| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

wtorek, 11 grudnia 2012
Uśmiech przez łzy: "Uśmiech Pol Pota" - Peter Fröberg Idling

Słuchając nie raz kambodżańskiego rock'n'rolla, wyczuwając w głosie Sinna Sisamoutha i Ros Sereysothei nutkę melancholii, jakby piosenkarze przeczuwali, co ich spotka, zastanawiałam się, jak to możliwe, by naród przeszedł taką tragedię, jaka miała miejsce w Kambodży i był w stanie się z niej podźwignąć. Za niecałe dwa tygodnie przekonam się osobiście, wybieram się bowiem do Kambodży na wakacje, tymczasem sięgnęłam po "Uśmiech Pol Pota" szwedzkiego dziennikarza, prawnika i pisarza Petera Fröberga Idlinga. Nie jest to typowy reportaż, składa się z małych 'winietek', scenek opisujących pewne wydarzenia, spotkania, przywołujących hasła propagandowe i próbujących odpowiedzieć na więcej pytań, niż spodziewałam się zastać.

Idea stworzenia nowego społeczeństwa nie jest szokująca sama w sobie, realizowana była choćby w Chinach przed wojną w Kambodży i realizowana była po niej, np. w Rwandzie. Nigdzie na świecie projekt się nie powiódł - dystopie, podobnie jak utopie, nie trwają długo; pewnym wyjątkiem jest Północna Korea, gdzie jakimś cudem upływający czas nie zmienia wiele. Prędzej czy później coś pęka i wąż zaczyna połykać własny ogon. Wielcy dyktatorzy zawsze popadają w paranoję, która niszczy ich i stworzony przez nich system, od środka. Tak stało się w Kambodży, a raczej Demokratycznej Kampuczy, jak nazywali kraj Czerwoni Khmerzy z Pol Potem na czele.

Idlingowi udało się wejść pod powierzchnię relacjonowania tragedii. Madeleine Thien, kanadyjska pisarka i autorka książki o Kambodży "Dogs at the Perimeter", w swoim eseju o filmie "Le sommeil d'or" opowiadającym o kambodżańskich filmowcach, których ani jeden film się nie zachował do czasów dzisiejszych, opublikowanym w numerze "Asia Literary Review" z zimy 2011 pisze, że aby młodsze pokolenia miały poczucie ciągłości historii niezbędna jest świadomość nie tylko faktu, iż otchłań (jak ona nazywa w tym kontekście wojnę) miała miejsce, ale też jak do niej doszło. Mam silne wrażenie stawiania kreski w historii Kambodży na czasy przedwojenne i powojenne. W okresie kilku lat zostało straconych od 750 tys. do 3 mln obywateli - nikt nie jest w stanie stwierdzić, ilu zginęło naprawdę. Nie jest to wiele w porównaniu z blisko 40 mln Chińczyków, którzy zginęli w czasie Wielkiego Głodu, jednakże w skali całego społeczeństwa kambodżańskiego, które nigdy nie było liczne, jest to liczba olbrzymia. Zginęła elita kraju, intelektualiści, historycy, artyści, ludzi, którzy dziś byliby w stanie podtrzymać dziedzictwo narodowe, którzy być może mogliby wyjaśnić ciągłość historii. Czerwoni Khmerzy jednak starali się bardzo, by przeszłość wymazać, by nowe pokolenia były kształtowane według nowych wzorów. Pojawia się pierwsze pytanie: czy cel uświęca środki? Cel był słuszny, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Ile jednak poświęceń jesteśmy w stanie znieść za wolność i niepodległość? Kiedy cena staje się zbyt wysoka? Idling pyta i szuka odpowiedzi w książkach, rozmowach z ludźmi, próbując wniknąć w psychikę ludzi, którzy musieli wiedzieć o tym, co się w Kambodży działo i którzy, być może, świadomie przymykali na to oczy. W swej książce tropi ślady czworga Szwedów, aktywistów Towarzystwa Przyjaźni Szwedzko-Kampuczańskiej, którzy za czasów największego terroru podróżowali przez dwa tygodnie po Kambodży jako goście Czerwonych Khmerów. Rezultatem ich podróży są relacje radiowe i prasowe, kilka książek i albumów, setki zdjęć i filmy dokumentalne. Nie widać wygłodzonych dzieci, przerażonych dorosłych, widać za to żyzne ziemie, ludzi pracujących w polu z uśmiechami na twarzach. Idling pyta raz po raz, nie ustając w wysiłkach skonfrontowania Szwedów ze swoimi wątpliwościami: jak można było nie przejrzeć przez tę maskę, jak można było wierzyć własnym oczom i wreszcie - jak można było zbudować tak perfekcyjną fasadę. A może ona wcale nie była perfekcyjna? Co idealizm wyparł ze świadomości podróżujących obcokrajowców?

Dochodzimy tu do wiary w źródła. Idling porusza kwestie wypaczania relacji, fałszowania obrazu, by pasował postawionej tezie. Z Kambodży dochodziły pogłoski o tragedii, uchodźcy opowiadali przerażające historie. Część była wyolbrzymiona, większość była zapewne prawdziwa. Ludzie, niepotrafiący radzić sobie z kompleksowym ujęciem rzeczywistości, skłonni byli postrzegać ją wyłącznie w barwach czerni i bieli. Pol Pot był albo wyzwolicielem ludu albo okrutnym mordercą. Gazety pisały o wojnie na pierwszych stronach gazet podkreślając horror, przeżywany codziennie przez Kambodżan. Komunistyczne media stały oczywiście w opozycji. Intelektualiści zachodni mieli nie lada orzech do zgryzienia i niektórzy połamali sobie zęby na próbach przedstawienia i oceny sytuacji w Kambodży, czego dziś albo się wypierają albo dla czego próbują szukać usprawiedliwienia. 

