| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

piątek, 19 października 2012
Selektywne oko

"(...) Wystawa nie zrywała ze starymi formami. Składały się na nią bryły z gipsu, jakich uczy pani od rysunków w szkole podstawowej, ustawione po dwie naprzeciw siebie lub po trzy z kształtami liści, stóp, owoców. Antártido A. Garay obdarzył nas komentarzem objaśniającym, iż nie należy przypatrywać się liściom, stopom ani owocom, a raczej przestrzeni, czyli powietrzu między bryłami, które miało stanowić to, co on nazywa - jak wyjaśniłem to później w publikacji w języku francuskim - rzeźbą wklęsłą.


Sukces, jaki odniosła pierwsza wystawa, powtórzył się później z wystawą numer dwa. Ta miała miejsce w typowym lokalu dzielnicy Caballito i składała się z jednej tyko przestrzeni bez żadnego widocznego umeblowania prócz czterech gołych ścian, kilku gzymsów na suficie oraz pół tuzina połupanych cegieł rozsypanych na deskach podłogi. "To wszystko", od kiosku z kasą, gdzie trafiła mi się dobra fucha: po zero czterdzieści wstęp - wyjaśniałem z namaszczeniem ignorantom - "nie ma najmniejszego znaczenia; rzeczą najważniejszą dla wyrafinowanego smaku jest przestrzeń między gzymsami i gruzem". Krytyka, która nie widzi dalej własnego nosa, nie pojęła przekonywającej ewolucji, jaka dokonała się tymczasem, i opłakiwała uparcie brak liści, owoców i stóp. (...)"


"(...) Już widzę swój uśmiech na zakończenie sprawy. Niechaj wszyscy wiedzą, iż na dzieło rzeźbiarskie Garaya, wystawione na skwerze o tym samym imieniu, składa się przestrzeń rozciągająca się aż do nieba między budynkami na skrzyżowaniu ulic Solis i Pavón, nie pomijając rzecz jasna ławek, drzew, rynsztoka i przechodzących obywateli. Selektywne oko narzuca swoje prawa!

PS. Plany Garaya rozszerzają się. Bez względu na wynik procesu, marzy on teraz o nowej wystawie, wystawie numer cztery, która objęłaby obwód dzielnicy Núñez. Jutro zaś, któż to wie, jego dzieło, aranżujące i argentyńskie, zaanektuje całą atmosferę między piramidami i sfinksem". 

Jorge Luis Borges, Adolfo Bioy Casares, "Kroniki Bustosa Domecqa"

przełożył Jerzy Kühn

Autorem wszystkich fotografii jest Nadav Kander, artysta pochodzący z Tel Avivu, wychowany w Johannesburgu, dziś mieszkający w Londynie i poruszający w swych pracach kwestie przestrzeni oraz zmieniającego się krajobrazu i człowieka utkwionego w jego wnętrzu. Tutaj Chiny, Chongqing. 

środa, 17 października 2012
I Ty możesz zostać krytykiem

dzieło na budynku w Londynie

Już dawno miałam napisać o roli krytyka w dzisiejszym świecie, ale zawsze brakowało mi czasu/dyscypliny/koncentracji. Porządkując Archiwizując papierzyska natknęłam się na artykuły z "Guardiana" i "Observera", którymi miałam się posilić i chęć porozmawiania (mam nadzieję, że to nie będzie mój monolog) wróciła. 

***

Na początek chciałabym Was zapytać - ile z Was czyta recenzje książek/filmów/sztuk/płyt muzycznych/wystaw itp. napisane przez profesjonalnych krytyków? Przyznam, że ja osobiście czytam je często, a może raczej do niedawna czytałam, bo w Japonii nie sięgam po prasę anglojęzyczną regularnie. Co tydzień kupowałam weekendowe wydania "Guardiana" w sobotę i przynajmniej raz w miesiącu niedzielne wydanie "Observera". Do tego dochodzą recenzje w "The Economist", "Prospect", "Sight & Sound", "Financial Times" i co dwa miesiące w "Intelligent Life", kulturalnym magazynie wydawanym przez "Economista". Mam swoich ulubionych krytyków, których zdanie cenię, nawet jak nie zawsze się z nim zgadzam. Cenię je na ogół bardziej niż zdanie anonimowych blogerów, komentatorów na różnego rodzaju portalach i większości znajomych. 

