| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

wtorek, 19 lutego 2013
Nowy rok, nowy początek

Ostatnio mocno zaniedbałam bloga i o ile z początku miałam pewne wyrzuty sumienia, że powinnam pisać, to po ponad miesiącu przerwy stwiedzam, że świetnie mi się żyje bez bloga. W moim życiu dzieje się więcej niż jestem w stanie ogarnąć i mogę bez wahania powiedzieć, że moje życie to pasmo mniejszych i większych radości. Z przyjemnością chodzę do pracy i wracam do domu z radością. Uwielbiam moje wolne dni, wypełnione tym wszystkim, co robią zwykli ludzie: czytają, oglądają filmy, chodzą na zakupy, sprzątają, poświęcają czas partnerowi, spotykają się z przyjaciółmi. Po raz pierwszy od bardzo dawna zaczynam zaprzyjaźniać się z nie tylko z kobietami, ale także z mężczyznami, oczywiście japońskimi. Cieszy mnie niesamowity wgląd w kulturę japońską nie poprzez lektury czy filmy, ale przede wszystkim przez kontakty z Japończykami, których zasypuję różnymi pytaniami i którzy z przyjemnością się przede mną otwierają. Na moich oczach upada wiele mitów wokół Japończyków, stereotypy zostają obalone, otwierają się drzwi do fascynujących światów, o jakich nie czytałam.

A przy tym nie mam najmniejszej ochoty na pisanie tu o tym. Mój blog z założenia miał służyć moim potrzebom. Pragnęłam uporządkować wrażenia po lekturach, filmach, wystawach, podróżach, zebrać myśli, nauczyć się precyzyjniej je wyrażać i zebrać w ryzy swoje obserwacje i przemyślenia. Moje potrzeby zostały już zaspokojone, teraz nastawiam się na przeżywanie, a nie na przeżuwanie pisemne tych przeżyć i poddawanie ich komentarzom. Dzięki blogowi nawiązałam wiele cennych przyjaźni, które - wierzę - trwać będą nawet jeśli nie będę pisać. Nie wiem, czy do pisania jeszcze wrócę. W tej chwili nie jest mi ono potrzebne, szkoda mi na nie czasu,  który mogę spożytkować w inny, ciekawszy sposób. 

Dziękuję wszystkim z Was, którzy czytaliście moje zapiski i wdawaliście się w rozmowy ze mną. Było to dla mnie cenne doświadczenie, niezmiernie satysfakcjonujące. Ale czas pójść naprzód i rozwijać się na innych polach. 

piątek, 21 grudnia 2012
Do poczytania w roku węża

W Japonii szał na gadżety z wężem - wszak nadchodzący rok 25, czyli po naszemu 2013, będzie Rokiem Węża. Wszyscy w amoku kupują papeterię, notesiki, naklejki, ozdoby, zawieszki do telefonów, pokrowce na iPhone'y, słodycze opakowane w papier z wizerunkiem wesołego węża i wszystko, co wężowe, a ja szykuję się do podróży. Już w niedzielę będę podziwiała świątynie Angkor Wat. Sylwestra świętować będziemy w gronie przyjaciół na ustronnej plaży na wyspie, na którą można się dostać łódką z Sihanoukville na południu Kambodży. Nasze domki na drzewach, do których wchodzi się po drabince, nie mają drzwi i całej ściany, dlatego dniem i nocą roztaczać się będzie niczym niezmącony widok na morze... Ostatnie dwa dni podróży spędzimy w Ho Chi Minh City, dokąd popłyniemy Mekongiem - i niebywale cieszę się na przekraczanie granicą drogą rzeczną :) Padmo, dzięki za sugestię! W drodze powrotnej mamy nadzieję wyskoczyć na parę godzin do Seulu, choćby na zakupy kosmetyczne.

Tymczasem życzę tym z Was, które/którzy obchodzą Boże Narodzenie, Wesołych Świąt, a tym, które/którzy nie obchodzą - wspaniałego odpoczynku i cudownych dni spędzonych tak, jak lubicie najbardziej. I szczęśliwej końcówki starego oraz udanego początku nowego roku. Do poczytania w Roku Węża!

sobota, 01 grudnia 2012
Pół żartem, pół serio

Tokijscy salarymeni wracający wieczorem metrem z pracy (widać przekrój najpowszechniejszych aktywności: spanie, czytanie gazet/książek/mang, surfowanie w internecie/korespondowanie z innymi/granie w gry)

Beata, Edith i N. odznaczyły mój blog jako jeden ze ich ulubionych (dziękuję Wam bardzo!) i zaprosiły do łańcuszkowej zabawy. Zwykle nie uczestniczę w takich zabawach (zwykle, choć w przeszłości zdarzało się częściej, a jeden łańcuszek nawet sama wymyśliłam), ale postanowiłam zrobić wyjątek, bo ostatnio mało piszę, więc wpisów nie przybywa. Mam o czym pisać, tylko ze skupieniem na pisaniu trudniej.