Dziś znów pisze się o Kambodży, śmierć króla Sihanouka spowodowała, że światowa prasa ponownie próbuje objąć historię Kambodży ostatnich dekad, koncentrując się na roli, jaką Sihanouk odegrał w tym dramacie. Ocena z perspektywy czasu nie jest wcale łatwiejsza. Idling gorzko wspomina skandowanie "Kissinger! Mor-der-ca!", jakie pobrzmiewało wciąż na szwedzkich manifestacjach gdy sam był dzieckiem i gdy Kissinger, ogarnięty szałem destrukcji, zlecał zrzucanie kolejnych setek tysięcy bomb na Kambodżę. Nie komentuje przyznania mu pokojowej Nagrody Nobla, nie komentuje niepostawienia go przed Trybunałem w Hadze. Za wiele słów zostałoby wylanych na próżno, fakty mówią same za siebie na temat udziału Zachodu w historii Kambodży. Oglądając stare gazety szwedzkie w Bibliotece Narodowej w Sztokholmie Idlingowi przyszła do głowy myśl, iż w latach 70. możliwe było, by wojna w dalekim zakątku świata, wojna, w której Szwecja nie brała czynnego udziału, była opisywana na pierwszych stronach gazet. Dziś to mało prawdopodobne jego zdaniem. Przypomniało mi się, co mówił John Pilger na spotkaniu, na które wybrałam się latem. Ponad trzy miliony Brytyjczyków kupiło wydanie "Daily Mirror" z 1979 roku, w którym pojawiła się pierwsza, obejmująca kilkanaście stron relacja z jego wyjazdu reporterskiego do Kambodży. Wykupiono niemal cały nakład gazety, kolejne numery, które kontynuowały temat, także rozchodziły się na pniu. To były najlepiej sprzedające się wydania gazety w całej jej historii. Pilger nakręcił później cztery filmy o Kambodży. Obecnie sytuacja, w której cały naród interesuje się w takim stopniu wojną w maleńkim państewku na dalekim kontynencie, jest trudna do wyobrażenia. 

Idling w swych rozważaniach wychodzi poza tragedię Kambodży. Fascynuje go ocena własnych działań po latach, ocena sytuacji z perspektywy czasu, umiejętność (bądź jej brak) przyznania sie do błędów, porażek, ideologicznych zaułków, w które dawniej się zabrnęło. Zabiega o spotkania ze Szwedami i dawnymi współpracownikami Pol Pota, a także osobami, które zawsze potępiały reżim. Pyta o ocenę sytuacji dziś i dawniej, o wspomnienia, o powiązanie poszczególnych etapów historii. Niejednokrotnie rozmowy, jakie udaje mu się przeprowadzić, prowadzą jedynie do dalszych pytań, nie dając jednoznacznych odpowiedzi. Zresztą, czy takie istnieją?

Kwestią istotną, której Idling poświęca sporo miejsca, jest brak uznania zachodnich wartości przez Czerwonych Khmerów, mimo lat edukacji w Paryżu i podglądania zachodniego stylu życia. To nie jest żadna niespodzianka, że dyktatorzy na całym świecie chętnie czerpią z Zachodu to, co im odpowiada - najczęściej w postaci dóbr materialnych, odrzucając całą resztę. Pamiętam oburzenie czytelników gazet angielskich, gdy kilka miesięcy temu wypłynął email wysłany do koleżanki przez żonę Assada odnośnie szpilek Louboutina z limitowanej kolekcji w tym samym dniu, w którym jej mąż zajęty był wydawaniem rozkazów o kolejnych bombardowaniach wiosek i miejscowości syryjskich. Pamiętam znakomity tekst jednej z dziennikarek Guardiana, tłumaczący, iż zamiłowanie żon dyktatorów do mody i kuchni zachodniej nie ma nic wspólnego z zamiłowaniem do zachodnich wartości i poszanowania praw człowieka. A jednak ludzie wciąż dziwią się, jak młody Kim Jong-Un, wychowany w Szwajcarii, jest w stanie gnębić swych rodaków, jak Kaddafi rozkochany w amerykańskim popie terroryzował Libijczyków i jak uśmiechnięta Asma al-Assad może dać się fotografować w dżinsach i ciasnym t-shircie podczas gry w badmintona, gdy w całym kraju dzieci wykrwawiają się na śmierć. Jest taka scena w doskonałym filmie "Pola śmierci" Rolanda Joffégo, gdy złapanym dziennikarzom udaje się uniknąć śmierci niejako przez ułaskawienie Czerwonych Khmerów dziesiątkami butelek Pepsi (a może to była coca-cola). Idling też pisze, jak nastolatkowie w khmerskich chustkach w kratkę wymachiwali karabinami z ciężarówek, z których nie chciało im się zmywać olbrzymiego loga amerykańskiego koncernu. W krajach ogarniętych reżimem Wschód z Zachodem idą za rękę w parze, mimo przerażenia Zachodu. 

"Uśmiech Pol Pota" jest książką dla wymagającego czytelnika. Idling pisze kilka paralelnych historii na raz. Cofa się w przeszłość, wraca do teraźniejszości, miesza wątki szwedzkie z amerykańskimi, paryskimi i kambodżańskimi. Chronologia nie ma większego znaczenia. Znaczenie ma prześledzenie ciągłości historii, dostrzeżenie nici, która łączy czasy przedwojenne z czasami współczesnymi. Kambodża była niegdyś wielkim imperium, którego wpływy rozciągały się na rejon niemal całej południowo-wschodniej Azji. Lekceważąc to i podchodząc do historii tego kraju przede wszystkim przez pryzmat reżimu Czerwonych Khmerów spełniamy marzenie Pol Pota - wymazujemy przeszłość, traktujemy ten kraj jak tabula rasa, z początkiem w latach 1970. 

Niesamowity taniec! Czy może być lepsze ćwiczenie na nadgarstki?

