| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

czwartek, 04 października 2012
Pieśń imigranta śpiewana przez Tishani Doshi

Dziś Wielka Brytania obchodzi Narodowy Dzień Poezji i choć reszta świata poezję celebruje 21 marca to uważam, że każdy dzień jest dobry, by przypomnieć o jej sile. Stąd wiersz Tishani Doshi w języku oryginału oraz moim luźnym tłumaczeniu. Przyjemnej lektury.

fot. Désirée Dolron

The Immigrant's Song

Tishani Doshi

Let us not speak of those days

when coffee beans filled the morning

with hope, when our mothers' headscarves

hung like white flags on the washing lines.

Let us not speak of the long arms of sky

that used to cradle us at dusk.

And the baobabs - let us not trace

the shape of their leaves in our dreams,

or yearn for the noise of those nameless birds

that sang and died in the church's eaves.

Let us not speak of men,

stolen from their beds at night.

Let us not say the word

                                    disappeared.

Let us not remember the first smell of rain:

It will only make us nostalgic for childhood.

Instead, let us speak of our lives now - 

the gates and bridges and stores.

And when we break bread

in cafés and at kitchen tables

with our new brothers,

let us not burden them with stories

of war and abandonment.

Let us not name our old friends

who are unravelling like fairytales

in the forests of the dead.

Naming them will not bring them back.

Let us stay here, and wait for the future

to arrive, for grandchildren to speak

in forked tongues about the country

we once came from.

Tell us about it, they might ask.

And you mind consider telling them

of the sky and the coffee beans,

the small white houses and dusty streets.

You might set your memory afloat

like a paper boat down a river.

You might pray that the paper

whispers your stories to the water,

that the water sings it to the trees,

and the trees howl and howl

it to the leaves. If you keep still

and do not speak, you might hear

your whole life fill the world

until the wind is the only word.


**********************

Pieśń imigranta

Tishani Doshi

Nie mówmy o tamtych dniach

gdy ziarna kawy wypełniały poranki

nadzieją, gdy chusty naszych matek

wisiały niczym białe flagi na sznurach z praniem.

Nie mówmy o długich ramionach niebios,

zwykłych kołysać nas o zmroku.

I o baobabach - nie śledźmy

kształtu ich liści w naszych snach,

i nie wzdychajmy do hałasu

czynionego przez te bezimienne ptaki,

które śpiewały i umierały w kościelnym okapie.

Nie mówmy o mężczyznach,

wykradzionych z własnych łóżek nocą.

Nie wymawiajmy słowa

                                    zaginiony.

Nie pamiętajmy pierwszego zapachu deszczu:

To tylko wywoła nostalgię za dzieciństwem.

Zamiast tego mówmy o naszym obecnym życiu - 

o bramach i mostach i sklepach.

A gdy będziemy łamać chleb

w kawiarniach i przy kuchennych stołach

z naszymi nowymi braćmi,

nie obciążajmy ich naszymi historiami

o wojnie i porzuceniu.

Nie wymieniajmy imion starych przyjaciół

które układają się jak bajki

w lasach zmarłych.

Wymienianie ich nie przywróci ich nam.

Zostańmy tu i czekajmy na przyszłość

by nadeszła, na wnuków mówiących

kłamstwa o kraju

z którego kiedyś przybyliśmy.

Opowiedz nam o nim, mogą poprosić. 

A ty możesz rozważać opowiadanie 

o niebie i ziarnach kawy,

małych, białych domkach i przykurzonych ulicach.

Możesz dać się ponieść wspomnieniom

niczym papierowa łódka puszczona z prądem rzeki.

Możesz modlić się, by papier

wyszeptał twe historie wodzie,

by woda wyśpiewała je drzewom,

by drzewa krzyczały i wykrzyczały 

je liściom. Jeśli będziesz cicho

i nie powiesz nic, możesz usłyszeć

całe swe życie wypełniające świat

aż wiatr pozostanie jedynym słowem.