Odpowiadam na pytania, ale nie będę ciągnąć zabawy dalej. Ulubionych blogów mam dużo, ostatnio rzadziej wchodzę na nie, ale generalnie osoby, których teksty szczególnie cenię, wiedzą o tym :)

Pytania Beaty:

1. "Niektórzy ludzie sądzą, że można robić wszystko, bo żyje się tylko raz i dlatego trzeba łapać każdą okazję. Natomiast ja uważam, że właśnie dlatego, iż żyje się tylko raz, nie można robić wielu rzeczy, na przykład zawstydzających lub niegodnych, bo już nie będzie się miało drugiego życia, aby to naprawić" (Waldemar Łysiak). Jakie jest Twoje credo życiowe?

Ho ho, elaborat mogłabym napisać! Ale w tej zabawie chodzi o lakoniczne odpowiedzi, więc powściągnę mój słowotok i myślotok. Moim credo życiowym jest powiedzenie tybetańskie: "Szukanie szczęścia poza sobą to jak wyczekiwanie słońca w jaskini zwróconej na północ". Tylko od nas, naszego stanu umysłu i serca, zależy nasze samopoczucie (jasne, że wymaga to trochę pracy nad sobą, ale jest wykonalne). 

2. Co Cię ostatnio bardzo ubawiło?

Hmm, ubawiło mnie, jak łatwo można przeżyć przygodę, gdy jest się wystarczająco otwartym i emituje się pozytywną energię... I jak ludzkie historie same przychodzą do człowieka, szczególnie gdy nie szuka się ich na siłę...

3. 21 listopada obchodzimy Światowy Dzień Życzliwości. Czy i jak zamierzasz ten dzień uczcić?

Musztarda po obiedzie, nawet nie wiedziałam o tym święcie, ale dla mnie świętowanie życzliwości to kosmiczny koncept, coś jak świętowanie praw człowieka. Człowiekowi przysługują te same prawa każdego dnia i tak samo nie widzę powodu, dla którego nie miałabym być życzliwa każdego dnia. Zapewne jeśli chodzi o życzliwość względem innych 21 listopada był dniem jak każdy inny - uśmiechałam się do innych i jak zwykle byłam bardzo grzeczna i uprzejma. 

4. Jaka jest Twoja ulubiona anegdotka?

Chyba to będzie ta dotycząca Evelyn Waugh. Waugh postanowił kiedyś popełnić samobójstwo, miał wówczas 22 lata i kariera pisarska była jeszcze przed nim. Przebywał akurat w północnej Walii, wszedł do morza z zamiarem utopienia się. Ugryzienie meduzy spowodowało, że szybko zmienił zdanie i jak niepyszny wyszedł po tym "wypadku" natychmiast z wody. 

5. Książka, którą powinno znać każde dziecko polskie...

"Królestwo Bajki" Ewy Szelburg-Zarembiny. Przecudna opowieść o sile marzeń, pozytywnym myśleniu i igraniu z iluzją.

6. Jakich słów nadużywasz?

Wydaje mi się, że nadużywam słów "piękny" i "wspaniały" - generalnie używam mnóstwa pozytywnych określeń, ale czasem mam wrażenie, że stosuję wciąż te same, do znudzenia.

7. Życie jest zbyt krótkie, żeby...

Martwić się na zapas (muszę to sobie sama wciąż przypominać); nadmiernie wszystko analizować i roztrząsać; zamykać się przed innymi.

8. Odpowiedz Woody'emu Allenowi: "Co zrobisz, gdy ktoś ci przystawi nóż do szyi, a ty akurat dostaniesz czkawki?"

Lepiej wychodzi się w życiu nie gdybając zanadto :)

9. Idealny czytelnik to taki, który...

... ceni jakość lektury nad jej ilość i nad sam fakt czytania.

10. Moje ulubione miejsce w Polsce to...

Ulubione miejsca pamiętam z dzieciństwa, mieszczą się one bardziej na mojej mapie sentymentalnej niż faktycznej i zostały przez upływ czasu mocno przeze mnie wyidealizowane, czego jestem w pełni świadoma. Wiążą się z dziecięcymi przygodami, najczęściej rozgrywającymi się w wyobraźni. To ogród babci i dziadka, nieistniejący już, pokoik na poddaszu w ich domu, którego także już nie ma. To dom w Olsztynie, w którym się wychowałam, i tamtejszy ogród. To wakacje z babcią i dziadkiem w prymitywnych drewnianych domkach przy lesie, które oznaczają dla mnie ideał wakacji dziecięcych. 