W klipie przedstawiony jest Phnom Penh w 1965 roku, a ujęcia pochodzą z filmu "Apsara" Norodoma Sihanouka.


niedziela, 11 listopada 2012
Pustka egzystencji: "Children of the Revolution" - Dinaw Mengestu

Podczas podróży przez Stany Zjednoczone uderzyły mnie przede wszystkim trzy rzeczy: 1) jak przyjaźni i życzliwi są ludzie, 2) jak przepiękna jest tam przyroda, i 3) jak biednie ludzie żyją (o biedzie w USA zresztą polecam znakomity artykuł z bieżącego numeru Economista - aż 15% społeczeństwa żyje poniżej granicy ubóstwa i ponad 1/3 najbiedniejszych żyje na przedmieściach). Pisząc o biedzie nie mam na myśli wcale domów amerykańskich, bo te potrafią być duże i całkiem okazałe. Mam na myśli cały styl życia, infrastrukturę życia przede wszystkim miejskiego. W wielu miastach i na przedmieściach bez samochodu jest się praktycznie uwięzionym w domu, gdyż transport publiczny nie istnieje lub mocno kuleje. Nie ma mowy o wyjściu z domu do kawiarni za rogiem, po pieczywo czy zwyczajnie na spacer. W wielu miasteczkach nie ma chodników, zresztą... nie ma dokąd pójść. Jeździ się do centrów handlowych, by tam zrobić zakupy, zjeść i pójść do kina. Są getta mieszkalne i getta handlowo-rozrywkowe. Wyjątkiem są niektóre duże miasta, ale też niemal wyłącznie centralne dzielnice. Na przedmieściach zaś ulice są puste, wyglądają jak wymarłe, ludzie gnieżdżą się z domach, samochodach lub wspomnianych centrach. Albo kościołach. Ta wizja życia, jaką widziałam od zachodniego po wschodnie wybrzeże, napawa mnie przerażeniem.

Bohater "Children of the Revolution" Dinaw Mengestu mieszka w Waszyngtonie, z mojej perspektywy całkiem przyjemnym mieście, tyle że w bardzo ubogiej dzielnicy, po której nocą kręcą się prostytutki w poszukiwaniu klientów i handlarze narkotyków. Aż strach wychodzić z domu. Na ulicach nie ma normalnych domów, są rozwalające się rudery, po których nie pozostał żaden ślad dawnej świetności i które właściwie powinny zostać przeznaczone do rozbiórki. Takich miast pełno w USA, tak wygląda Detroit, dawniej dobrze prosperujące, przemysłowe miasto, dziś - prawdziwe ghost town, w którym domy kosztują średnio zaledwie 15 tys. dolarów. Sepha Stephanos mieszka jednak w Waszyngtonie, siedemnaście lat temu przybył do stolicy - jak określił to Barack Obama w przemowie inaugurującej jego wybór na drugą kadencję - "najwspanialszego narodu na ziemi" z Etiopii ogarniętej wojną. Przybył z wujem, pozostawiwszy matkę z bratem w Afryce, nieświadom losu ojca zabranego w nocy z domu. Po dawnych ambicjach pozostało pragnienie spokoju i stabilności. Dlatego Sepha niespecjalnie dba o swój lokalny sklep z mydłem i powidłem, najtańszymi słodyczami i napojami. Otwiera i zamyka sklep kiedy chce i nie dba o przyszłość. Ma dwóch wiernych przyjaciół, z Konga i Kenii, z którymi z nudów gra czasem w nietypową grę: jeden z nich podaje nazwisko, a dwaj pozostali muszą podać jakiemu ugrupowaniu przewodził dyktator o owym nazwisku, w jakim kraju i kiedy. Niekiedy odwracają reguły i pada jedynie skrót nazwy ugrupowania... Pewnego dnia jednak do dzielnicy wprowadza się biała kobieta w średnim wieku (jedyna biała osoba w okolicy) z córeczką, która podejmuje się odnowienia kupionej kamienicy. Życie Sephy zaczyna nabierać kolorów.

Czy można wierzyć, że ktoś inny zdoła odmienić nasze życie, jeśli my pozostajemy bierni wobec rzeczywistości? Sepha siedząc w sklepie, do którego z rzadka ktoś zagląda, ma czas na rozmyślania. "Stałem samotnie za ladą i uderzyła mnie myśl, straszna i przerażająca, że wszystko, o co dbałem i co kochałem, zostało albo utracone albo żyło beze mnie siedem tysięcy mil dalej. A to, co miałem, to nie było życie, ale kiepsko skonstruowana namiastka życia, złożona z wuja, dwóch przyjaciół, smętnego sklepu i taniego mieszkania". Nie żeby Sepha żył między dwiema kulturami. On nie tęskni za Etiopią, dobrze mu w bezpiecznych Stanach Zjednoczonych, ale nie przynależy nigdzie. Nie jest jak jeden z jego przyjaciół, któremu ten drugi wygarnął: "Jeśli tak bardzo tęsknisz za Afryką, czemu tam nie wrócisz? Wówczas nie musiałbyś mówić każdego dnia: To jest jak w Afryce, to jest jak w Afryce. Ale nie możesz wrócić. Wolisz raczej tęsknić za nią żyjąc wygodnie tutaj niż nienawidzieć jej każdego dnia żyjąc tam". Nie, Sepha nie kocha i nie nienawidzi Etiopii. Odcina się wprawdzie od etiopskiej przeszłości; życie w społeczności etiopskiej w kamienicy, w której mieszkał z wujem, mierzi go. Wuj pozostał tam, gdyż czuł się jak w domu. Sepha uciekł stamtąd z tego samego powodu. Teraz po prostu tęskni za bliskimi, za jakimkolwiek poczuciem bycia częścią czegoś większego. Rodziny, społeczności, jak zwał tak zwał. Tym samym żyje jak duża grupa Amerykanów, nie ma tu znaczenia pochodzenie, kolor skóry i miejsce zamieszkania. 

