w mit wierzono i stworzono atmosferę dogodną do powstania internetowego pola dla wyrażania opinii. 

Na sukces internetowych opiniodawców, i bywa że opiniotwórców, którzy niekiedy znani są szerszemu gronu odbiorców niż profesjonalni krytycy (któż z osób czytających blogi książkowe nie kojarzy choćby Dovegreyreader czy - z polskiego podwórka - Padmy), składa się wiele czynników. Spróbuję je tu wymienić:

1) Recenzenci internetowi bywają zawsze niezależni (a jeśli nie są, przyznają się do artykułów sponsorowanych; jeśli tak się nie dzieje - oburzenie czytelników jest wielkie i często szybko dyskredytuje recenzenta). Nikt im nie płaci za konkretne recenzje, co najwyżej dostają za darmo książki czy bilety wstępu na imprezy kulturalne. W efekcie nie czują się pod presją, by chwalić dane dzieło, nie muszą zabiegać o sympatię danego pisarza czy właściciela galerii. Mogą bez przeszkód pisać, co im w duszy gra.

2) Recenzenci są w stanie publikować swoje teksty błyskawicznie, nie muszą czekać, aż nowy numer pisma się ukaże, by czytelnicy zapoznali się z ich zdaniem. Wydawnictwa, przynajmniej w Polsce, wysyłają im książki jeszcze przed oficjalną publikacją i mają część nakładu przeznaczoną dla blogerów. Aczkolwiek trzeba przyznać, że konkurencja wymusiła na krytykach profesjonalnych pewne zmiany i dziś wielu z nich publikuje fragmenty swych opinii na Twiterze czy Facebooku, wielu ma swoje strony czy publikuje na blogach znanych portali, gazet czy stacji telewizyjnych.

3) Recenzent zawsze spisuje swoje osobiste wrażenia. Nie musi znać się na literaturze/sztuce/filmie/muzyce i przejmować się, że np. autor danej książki jest nagrodzonym pisarzem i "nie wypada" jej skrytykować - jeśli czyta się ją źle i męczy, otwarcie dzieli się tym z czytelnikami. To subiektywne spojrzenie wielu czytelników ceni sobie niezmiernie, gdyż wielu uważa, że książki nie czyta się, by docenić, jak wielka to jest literatura, tylko by mieć z lektury przyjemność i nic ponadto.

4) Nie trzeba płacić ani grosza, by poznać opinię wielu osób i ewentualnie pokierować się ich zdaniem przy wyborze lektury czy wystawy, na którą warto się wybrać. Dziś wiele mediów każe sobie płacić za dostęp do pewnych treści w internecie (nie mówiąc o tym, że prasa kosztuje), a blogerzy czy komentatorzy na Amazonie czy Goodreads publikują swe zdanie, do którego mamy bezpłatny dostęp.

W takiej sytuacji łatwo sobie wyobrazić, że los profesjonalnych krytyków jest przesądzony. W Europie sytuacja krytyków jeszcze nie jest taka zła, jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie od lat gazety ich zwalniają, likwiduje się opiniotwórcze programy telewizyjne, a prasa amerykańska już kilka lat temu publikowała teksty pod wiele znaczącymi tytułami "The Death of the Critic" ("Śmierć krytyka"). W Wielkiej Brytanii tymczasem mówi się o "The Death of Cultural Elitism" ("Śmierć kulturalnego elitaryzmu") i pyta o wartość opinii specjalistów. 

figura artystki Yayoi Kusamy, na wystawie sklepu Louis Vuitton w Tokio, dla której to marki zaprojektowała w tym roku ubrania i akcesoria

W moim odczuciu opinie krytyków profesjonalnych, mimo niezaprzeczalnych zalet opinii amatorów, będą długo jeszcze cieszyły się zainteresowaniem. Czemu miałoby się tak dziać? Na korzyść krytyków działają następujące czynniki:

1) Nic nie zastąpi fachowej wiedzy. Osobiście jest mi wszystko jedno, czy blogerka XY wynudziła się przy lekturze Kawabaty czy nie - choć przyznaję, że mam swoje ulubione blogi i są osoby w internetowym świecie, których zdanie szanuję bardziej niż zawodowych krytyków i co do których wiem, że zawsze mogę się zgłosić po polecanki. Blog może założyć każdy, każdy może sięgnąć po książkę noblisty i ją skrytykować. Jak wiadomo jednak, wyrobiony gust, obcowanie z wieloma różnymi książkami poszerza pole widzenia i łatwiej wówczas wydaje się opinię (a może inaczej: łatwiej uzasadnić swoją opinię, bo przecież napisać, że książka była nudna jest łatwo, trudniej podać argumenty dlaczego za nudną ją uważamy). Osobiście nigdy nie pokusiłabym się o napisane recenzji książki sci-fi, bo to nie moja działka, tak samo więc dziwi mnie, gdy ktoś czytający zwykle ciepłe, słodkie czytadła bierze się za recenzowanie Pamuka czy Rushdiego. Nie ufam opinii tych osób. Podobnie rzecz ma się z każdym rodzajem sztuki. W 2008 recenzent spektakli tanecznych dla "Financial Times", Clement Crisp napisał: "Zacząłem chodzić na przedstawienia baletowe jako dziecko w 1943 roku i w ciągu następnych 20 lat obejrzałem wszystko, co było do obejrzenia. Widziałem powstanie wielkich zespołów, nadejście Rosjan, Duńczyków... Uczyniłem to, zanim zacząłem o balecie pisać. Ktoś, kto był na pięciu produkcjach "Jeziora Łabędziego" może pisać o nim w internecie. Ale ja chcę usłyszeć, co sądzi osoba, która widziała 500 "Jezior Łabędzich", zanim podniosła pióro". Nic dodać, nic ująć. Dlatego też większość dobrych gazet brytyjskich zleca recenzje książek specjalistom od danej tematyki, autora czy rejonu geograficznego. Nie do pomyślenia, by recenzję książki, dajmy na to, o Chinach pisała osoba, która nigdy w Chinach nie była, nie mówi po chińsku i (często) sama nie opublikowała przynajmniej jednej książki na podobny temat. Inna postawa byłaby brakiem szacunku dla czytelnika. Mało co irytuje mnie w recenzjach pisanych przez amatorów bardziej, niż zarzut o nieautentyczność, gdy autor recenzji nie ma pojęcia o danej kulturze czy kraju. Amatorzy nieporównywalnie częściej z niespełnienia ich oczekiwań względem dzieła czynią zarzut wobec jego autora.