11. Jakie są Twoje najlepsze sposoby na jesienną chandrę?

Nie znam jesiennej chandry, jesień to moja ulubiona pora roku. Nie lubię za to zimy i śniegu i co roku staram się w tym czasie wyjechać gdzieś, gdzie panuje inny klimat. Ten sposób radzenia sobie z chandrą polecam gorąco i zastosuję go także w tym roku. 

Shinjuku gyoen, piękny park w Shinjuku z chińskim pawilonem

Pytania Edith:

1. Lato czy zima?

Ani jedno ani drugie. Jak pisałam powyżej, nie lubię zimy. Nie przepadam też za latem, bo nie znoszę skrajności w pogodzie (zarówno w czasie mrozu jak i upału czuję się źle, chyba że oba trwają bardzo krótko). Preferuję umiarkowaną pogodę, klimat londyński jest dla mnie idealny, bo temperatury rzadko kiedy schodzą poniżej 7-10 stopni i rzadko kiedy przekraczają 30 stopni.

2. Film czy książka?

Tu akurat i jedno i drugie, nie potrafiłabym wybrać. Uwielbiam zarówno czytać jak i oglądać filmy.

3. Poranna rosa czy księżyc o trzeciej nad ranem?

Hmm, chyba księżyc. Zawsze miałam problemy z bardzo wczesnym wstawaniem, ale w domowych pieleszach lubię zarywać noce - myśli mi sie wtedy wyraźniej i moja kreatywność wzrasta diametralnie. Balowanie poza domem zdarza mi się sporadycznie i zawsze jest to wielkie święto, szczególnie w miłym towarzystwie.

4. Fast food czy domowo?

Jeśli fast food to tylko w postaci japońskich zup lub frytek (ale to w sumie mało fastfoodowe jedzenie). Domowo jeść lubię, bo lubię gotować od czasu do czasu i eksperymentować, lubię też czasem zapraszać przyjaciół na kolacje. Ale lubię też jadać w restauracjach niefastfoodowych i przez pierwsze półtora miesiąca mieszkania w Tokio stołowaliśmy się poza domem codziennie. Mieszkając w Londynie też jadaliśmy w restauracjach częściej niż przeciętny Londyńczyk (czyli częściej niż dwa razy w tygodniu). Nigdy nie był to fast food. 

5. Wymarzona podróż?

Tyle ich jest... Marzy mi się długa podróż po Chinach, podróż do Iranu, chcę pojeździć po Birmie, zobaczyć Azję południowo-wschodnią, zawitać do Bhutanu. Generalnie fascynuje mnie Azja jako kontynent, mniej interesują mnie inne kontynenty, choć na każdym znajdę miejsca warte odwiedzenia. 

6. Wolisz napisać pamiętnik z podróży czy stworzyć album?

Zdecydowanie stworzyć album - wygodniej, szybciej, precyzyjniej utrwalam w ten sposób wrażenia, obserwacje i emocje. Na pisanie szkoda mi w podróży czasu, choć zawsze troszeczkę notuję.

7. Kot czy pies?

Koty dobrze wychodzą na zdjęciach, ale żeby mieć kota na własność? Nigdy w życiu! Psy są kochane, miałam jednego przez ok. 17 lat, ale nie chciałabym już więcej mieć psa. W ogóle nie nadaję się do posiadania zwierząt, za bardzo by mnie ograniczały, a przyjemności z ich posiadania nie widzę.

8. Skok ze spadochronem czy spokojny rejs statkiem?

Skok ze spadochronem, bez dwóch zdań. Rejs statkiem wydaje mi się najnudniejszą formą urlopu, a skok ze spadochronem to coś, co mogłabym zrobić bez wahania.

9. Podziel się kawałkiem swojej muzycznej duszy.

Proszę bardzo :)

Timbuktu, jeden z moich ulubionych szwedzkich muzyków:


K'Naan, muzyk hip hopowy z Somalii:


The XX, mój ulubiony ostatnio londyński zespół, tutaj wykonujący utwór "The Angels" na żywo w Tokio. Cudowne połączenie tokijskiego klimatu z londyńskim talentem.

Pytania N.:

1. Skowronek czy sowa?

To pytanie pokrywa się z trzecim pytaniem Edith, pozwolę sobie więc odesłać do odpowiedzi, jakiej udzieliłam powyżej.

2. Śniadanie na spokojnie czy w biegu?

Tylko na spokojnie! Nie uznaję niczego robionego w biegu poza bieganiem :)

3. Wypoczynek czynny czy bierny?

Obydwa są wartościowe i potrzebne organizmowi. Czynny może być fizyczny - lubię jeździć po Tokio rowerem, połączyć wakacje z aktywnością (niekoniecznie sportową, bo sportu per se uprawiać nie lubię), albo czynny umysłowo (choćby medytacja). Za bierny uznaję odmóżdżanie się podczas chodzenia po sklepach z ciuchami lub oglądanie głupot (np. sentymentalnych klipów muzycznych z lat 80. czy 90.) na youtube. Dobre od czasu do czasu.