Moim zdaniem "Children of the Revolution" nie jest powieścią o przesiedleniu, doświadczeniach imigranta. Jest o samotności w dużym mieście amerykańskim, w którym na dobrą sprawę każdy pozostawiony jest sam sobie. Dorota Masłowska w wywiadzie dla Xięgarni powiedziała, że Ameryka to strasznie robaczywy kraj, że ludzie nie potrafią żyć w wielkim mieście. Powieść Mengestu mogłaby stanowić potwierdzenie tej tezy. Gdy pojawia się szansa na bliższy kontakt z drugim człowiekiem, bardziej autentyczny, głębszy, bohater nie wie jak się zachować. Faktem jest, że dzielnice takie jak ta, w której żyje Sepha, nie dają mieszkańcom żadnej okazji, by ćwiczyć przebywanie wśród innych, by ćwiczyć nawiązywanie kontaktu z innymi. Ceni się prywatność do granic absurdu, gdy zaproszenie kogoś do domu staje się wielkim świętem. W takim świecie najlepiej opancerzyć się w grubą skorupę i nie wychylać niepotrzebnie. Tyle że człowiek jest zwierzęciem stadnym i ma potrzebę choćby sporadycznego kontaktu z resztą stada. 

Gdy tak piszę o moich przemyśleniach dociera do mnie, że wyłania się z mych słów lepszy obraz tej powieści niż ten, który miałam podczas lektury. Czytając można odnieść wrażenie, że to powieść trochę o niczym. Niewiele się dzieje, niewiele zostaje nazwane, uczucia są lekko zarysowane, więzi ledwo pociągnięte i już szarpnięte, zerwane. Beznadzieja egzystencji i marazm oplata czytelnika jak lepka pajęczyna, aż ma się ochotę szybciej skończyć książkę i strząsnąć ją z siebie. Jednakże właśnie w umiejętności stworzenia takiego klimatu tkwi siła Mengestu. Stworzył bardzo specyficzną powieść, która nie podaje tezy na tacy i nie jest zbyt ordynarna w podsunięciu argumentów potwierdzających ją. Nie czytałam jeszcze powieści Masłowskiej, ale nie sądzę, by poza ogólną ideą obie książki były podobne. Tu nie ma żadnych komputerów, Skype'a i Facebooka, jest tylko droga z domu do sklepu-pracy i z powrotem, ze sporadycznym spacerem po pobliskim parku. Szara codzienność nieprzerywana na dobrą sprawę niczym.

O spotkaniu z Dinaw Mengestu i innymi pisarzami pochodzącymi z Afryki pisałam tutaj.

***

W podobnych klimatach:

Siri Hustvedt, "The Sorrows of an American" - moja recenzja tutaj

Haruki Murakami, "Po zmierzchu" - moja pseudorecenzja tutaj

czwartek, 08 listopada 2012
Od przygody do przygody: "Samsara. Na drogach, których nie ma" - Tomek Michniewicz

Podczas lektury niejednokrotnie zastanawiałam się, czym jest literatura podróżnicza, jakie warunki musi spełniać. Doszłam do wniosku, że jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie nie ma. Przeszłam więc do pytania, czy "Samsara. Na drogach, których nie ma" Tomka Michniewicza jest tym, czego od literatury podróżniczej oczekuję. I tu odpowiedź była prostsza: nie. Książkę, mimo że nie należy do cienkich, udało mi się przeczytać bez wysiłku w dwa dni. Lekka, wciągająca i zachęcająca do podróży. Co więc jest z nią nie tak?

Michniewicz należy do podróżników, jakich lubię. Ma poczucie humoru (nie przyciężkie, co ważne!), dystans do otoczenia i samego siebie, optymistyczne spojrzenie, głód przygody. Ani szczypty arogancji, poczucia wyższości. Otwarty na inność, stara się nie oceniać obcych kultur miarką własnej i jednocześnie świadom jest ograniczeń, jakie narzuca człowiekowi do pewnego stopnia dorastanie w pewnym kręgu kulturowym. Potrafi je przezwyciężyć i spojrzeć na świat świeżym okiem gdy mu to pasuje. To w sumie ważne: "gdy mu to pasuje", gdy zgadza się z jego sumieniem czy światopoglądem. Bo dość łatwo przychodzi mu zrozumienie męczenników, ale gdy chodzi o zadawanie cierpienia zwierzętom, już nie. Przemierzył Nepal, Indie, Wietnam, Laos, Tajlandię, Singapur, cofając się niekiedy do przygód, jakie przeżył w Kambodży, Malezji czy Hongkongu. Zaczął podróż z kolegą, później zmienił go na innego, by zakończyć podróż z kobietą, która -jak wspomniał - zostanie jego żoną. Celem podróży było z początku poszukiwanie dziadugarów, czyli czarownikach, szamanach, ludziach, którzy potrafią czynić "niemożliwe". Dziadugarów jednak było jak na lekarstwo, kryli się po kątach, nie było ich tam, gdzie mieli być. Szybko więc autor zaczął zbaczać z obranej drogi, meandrując - odwiedzając obóz maoistów, zaprzyjaźniając się ze słonicą w luksusowym resorcie dla zamożnych turystów, przedzierając się przez laotańską dżunglę, czy podziwiając męczenników (będących, swoją drogą, najbliżej tego, czego Michniewicz pierwotnie szukał) na Festiwalu Wegetariańskim w Tajlandii. 

