| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

niedziela, 19 sierpnia 2012
Jak się festiwaluje w Tokio

Bilety na festiwal muzyczny Summer Sonic odbywający się równocześnie w Tokio (a tak naprawdę na obrzeżach) i w Osace kupiliśmy między innymi po to, by poznać znajomych znajomej, którzy też nań się wybierali. Ale w ostatniej chwili okazało się, że wybrać się nie mogą, więc pojechaliśmy sami. W końcu nie co dzień nadarza się okazja posłuchania Sigur Rós na żywo. Tę przyjemność mieliśmy już cztery lata temu, w Paryżu, ale to było przed rozpoczęciem osobnej kariery Jónsiego i wydaniem przez islandzki zespół nowej płyty (a może dwóch? Straciłam rachubę, zwłaszcza że wszystkie są cudowne, ale i jedna podobna jest do drugiej). No więc wsiedliśmy w metro, a potem w pociąg podmiejski i wysiedliśmy przy Kaihin-Makuhari, gdzie jest megawielkie centrum wystawowe i gdzie mieściła się jedna z sześciu scen. Czytałam achy i ochy o japońskiej organizacji tego typu imprez, ale faktycznie festiwal nie był lepiej zorganizowany niż Latitude. Na pewno nie było tak magicznie i pięknie. Poza tym wśród fanów muzyki byli niemal wyłącznie młodzi ludzie, osób powyżej 40. roku życia było naprawdę niewiele. Mało było też dzieci. Czyli zupełnie inaczej niż na Latitude, gdzie i emerytów było trochę, a dzieci całe mnóstwo. Oczywiście też cena biletu była zdecydowanie za wysoka - jakoś wszystko, co znamy z Wielkiej Brytanii kosztuje tu minimum dwa razy tyle, począwszy od butów znanych marek poprzez kosmetyki, meble (nawet produkty Muji kosztują tu nie mniej, a jakieś dwa razy tyle co w Londynie), a skończywszy na różnych usługach. A przeciętne zarobki chyba nie są dwa razy większe...

Myśleliśmy, że cały festiwal będzie na świeżym powietrzu, a tak naprawdę kilka scen było w betonowym budynku bez okien - tam odbywają się różne targi. Kreowaniu wyjątkowej atmosfery to nie sprzyja. Największa scena ustawiona była na stadionie baseballowym, na koncercie Franza Ferdinanda i Green Day (oba zespoły nie należą do naszych ulubionych, więc posłuchaliśmy tylko kilku utworów) kiwało się ze 30 tysięcy osób! Dobrze, że wzięłam gumowe japonki, ziemia pokryta specjalną, miękką nawierzchnią była nieustannie mokra, co było efektem sporadycznego deszczu, ale też wody lanej przez olbrzymie węże, by ostudzić ekscytację stojących przed sceną fanów. Najwspanialsza scena, na której wystąpiła m.in. hiszpańska wokalistka Russian Red, usytuowana była dokładnie na plaży. Po lewej morze, zachód słońca, przed nami tokijskie drapacze chmur w oddali, za nami niższe zabudowania Jokohamy... i piękna muzyka. Żyć nie umierać. Szkoda, że nie wzięłam aparatu fotograficznego, więc zdjęć nie mam żadnych. Czytałam na stronie organizatorów, że nie wolno robić zdjęć, więc przezornie zostawiłam aparat w domu, zresztą tak samo zrobiła większość obecnych. A toreb przy bramkach nikt nie sprawdzał. 

Japończycy kochają rock i to było widać i słychać. Poznać to można zresztą po doborze zespołów występujących na festiwalu. Ogromna większość to zespoły rockowe albo wręcz metalowe, zarówno amerykańskie jak i japońskie czy chińskie. Ale my nie dla nich spędziliśmy te kilka godzin w klimatyzowanym betonie. Chcieliśmy posłuchać Grimes, która była świetna, oraz jeszcze raz SBTRKT, już podziwiani na Latitude. No i Sigur Rós, których koncert był absolutnie niesamowity!