4. Gorszy brak czasu czy jego nadmiar?

Uważam, że każdy ma zawsze tyle samo czasu co wszyscy naokoło, rzecz w tym, jak się czas wykorzystuje. Nie lubię sytuacji, kiedy brakuje mi czasu dla samej siebie, próbuję to wówczas szybko zmienić. Czegoś takiego jak nadmiar czasu osobiście nie znam, nie wiem, co to znaczy.

5. Święty spokój czy kolekcja wrażeń? 

Najpierw kolekcjonowanie wrażeń, by je potem na spokojnie przetrawić. A że generalnie jestem uważną obserwatorką rzeczywistości wrażeń mam wciąż co niemiara - jeśli otoczenie z jakiegoś względu chwilowo mi ich nie dostarcza, dostarczam je sobie sama, wędrując po różnych ścieżkach w moim umyśle i stawiając sobie trudne pytania, na które czasem miesiącami albo latami szukam odpowiedzi.

6. Facebook tak/nie, ponieważ...

Zdecydowanie tak! Bez Facebooka czułabym się odcięta od przyjaciół i znajomych. Poza tym trudno byłoby mi żyć bez udogodnień technologicznych, to część rzeczywistości, która mnie bardzo cieszy. Chwilami męczy, owszem, ale selekcjonuję informacje, które do mnie docierają i minimalizuję ryzyko zmęczenia.

7. Komentarze na blogach zwięzłe czy treściwe?

Lubię treściwe, lubię gadać i wymieniać poglądy, obserwacje, dzielić się uczuciami. Ale szanuję, jeśli ktoś nie lubi komentować i wystarcza mu czytanie. Sama podczytuję blogi, których nigdy lub niemal nigdy nie komentuję. Cieszę się z każdego komentarza pozostawionego u mnie, ale nie wywieram na nikim presji - uważam wywieranie nacisku na innych za przejaw złych manier.

8. W blogosferze wolność wyboru czy zależności towarzyskie?

Hmm, nie bardzo wiem, co to znaczy. W życiu preferuję wolność wyboru, w żadne niezręczne zależności nie lubię się pakować, więc to samo dotyczy blogosfery, bo to też część życia.

9. Multi-kulti tak czy nie?

Tak, tak, TAK!!! Nie wyobrażam sobie świata niemultikulturowego, z czasem coraz mniej będzie na świecie miejsc homogenicznych kulturowo i to jest dla mnie naturalny i pożądany stan rzeczy.

10. Twój stosunek do daty 21 grudnia 2012 w kalendarzu Majów.

Nie wiem, czemu ta data miałaby być szczególna, w ogóle nie wiem o co chodzi. Nie mam żadnego stosunku do niej.

11. Ulubiony dowcip z gatunku czarny humor (lub inny).

Nie przepadam za dowcipami, ale kocham brytyjskie poczucie humoru. Zaczytuję się wciąż i wciąż kolekcją autentycznych ogłoszeń towarzyskich z "London Review of Books" zatytułowaną "Sexually I'm more of a Switzerland". Moje ulubione brzmi (w moim tłumaczeniu):

"Nic nie mówi "kocham cię" w szczerszy sposób niż bycie obudzonym szampanem, drożdżówkami i różami. Poza psem z masłem orzechowym na podniebieniu. Napisz, spotkamy się, prześpimy się ze sobą i - rankiem, krótko zanim żona mojego przyjaciela każe mi opuścić ich sofę i wynieść się z ich domu - pokażę ci trick Winstona. Jest przezabawny. Ale będziesz musiała przynieść masło orzechowe - zainstalowali blokady na wszystkich szafkach kuchennych. Mężczyzna, 26 lat". 

Peron na stacji Harajuku

środa, 14 listopada 2012
Woda jest wodą

Napełniam czajnik wodą raz za razem. Mieści się w nim zaledwie półtora litra wody, a potrzebuję dobrych kilku litrów, by w gorącej wodzie namoczyć wszystkie naczynia ceramiczne, które do tej pory uzbieraliśmy. Wypełniam wodą duże garnki i misy i delikatnie wkładam do wrzątku czarki na sake, małe miseczki, kubki, miniaturowe talerzyki, na których zmieści się raptem dziecięca garstka orzechów lub mała marynowana śliweczka. Dwa duże, długie talerze przedstawiają problem, lecz otwieram szufladę, wyjmuję jeden z wysokich koszy na śmieci, w którym, po napełnieniu go wodą, mieszczą się idealnie. 