środa, 03 października 2012
Czym jest normalność - "Martha Marcy May Marlene", reż. Sean Durkin, 2011

Bardzo trudno ubrać mi w słowa wszystkie myśli, jakie rozbijają mi się po głowie nawet kilka miesięcy po obejrzeniu "Martha Marcy May Marlene" - w moim odczuciu filmu absolutnie genialnego. Taki rodzaj dramatów, kameralnych, skromnych, pełnych niedopowiedzeń, to najlepsze, moim zdaniem, co kino amerykańskie ma do zaoferowania. Przypomina nieco "Frozen River" i "Winter's Bone" bo też dzieje się na prowincji i przedstawia pułapkę, z której trudno uciec. A przy tym nie oszałamia żadnymi efektami specjalnymi i pokazuje mało znane, świeże twarze. 

Tytułowa bohaterka (grana przez śliczną Elisabeth Olson i przypominającą subtelnym, bezpretensjonalnym urokiem Maggie Gyllenhall) żyła przez dwa lata w starym domu gdzieś w lesie, tworząc komunę z kilkoma mężczyznami i kobietami, pod przewodnictwem Patricka - charyzmatycznego, o hipnotyzującym spojrzeniu, znakomicie zbudowanego mężczyzny, którego krytycy lubią porównywać do Charlesa Mansona. Film rozpoczyna się, gdy dziewczyna ucieka i dzwoni do siostry, która zabiera ją do domu letniego, w którym spędza urlop z mężem. Pozornie Martha sprawia wrażenie asertywnej, radosnej dziewczyny, która wie, czego chce a czego nie chce w życiu. W głębi przepełnia ją jednak lęk, doświadczenia - pozytywne i negatywne - wracają do niej często we flashbackach i snach, a Martha czuje się bardzo zagubiona. Siostra i jej mąż mają wobec niej mnóstwo oczekiwań, żalów, pretensji i nadziei. To za duży ciężar, by Martha była w stanie go udźwignąć. 


Przyznam, że byłam mocno zdziwiona lekturą kolejnych recenzji czy choćby opisów filmu, w których wszyscy jak jeden mąż nazywają grupę ludzi, wśród których żyła bohaterka, "sektą". To nie była, w moim odczuciu, żadna sekta. Ot, komuna, w której istniały pewne zasady, wszystko było wspólne, a członkowie grupy przechodzili stopniową, ale mało nachalną "reedukację". Patrick zaczytywał się książkami filozoficznymi, próbując stworzyć własną filozofię życiową. Całość była nieco pokraczna, ale nie bardziej pokraczna niż styl życia, jaki reprezentują siostra bohaterki z mężem. Reżyser znakomicie zderzył dwa kompletnie odmienne modele życia, pokazując - być może nieświadomie - jak dysfunkcyjne są oba. A może jak niemożliwe jest stworzenie opartej na konsekwentnie egzekwowanych zasadach, które zadowoliłyby wszystkich, społeczności. W świecie Patricka dąży się do zmniejszania potrzeb materialnych, stawia się na serdeczność i wzajemne wsparcie. W świecie siostry Marthy dąży się do posiadania, a pomocy szuka się u psychologów. W świecie Patricka ważny jest rozwój wewnętrzny, a w życiu chodzi po prostu o życie, a nie o spełnianie jakichś celów. W świecie siostry Marthy życie jest stresującą harówką, a dwutygodniowy urlop stresuje jeszcze bardziej, bo przecież stawia się sobie ważne zadanie: odpocząć. Trzeba myśleć o karierze, planować kim się będzie za pięć lat, nie można po prostu marzyć o wyjeździe do Paryża, rzucić wszystkiego i jechać. 