2) Nie interesuje mnie na ogół cudza prywatna opinia - chcę wiedzieć, czy książka, film lub sztuka jest dobra. O ile w świecie literatury generalnie czuję się dość pewnie, o tyle wybierając się do opery chciałabym polegać na opinii osoby znającej się na rzeczy przy wyborze spektaklu. Wierzę, że osób myślących podobnie jest sporo. Profejsonalny krytyk jest w stanie odsunąć na bok własne preferencje czy gusta, blogerowi-amatorowi przychodzi to z trudem. Profesjonaliści, nie dość, że dysponują większą wiedzą, z reguły ostrożniej wyrażają swoją opinię. Nie chwalą filmu, bo lubią konkretną aktorkę i przymkną oko na braki w scenariuszu (ile razy czytałam niepochlebne opinie na temat różnych nieanglojęzycznych filmów na Lovefilm, w których jedynym zarzutem był fakt, że trzeba czytać napisy i to męczące). Nie zarzucą książce, że jest nudna, bo traktuje o czymś, co ich nie interesuje. Profesjonalny krytyk potrafi uargumentować, dlaczego dane dzieło jest dobre lub złe, potrafi dotrzeć do głębszych jego warstw, potrafi polemizować z autorem w sferze merytorycznej. Amator rzadko kiedy jest w stanie to czynić, nazbyt często zaś pisze, że "książka była dobra, bo mnie wzruszyła", a zdarzają się też niedojrzałe opinie, w których przebrzmiewa krytyka dzieła za użycie przez autora wulgarnego języka lub wyrażanie poglądów przez bohatera, z którymi autor recenzji się nie zgadza (sic!). Opinie wydawane przez tego typu osoby są w najlepszym razie nieodpowiedzialne i niewarte uwagi, w najgorszym - krzywdzące i kłamliwe. Zawodowi krytycy pozbawieni są uprzedzeń.

3) W prasie brytyjskiej dość często można znaleźć recenzje książek przed ich publikacją, podobnie jest z filmami, przedstawieniami teatralnymi itp. Dla mnie to bywa istotne, bo np. spotkania z pisarzami odbywają się często w dniu premiery ich nowych książek i lubię poczytać o danej pozycji zanim zdecyduję, czy kupię bilet na spotkanie (zwłaszcza jeśli autora nie znam). Wielkim plusem obecności blogerów - którzy mogą recenzować dane dzieła szybko, ale w praktyce rzadko to robią - jest fakt, iż profesjonalni krytycy przyśpieszyli wyrażanie własnego zdania, choćby poprzez wspomniane wyżej kanały. 

4) Fakt, iż profesjonalnym krytykom płaci się za pracę, powoduje, że przykładają się oni do niej. W internecie można znaleźć mnóstwo fatalnie napisanych recenzji, niekonstruktruktywnej krytyki, nieuzasadnionych pochwał i zarzutów. Nikt nie wymaga, by recenzent-amator doszkolił warsztat, stawiał sobie wyzwania i dbał o język oraz styl. Nawet piszący wyjątkowo niechlujnie znajdą swoich fanów. Tymczasem profesjonalni krytycy - zaznaczam, że mówię o dobrej prasie - z reguły mają świetnie opanowany warsztat, nie robią błędów językowych, wiedzą, że tekst ma mieć rozwinięcie, środek i zakończenie, a jeśli łamią ten schemat, to celowo. Ich język jest precezyjny, dokładny, przemyślany. Oni zwyczajnie potrafią pisać i często wydali przynajmniej jedną książkę w dziedzinie, na której się znają. Rzecz jasna w internecie też można znaleźć recenzentów-amatorów, których pisanina wcale amatorska nie jest, a wznosi się na poziom równy, albo nawet przewyższający ten krytyków profesjonalnych. Ale to wyjątki, o czym wszyscy dobrze wiemy.

Jeden z najbardziej przeze mnie cenionych krytyków filmowych, Philip French, który dziś, w wieku 79 lat wciąż ogląda kilkanaście filmów tygodniowo i pisze dla "Observera" od ponad 30 lat, a niedawno wydał własną książkę, tak mówi o wyzwaniu dla krytyków rzuconych przez blogerów: "Ludzie zawsze powinni mieć prawo do wyrażania własnego zdania. Prawo do własnej opinii zostało rozciągnięte, ale nie trzeba być elitystą, by stwierdzić, że nie każda opinia ma tę samą wartość. Jest dobry krytycyzm i zły krytycyzm. Ryzyko polega na tym, że zły krytycyzm może wyprzeć ten dobry poprzez zwykłą skalę". W ostatnich latach widać, że autorzy coraz silniej przejmują się tym, co sądzą o ich dziełach anonimowi często blogerzy i komentatorzy. Wystarczy pośledzić trochę wydarzenia w polskim światku internetowym, by zauważyć, że tzw. artyści zrobili się bardzo wrażliwi na jakąkolwiek krytykę. Pomijam tu już idiotyczne zarzuty o łamanie etyki dziennikarskiej, jakie pod adresem Tomasza Raczka (skądinąd profesjonalisty) wysuwał jeden z reżyserów polskich. Znane wielu blogerom są wojny na słówka i argumenty między kilkoma początkującymi polskimi autorkami książek a recenzentkami blogowymi, co doprowadziło do powstania dwóch polaryzacyjnych obozów. Świadczy to o tym, iż społeczeństwo coraz chętniej przypisuje blogerom i amatorskim komentatorom ten sam autorytet - abstrahując, czy na niego zasługują czy nie, którym cieszyli się przez lata profesjonaliści. Skończył się monopol zawodowych krytyków na wyrażanie zdania, a osoby takie jak ja - zwyczajnie piszące o swoich wrażeniach z lektury czy filmu - dołączyły do krytycznego dyskursu