Obcowanie z piękną ceramiką to czyste zazen. Pieszczę każde wgłębienie na nierównej powierzchni, wodzę palcem po krawędzi kubka i wyobrażam sobie, jak gdzieś, w drewnianym domu na japońskiej prowincji, pośród lasów i mgieł, ktoś z czułością brał glinę do ręki i wyczarowywał cudeńka wygrzewające się teraz w źródlanej wodzie w mojej kuchni. Paradoksalnie mieszkanie w jednej z największych metropolii świata, w nigdy nie zasypiającym mieście, pozwala mi docenić prostotę życia bardziej niż gdzieś, gdzie pod przykrywką "powrotu do źródeł" kryje się w rzeczywistości brak wyboru. W społeczeństwie generalnie zamożnym, przyjmującym dobrobyt za pewnik, pielęgnuję uważność i szacunek dla szlachetnych materiałów i cudzej pracy. To tu odkrywam istotę wabi-sabi i uczę się jej z każdym dniem. Wabi-sabi jest filozofią życia, można tak określić w dużym uproszczeniu, swoistą duchową praktyką, która polega na przywiązywaniu wagi do otoczenia, byśmy znaleźli w nim harmonię. Jak ktoś to określił ładnie - jest obiektywem, przez który widzimy piękno, zawsze nieperfekcyjne i nietrwałe. Każde naczynie jest wyjątkowe, każde wybrane zostało z największą starannością i myślą o jego przeznaczeniu. Przy czym zdaję sobie sprawę, że koncept utylitaryzmu talerza jest pułapką - czyż nie cudownym przeznaczeniem jest po prostu cieszenie oczu? Myślę o wielu pokojach, które widziałam w życiu, o licznych przedmiotach wypełniających ich przestrzenie. Jakby trzeba było zagłuszyć pustkę, którą może stanowić pusta półka. Mentalnie skanuję w mej pamięci bibeloty bez większej wartości - materialna jest bez znaczenia, myślę o emocjonalnej - i smuci mnie wizja zagracania wnętrza niepotrzebnymi "pierdółkami". Pamiętam jak w czasach nastoletnich na moich półkach stały bibeloty, do których ani nie byłam specjalnie przywiązana, ani nie cieszył mnie ich wygląd. Ale stały, bo żal wyrzucić albo komuś oddać, bo "prezentów się nie wyrzuca", bo... Wieczne szukanie wymówek usprawiedliwiających obojętność wobec tego, czym się otaczamy. 


Skąd lęk przed pozbywaniem się rzeczy? Czyż nie powinno być tak, że każdy przedmiot, którym się otaczamy, miałby za zadanie wzbogacać nasze życie, a tymczasem wiele z nich zwyczajnie je wypełnia? Wypełniaczy jest aż nadto wokół, gorzej z autentycznym, odczuwalnym wzbogaceniem. Dotychczas przez pewien czas żyłam w przeświadczeniu, że nie stać mnie za bardzo, by rzeczy codzienne były dokładnie takie, jakimi chcę, by były. Ale to nie jest tylko kwestia pieniędzy (choć na pewno po części owszem), a bardziej poszukiwań własnej estetyki i choć odrobiny wysiłku. Dlaczego mam kroić warzywa na desce, która mi się nie podoba i pić z kubka, który nie powoduje, że herbata smakuje lepiej? Musiałam przeprowadzić się do Japonii, by dostrzec wartość dbałości o to, by estetyka dawała nam poczucie harmonii, poprawiała jakość życia. Dbam o moje nowe przedmioty, szanuję pracę ludzie, którzy je wykonali. Jak mówi ulotka, którą dostałam w sklepie odnośnie pielęgnacji ceramiki: "Jeśli do mycia przedmiotów będziesz używać wyłącznie wody, twoja ceramika będzie pięknie błyszczeć, a twój posiłek będzie wyglądał bardziej apetycznie". Albo ostatnie zdanie tekstu odnośnie właściwego używania żeliwnego imbryczka: "Postępując zgodnie z powyższymi wskazówkami możesz być pewny, że ten imbryk będzie ci dawał radość przez długie lata". Zadumałam się dziś parząc herbatę - kiedy ostatni raz kuchenny przedmiot dawał mi autentyczną radość? Kiedy producent zadbał o to, bym właściwie pielęgnowała przedmiot, nie dlatego, by go nie uszkodzić i by spełniał swą funkcję należycie, ale po to, by dostarczył mi on prawdziwej radości? Jednocześnie ta dbałość zakłada akceptację, że rzeczy przestaną być perfekcyjne, że ceramika będzie z upływem lat zmieniać kolor, może brzeg się ukruszy. Ta akceptacja praw przemijania i nieuchronności zmian daje niebywały spokój. 