Rewelacyjnie ujęte są zależności międzyludzkie i ich pułapki. W komunie mieszkańcy realizują określoną przez Patricka ideę wspólnoty, pozornie daje im się prawo do samostanowienia, lecz przywódca mniej lub bardziej delikatnie steruje nimi, podpowiada co mają myśleć i dlaczego. Niezależności próżno tam szukać. Wszyscy mają myśleć i postępować podobnie, co w efekcie - jak można się domyślić - krzywdzi jednostki. Identycznie jest w tym "wolnym" środowisku, do którego uciekła bohaterka. U siostry też nie można postępować jak się chce, trzeba myśleć jak inni, a nad Marthą ciąży wyrzut jasno sformułowany przez siostrę o niedawanie znaku życia przez dwa lata. Czyli jesteśmy dorosłymi ludźmi, ale nie możemy tak po prostu wyjechać, odciąć się, żyć jak nam się podoba, jesteśmy odpowiedzialni za to, że ktoś się o nas martwi... Bohaterce wyraźnie to przeszkadza, próbuje zachować dystans, krzycząc do siostry w pewnej chwili: "To, że jesteś moją siostrą, nie znaczy, że mamy mówić o wszystkim, co przyjdzie ci do głowy!". Od lat zastanawiam się, na ile można sobie pozwolić względem bliskich osób, szczególnie rodziny. Jakie mamy wobec nich zobowiązania i czy koniecznie musimy je wypełniać. W filmie poruszono motyw troski. Czy fakt, że ktoś się o nas martwi i troszczy o nas, powinien nas cieszyć czy raczej ciąży nad nami? Czasem czytam w różnych tekstach wyznania, że dana osoba pragnie, by ktoś się o nią martwił , że świadomość, że ktoś tam się martwi, jest kojąca. Osobiście nie jestem w stanie tego pojąć. Dla mnie idealna sytuacja byłaby taka, gdyby nikt nie martwił się o mnie. Przecież martwienie się nie oznacza od razu chęci niesienia pomocy, tak samo jak niemartwienie się nie oznacza braku zainteresowania losem danej osoby. Martha zdaje się dzielić moje poglądy i wyznaje myśl: kontaktujmy się ze sobą, gdy tego chcemy, pomóż mi, gdy cię o to poproszę, ale nie uszczęśliwiaj mnie na siłę. I daj mi milczeć przez dwa lata, jeśli chcę. Bez większych zobowiązań, z większą swobodą. 


Mnóstwo innych obserwacji krąży mi po głowie, ale wystarczy tego pisania. Gorąco zachęcam Was do obejrzenia filmu. Burzy schematy myślowe, pozwala spojrzeć na to, co mogło wydawać się nam normalne, z nowej perspektywy. To film bardzo odświeżający, znać w nim echo pytania o normalność, jakie zadawał Lars von Trier w "Idiotach", jednak sposób realizacji jest kompletnie inny. Marzy mi się więcej takich filmów. 

Muszę też na koniec wspomnieć o muzyce. Piękne dwie piosenki (jedną gra John Hawkes w roli Patricka, drugą słychać na zakończenie) skomponował przed laty Jackson C. Frank, amerykański muzyk folk, zmarły w 1999 roku, który za życia nie odniósł dużego sukcesu i wydał zaledwie jedną płytę.


poniedziałek, 01 października 2012
Przypadek / przeznaczenie / zbieg okoliczności