To, co mnie może martwić, i niekiedy martwi, to odczucie, że w imię prawa do wyrażania własnego zdania zbyt często przestajemy koncentrować się na poziomie owego zdania, a skupiamy się niemal jedynie na wyrzuceniu go z siebie i daniu znać wszem i wobec, czy wobec danego dzieła czy zjawiska jesteśmy na "tak" czy na "nie". Zbyt często wpadamy w pułapkę, w której nasze emocje biorą górę nad oceną wartości danego dzieła (nie twierdzę bynajmniej, że udział emocji w ocenie jest zły, twierdzę jedynie, że nie powinien być zawsze decydujący oraz że powinniśmy umieć zdawać sobie z niego sprawę). Często pisząc o mniejszej roli krytyków, a większej blogerów, zwracamy uwagę na sukces komercyjny kontra uznanie tzw. elit. Lekceważy się często zdanie profesjonalistów przy komentowaniu decyzji odnośnie nagród literackich czy filmowych, tymczasem sądzę, że warto czasem przyjrzeć się ich kryteriom oceny - być może nauczymy się czegoś w podejściu do literatury lub filmu. 

Na koniec chciałabym przytoczyć ciekawą opinię Hariego Kunzru, który wypowiedział ją na łamach "Observera" ponad półtora roku temu:

"W Ameryce elitaryzm kulturalny mało ma do czynienia ze sztuką. W jadowitej debacie między populistami Jacksonowskimi [chodzi o odniesienie do Andrew Jacksona, bohatera z wojny o Nowy Orlean w 1829, zwolennika populizmu] a kimkolwiek, kto wszedł im przed lufę karabinu/naruszył symbole pomiarowe w tym tygodniu, "kultura" odnosiła się przede wszystkim do wartości: wiary w Boga, patriotyzmu, rodziny nuklearnej itd. Idea artystycznej "elity krytyków" zazwyczaj pojawia się wyłącznie w kontekście kontrowersji takich jak skandal wokół usunięcia przez Smithsonian filmu video z roku 1987 autorstwa Davida Wojnarowicza, po skargach republikańskich kongresmenów odnośnie rzekomego obrażania chrześcijan.

Wartości estetyczne są tu, w Ameryce, bez znaczenia. Kluczowy jest atak na społeczne dziedzictwo z lat 60. i próba odwrócenia upadku moralnego autorytetu kościoła. "Nowy Jork" wraz ze swymi bankierami i "obrzydliwymi" galeriami sztuki oraz podejrzanie europejskim systemem transportu publicznego często reprezentuje mglistwe wyobrażenie tego Co Jest Nie Tak z Ameryką. Albo "Hollywood", rozumiany jako żydowska konspiracja mająca na celu podważenie wartości narodowych, pokazująca amerykańskich żołnierzy, jak przegrywają bitwy, i kobiety z gołym biustem.

W bardziej ideologicznie wyrafinowych kręgach amerykańskiej prawicy, pojęcie elit kulturalnych jest groźne, gdyż sugeruje, że wartość może mieć coś innego niż tylko czyste siły rynku. Jak śmiesz ty, niewybrany krytyku, kierować się fachową wiedzą, która może być w stanie podważyć mistyczne wybory konsumentów? W takim klimacie podział na wysoką i niską kulturę zdaje się byż reliktem z zamierzchłej epoki. Żyjemy obecnie w czasach tyranii średniej półki. Nikt poważnie nie myśli, że Oscarami nagradzane są najlepsze filmy albo Grammy najlepsza muzyka. Litościwie ktoś mógłby powiedzieć, że reprezentują one rodzaj równania do przeciętności, że są wyznacznikiem gustu grupy dobrze poinformowanych osób. W najgorszym wypadku krytycy, występujący masowo, z jednym okiem na tym co popularne i drugim na tym co dobre, wychwalają dzieła, które nie budzą w nich niepokoju. To dlatego mamy tak dużo rzeczy, które wyglądają jak sztuka, pachną jak sztuka, ale jeśli się w nie wgryziesz, smakują jak tektura. 

To dlatego mamy internet. Serwisy społecznościowe nie dążą do konsensusu. Zamiast tego karmią się sprzecznymi opiniami. Wątek ciągnięty przez różnych ludzi (zawodowców lub amatorów, opłacanych lub nieopłacanych), których gustowi ufasz (a z niektórymi możesz nawet produktywnie się nie zgadzać) to najlepsza droga, by wydostać się spod tego nużącego, przygniatającego ciężaru kultury średniopółkowej. To wymaga więcej pracy niż zdobycie opinii z telewizji, ale jeśli raz spróbujesz, nigdy już nie obejrzysz się na to, jak było kiedyś".  

A co Wy sądzicie na ten temat? Czy w dzisiejszym świecie jest jeszcze miejsce na profesjonalnych krytyków? Czy są oni jeszcze w stanie kreować opinię publiczną, czy ich rolę przejęła rzesza mniej lub bardziej anonimowych amatorów, wyrażających swoje zdanie w internecie?

billboard w metrze w Berlinie

poniedziałek, 15 października 2012
W podróży do swego wnętrza: "Jadąc do Babadag" - Andrzej Stasiuk

Andrzej Stasiuk to czarodziej słów. To iluzjonista przestrzeni. To magik czasu. "(...) życie składa się raczej z okruchów teraźniejszości, które zapadają w pamięć, i tak naprawdę tylko z tego składa się nasz świat". Stasiuk podróżuje po Wschodzie Europy, kolekcjonując te okruchy, nawlekając je misternie na nitkę jak korale, które osobno niewiele znaczą, lecz zebrane razem dają pojęcie o całości. Relacja z jego podróży wciąga, czyta się "Jadąc do Babadag" jak modlitwę - spodziewamy się, co będzie dalej, ale dajemy się porwać hipnotyzującym słowom, w których kryje się bezpieczeństwo tego, co znajome . 