W Japonii wzrusza mnie każde wyjście z domu. Ruch dłoni osoby podającej mi w sklepie resztę na specjalnie do tego przeznaczonej tacce, głębokie spojrzenie w oczy kelnera, które podtrzymuję przez kilka sekund, sprawiające, że mam wrażenie, iż choćby przez te parę ulotnych chwil nie istnieje dla nas nic poza istotą spojrzenia sobie w oczy. Wzrusza mnie młoda dziewczyna, która pędząc na stację i rozmawiając przez telefon w tym samym czasie, nagle przerywa, milknie i przez chwilę wpatruje się uważnie w pokryty czerwienią jesienny liść na mijanym drzewie. Począwszy od pięknych opakowań przedmiotów, poprzez aranżację doniczek na schodkach mijanego sklepu po indywidualny dobór czarki do sake w barze (zamiast używania zestawu identycznych naczyń) - wszystko zamienia się w małą celebrację piękna. A ja przymykam oczy na równolegle sączący się kicz z sieciowych kawiarni bez charakteru, tandetnych opakowań tanich słodyczy w sklepach i brzydkie ubrania z kiepskich jakościowo materiałów, masowo wyrabianych w Chinach. Mój obiektyw celuje w to, co piękne i proste, a jednocześnie przemijające. Jak spojrzenie w oczy nieznajomego chłopaka.


Tymczasem wyciągam talerzyki i miseczki z wody. Myślę o nauce Zen i słynnym tekście: "Zanim człowiek zaczął studiować Zen, góry były dla niego górami, a woda była wodą. Lecz gdy dojrzał prawdę Zen przez instrukcje dobrego mistrza, góry przestał być górami, a woda przestała być wodą. Później jednakże, gdy naprawdę osiągnął miejsce Spokoju (tzn. osiągnął satori [jap. oświecenie]), góry znów były górami, a woda wodą". I przypominam sobie jeszcze kilka zdań wyczytanych w książce o Japończykach praktykujących prostotę życia (którą raczę się jak najlepszym przysmakiem), wypowiedziane przez rzeźbiarza i introligatora Osamę Nakamurę: "Wytwarzanie rzeczy własnymi rękami kultywuje szczodrość i otwiera serce" oraz "Zbieranie drewna na opał czy rzeźbienie w nim, a nawet mycie przedmiotów - to wszystko jest niebywale przyjemne i daje dużo radości, jeśli da się sobie czas". Nakamura musiał znać wiersz anonimowego adepta Zen:

"Czerpię wodę,

Noszę drewno,

To moja magia".

Więc dałam sobie czas na dotykanie naczyń, wkładanie ich do miękkiej wody, wyciąganie i delikatne, acz staranne suszenie, a potem układanie ich w szafkach i szufladach. I czuję przepełniające mnie ciepło, jakby część tej szczodrości rzeźbiarza naczyń spłynęła na mnie. Jakby niewidzialna więź łączyła mnie poprzez te naczynia z mistrzami, którzy włożyli serce w to, abym to właśnie ja odczuła dziś radość z obcowania z nimi. A czy w życiu nie chodzi między innymi o to, by swym istnieniem i pracą umilać innym życie?

***

Jeśli ktoś ma ochotę pooglądać najwspanialsze osiągnięcia ceramiczne artystów z Kioto i poczytać o technikach polecam tę stronę i tamtejszy online shop, sklepik internetowy. Ceny wielu perfekcyjnie nieperfekcyjnych naczyń sięgają setek tysięcy jenów, maleńka czarka do zielonej herbaty potrafi kosztować więcej niż przeciętna pensja japońska. Mam nadzieję, że nasza kolekcja tańszych przedmiotów wzbogaci się kiedyś o tak piękne dzieła sztuki...

piątek, 09 listopada 2012
Japoński urzędnik

Ostatnio zmuszona byłam załatwić parę spraw urzędowych, bo biurokracja tu rozwinięta jest chyba na podobnym poziomie co w Polsce lub we Francji. W Wielkiej Brytanii raz jeden jedyny tylko musiałam udać się na dosłownie pięć minut do urzędu po zdobycie numeru ubezpieczenia państwowego. Ba, ja nawet nie mam pojęcia, gdzie w Londynie są jakiekolwiek urzędy poza konsulatem polskim! Tutaj zaś małe rozeznanie juz mam. Wiem, gdzie zarejestrować adres (i jego zmianę), gdzie zapisać się do państwowej służby zdrowia, wiem, gdzie zgłosić ślub, rozwód, śmierć czy narodziny dziecka (mam nadzieję, że te cztery ostatnie informacje do niczego mi się nie przydadzą). Kompletnie przypadkowo zdobyłam też informację, gdzie rozliczać się z podatków - to tak na zapas. Nie miałam nikogo do pomocy, kto udałby się wraz ze mną do szarego molocha w Shibui ze staroświeckimi palarniami na każdym piętrze, zielonym linoleum i kwiatkami w doniczkach w kreatywnie zaaranżowanych "oazach zieleni" i pomógł w wypełnianiu formularzy z instrukcjami po japońsku. Na szczęście na miejscu pracują ludzie, którzy nie spali na lekcjach angielskiego w szkole albo zainwestowali w prywatne lekcje, dzięki czemu z komunikacją nie miałam problemu. Bo że w urzędzie imigracyjnym mówią po angielsku, to zrozumiałe. Udało mi się załatwić wszystko, co potrzebowałam, w bardzo krótkim czasie i właściwie bez żadnych problemów. Poczyniłam przy okazji kilka obserwacji.