Yui zmrużyła delikatnie oczy, zatrzymała pałeczki w połowie drogi do ust. Zamyśliła się nad tym, co jest czym, jak to przełożyć na język ojczysty i czy w japońskim te słowa niosą ze sobą podobny metafizyczny ciężar. Zastanawiałyśmy się, jak określić naszą budzącą się pomału przyjaźń. Spotkałyśmy się w barze w pobliżu mojego domu kilka tygodni temu. Usiadłam obok niej, ona mnie zagadała i zaraz rozmawiałyśmy o podróżach, japońskiej otwartości, kosmetykach, książkach... Jak tylko dowiedziała się, że nauczam angielskiego, poprosiła mnie o prywatne lekcje. Przyszła do mnie w zeszłym tygodniu i od jej narzekań na pracę i afirmacji potrzeby realizacji marzeń przeszłyśmy płynnie do lekcji o doświadczeniach w nauce angielskiego i wyrażaniu własnej opinii, do czego wykorzystałam zgrabnie fragment wywiadu z Jung Chang z youtube. Dwa dni potem siedziałyśmy z restauracji za rogiem nad miseczkami curry z warzywami korzeniowymi i brązowym ryżem, próbując podczas godzinnego lunchu rozszyfrować nasze tożsamościowe zawiłości. Pytała o Polskę, o mój stosunek do niej, więc wyznałam, że zawsze czułam się w Polsce obco, jakbym po raz pierwszy w ciągu moich wcieleń urodziła się w tym rejonie geograficznym i kulturowym. (Nareszcie mogę otwarcie odwoływać się do buddyjskich konceptów bez obawy, że ktoś uzna mnie za dziwaczkę.) Yui od razu wykrzyknęła, że czuje to samo w stosunku do Japonii! Wiele rzeczy jest tu dla niej wciąż obcych, mimo że tu wyrosła i wychowała się. Zwiedziła trochę świata, była kilka razy w Europie, mieszkała przez dwa lata w Niemczech jako uczennica szkoły średniej. Nie jest typową Japonką, jaką opisują domorośli japoniści. Nie musi wypić, by wyrażać to, co myśli i czuje. Opowiadała o swych negatywnych doświadczeniach z japońskimi mężczyznami, rozwodzie i błędach młodości, oczekiwaniach, jakie ludzie mają względem siebie wiążąc się, a jakie nie przystają do rzeczywistości. "Japońscy mężczyźni są tacy słabi. Trzeba im matkować, radzić sobie z ich problemami psychicznymi, ich wątpliwościami i niepewnością. Nie chcę brać ślubu, chcę żyć z mężczyzną, który będzie mnie kochał bardziej niż tradycję, który nie będzie się wstydził trzymać mnie publicznie za rękę i z którym będę mogła swobodnie porozmawiać na różne tematy, bez udawania głupszej niż jestem". Tyle żali i tak wielka nadzieja...


Czy to przypadek czy przeznaczenie, że trafiliśmy w sobotni wieczór akurat do baru Le roi des papillons de nuit? Że z ponad dwóch setek maleńkich barów na 6-10 osób usytuowanych jeden obok drugiego i jeden nad drugim w wąziutkich alejkach Golden Gai w Shinjuku wybraliśmy akurat ten? A już wstępowaliśmy do innych, już wyczuwaliśmy ciepłe prądy z innych przybytków ciekawych rozmów... A jednak siła przyciągania Eiko, która prowadzi Le roi była najsilniejsza. Usadowiliśmy się pomiędzy dwiema pulchnymi paniami po czterdziestce - przyjaciółkami z pracy (ich firma zajmuje się dystrybucją bezpośrednią suplementów dla urody i zdrowia), piękną, roześmianą kobietą po pięćdziesiątce, wyglądającą na rzeźbiarkę (nie wiem skąd ten pomysł, ale to mi się pierwsze nasunęło, gdy na nią spojrzałam) o imieniu Teiko i nieco chyba młodszym od niej projektantem graficznym (trudne imię, nie zapamiętałam). Po godzinie przyjaciółki wyszły, pędziły na ostatni pociąg do domu, a ich miejsce zajął uznany w Japonii reżyser przyrodniczych filmów dokumentalnych, 72-letni Masanori Iwasaki. Przychodzi do baru Le roi od ośmiu lat, odkąd Eiko z mężem zdecydowali się go otworzyć. Otwarcie przyznał, że pije dużo i wcale się tego nie wstydzi. Na ścianie baru jest zalepiony grubą taśmą ślad po dziurze, którą kiedyś zrobił bijąc głową w ścianę - obok napisane jest jego nazwisko, dla potomności. Trafiliśmy na szczególną okazję - odbywała się spontaniczna degustacja różnych gatunków sake z różnych prefektur. Spróbowaliśmy więc sake z Shiga, Shimane i kilku innych rejonów, których nie zdołałam zapamiętać. Gdy przyznałam się do uwielbiania umeshu, Eiko wyciągnęła spod stołu wielgachny słój z domowej roboty likierem, w którym jeszcze moczyły się śliweczki. Co i rusz wyciągała z lodówki i szafeczek jakieś przysmaki. A to maślane w smaku kawałeczki surowego tuńczyka, a to chipsy z wędzonych kałamarnic, a to lody Häagen-Dazs, a to ciasteczka ryżowe, a to znów jakieś wędzone warzywka... Do tego przed każdym stała miseczka z orzeszkami ziemnymi w łupinkach, uzupełniana w miarę potrzeby. Wszyscy częstowali wszystkich, nikt nie patrzył na to, co jego, a co cudze.