Stasiuka pcha w te rejony świata (Ukraina, Rumunia, Mołdawia, Albania, Węgry, Słowacja), gdyż tam bije serce jego Europy, a zarazem jego własne. Znajduje tam zapachy dzieciństwa, klimat zapamiętany z dalekiej przeszłości, której nie ma i nie wiadomo, czy w ogóle istniała. To bezpieczna oaza, niczym powracający sen, z którego człowiek nie chce się wybudzić. A jednak niosą te jego podróże obrazy często nieprzyjemne, wprawiające w przygnębienie. Idealizujemy często własne dzieciństwo, pamięć bywa błogosławieństwem, gdyż wymazujemy z niej nieprzyjemności, karmiąc się sielanką jak słodkim miodem. Stasiuk zdaje sobie z tego sprawę, a swoiste poczucie bezradności i beznadziei dopada go czasem w niektórych miejscach i też zapewne przypomina przeszłość. Cała podróż jest poematem ku mocy pamięci. "Bo czym w końcu jest pamięć, jeśli nie wieczną wymianą nominałów, nieustannym dzieleniem i wydawaniem, w nadziei, że bilans się zgodzi, że to, co było, powróci bez manka, w całości, nienaruszone, a może i oprocentowane przez miłość i tęsknotę". 

Lecz pamięć zawodzi. Pamięć bywa kapryśna, pamięć płata figle. "Wszystko trzeba wymyślać od nowa, ponieważ dni nie mogą przepadać w przeszłości, wypełnione jedynie pejzażem, nieruchomą, niezmienną materią, która w końcu strząśnie nas ze swego cielska, strzepnie jak te wszystkie drobne incydenty, te twarze oraz istnienia nie dłuższe niż jedno spojrzenie". Stasiuk bardzo dba, by wszystkie "okruchy teraźniejszości" utrwalić, jak nie na kliszy fotograficznej, to w umyśle, w sercu. Każdy człowiek zasługuje na uwagę i kilka słów, każdy krajobraz, każda zaobserwowana scenka. Impresje autora czytałam jakbym wyciągnęła wielkie pudło ze zdjęciami na wakacjach u babci i oglądała jedno po drugim. Pamiętam te popołudnia, gdy znudzona otwierałam szafkę, brałam zdjęcia i choć znałam je na pamięć, przerzucałam je, zatrzymując wzrok na dłużej tylko na nielicznych. Tak samo dawałam wyjść z niebytu i zaraz znów popaść w niebyt wielu scenkom malowanym przez Stasiuka. Te, które przyciągnęły moją uwagę, to perły albo i jeszcze szlachetniejsze kamienie. Choćby dla jednego takiego warto tę książkę przeczytać. 

"Tak sobie rozmyślałem o ostatnim przyzwoitym micie czy też złudzeniu przykładanym na rany i otarcia bezdomności w tym coraz bardziej bezprizornym świecie. Oczywiście, były to myśli pięknoducha, niemniej jednak oddawałem się im z wielką przyjemnością gdzieś między Nagykállo i Mátészalka pod purpurowym niebem zachodu. Wyobrażałem sobie, że ta purpura to łuna płonącego Wiednia, który na koniec funduje swoim peryferiom i prowincjom ostatnie widowisko, i w gigantycznym auto da fé poświęca swoje wypicowane sklepy, witryny przy Graben, swoich archetypicznych mieszczan z psami na porannych spacerach, swoje wspomnienia i bezbrzeżny smutek wiejący jak wiatr przez Hofburg i przez plac Marii Teresy, i zostawia co najwyżej Café Havelka i nocny kiosk z kiełbaskami na placu świętego Stefana. Tak sobie myślałem sentymentalnie między Nagykállo i Mátészalka, próbując zaprojektować efektowny i heroiczny koniec dla świata, który rozpadł się ze zwykłej starości". 

Chwilami piękno opisywanego krajobrazu i ludzi przywodziło mi na myśl rumuński, pełen soczystości film "Katalin", momentami znów ohyda mierziła jak ponure filmy Węgra Beli Tarra. Bo w życiu piękno idzie w parze z brzydotą, nadzieja z rozpaczą, życie jest o krok od śmierci, a wszyscy tkwimy w samym środku ze wszystkich sił nie dając się zwariować. "Do Nagykállo przyjechaliśmy, ponieważ - według przewodnika - "na końcu długiego i upiornie pustego placu" miał tutaj stać szpital psychiatryczny. Pomyślałem, że to może być jakaś fizycznie zrealizowana metafora, metafora wschodu Europy. Wyobraźnia podsuwała obraz wielkiego pylistego majdanu okolonego przez rozsypujące się domy. Przez plac od czasu do czasu przeciągają oddziały w najróżniejszych mundurach, ale nigdy nie pozostają na dłużej, niż tego wymaga gwałt albo rabunek. Odjeżdżają i rozgrzany kurz równiny natychmiast kryje jeźdźców. Z okien szpitala szaleńcy patrzą w ślad za nimi i tęsknią, ponieważ w tych wschodnich stronach władza, przemoc i obłęd żyły od zawsze w związku przypominającym konkubinat, a czasem wręcz legalne małżeństwo".