Ochroniarze nie są od tego, by stali i łypali okiem na każdego wchodzącego do urzędu, traktując go niczym potencjalnego przestępcę (nie chcę wskazywać żadnych urzędów palcem, ale może czyta mnie ktoś z konsulatu polskiego w Londynie...). W odprasowanych mundurach, z białymi naramiennikami i w równie białych rękawiczkach kłaniają się o 30 stopni petentom, wskazując płynnym ruchem dłoni, w którą stronę mają się udać - nawet jak opcja jest tylko jedna. Gdy ma czas, w polu widzenia żadnych nowych petentów nie ma, ochroniarz w sposób akceptowalny społecznie, a zapewne nawet zachęcany do tego, daje znać o swojej pedanterii i perfekcjonizmie. Przejdzie się przez salę, ustawiając równiutko krzesła, żeby odstępy między nimi były identyczne, ułoży gazety na stoliku, mimo że nikt ich nie tykał od ostatniego ułożenia, sprawdzi stan gleby w doniczkach (jestem pewna, że gdyby było kwiatkom za sucho, zaraz poszedłby po konewkę) i zajrzy pod biurka w poszukiwaniu papierków czy innych śmieci, których niechybnie nie znajdzie. Prawdziwy skarb, taki ochroniarz.

W kraju, w którym nawet nauczyciele w niektórych szkołach noszą mundurki, byłam zdziwiona, że urząd dzielnicowy pozwala swym pracownikom ubierać się jak chcą. Pamiętam dobrze czytane kiedyś w magazynach kobiecych na początku lat 90. porady, czego nie wypada zakładać do biura. Odpadają dekolty, koronki, prześwity, zbyt krótkie mini, tona dźwięczącej biżuterii i makijaż papugi. Fakt, poza koronkami nie widziałam tutaj, by ktoś popełniał te modowe grzechy i np. szokował biustem. Ale zakolanówki imitujące pończochy dostrzegłam (swoją drogą na bardzo zgrabnych i długich nogach), podziwiałam srebrną nitkę w szarym moherowym swetrze jednej z pań, a princeska w zgrzebną brązowo-burą kratkę i kremowy golfik pod nią urzędniczki, która mnie obsługiwała, przywołała wspomnienia z zerówki - w podobnym stroju mam zdjęcie, gdy buduję z klocków stajnię dla koni. O męskiej modzie urzędniczej nie ma co pisać. Uniwersalne ciemne spodnie i jasne koszule, nuda.

Nie ty jesteś dla urzędnika, urzędnik jest dla ciebie! Proste hasło propagandowe, a jak skuteczne tutaj. Nie ma odgradzania się od petentów szybą. Jak tylko urzędnik zauważy, że wypełniłeś formularz (do pomocy, jakby pomoc była potrzebna, są dwie panie, które mają za zadanie tylko sprawdzać, czy nie masz kłopotów z wypełnieniem formularza - i to nie tyczy się tylko cudzoziemców) i dostałeś numerek, zaraz urzędnik woła do swojego biureczka. Przeprosi, że trzeba chwilkę poczekać, aż wklepie dane do komputera, przeprosi, że potem trzeba poczekać parę minut na wydrukowanie na karcie rezydenta adresu. Wskaże, gdzie można spocząć i oddać się obserwacjom. Jeśli ma pytanie, wybiegnie zza swego biurka i kucnie przy tobie wyjaśniając coś, abyś nie musiał się fatygować pięć metrów do biurka. Niczym dziecku poniewieranemu przez system komunistyczny łza stanęła mi w oku w zetknięciu z taką uprzejmością i chęcią ułatwienia petentowi życia.

Jedyny zgrzyt nastąpił w łazience. Zadbali o śpiew ptaszków i odgłos szumu wody w toalecie, ale nie pomyśleli, że po umyciu rąk chciałoby się je wysuszyć.