Rozbawiona właścicielka baru

reżyser pod plakatem (w prawym górnym rogu) reklamującym pokaz jego filmu na jednym z festiwali

Co jakiś czas Iwasaki zwracał się do Teiko per "señora", co ona z udawanym oburzeniem natychmiast poprawiała: "señorita!". Rozmowy, mimo bariery językowej, toczyły się dość gładko. Iwasaki i Teiko pochodzą z Tohoku, mówili co nieco o zniszczeniach - reżyser kręci właśnie film o spustoszeniach w naturze, jakie dokonały się w zeszłym roku. Opowiadał trochę o swych podróżach do Indii i Nepalu (dziesięć lat temu spędził tam z przerwami trzy lata, by nakręcić półtoragodzinny dokument o życiu śnieżnych panter), o ekspedycjach, jakie organizuje z przyjaciółmi ze studiów. Nie unikał trudnych tematów: pytał o stosunek Polaków do Niemców, o Czernobyl, o podejście do energii jądrowej. Polska budziła zainteresowanie i co chwila ktoś wracał do tematu. Głównie przysłuchujący się w milczeniu grafik zdradził nam, że ceni polskie kino (potrafił wymienić kilka nazwisk - a Eiko okazała się fanką Polańskiego, szczególnie filmu "Tess"), opowiedział o fascynacji polskim plakatem - za miesiąc w Jokohamie zorganizowana zostanie wystawa polskich plakatów. Iwasaki odwiedził kiedyś nawet Polskę, interesowały go zwierzęta w Puszczy Białowieskiej. Im alkohol bardziej uderzał do głowy, tym więcej było śmiechu, muzyka enka z płyt stawała się coraz bardziej nostalgiczna. Eiko nuciła pod nosem, lista tematów do rozmów wydłużała się, niestety wyczerpał się też zasób słownictwa nasz i naszych japońskich rozmówców. Czas było jechać do domu, tym bardziej, że byliśmy na rowerach i choć droga krótka i bezpieczna, to lepiej nie przeceniać swych możliwości. Kwadrans po pierwszej według naszego zegara (niektóre bary otwarte są do 29 godziny! - tu nie liczy się po północy od nowa, ta sama noc nakazuje kontynuować liczenie godzin po 24) zapłaciliśmy (zaskakująco niewiele, nawet wliczając obowiązkową we wszystkich barach opłatę za miejsce) i zwinęliśmy się, żegnając się ze wszystkimi i obiecując ponowną wizytę. Zasypiałam pół godziny potem, a po głowie kołatała się myśl, ile sekretów i ludzkich historii kryją te maleńkie wnętrza z przytulnym światłem w Golden Gai...

A swoją drogą, nasi rozmówcy dziwili się, że w Europie nie ma idei podobnych barów, do których przychodzi się, by porozmawiać z obcymi ludźmi, zawrzeć przyjaźnie, powymieniać poglądy. Zdaje się, że nie mieściło im się w głowie, by chodzić do baru w gronie własnych przyjaciół i znajomych i w tym gronie pozostać przez cały wieczór. Hmm, posmakowawszy barów japońskich mnie też takie zamknięcie na innych wydaje się już lekko dziwne.

wejście do typowego baru

środa, 26 września 2012
Z misją kroczyć przez życie: "Three Cups of Tea" - Greg Mortenson i David Oliver Relin ("Trzy filiżanki herbaty")

Jakiś czas temu media na całym zachodnim świecie (a i w Pakistanie zapewne także; nie wiem jak w Polsce) trąbiły o programie, jaki pokazano w USA, na temat nieścisłości i kłamstw, jakich dopuścił się autor książki "Three Cups of Tea" ("Trzy filiżanki herbaty", wydana też w 2010 roku przez wyd. Sonia Draga w Polsce), Greg Mortenson, pisząc wraz z Davidem Oliverem Relinem swoją historię. Zarzucono mu także brak umiejętności kierowania fundacją, wykorzystanie pieniędzy od sponsorów na swoje prywatne cele i generalnie kiepskie planowanie projektów i ich realizację. Zdecydowałam więc, że nie dam książce dłużej leżeć na półce - a odleżała już jakieś pięć lat od daty zakupu - i przeczytam wreszcie, o co w tej misji Mortensona chodzi.