Wszystko to brzmi ciekawie i jest ciekawe, a jednak to za mało... Wyraźnie czułam, że książka ma zachwianą strukturę. Początkowa silna nić przewodnia zaczyna się rozchodzić i rozmywać, aż nic z niej na końcu nie zostaje. Autor pisze na końcu, że zdaje sobie sprawę, iż czytelnik spodziewa się jakiejś puenty, lecz on tej puenty nie dostarczy. Pisze, że najważniejsza jest odwaga w podróżowaniu, głębokie pragnienie doświadczenia tych wszystkich "drobnostek", które opisał w "Samsarze". Według mnie to za mało, by z tych elementów stworzyć książkę. Kolejne kraje przemieszczał Paul Theroux, co opisał w kilkunastu książkach, jednak tam zawsze liczyło się coś więcej poza "drobnostkami". Michniewicz ma mnóstwo refleksji i najbardziej pasjonujące dla mnie były te fragmenty, w których dał o nich znać. Niestety szybko kończył swoje przemyślenia i przechodził do opisu kolejnej przygody. Przygody jednak mają to do siebie, że lepiej się je przeżywa niż o nich czyta. Zbyt gładko, zbyt szybko autor przechodził od opisu jednej do drugiej, w efekcie miałam poczucie, jakbym zaledwie posmakowała tego, o czym pisze. Widać wyraźnie, że autor jest człowiekiem skupionym na doświadczeniach, które chłonie każdym porem swego ciała. Spisywanie ich zdaje się być dla niego stratą czasu - przecież ten czas można lepiej wykorzystać ruszając w drogę, rozmawiając z kimś nowopoznanym czy "pakując się w kłopoty". 

Przeszkadzało mi też to, co pewnie wielu czytelników zaliczy autorowi na plus: informacje zawarte na końcu książki. Przypisy, polecanki odnośnie tego, co gdzie zobaczyć, adresy hoteli, lista rzeczy, które należy zabrać do dżungli, liczne kolorowe zdjęcia w książce powodują, że nie wiem, czy mam jeszcze do czynienia z książką podróżniczą, zapiskami blogera czy przewodnikiem Lonely Planet. Chęć wpakowania do książki zbyt wiele niestety skutkuje lekkim chaosem. Pisanie książki to trudna sztuka selekcji. Michniewiczowi przydałoby się ją poznać.

Niemniej jednak "Samsarę" warto przeczytać. Ja dowiedziałam się co nieco o plemieniu Akha, poznałam parę legend, rozwiałam kilka mitów, które siedziały mi w głowie (np. a propos obręczy na szyjach kobiet z plemienia Karen), poznałam kulisy smutnego procederu handlu antykami pochodzącymi ze starych świątyń w Kambodży. Michniewicz ma lekkie pióro, historia toczy się gładko, ma się wręcz wrażenie, jakby słuchało się autora siedząc wygodnie przy ognisku z kubkiem stygnącej herbaty. I ten lekki i potoczny ton paradoksalnie działa trochę na szkodę książce. Nie nazwałabym dlatego "Samsary" literaturą stricte podróżniczą, lecz przygodową. Być może czepiam się niepotrzebnie, bo wiedziałam czego mogę się spodziewać. Preferuję jednak książki, w których autor jest na drugim planie, nawet jak dzieli się licznymi przemyśleniami - tu miałam wrażenie, że mimo wszystko, mimo tej jego otwartości i zapału w opisywaniu wszystkiego, co mu się przytrafia, niezmiennie stoi w centrum, że świat kręci się dookoła niego. I kręci się zbyt szybko.

środa, 31 października 2012
Mumbajskie slumsy pod mikroskopem: "Behind the Beautiful Forevers" - Katherine Boo

Mam wielkie szczęście do doskonale napisanych książek o Indiach. O ile czytałam kiepskie książki o Japonii, o tyle fatalnych książek o subkontynencie indyjskim udaje mi się, z bardzo nielicznymi wyjątkami, uniknąć. Katherine Boo to pisarka niezwykła. Na spotkaniu z nią, na którym byłam latem w Londynie, wprawiła mnie w osłupienie swoją nieśmiałością. Skromna aż do przesady (czy można być przesadnie skromnym?), z oczami spuszczonymi w dół przyjmowała komplementy, jakimi obdarzał ją jej mąż, indyjski profesor nauk politycznych, wykładający w londyńskim King's College, Sunil Khilnani. Byłam wtedy jeszcze przed lekturą "Behind the Beautiful Forevers", lecz przeczuwałam, że książka będzie dobra. Nie spodziewałam się, że aż tak dobra.

Nieczęsto spotyka się pisarzy wypowiadających się z taką elokwencją, mądrością i przenikliwością, a przy tym z tak niezauważalnym ego. Boo jest piekielnie inteligentną kobietą, stawiającą się zawsze w cieniu - w książce praktycznie nie istnieje. Wiadomo, że spędziła trzy lata w Mumbaju, obserwując społeczność żyjącą w niewielkim i niczym niewyróżniającym się slumsie Annawadi ulokowanym nieopodal lotniska, otoczonym wysokimi wieżowcami i luksusowymi hotelami. Skupiła się na opisie losów trzech rodzin żyjących po sąsiedzku. Żyła obok swoich bohaterów, których codzienne dylematy, troski, radości i smutki ujęła najlepiej jak się dało. Bez oceniania, bez jakiejkolwiek ingerencji. Opowiadała na spotkaniu, że pozwolono jej być obok, robić zdjęcia, filmować cokolwiek zapragnęła pod jednym warunkiem: że nie będzie wtrącać się w niczyje życie. Już po wydaniu książki autorka spotkała się z mieszkańcami Annawadi, zresztą śledzi ich los nieustannie. Jedna z bohaterek, przeczytawszy książkę, wyznała ze wzruszeniem, że Boo opisała ją dokładnie tak, jak sama siebie widzi, bez żadnego przekłamania.