Stasiuk jest mistrzem w przemycaniu strzępów historii poprzez swoje obserwacje i refleksje. Nie ma u niego dat, prawie nie ma nazwisk, jest ledwie cień wielkich i ważnych wydarzeń. A jednak czytelnik kończy lekturę mądrzejszy niż po wielu lekcjach historii w szkole. I pełen pokory, bowiem historia nie jest czarno-biała, nie stawia wcale celnych pytań i nie daje jasnych odpowiedzi. Stasiuka cechuje zaś mądrość osoby, która nie nałykała się jej z książek (choć znać, iż czyta ich bardzo, bardzo dużo), a ma po prostu łeb na karku, otwarte oczy i uszy. I potrafi, a to wcale nie częste, wyciągać celne wnioski. Polubiłam Stasiuka za to, że nie chwali się swoją wiedzą, nie popisuje doświadczeniem, nie próbuje przekonać czytelnika o swojej racji. Można się z nim nie zgadzać, można mieć odmienny punkt widzenia, ale to w niczym nie wadzi. Bije z kart "Jadąc do Babadag" wielki respekt dla czytelnika - jego inteligencji i zdolności rozumienia świata, jego głodu przyswojenia prawideł, jakimi może rządzić się świat (przy jednoczesnym westchnieniu, że owe prawidła najpewniej są kolejnym mitem, figlem spłatanym przez "mądre" głowy i kolistość historii) i tolerancji. Stasiuk po prostu dzieli się z czytelnikiem swoimi spostrzeżeniami, otwiera się przed nim, każąc uczuciom i rozmyślaniom toczyć się gładko. "Jadąc do Babadag" to piękna i bardzo mądra książka, napisana niezmiernie liryczną, bezbłędną polszczyzną, za którą tęsknię w czasach dość powszechnego niechlujstwa językowego. Trudno mi się z tą książką rozstać, chcę jej klimat zachować w sobie i wracać do niektórych scenek jak do zdjęć z babcinych pudeł. Ta książka to literatura na najwyższym poziomie. Widzę Stasiuka, jak siedzi nad kieliszkiem wódki z Sebaldem,  Kišem i Tabucchim i... nie sposób się nie uśmiechnąć. Nie muszą nic mówić do siebie, i tak wiadomo, że czują podobnie...

***

W podobnych klimatach:

Danilo Kiš, "Cyrk rodzinny" - zebrane w jedną książkę trzy: "Ogród, popiół", "Klepsydra" i "Rodzinne smutki". Żonglerka wspomnieniami, próby zarejestrowania umykających w niepamięć skrawków przeszłości, przepełnione melancholią obrazy i scenki, niczym wyblakłe przeźrocza. 

Antonio Tabucchi, "Robi się coraz później" - moja recenzja tutaj

środa, 10 października 2012
Od matohu po tohu wa bohu*

W świecie mody panuje od lat anarchia. Modne jest wszystko, zestawione ze wszystkim. Nie ma autorytetów, nie ma modowego Watykanu, który przypominałby o dogmatach i groził palcem na grzechy wiernych. A jednak często można ocenić styl ulic różnych miast świata, bezbłędnie wyłapać z tłumu Włoszkę, Francuzkę, Angielkę czy Japonkę patrząc jedynie na ubranie. W każdym kraju panują pewne niepisane zasady odnośnie tego, co wypada nosić w pewnych kręgach, a czego założenie skutkuje fatalnym faux pas w innych. Burberry w Moskwie może być symbolem luksusu, w Londynie podróbki ubrań i akcesoriów z beżowo-brązową kratką noszą dresiarze z bloków socjalnych i marka nie kojarzy się zbyt dobrze. Białe spodnie na Lazurowym Wybrzeżu mogą uchodzić za bardzo eleganckie, w Skandynawii zaś kojarzą się z euro trash, europejskimi nuworyszami chwalącymi się jachtami i złotą biżuterią. W Tokio sportowe buty New Balance zyskały status kultowych (zauważyć trzeba, że o szczebelek wyżej w hierarchii stoją te wyprodukowane w Wielkiej Brytanii a nie w USA), ale w Bostonie noszą je nieświadomi niczego starsi panowie. 

W modzie fascynują mnie te rozbieżności kulturowe, także realizowanie kompletnie odmiennych założeń, które w jednym rejonie świata uchodzą za oczywistwe, w innym zaś za kompletnie niepojęte. W dobie globalizacji zdawałoby się, że moda będzie bardziej zuniformizowana w rozwiniętych krajach świata. Tymczasem przykład Japonii zaprzecza temu stereotypowi do pewnego stopnia. Tutaj istnieją subkultury, które nie mają racji bytu poza granicami wyspy. Wkrótce napiszę o jednym z mistrzów japońskiej estetyki i nowatorskiego podejścia do mody - a zarazem tłumacza kultury japońskiej poprzez strój - Yohjiego Yamamoto. Dziś chciałabym napisać parę słów o subkulturach. Każdy, kto choć odrobinę interesuje się modą i kulturą japońską, słyszał terminy "Gothic lolita", "Gal", "Kogal", "Visual kei" i inne. O niektórych wspomniałam kiedyś tutaj. Mieszkając choć trochę w Tokio i przemieszczając się przez miasto z oczami szeroko otwartymi dostrzega się jednak znacznie więcej niż te podstawowe subkultury. Na własny użytek stworzyłam osobistą, bardzo nieformalną, klasyfikację subkultur, której nie znajdziecie w żadnym opracowaniu naukowym i żadnym konkretnym magazynie. (O magazynach dotyczących mody może kiedyś też napiszę, bo to coś szczególnego, z czym nie spotkałam się w żadnym innym kraju.) Z pewnością etykietek będzie przybywać w miarę, jak będę tu dłużej mieszkać. Potraktujcie je z przymrużeniem oka. Nie lubię przylepiania łatek, ale te łatki nie mają na celu krzywdzącego szufladkowania ludzi, raczej wskazania pewnych fascynujących mnie trendów. Jako że tożsamość jest sprawą płynną można z powodzeniem łączyć w jednym looku kilka elementów różnych subkultur, można też jednego dnia przynależeć do tej, a następnego do innej... Wszystko na luzie i z humorem. 