Mortenson swoje życie wykorzystał, by pomagać pakistańskim dzieciom, w szczególności dziewczynkom. Po nieudanej wyprawie na K2 na początku lat 90. zagnało go do wioski Korphe w górach Karakoram w pakistańskim regionie zwanym Baltistanem. Przejęty tym, że miejscowa ludność jest niewykształcona i mało czyja noga kiedykolwiek postała w szkole, złożył mieszkańcom wsi obietnicę, że zbuduje im szkołę. Od tej pory całe jego życie nabrało sensu. Pokonując liczne przeszkody, udało mu się zbudować ową szkołę, a po niej powstały kolejne. Mortenson w międzyczasie stał się sławny, napisał dwie książki, zjeździł kawał świata promując cele swojej fundacji i zbierając nań pieniądze, cały czas nadzorując budowę szkół. Gdy zbierał datki na pierwszy budynek oszczędzał jak mógł. Mieszkał w samochodzie, pracował nocami jako wykwalifikowany pielęgniarz w szpitalu, jadał w najtańszych kambodżańskich barach w Berkeley i obracał w dłoniach każdego dolara zanim zdecydował się go wydać. Dziś ma żonę i dwoje dzieci oraz domek z ogrodem w Montanie. Dzielił przez wiele lat - i nadal dzieli - życie na dwa kraje, które ukochał szczególnie: Stany Zjednoczone i Pakistan. Mówi w kilku językach różnych ludów pakistańskich i afgańskich (bo ze szkołami dotarł nawet do Afganistanu, gdzie edukacja jest na jeszcze niższym poziomie niż w Pakistanie), ma przyjaciół w dziesiątkach wiosek i miast w trzech krajach i zapewne nie wyobraża sobie życia bez swej pasji. Bo pomoc innym może być pasją, może stać się życiową misją, która powoduje, że zapomina się o sobie. 