Z muzyką jest tak, że lepiej się ją przeżywa niż o niej pisze, więc zaraz będzie okazja posłuchania mojej subiektywnej selekcji najciekawszych/najbardziej odjechanych/najlepszych zespołów, które wystąpiły. Nie wszystkie widziałam na żywo - nie da się być w sześciu miejscach jednocześnie, choć co innego mogą mieć do powiedzenia na ten temat tybetańscy mnisi zaawansowani w teleportacji. Zdecydowanie nie każda muzyka mi się podoba. Ale słówko jeszcze o jedzeniu: mnogość stoisk z różnym jedzeniem, ale przede wszystkim japońskim, ewentualnie amerykańskim (ach, ta amerykanizacja!) zaskoczyła mnie pozytywnie. Oczywiście większość to dania mięsne, ale i dla wybrednego niemięsożercy znalazły się dobre udon z glonami i panierowanymi warzywami (tzw. tempura). Jednak jeśli ktoś miał ochotę na smażone kuleczki z ośmiornicy (takoyaki), krwisty stek czy mięso z wieloryba (ech...), to też mógł sobie pofologować.

No a teraz muzyka:

Yohio - muzyk ze Szwecji

Grimes z Kanady

Lä-ppisch z Japonii

Mercy & Sorrow z Chin

Sigur Rós z Islandii

Flower z Japonii

The Hiatus z Japonii

Russian Red z Hiszpanii

Jun Sky Walker(s) z Japonii (utwór z 1991 roku!)

Pee Wee Gaskins z Indonezji

Yellow Fang z Tajlandii

Blush z Filipin, Południowej Korei, Japonii, Hongkongu i Indii - kompletnie nie w moim guście, ale ciekawa mieszkanka panazjatycka, no i znów amerykańskie klimaty...

L.P. z Wielkiej Brytanii

Jaurim z Korei Południowej

Hirai Dai z Japonii

Man with a Mission z Japonii

きゃりーぱみゅぱみゅ (Kyarypamyupamyu) z Japonii

SBTRKT z Wielkiej Brytanii



środa, 18 lipca 2012
Orgia kulturalna na Latitude - część II

Tak naprawdę jednak na Latitude przyjechaliśmy dla muzyki. Muzyki, która jest moją i Gucia pasją, zaraz obok literatury i filmu. mam poczucie, że nigdy nie miałam w sobie tyle entuzjazmu do muzyki co teraz - Spotify niesamowicie na to wpłynął, nie bez powodu pisze się o największej w naszych czasach rewolucji na rynku muzycznym dzięki temu serwisowi. Słuchanie muzyki na koncertach jest dla mnie medytacją. Dźwięki są tak nietrwałe jak myśli, które pojawiają się i znikają bez śladu. Medytowałam nad tyloma koanami, że nie jestem w stanie tego zliczyć, a po godzinnej dawce muzyki jestem naładowana energią jakbym drzemała przez cały ten czas. Kiedyś nie znosiłam koncertów aż tak dobrze, widać to się poprawia z wiekiem :)

Bon Iver - czysta magia! Ich koncert odbywał się na największej scenie w sobotni wieczór. Siedziałam w sporej odległości od sceny na małej trybunie, których kilka było wokół sceny, ale wolałabym chyba być bliżej sceny. Od kilku lat miałam ochotę posluchać ich na żywo i koncert był dokładnie tym, czego się spodziewałam.


Lana Del Rey w białej, koronkowej sukience zelektryzowała publiczność. Ta kobieta ma charyzmę! Uwielbiają ją dzieci, rodzice i starsi - widziałam mamusię razem z kilkuletnią córeczką zgodnie śpiewające "We were born to die". Tak jak wielu artystów pije na scenie wino czy piwo, tak Lana zapaliła papierosa. Widać było, jak bardzo jest wzruszona przychylnością tłumu.


Mike Hadreas z Perfume Genius

- Zobaczenie Perfume Genius na żywo było moim marzeniem i doczekałam się, stałam w pierwszym rzędzie. To chyba jedyny koncert, na którym było więcej mężczyzn niż kobiet, ale wcale się dziwię - w kim nastoletni geje mają szukać inspiracji do przemienienia swej wrażliwości w sztukę? Perfume Genius przejdzie do historii muzyki, tego jestem pewna. To co Mike Hadreas czyni ze swego głosu i tekstów powoduje, że wciąż połykałam łzy (i nie byłam jedyna, chłopcu obok mnie też szkliły się oczy). Niewiarygodne, jak nagi jest Mike w swej niepewności, nieśmiałości, skrywanym ale przebijającym bólu. Jak zaciska wargi, marszczy czoło i ma się wrażenie, że za chwilę się rozpłacze. Jak szuka potwierdzenia u swego chłopaka, który gra obok niego. Jak chowa pod krzesłem nogi w różowych kaloszach, nerwowo kręcąc się na siedzeniu. Gdy śpiewał "I will take the dark part. Of your heart into my heart" (słowa kierowane do matki, która występuje w klipie do utworu poniżej) myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi. Jego utwory są jak genialne miniatury ujęte w ramy. I kto powiedział, że Amerykanie nie wiedzą co to melancholia?