Boo ma bogate doświadczenie - była przez dziesięć lat reporterką dla "Washington Post" i przez kilka lat dla "The New Yorker", odznaczono ją Nagrodą Pulitzera i obsypano innymi wyróżnieniami za reportaże o niepełnosprawnych umysłowo i najuboższych żyjących w Oklahomie i paru innych stanach Ameryki. Jest zdania, iż na temat biedy teoretyzuje się zbyt dużo, a pisze o niej w poważny, dojrzały sposób zdecydowanie zbyt mało. Uderza ją, iż są właściwie tylko dwie szkoły pisania o biedzie: 1) sentymentalna - gdzie biedni postrzegani są wyłącznie jako ofiary systemu, gdzie uwypukla się ich zalety, a przemilcza wady, gdzie podkreśla się rolę organizacji niosących pomoc; 2) sensacyjna - gdzie szuka się skandalu i opisuje biedę jako siedlisko wszelkiego zła, z wyszczególnieniem prostytucji, przemocy i korupcji moralnej. To, zdaniem Boo, wielce upraszczające i nieoddające prawdy podejścia. Rzeczywistość, jak zwykle, nie jest czarno-biała. 

"Oczywiście, że to korupcja - Asha powiedziała uległej nowej sekretarce fundacji non-profit - Ale czy to jest moja korupcja? Jak ktokolwiek może mówić, że robię coś złego, skoro to ci na górze przygotowali wszystkie papiery, kiedy to ci na górze twierdzą, że wszystko jest w porządku?" . Autorka przedstawia bohaterów - z których wszyscy wymienieni są z nazwiska, także policjant wykorzystujący seksualnie bezdomne dzieci i nie przejawiający wstydu za branie łapówek w zamian za niestawianie niewinnym wyimaginowanych zarzutów - jako drobne rybki zaplątane w sieci, której nie utkali sami. Nie usprawiedliwia jednak ich intryg i podłości. Człowiek niepoddający się drobnym przekrętom, niewykorzystujący nikogo ryzykuje zmiażdżenie przez innych. Indusi nie mogą sobie pozwolić na odczuwanie empatii, to luksus, na który ich zwyczajnie nie stać. 

"To prawda, tylko sześciu z trzech tysięcy mieszkańców slumsu miało stałą pracę (cała reszta, tak jak 85% indyjskich pracowników, była częścią nieformalnej, niezorganizowanej gospodarki). To prawda, niewielu mieszkańców zastawiało pułapki na szczury i żaby i smażyło je na kolację. Niewielu jadło trawę rosnącą na skraju jeziora ze ściekami. Ale te jednostki, nędzne dusze, poprzez to działanie miały nieoceniony wpływ na samopoczucie sąsiadów. Dawały mieszkańcom slumsu, którzy nie smażyli szczurów i nie jedli zielska, jak Abdul, głębokie poczucie mobilności w górę drabiny społecznej". Katherine Boo nie zdecydowała się na napisanie książki przekrojowej o Indiach, ale skupiając się na maleńkiej społeczności daje obraz Indii obserwowanych przez mikroskop (autorka zamierzała nawet nazwać książkę "The Minimum City" - zapewne nawiązując do znakomitej pozycji Suketu Mehty "Maximum City. Bombay Lost and Found"). Społeczność Annawadi jest w rzeczy samej przekrojem społeczeństwa indyjskiego, z wycinkiem jej systemu kastowego i różnorodności wyznaniowej. Interesowało ją nie tyle ogólne spojrzenie na rzeczywistość, a skupienie się na mechanizmach powodujących, dlaczego niektórzy wydostają się z ubóstwa i dlaczego niektórzy, pomimo wysiłku i chęci wciąż pozostają na samym dnie. W przypadku najbiedniejszych często o upadku decyduje, chciałoby się powiedzieć - o ile wierzy się w coś takiego jak szczęście - nieszczęście: wystarczy, że głowa rodziny zachoruje na gruźlicę czy będzie miała wypadek w pracy. Rachunek za opiekę medyczną może pochłonąć całe oszczędności i znów trzeba zaczynać od zera, a bywa, że zrezygnować np. z edukacji dziecka. Gdy nie ma gdzie ciąć kosztów, rezygnuje się nawet z potrzeb najpilniejszych, traci dach nad głową czy poddaje próbie swoją moralność i sprzedaje nerkę lub własną córkę. Wybór zawsze oznacza tragedię. 

Dlaczego ze wszystkich slumsów Mumbaju Boo wybrała Annawadi? Twierdziła na spotkaniu, że dostrzegła tam nadzieję u ludzi. Zaskoczyła ją energia tamtejszych kobiet i to kobietom poświęca wiele uwagi. Otoczenie lotniska i hoteli pięciogwiazdkowych budzi w mieszkańcach slumsu aspiracje. Zdaje się, że sukces jest za płotem, na wyciągnięcie dłoni. Że wystarczy dać się poznać komu trzeba, zatrudnić jako kelner w Hiltonie i przyszłość jawi się w różowych barwach. Zresztą w slumsie jak na dłoni widać sukces - Manju, jednej z bohaterek książki, udało się jako pierwszej spośród trzech tysięcy mieszkańców ukończyć koledż. Wykształcenie, tak istotne w wydostaniu się z ubóstwa, również jest przywilejem nielicznych. Abdul, szesnastolatek i główny bohater książki, zarabia na całą rodzinę sortując śmieci. "Sortował śmieci odkąd skończył sześć lat, ponieważ gruźlica i praca wśród odpadków wykończyła płuca jego ojca. Zdolności motoryczne Abdula rozwinęły się wokół jego pracy. "I tak nie miałeś głowy do szkoły" - jego ojciec zauważył niedawno. Abdul nie był pewien, czy nauczył się wystarczająco dużo, by móc w jakikolwiek sposób ustosunkować się do tego stwierdzenia". W tym jest problem - mieszkańcy slumsu są tak słabo wykształceni, że nie są w stanie podejmować racjonalnych decyzji, nie pozyskali umiejętności myślenia przyczynowo-skutkowego, o właściwej analizie wydarzeń choćby z własnego życia nie wspominając. Nie rozumieją trybików machiny odpowiedzialnej za to, co ich otacza. Na spotkaniu Boo podała przykład rodzenia się konfliktów. Dwóch mężczyzn staje co ranek przy drodze i czeka, aż pracodawca podjedzie i wybierze sobie tych, którzy będą u niego tego dnia pracować na budowie. Jeden z mężczyzn zostaje wybrany przez kilka dni z rzędu, drugi nie. Ten niewybrany za swój los obwini sąsiada, tego, któremu się udaje. Podpali mu dom, wbije nóż w plecy w ciemnym zaułku. Jeśli w dodatku obaj mężczyźni będą z innych kast lub wyznań konflikt może szybko rozszerzyć się na całą społeczność i łatwo sobie wyobrazić, ilu niezamieszanych bezpośrednio w sprawę osób straci zdrowie lub życie. 