Mortenson z kart książki przypomina mi trochę Philippe'a Petita, którego fascynację chodzenia na linie między wysokimi budynkami przybliżył James Marsh w filmie "Man on Wire". Wręcz opętany przez swe marzenie, po drodze tracił przyjaciół, narażał się na niebezpieczeństwo i walczył ze wszystkich sił, by marzenie zrealizować. Zmienił życie tysięcy osób, dając im nie rybę, a wędkę. Czytałam i podziwiałam. I zastanawiają mnie zarzuty, jakie wysuwa się Mortensenowi. Rozumiem, że fabrykacja swej historii to spore przewinienie - znając je traktowałam książkę jako fabularyzowaną biografię. Podobno autor wcale nie dotarł do Korphe w drodze z K2, ale pojechał tam dopiero rok później. Podobno nie został porwany i nie był przetrzymywany przez talibów. Podobno zbudował inną liczbę szkół, do jakiej się przyznaje. Podobno niektóre z jego szkół świecą dziś pustkami, brak bowiem pieniędzy na pensje nauczycieli i renowację budynków. Podobno wydaje więcej pieniędzy na promocję swych książek i opowiadanie ludziom o fundacji niż na faktyczną budowę szkół. Jeśli to wszystko prawda, to nie świadczy o nim zbyt dobrze, że fikcja miesza mu się z rzeczywistością, że lubi ubarwiać swe opowieści i że nie jest bardziej skrupulatny w zarządzaniu fundacją. Ale jedno mnie naprawdę drażni. Mortensona wychwalają tysiące ludzi w górach Pakistanu, a najbardziej krytykują go pakistańscy dziennikarze mieszkający sobie wygodnie w Lahore i Karachi. Nie mogę zrozumieć sensu tej krytyki: przyjeżdża Amerykanin, poświęca kawał swego życia, zdrowie i pieniądze, by budować na nieprzyjaznej, bądź co bądź, Amerykanom ziemi szkoły dla dzieci, a w zamian spotykają go baty, że mógłby ich wybudować więcej, zamiast wydawać pieniądze na spotkania z czytelnikami amerykańskimi. Co ci pakistańscy dziennikarze uczynili dla dzieci swych rodaków? Ile szkół sami wybudowali? I wreszcie - czemu nie zaczną krytykować rządu pakistańskiego, który ma obowiązek zapewnić edukację wszystkim dzieciom, a który o ludach Balti czy Wazirach woli zapewne nie pamiętać? O głodnych edukacji dzieciach pamiętają za to salafici z Arabii Saudyjskiej - madras finansowanych przez nich, w których naucza się radykalnej wersji islamu, jest na prowincjach pod dostatkiem (a w dodatku dzieci mogą liczyć na edukację darmową, na wyżywienie i czasem ubranie). Jeśli Pakistan boleje nad islamizacją swych obywateli warto zwrócić uwagę na mniej ekstremalną formę edukacji i uczynić ją priorytetem. Analfabetyzm w Pakistanie dotyczy 50,1% społeczeństwa (i wynosi aż 74% u kobiet), podczas gdy w Vietnamie, w którym dochód na głowę jest niemal identyczny, analfabetami jest zaledwie 6% obywateli (13% kobiet). Więcej dzieci chodzi do szkoły nawet w tak ubogich krajach jak Etiopia i Jemen. Korupcja w Pakistanie jest na przerażającą skalę, a dziennikarze czepiają się jednego Amerykanina, któremu chce się coś dobrego robić w ich zakątku świata. 

Jeśli chodzi o opisaną historię, to robi duże wrażenie. Za to sposób jej opisania jest fatalny. Dawno nie czytałam tak źle napisanej książki. Na Goodreads pełno zjadliwych recenzji, wyłapujących co idiotyczniej sformułowane zdania (np. "The storage space smelled like Africa" - cudne, prawda?) i nabijających się z egzaltacji obu autorów. Dziwnym zabiegiem jest pisanie o Mortensonie w trzeciej osobie, mimo że autorami książki są obaj panowie, Mortenson i Relin. Nie mogę wyobrazić sobie, w jaki sposób pisali książkę obaj, ale albo Relin pozostawał pod olbrzymim wpływem osoby Mortensona albo Mortenson szerzy dziwny kult własnej postaci. Nie zliczę, ile razy określono go jako bohatera, ilu ludzi cytowano wychwalających go pod niebiosa. Od cukru i słodyczy czasem mdli i mdliło mnie niekiedy od taniego sentymentalizmu, jakim przepełniona jest "Trzy filiżanki herbaty". Nie mówiąc o tym, że książka jest stanowczo za długa. Co kilkanaście stron zastanawiałam się, czy nie rzucić jej i nie sięgnąć po coś innego. To, czego dokonał Mortenson i jaką drogę przebył w ciągu kilkudziesięciu lat jest imponujące. Jednak książka została napisana strasznie rozwlekle, brakowało jej werwy i tego czegoś, co sprawia, że niecierpliwie przewraca się strony. Zwyczajnie mnie znużyła, bo autorzy zamiast przyśpieszać akcję, spowalniali ją, jak tylko mogli. Mam wobec tego mieszane uczucia. Warto przeczytać "Trzy filiżanki herbaty" dla samej historii, ale trzeba przymknąć oko na konfabulacje oraz nieznośny kult jednostki i próbować nie zasnąć podczas lektury. 

poniedziałek, 24 września 2012
Uchwycone przez okno

That night - 

above the table in the café

a face like a vase full of flowers

even if a crow caws on some tree

I won't care.

[Hayashi Fumiko]

***

Tamta noc - 

nad stołem w kawiarni

twarz niczym wazon pełen kwiatów

nawet jeśli wrona kracze gdzieś na drzewie

Nie obchodzi mnie to.