Poliça - ich koncert niestety przegapiłam, ale ta Amerykanka jest moim prywatnym odkryciem lipca. Przy jej głosie dosłownie się rozpływam, taka świeżość jest rzadko spotykana. I co za charyzma przy tak kruchej sylwetce!


Django Django - zupełnie nietypowe rytmy, i jaka energia! Ta muzyka wywołuje wielki uśmiech na mojej twarzy i sprawia, że chce mi się skakać do nieba z radości. 


Laura Marling była sporym rozczarowaniem i właściwie jedynym. Nie śpiewała tych utworów, które lubię najbardziej, mam wrażenie, że nie udało jej się porwać publiczności. Większą uwagę zwracałam na dzieci puszczające bańki mydlane - a jeden chłopiec był w tym takim ekspertem, że potrafił jedną małą bańkę zamknąć w drugiej, większej.

SBTRKT - hipnotyzujący artysta z Londynu, na którego szybko pobiegłam z koncertu Laury Marling i którego energię wchłonęłam jak nektar. Ogrzewa i chłodzi jednocześnie, fenomenalne. Jak dla mnie to absolutnie londyńska muzyka, oddaje świetnie klimat tego miasta.


I Break Horses i Other Lives - świetne krótkie koncerty z ciepłą muzyką. Nie znałam zespołów wcześniej, ale taki festiwal jest znakomitą okazją, by odkryć nowości.


The Antlers zaledwie kojarzyłam (propaganda guciowa nie była widać wystarczająco skuteczna w swej sile), ale ich muzyka mnie porwała. Szukałam podświadomie chyba czegoś podobnego do Mumford and Sons i The Antlers są następnym odkryciem w tym typie. Poezja w najlepszym gatunku.


Lianne La Havas - urocza Angielka o przepięknym uśmiechu. Mogłam wręcz dostrzec aureolę dobrej energii wokół niej. Muzyka dobra, ale nie zwalająca z nóg, za to wyobrażam sobie, jak cudownie można się z nią bawić.


Zolę Jesus przegapiłam na rzecz SBTRKT i Laury Marling (wszystkie trzy w tym samym czasie), ale jestem pod wrażeniem jej siły i mrocznej, a przy tym niezmiernie lekkiej muzyki.


Lang Lang to jeden z największych żyjących pianistów. Chińczyk przybył łodzią na scenę na rzece, po której obu brzegach zgromadziły sie tysiące osób, tłocząc się także na moście obok sceny. Oklaski po jego mistrzowskich, pełnych werwy wykonaniach etiud Chopina, utworów Liszta i chińskiej muzyki klasycznej szły głęboko w las... Cudownie zacząć niedzielę od tak wyrafinowanych melodii, w dodatku na świeżym powietrzu.

Lang Lang na scenie w oddali

Edward Sharpe and the Magnetic Zeros - czy ze sceny może emanować miłość? Jak najbardziej! Zespół dostarczył megadawkę podnoszącej na duchu muzyki, w dodatku biło od nich takie ciepło, jakie rozgrzewa w najbardziej nawet mroźne popołudnie (akurat tego popołudnia świeciło słońce). Alex Ebert, wokalista, zszedł do widowni i przechadzał się swobodnie między swymi fanami - jak ja lubię takie niegwiazdorskie zachowanie. Najbardziej bezpretensjonalny zespół jaki znam.


Metronomy - gdy ich słucham mam wrażenie, że zaraz zaczną się wokół mnie dziać rzeczy magiczne: wiewiórki pójdą w tan, łyżki będą odstawiać piruety, a światło w lampce będzie włączać się i wyłączać w rytm ich muzyki. Niewinność w najczystszej postaci.