"Każdy kraj ma swoje mity, a ten, którym lubią się raczyć Indusi odnoszący sukces, to romans niestabilności i adaptacji - przeświadczenie, że gwałtowny rozwój ich kraju polega po części na chaotycznej nieprzewidywalności codziennego życia. W Ameryce czy Europie, mówiło się, ludzie wiedzą, co się stanie gdy odkręcą kurek z wodą czy nacisną włącznik światła. W Indiach, kraju niewielu założeń, chroniczna niepewność miała pomóc stworzyć naród bystrych, kreatywnych ludzi potrafiących rozwiązywać problemy". W ten mit zdaje się też wierzyć Paulina Wilk, autorka książki "Lalki w ogniu", wychwalając kreatywność Indusów. Jednak Boo nie daje się zwieść pozorom. Znajdowanie sposobów na radzenie sobie z problemami codzienności nie ma nic wspólnego z prawdziwą kreatywnością, to zwykła przedsiębiorczość. Wysiłek pokładany w uczynienie codzienności choć odrobinę znośniejszą pozbawia energii i w rzeczy samej ograbia ludzi z kreatywności. Po walce z przerwą w dostawie prądu, brakiem wody, korkiem ulicznym, kurzem itp. człowiek nie ma głowy do rozwiązywania poważniejszych problemów. Najbardziej kreatywni Indusi to Indusi na emigracji, gdzie codzienność nie oznacza szarpaniny i traconych na każdym kroku nerwów lub Indusi zamożni, mający sztab ludzi, których zadaniem jest pokonywanie codziennych problemów. Zdolność przetrwania mieszkańców Annawadi, wbrew piętrzącym się trudnościom i wiecznym groźbom rozebrania slumsu, nie jest też zdaniem autorki książki żadnym dowodem na sukces gospodarki wolnorynkowej - co próbują udowodnić niektórzy obserwatorzy społeczni. Jest jedynie spadkiem po niej, który ci przekażą swym dzieciom. 

"Behind the Beautiful Forevers" nie daje odpowiedzi na przyczynę biedy. To jest książka opisująca pewne zjawisko, mechanizmy działania systemu - i zwyczajną egzystencję ludzi na skraju ubóstwa. Myślący czytelnik może sam wyciągnąć wnioski i zinterpretować opisane wydarzenia. Na spotkaniu z Boo ktoś z publiczności poprosił pisarkę jednak o podanie powodów wciąż powszechnie panującej biedy. Odpowiedziała bez wahania, że najpoważniejszą przyczyną jest brak odpowiedzialności ze strony urzędników i decydentów w kwestiach szkolnictwa, usług medycznych i wszelkich innych usług, które z założenia są publiczne, dostępne dla wszystkich. Ponadto przyczyną biedy jest brak wprowadzania w życie dobrych ustaw oraz powszechna akceptacja panującego stanu rzeczy, w tym m.in. korupcji na wszelkich szczeblach, w każdej dziedzinie życia. Brak zrozumienia co do tego, jak bieda faktycznie działa i łatanie drobnych problemów zamiast skupienia się na najpilniejszych dopełniają obraz. Faktami w Indiach manipuluje się łatwo. Boo ślęczała wiele godzin nad danymi z policji i szpitali, przebijając się przez powierzchnię statystyk i liczb. Udało jej się ustalić, iż np. morderstwa bywają często nie rejestrowane. Nikomu nie chce się prowadzić śledztwa, jeśli przy drodze znajduje się zabity, bezdomny nastolatek. W rejestr wpisuje się więc, że chłopak zmarł na gruźlicę (szczególnie powszechna manipulacja w przypadku dzieci). Pomoc często nie trafia do tych, do których powinna i nie odpowiada potrzebom. W Annawadi panuje duża zachorowalność na dungę i malarię z powodu obecności komarów rozmnażających się w ściekach, oraz na gruźlicę. Tymczasem wiele organizacji charytatywnych oferuje lekarstwa na polio, które w slumsie nie występuje. Mieszkańcy żartują, że najlepszą chorobą, na jaką można tam zapaść, jest polio, przynajmniej jest szansa na uzyskanie pomocy.

"Behind the Beautiful Forevers" stanowi mądry i rzeczowy głos w dyskusji nad indyjskim społeczeństwem. Książka doczekała się rewelacyjnych recenzji, m.in. od noblisty Amartyi Sena i indyjskiego historyka Ramachandry Guhy, autora "India After Gandhi" - ten drugi napisał, iż jest to "bez wątpienia najlepsza książka o współczesnych Indiach". W anglojęzycznej prasie o książce pisało się, że przejdzie do światowej klasyki reportażu i trudno podczas lektury nie podzielać tych poglądów. Poza warstwą merytoryczną doceniam niebanalny styl pisania autorki oraz zdolność władania piórem. Każde zdanie w książce uderza precyzją, celnością i perfekcją. Tu nie ma nawet zbędnego przecinka czy epitetu. Boo żartuje, że jej wydawca kazał jej unikać tzw. "zdań piwnych" - zdań, które nie popychają czytelnika, by czytał książkę dalej, które powodują, że czytelnik wstaje i idzie do lodówki po piwo, a wracając zapomina, że w ogóle czytał książkę. Boo nie musi się martwić, śmiało mogę ją określić jako pisarkę wybitną. I chylę czoła nad jej skromnością, gdyż jak wiele wybitnych osób wszystkie zasługi przypisuje innym - swoim nieocenionych tłumaczkom, przekładającym dla niej wypowiedzi bohaterów na angielski, niekiedy z narażeniem własnego życia, oraz samym bohaterom. 