Zdjęć niestety nie mam własnych, posilam się więc tymi, które wyszperałam w czeluściach internetu lub skopiowałam z magazynów o modzie.

Pasiaki. Pasiakiem nazywam każdego, kto w swojej szafie ma przynajmniej jedną sztukę odzieży w paski. To chyba najbardziej pojemna kategoria, bo nie wiem, czy znajdzie się ktoś, kto nie ma nic pasiastego. W Japonii paski modne są, z tego co się orientuję, od wielu lat. Muji co sezon wypuszcza część kolekcji w paski. Większość osób nosi paski w stonowanych, klasycznych barwach: niebiesko-białe, czarno-białe, brązowo-beżowe. Najczęściej paski trafiają na t-shirty z krótkim i długim rękawem i swetry, zaraz po nich są sukienki w fasonie długiego t-shirta. Pasiaste skarpetki widoczne z przykrótkich spodni też są częstym obrazkiem. Sama paski uwielbiam i jeśli chcę się wtopić w tłum w Tokio wystarczy, że założę pasiasty top. Bywają miejsca, gdzie natężenie pasiaków jest olbrzymie: restauracja w największym w Tokio sklepie Muji, kawiarnia ekologiczna połączona ze sklepem ze zdrową żywnością, głównie dla rodziców z dziećmi, do której trafiliśmy kiedyś, wszelkie kwiaciarnie i sklepy z używanymi meblami. 

Pasiak różowo-biały w wykonaniu męskim - więcej zdjęć tutaj

Pasiak różowo-biały w wydaniu damskim - więcej zdjęć tutaj

bardzo typowy Pasiak w zestawieniu, jakich mnóstwo na ulicach

Pasiak biurowy

Kolejny Pasiak do biura, na spotkanie z przyjaciółkami, na randkę i na zakupy

Księżniczki. Tych pań nie rozgryzłam jeszcze. Można je spotkać o każdej porze dnia i wieczora. Z reguły przemieszczają się w małych grupkach od trzech do pięciu, niemal zawsze mają duże, sztywne, papierowe torby z tym samym napisem lub logo. Zakładam, że chodzą na jakieś imprezy tylko dla wybranych, które opuszczają z prezentami od organizatorów - tyle że spotkać je można także dość wcześnie w ciągu dnia... Mają zawsze misternie ułożone fryzury, eleganckie sukienki (z reguły do kolan lub przed kolana) z połyskliwej tafty, satyny, jedwabiu albo innych szlachetnych materiałów, cieliste rajstopy i wysokie szpilki. Chętnie błyszczą - brokat we włosach, mieniąca się biżuteria i migoczący makijaż to norma. Rozbawione, próbują stwarzać pozory bycia damami, ale czar pryska, gdy przyłapie się taką samotną księżniczkę w metrze, jak skupiona na korespondencji emailowej zdejmuje pantofelki pod siedzeniem i wykrzywia zobolałe stopy w mało elegancki sposób. Mojej kategorii księżniczek nie wolno mylić z oficjalną, hime (co znaczy "księżniczka") - te oficjalne przypominają księżniczki z bajki, noszą się głównie w różu i przypominają kopciuszki. "Moje" księżniczki przypominają bardziej gości balu sylwestrowego. 

typowa Księżniczka, jaką można spotkać na ulicach

Dekonstruktywiści (ewentualnie nazywani też konceptualistami). Moja ulubiona subkultura. To ludzie unikający banału, którzy poprzez strój realizują sobie tylko znane filozofie i idee. Bawią się strojem, cieszą fakturami materiału, fascynuje ich kształt, jaki materiał tworzy wokół nich. Wymykają się stereotypom, nadają rzeczom nowe nazwy i przeznaczenia. Ludzie z fantazją, często pracują w kreatywnych zawodach: są stylistami fryzur, architektami, projektantami biżuterii, rzeźbiarzami, rysownikami. Widzę, bo mieszkam w bardzo artystycznej dzielnicy, Harajuku, gdzie dekonstruktywistów jest na pęczki (dużo, ale nieco mniej, jest ich chyba tylko w Ebisu i Daikanyamie), a mnóstwo budynków w mojej okolicy to atelier krawców i zakłady designu. Dodatkowo dosłownie za rogiem mam Tokyo Design Academy, więc wystarczy wyjść z domu, by zderzyć się z najciekawszymi pomysłami odnośnie strojów, jakie realizują Japończycy. Dekonstruktywistów właściwie nie powinno się wpychać do jednego worka, bo każdy z nich przekazuje strojem co innego. Są jednak punkty wspólne: nieprzywidywalność, element zaskoczenia, efekt manipulacji widzem, eklektyzm stylistyczny, zabawa proporcjami. Kwestia proporcji to w ogóle ciekawy koncept w japońskiej sztuce i stroju, a dekonstruktywiści są mistrzami w podejmowaniu jej. Jednym z ważniejszych aspektów sztuki dekonstruktywistycznej jest świadomość idei mitate - użycia czegoś zwykłego i codziennego i poprzez wykorzystanie tego w nowy sposób nadanie przedmiotowi nowej wartości. Idea ta przeniknęła do świata mody z japońskiej poezji, gdzie w taki sposób wykorzystywano metafory i porównania. W modzie mitate może oznaczać noszenie kosza na ryby jako torebki lub stworzenie paska z krawatu. Dekonstruktywiści mogą czerpać inspiracje ze wszystkiego: z filozofii Jacquesa Derridy, brył Bauhausu, teatru Piny Bausch, duńskiego designu, amerykańskiej popkultury, malarstwa kubistycznego, gier video, religii, japońskich ogrodów itd. 

więcej zdjęć ukazujących szczegóły stroju tutaj - zwróćcie uwagę na jednej fotografii na piękne, zadbane paznokcie tego chłopaka

więcej zdjęć tutaj

więcej zdjęć tutaj

więcej zdjęć tutaj

więcej zdjęć tutaj

więcej zdjęć tutaj

więcej zdjęć tutaj

więcej zdjęć tutaj

Niestety ze strony style-arena.jp nie można ściągać zdjęć, ale polecam przyjrzenie się strojom tych dekonstruktywistów (tak się składa, że to niemal sami mężczyźni):