A dziś wizyta w banku. Najpierw przez dobre 10 minut szukałam odpowiedniej filii, bo nie było jej tak, gdzie według mapki internetowej powinna być. A raczej nie podali, że jest w środku Omotesando Hills, ekskluzywnego domu handlowego, na piętrze w skrzydle, do którego dostać się trzeba przez inne skrzydło i inne piętra, korzystając z dwóch schodów i windy. Ze sto razy krążyłam między lodziarnią Ben & Jerry, butikami Michaela Korsa, Ann Demeulemeester i Celine i jakimiś jubilerami, szukając ukrytych drzwi do innego wymiaru, czytaj: banku. Mam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała tam iść, bo nie wiem, czy znajdę to miejsce ponownie... A tam znów ochroniarz otwierający drzwi i usłużna kobieta, nazwijmy ją Akiko, która wyjaśniła, że sprawa otwarcia konta jest bardzo prosta, ale trwa aż 20 minut i czy mogę jej poświęcić aż tyle czasu. Bo jak nie, to wszystko da się załatwić przez internet lub telefon w dogodnej dla mnie chwili, oczywiście po angielsku. Miałam 20 minut, a nawet całą godzinę, więc zostałam. Dostrzegłam na stoliczku trzy pary okularów - jak mi wyjaśniono, bo byłam ciekawa, są dla klientów krótko- i dalekowzrocznych oraz tych z astygmatyzmem, którzy zapomnieli zabrać własne okulary, a potrzebują ich by wypełnić formularz lub przeczytać dokument. Zatkało mnie na moment z wrażenia. Chyba nigdy nie potraktowano mnie z taką powagą i nie wyjaśniono wszystkiego tak dokładnie. Włącznie z tym, że jak moja karta przyjdzie pocztą, a mnie nie będzie w domu, to muszę iść na pocztę ją odebrać albo poprosić o dostarczenie jej ponownie. Akiko wyjęła nawet próbkę awizo, by pokazać mi, czego mam przez przypadek nie wyrzucić. Zapisała moje imię i nazwisko w katakanie - niniejszym dziękuję rodzicom za tak łatwe oba człony, nie zdzierżyłabym polskich znaków i zlepków spółgłosek nie do wymówienia. Wszystko wklepała do komputera, wręczyła dokumenty (po angielsku) na temat konta, i przyszedł moment najprzyjemniejszy - wybieranie koloru karty płatniczej. Mój bank ma aż 32 odcienie do wyboru, pełną listę możecie obejrzeć tutaj. Kilka kolorów jest w pakiecie podstawowym, tzn. że gdybym się na któryś zdecydowała, kartę dostałabym na miejscu. Ale mnie skusił kolor Green Tea, Zielona Herbata, i uznałam, że warto czekać tydzień na kartę o tak wdzięcznej i pasującej do moich upodobań smakowych nazwie. I kolorze. Książeczka z nazwami kolorów zawierała przykłady kart we wszystkich odcieniach, a na końcu poświęcono też kilka stron na dokładne, fotograficzne objaśnienie inspiracji. I tak obok Crème Brûlée znajduje się apetycznie wyglądający francuski deser, Tomato Kiss (Pocałunek pomidorowy) zilustrowany jest rozkwaszonym pomidorem, Midnight (Północ) ma się kojarzyć z bramą świątyni nocą, obok nazwy Crocodile łypie okiem piękny krokodyl, a przy Baby Face (Twarz niemowlaka) uśmiecha się rozkosznie oczywiście różowy niemowlak. Ciekawa jestem, jak wyglądał proces wybierania nazw do kolorów... Gdy już czekałam na przygotowanie dokumentu dla mojego pracodawcy potwierdzającego założenie konta, Akiko w pewnej chwili wyszła zza swojego biurka i kucnąwszy przy moim krześle wyznała, że ona się jednak martwi, iż jeśli będę musiała czekać na kartę tydzień i np. listonosz nie zastanie mnie w domu, to nie będę miała dostępu do swoich pieniędzy i co to będzie. Więc może jednak zrezygnuję z Zielonej Herbaty i wybiorę np. Konika Polnego albo Niebieskie Niebo, to kartę będę miała za chwilę? Uśmiechnęłam się i powiedziałam, żeby się nie martwiła. Jak tylko dostanę awizo, jeśli faktycznie nie będzie mnie w domu w czasie odwiedzin listonosza, zaraz pójdę na pocztę po kartę, a do tego czasu mam fundusze. Wydała z siebie głośne westchnienie ulgi i uśmiech rozjaśnił jej twarz. Mam nadzieję, że będzie mogła dziś w nocy zasnąć i nie będzie miała pretensji do siebie, że nie była bardziej stanowcza w namówieniu mnie na tego Konika Polnego...

Zdjęć z urzędu nie mam, bo to naprawdę nic ciekawego, ale przewrotną ilustracją niech będzie ta tablica, wypatrzona w jednym z tutejszych sklepów ze starociami ze Stanów Zjednoczonych. Napis głosi: "Błądzić jest rzeczą ludzką, wybaczanie nie mieści się w ramach polityki naszej firmy". 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23