***

W podobnych klimatach:

Suketu Mehta, "Maximum City. Bombay Lost and Found" - moja recenzja tutaj.

Åsne Seierstad, "Księgarz z Kabulu" - Afganistan w miniaturze, opisywany przez norweską dziennikarkę i pisarkę, która żyła z rodziną kabulskiego księgarza przez sześć miesięcy i nakreśliła wspaniały obraz społeczeństwa afgańskiego. Podobnie jak Boo nie ingerowała w życie swoich bohaterów, stawiając siebie zawsze z tle opowiadanej historii. 

Katherine Boo podpisująca mój ezgemplarz książki

piątek, 26 października 2012
Kaligrafia na stambulskim wietrze: "The Calligraphers' Night" - Yasmine Ghata

Cieniutką książkę francuskiej pisarki Yasmine Ghata "The Calligraphers' Night" dobrze jest nosić w kieszeni płaszcza. Idealnie nadaje się na słotną jesień. Można pójść z nią na długi spacer nad rzekę - powinien być Stambuł albo Paryż, ale każde miasto z rzeką płynącą przezeń się nada. Dobrze stanąć na moście, oprzeć łokcie o barierkę, wyjąć książkę z kieszeni i puścić słowa na wiatr. Niech fruną, niech układają czarne zawijasy na niebie, niepokorne, buntownicze tak jak niepokorna i buntownicza była natura Rikkat, bohaterki, która nie chciała poddać się alfabetowi łacińskiemu i piórem kreśliła misterne litery arabskie. 

"Kaligrafowie nigdy nie umierają. Ich dusze wędrują wokół granic niezamieszkanego słowa, próbując odzyskać swe narzędzia. Bóg wykorzystuje ich, by objawić swe słowo. Prorocy głoszą je, kaligrafowie je spisują" - mówi bohaterka przekornie, zaprzeczając śmierci, mimo iż zaczyna snuć swą opowieść słowami: "Odeszłam 26 kwietnia 1986 roku w wieku 83 lat". Historia Rikkat to historia kobiety żyjącej kaligrafią, w której żyłach płynie, można by rzec, tusz zamiast krwi. Obserwuje mistrzów, po czym jako pierwsza kobieta, odziedziczywszy narzędzia swego nauczyciela Selima, wygrywa prestiżowy stambulski konkurs na najlepszą kaligrafię. Pracuje w rodzinnym, drewnianym ya w Beylerbey z widokiem na Bosfor, z wiecznym szumem fal za oknem. Jej życie prywatne toczy się jakby obok. Wychodzi za mąż, rodzi syna, przeprowadza się do Konyi, gdzie umiera z tęsknoty za Stambułem. W końcu zostawia męża, wraca do rodzinnego domu, do papieru i tuszu. Do szumu fal i "swego własnego pokoju".

Historia Turcji też toczy się obok, lecz gdy Atatürk zakazuje używania alfabetu arabskiego, skazując tym samym zawód kaligrafa na niebyt, Rikkat zmuszona jest wpuścić historię do domu. Jakże można oczyścić język turecki od wpływów perskich i arabskich? Rikkat rozmawia ze swym mistrzem, który czuwa nad nią pośmiertnie. W myślach ćwiczy pisanie, wersy Koranu zapisuje palcem na zaparowanych parapetach, arabskie wersy widzi wszędzie: na gołej ścianie, na niebie, na czystym talerzu. Jej sztuka staje się jej sekretem. A życie toczy się dalej...

Życie artysty pełne jest wyrzeczeń, poświęceń, udręki. Rikkat cierpi, brodząc jedną nogą w swej efemerycznej sztuce, drugą próbując tkwić twardo w życiu rodzinnym. Dodatkowo musi walczyć z uprzedzeniami wobec kobiet wykonując zdominowany przez mężczyzn zawód. Naucza, a wśród uczniów ma pojętne kobiety. Nie rozumieli jej bliscy żyjący w tym samym co ona czasie. Rozumie ją wnuczka, Yasmine Ghata, która zdecydowała się napisać fabularyzowaną biografię babci. Poezja przekazywana z pokolenia na pokolenie - bo matką autorki jest znana libańska poetka Vénus Khoury-Ghata - sączy się z kart książki. To nie jest książka do chłodnej analizy i feministycznych rozprawek. Ją się czuje i sięga po nią, gdy nastrój podszeptuje, że właśnie nadszedł czas. Wydarzenia w życiu Rikkat nie są tak istotne, by wypełnić nimi 119 stron powieści. One tylko ograniczają, nadają życiu ramy, a czy kaligrafia - bo życie Rikkat i kaligrafia to jedno i to samo - da się oswoić i poddać ograniczeniom? Lepiej wlać w książkę rozterki bohaterki, jej lęki, marzenia puścić luzem - niech słowa mkną na wietrze długo po zamknięciu książki. 

"Teraz, kiedy już nie żyję, nie muszę już liczyć minut. Moja pamięć jest nietknięta; pamięć jest bardziej uchwytna niż rzeczywistość. Moje życie przepływa przede mną z prędkością światła, dręczy mnie, a potem wycofuje się bez ostrzeżenia. To wszystko, czego nie mogłam uchwycić będąc jeszcze żywą, wraca do mnie sporadycznie. Jestem świadkiem widzialnego i niewidzialnego: teraz mogę opowiedzieć całą historię".

Dajcie się skusić.

***

PS. Jeśli lubicie prozę Pamuka to z całą pewnością ta powieść, mimo iż zdecydowanie oszczędniejsza w słowa, Was zauroczy. Jeśli od Pamuka Was odrzuca, śmiem zaryzykować sąd, że możecie ją sobie darować. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46