Fanki daikonu. Daikon legs, czyli daikon-ashi, nóżki niczym odnóża japońskiej rzepy, są dość powszechne w Japonii. Wiele kobiet ma godne pozazdroszczenia długie, idealnie zgrabne nogi do nieba, ale wiele też niestety ma nogi krótkie, szerokie, w dodatku niestykające się w kolanach. Niektóre dziewczyny próbują chyba optycznie wydłużyć je zakładając buty na wysokich koturnach i nosząc bardzo krótkie szorty. Bardziej konserwatywne panie noszą spodnie o długości do połowy łydki lub tuż za kolano, czyli zwyczajne capri (nie mylić ze spodniami tuż przed kostkę). Do nich jakieś siedem na dziesięć kobiet założy niskie szpilki, o 1-2 cm wyższe niż typowe kitten heels. Spodnie z reguły są dość wąskie i marszczą się niekiedy mocno pod kolanami, co daje nieciekawy efekt. Moim zdaniem tego typu fason spodni podkreśla brzydkie nogi, ale japoński styl ubierania się nigdy nie był skierowany na eksponowanie zalet sylwetki i tuszowanie wad. Ja w tym widzę powrót do natury, chęć naśladowania niezmiernie popularnego tu warzywa :)

BRAK ZDJĘĆ - NIE UDAŁO MI SIĘ ŻADNEGO ZNALEŹĆ NA ILUSTRACJĘ SUBKULTURY FANEK DAIKONU

Matohu. Trudny koncept do wyjaśnienia, przenikający się w moich oczach do pewnego stopnia z dekonstruktywizmem. Matohu jest częścią japońskiej kultury, w modzie odświeżone zostało przez duet designerów, którzy swą firmę nazwali właśnie Matohu (notabene, ich siedziba jest pięć minut od mojego domu). Oznacza, jak piszą designerzy na swej stronie, noszenie ubrań w sposób kreujący klimat piękna, a zarazem taki, który dojrzewa i nie ukazuje naraz całego owego piękna. Stroje Matohu nie są do jednorazowego użytku, to nie fast fashion, a zdecydowanie slow fashion. 

Kluczowymi słowami są pojmowaniu tego konceptu: kasane (warstwy), muji (zwyczajność), 

utsuri (odbijanie) yatsushi (przybieranie pokornego wyglądu). Idea matohu realizowana jest, jak wiadomo, nie tylko przez Japończyków. Belgijski duet Victor & Rolf od lat tworzy kreacje zgodnie z nią, podobnież inni belgijscy designerzy. Zresztą między Belgami a Japończykami musi istnieć jakaś więź porozumienia jeśli chodzi o estetykę ubioru... Francuzom też chyba ten koncept jest dość bliski, bo japońscy designerzy (Kenzo, Yamamoto, Kawakubo, Miyake, by wymienić jedynie tych najbardziej znanych) byli i są we Francji uwielbiani. Tilda Swinton może być klasyczną realizacją konceptu matohu.

obie fotografie przedstawiają stroje firmy Matohu z poprzednich kolekcji

więcej zdjęć tutaj

więcej zdjęć tutaj

* tohu wa bohu - biblijne określenie z jęz. hebrajskiego, które w kolokwialnym niemieckim oznacza wielkie zamieszanie, a w hebrajskim dosłownie znaczy "pozbawione formy i puste" i odnosi się do stanu, w jakim była ziemia zanim Bóg wypowiedział słowa "Niech nastanie światłość".

***

Jeśli zainteresował Was ten tekst, to mam w zanadrzu kilka innych prywatnych określeń na nieformalne subkultury (m.in. Włóczykije i Kodamy, Pensjonarki, Ladies Who Lunch), którymi mogę się tu podzielić. Macie ochotę poczytać więcej o tokijskiej ulicy?

wtorek, 09 października 2012
Tokio bardzo zwyczajne

Wolontariusze w Omotesando rozdający uściski - każdy może podejść i dać się uściskać :)

Oswajam Tokio. To miasto, jak już się zorientowałam, które da się kochać. Ale które nigdy nie da się poznać całkowicie. Zawsze pozostanie więcej do odkrycia niż już się zna. To dobrze, gdybym miała wrażenie, że znam miasto na wylot znaczyłoby to dla mnie, że czas się wynosić. Przekonuję się na każdym kroku, że Tokio jest miastem fascynującym, jedynym w swoim rodzaju, a jednocześnie, że żyje się tu tak jak wszędzie. Kupuje warzywa w warzywniaku, śpieszy rano do pracy, wychodzi na lunch z kolegami z pracy, przysypia w metrze, spotyka z przyjaciółmi po pracy, urządza pikniki w parku, podczytuje książki w księgarni, celebruje narodowe i lokalne święta i robi milion innych rzeczy, które czynią ludzie na całym świecie. Nic mnie tu nie szokuje, nic nie wydaje się na tyle osobliwe, bym pomyślała: "Ta Japonia to jednak dziwny kraj". Jeśli już miałabym tak pomyśleć, to tylko dlatego, że dziwnym - zwłaszcza w porównaniu z wieloma krajami, które miałam okazję choć trochę poznać - może się wydawać uprzyjemnianie i ułatwianie ludziom życia, a tego doświadczam na każdym kroku. Pytałam poprzednich lokatorów naszego mieszkania, którzy mieszkali w Tokio ponad trzy lata, za czym będą tęsknić, jak wrócą do Anglii. Nie musieli się zastanawiać: "Za łatwością życia. Tak łatwo tu wszystko załatwić, tak bezproblematyczne wszystko jest". Na razie zaledwie tego liznęłam, zobaczymy jak to będzie na dłuższą metę. Z tych przyjemnych ciekawostek, a zarazem bardzo zwyczajnych rzeczy, chciałabym napisać o kilku: 