M83, jeden z najbardziej coolerskich zespołów ostatnich czasów, mistrzów z południa Francji, darowaliśmy sobie, bo zaraz po powrocie do Londynu szliśmy na ich koncert do Somerset House. Postmodernizm naszych czasów, by słuchać tej surrealistycznej, elektronicznej muzyki na dziedzińcu tak nobliwego muzeum; to coś jak oglądanie prac Takieshiego Murakamiego w Wersalu.


Napisałam zaledwie o cząstce atrakcji, a przecież były jeszcze pląsy do niewidomego duetu artystów z Mali - Amadou and Mariam, energia Buena Vista Social Club, temperament Wild Beasts, Destroyer, tUnE-yArDs i The War on Drugs. I dużo, dużo więcej, czego nie widziałam zupełnie.

Z tego wszystkiego zapamiętam niezwykłą radość wszystkich dookoła, rodziców z niemowlakami z wielkimi słuchawkami na uszach, tańczących przed scenami, brak bariery pokoleniowej jeśli chodzi i miłość do muzyki, poezji czy teatru. I przede wszystkim - zupełny brak pretensjonalności, pozerstwa, a po prostu wspólne karmienie się kulturą. I tak sobie chwilami myślałam - czemu rodzice nie zabierali mnie na podobne imprezy, gdy byłam mała? Nie było takich w komunistycznej Polsce?


 

Wasza korespondentka przed koncertem M83 w londyńskim Somerset House

wtorek, 17 lipca 2012
W olimpijskim klimacie

Od jakiegoś czasu słucham sporo muzyki, którą niektórzy zakwalifikowaliby jako "brain vomit" (tak, takie określenie wymyślił "The Guardian", a ja je przyjęłam jako całkiem, całkiem...), inni jako electro (ale to spore uproszczenie), a znów wyżej wspomniana gazeta uznała ją za przynależącą do gatunku zwanego post-internet. Sam termin powstał już około 2009 roku - wpiszcie w wyszukiwarkę "post-internet" i "Marisa Olson" i będziecie wiedzieli, co to oznacza. Generalnie chodzi o przesunięcie internetu do mainstreamu egzystencji - nie ma już rzeczywistości i rzeczywistości wirtualnej, zlały się one dobre kilka lat temu w jedno, nie stawia się między nimi żadnej granicy i nie oddziela jednej od drugiej. Osobiście nie wyobrażam sobie życia bez internetu, to tak jakbym straciła część siebie, straciła ludzi, z którymi utrzymuję kontakt niemal wyłącznie przez internet, straciła skarbnicę wiedzy, informacji, rozrywki, inspiracji itp. A muzyka post-internet? Claire Boucher, urocza wokalistka Grimes pochodząca z Vancouveru, określa tak rodzaj muzyki, którą tworzy. Jak to świetnie ujęła w jednym z wywiadów: "Myślę, że moje dźwięki to post-internet. Ludzie z mojego pokolenia korzystali z internetu, gdy byli dziećmi [Boucher ma 23 lata]. Dorastałam z bardzo zróżnicowanym tłem muzycznym, od naprawdę wczesnego wieku. Ludzie trzydziestoletni i starsi nie mieli tego - dorastali ze świadomością gatunków muzyki. Ale ludzie w moim wieku mieli wszystko na raz (...). Ponieważ zanikają gatunki, używa się nazw zespołów jako punktów referencyjnych". Tak, tak i jeszcze raz tak. Jakie to dziwne wydaje mi się dziś w stosunku do współczesnej muzyki, którą słucham - używać nazw gatunków muzycznych.

A teraz wsłuchajcie się w fenomenalne "Oblivion" Grimes i obejrzyjcie jeden z lepszych klipów ostatnich miesięcy. A swoją drogą, żyjemy w fascynujących czasach...



czwartek, 08 marca 2012
Kobiece głosy
I znów zdecydowanie muzycznie, tym razem z okazji Dnia Kobiet - śpiewające kobiety, które w ostatnim czasie uwielbiam.

Lia Ices


Lana Del Rey


Ane Brun


PJ Harvey


Alela Diane


Veronica Maggio

22:00, chihiro2 , Muzyka
Link Komentarze (4) »
środa, 07 marca 2012
Jakiej piosenki słuchasz?

Londyn


i drugi Londyn. A co, moje miasto :)


Paryż


Singapur


Nowy Jork


Tokio


Lizbona


Mediolan


Zagrzeb


Toronto


A czego Wy ostatnio często słuchacie?
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9