Boczna uliczka w Yanace

Kiszone ogórki smakują wybornie w upał - tu jako jedna z przekąsek na festiwalu jedzenia w Azabu Juban

Żywe maskotki zwracające uwagę na kampanię uświadamiającą jak udzielać pierwszej pomocy w Ginzie przyciągnęły też dzieci

Panowie biorący udział w matsuri (festiwalu) w Meguro

- To miało miejsce jeszcze gdy mieszkaliśmy w apartamencie z obługą. Przyszli panowie sprawdzić alarm przecipożarowy, po uprzednim potwierdzeniu godziny (z dokładnością co do kwadransa!). Na pięć minut przed ich przyjściem, jak mnie uprzedzono, w mieszkaniu miała zabrzmieć cichutko muzyka (wybrano mój ulubiony utwór Erica Satiego). Oczywiście ukłonom nie było końca, panowie zdjęli grzecznie buty w przedpokoju, jak trzeba, a jeden nawet u paska miał przywiązane kapcie, żeby je zakładać w każdym mieszkaniu, do jakiego się udaje. Po ich wyjściu przez mikrofonik, który mamy w suficie w przedpokoju, rozległo się ćwierkanie ptaszków (cichutko) i głos obwieścił, że panowie są jeszcze na moim piętrze, więc jeśli mam jakieś pytania, to mogę wyjść i spytać. Gdy zeszli z piętra, ćwierkanie ustało i głos powiedział, że inspekcja została zakończona. Nie mogłabym sobie tego nawet wymyśleć! Generalnie przynajmniej raz w tygodniu przychodzi jakaś dostawa do nas - a to kanapa, a to dostawa z Ikei, a to nasze rzeczy z Londynu, a to biurko czy regały na książki. Zawsze (z jednym wyjątkiem, ale uprzedzono nas o spóźnieniu) panowie są punktualni co do minuty. Megagrzeczni, zawsze rozkładają narzutę/kołdrę na podłogę, by nie porysować jej pchaniem czy ciągnięciem pudeł. Niebywale produktywni i szybcy, wniesienie i rozpakowanie wszystkich 62 kartonów, które przypłynęły z Anglii zajęło dwóm mężczyznom zaledwie półtorej godziny! Ale to mnie nie dziwi, dziwi raczej, że może być inaczej, a dobrze wiem, że może...

Amatorski zespół grający cygańską muzykę w parku Ueno

- Mycie rąk. Bywają takie chwile, gdy chodzi się po mieście i nagle człowiek uświadamia sobie, że właściwie to chętnie umyłby ręce. Tutaj nie trzeba iść w tym celu do publicznej totalety (które są na ogół czyściutkie w Tokio, mają w toalecie półeczkę na torebkę lub chociaż haczyk, a przy umywalce często dodatkowo zawieszkę na parasolkę!) czy udawać klienta w kawiarni, by umyć ręce. Tu wystarczy pójść do supermarketu lub sklepu zwanego konbini jak 7-Eleven, Family Mart lub Lawson (gdzie można kupić jedzenie, gazety i magazyny, przybory piśmiennicze, parasolki, skorzystać z drukarki czy ksero, kupić bilety na koncert, załatwić transport walizki na drugi koniec kraju itp.) - w niemal każdym takim sklepie przy wyjściu jest umywalka dla klientów. Można też zawsze zajrzeć do pobliskiej świątyni czy chramu, na ich terenie także znajdują się toalety z umywalkami.

Na zakupach

- Chodniki. Koncept umowny. Na wielu ulicach nie ma jasno oddzielonych chodników, biała linia odgradza strefę dla pieszych i pojazdów. Mało to pomocne dla niewidomych, ale wielka ulga dla niepełnosprawnych ruchowo. Tradycyjne chodniki najczęściej mają udogodnienia dla niepełnosprawnych, włącznie z obniżonym krawężnikiem na przejściach dla pieszych i zmianą płytek sygnalizujących przejście, podobnie jak w Londynie, dodatkowo bywa też zainstalowana rączka, by wygodnie było zjechać wózkiem czy zejść do poziomu niższego o kilka centymetrów. Podobnie też jak w Anglii ludzie przechodzą na czerwonym świetle, co mi się podoba, bo robienie wykroczenia z przechodzenia na czerwonym drażni mnie jak mało co. Tutaj dodatkowo na ruchliwych skrzyżowaniach obok światła ma się też sygnalizację informującą, jak długo będzie się czekać na zielone. Na bocznych uliczkach, w miejscach gdzie jest skrzyżowanie, zainstalowana jest instalacja świetlna w ulicy, więc jadący kierowca jeśli widzi pomarańczowe światełko na drodze przed sobą, wie, że ta droga krzyżuje się z bocznymi (czasem naprawdę nie widać tego wyraźnie i takie światło zdecydowanie pomaga). 

Sprzedawczyni filetów z łososia - żywy dowód, że nie wszystkie Japonki są bardzo szczupłe

Starsze panie sprzedające używane książki na festynie

Typowa uliczka w Koenji

I jedna ciekawostka z gatunku mniej wygodnych, by nie było tak wszystko idealnie:

- W niewielu miejscach można płacić kartą debetową lub kredytową (już szybciej kredytową). Nie lubię nosić ze sobą gotówki, przyzwyczajona jestem, że nawet za butelkę wody mogę zapłacić kartą, co trwa w Londynie kilkanaście sekund. Tutaj jednak większość sklepów i restauracji niechętnie przyjmuje karty, a sporo ludzi używa kart płatniczych nie po to, by płacić, ale by wyjmować pieniądze z bankomatów. Zastanawia mnie to, czemu tak jest, o tyle przecież wygodniej iść do restauracji i nie zastanawiać się, czy starczy nam gotówki w portfelu na kolację. 

drobna cząstka działu z czasopismami dla mężczyzn w księgarni Tsutaya Books