W dzisiejszych czasach każdy może wyrazić swoją opinię na temat danego dzieła, a ta opinia może mieć bardzo szeroki zasięg. Żyjemy w czasach demokratyzacji poglądów, gdzie pogląd Znanego Krytyka ma tę samą wagę co pani Basi z warzywniaka. Ba, zdanie pani Basi możemy nawet sobie wziąć do serca, podczas gdy na uwagi Znanego Krytyka machniemy ręką. Dlaczego tak się dzieje? Przez całe dekady nie mieliśmy miejsca, by jasno wyrażać swoją opinię i dostawać odzew. Internet zrewolucjonizował ten stan rzeczy. Jeśli wyrażamy nasze zdanie w sposób przemyślany, umiejętnie formułujemy myśli i faktycznie mamy coś do powiedzenia - możemy zostać sławnymi opiniotwórcami, a o nasz komentarz będą zabiegały media. Jeśli wszystko, co potrafimy, to napisać "Ale gniot!" możemy liczyć co najwyżej na to, że ktoś "polubi" nasze zdanie i przyklaśnie mu, nie wnikając w powody naszej opinii. Ważne, że daliśmy wyraz naszemu wrażeniu po lekturze książki czy obejrzeniu filmu. Czujemy się lepiej, bo nie zostajemy z naszym wrażeniem samotni - zawsze znajdzie się druga osoba, która podzieli nasze zdanie.

Ponadto przez lata wmawiano nam, co jest kulturą wysoką a co niską. Nauczano nas w szkole, że "Słowacki wielkim poetą był", a niespecjalnie zachęcano do polemiki. Nic dziwnego, że większość portali, które dały prawo do wyrażania własnego zdania na temat najróżniejszych dzieł (i nie tylko), usuwając zdanie krytyków w cień, powstała w Stanach Zjednoczonych, które od niepamiętnych czasów opierały się dyktatowi kulturalnych elit. Amerykę oskarża się o zaniżanie gustu mieszkańców całego świata, tabloidyzację, promocję masowej rozrywki zamiast kształtowania wyrafinowanego smaku, ale zapomina się o jednym - to dzięki Ameryce my wszyscy traktujemy dziś prawo do swobodnego wyrażenia w internecie, co myślimy, za oczywiste. Na ziemi amerykańskiej taki demokratyczny klimat nastał w wyniku politycznej opozycji do Wielkiej Brytanii i Europy. Europa uchodziła (i nadal w oczach wielu uchodzi) za snobistyczną, afetowaną, patrzącą na innych z wyższością, promującą elitaryzm. Ameryka z kolei stawiała na uczciwość, egalitaryzm i populizm. Oczywiście to nie oznacza, że w Stanach Zjednoczonych nie było elit - były jak najbardziej i nadal mają się dobrze, a badania pokazują, że system klasowy o wiele silniejszy jest w USA niż w Wielkiej Brytanii, co ujawniła prasa z okazji popularności serialu "Downton Abbey" za oceanem. Niemniej jednak w mit wierzono i stworzono atmosferę dogodną do powstania internetowego pola dla wyrażania opinii. 

Na sukces internetowych opiniodawców, i bywa że opiniotwórców, którzy niekiedy znani są szerszemu gronu odbiorców niż profesjonalni krytycy (któż z osób czytających blogi książkowe nie kojarzy choćby Dovegreyreader czy - z polskiego podwórka - Padmy), składa się wiele czynników. Spróbuję je tu wymienić:

1) Recenzenci internetowi bywają zawsze niezależni (a jeśli nie są, przyznają się do artykułów sponsorowanych; jeśli tak się nie dzieje - oburzenie czytelników jest wielkie i często szybko dyskredytuje recenzenta). Nikt im nie płaci za konkretne recenzje, co najwyżej dostają za darmo książki czy bilety wstępu na imprezy kulturalne. W efekcie nie czują się pod presją, by chwalić dane dzieło, nie muszą zabiegać o sympatię danego pisarza czy właściciela galerii. Mogą bez przeszkód pisać, co im w duszy gra.

2) Recenzenci są w stanie publikować swoje teksty błyskawicznie, nie muszą czekać, aż nowy numer pisma się ukaże, by czytelnicy zapoznali się z ich zdaniem. Wydawnictwa, przynajmniej w Polsce, wysyłają im książki jeszcze przed oficjalną publikacją i mają część nakładu przeznaczoną dla blogerów. Aczkolwiek trzeba przyznać, że konkurencja wymusiła na krytykach profesjonalnych pewne zmiany i dziś wielu z nich publikuje fragmenty swych opinii na Twiterze czy Facebooku, wielu ma swoje strony czy publikuje na blogach znanych portali, gazet czy stacji telewizyjnych.

3) Recenzent zawsze spisuje swoje osobiste wrażenia. Nie musi znać się na literaturze/sztuce/filmie/muzyce i przejmować się, że np. autor danej książki jest nagrodzonym pisarzem i "nie wypada" jej skrytykować - jeśli czyta się ją źle i męczy, otwarcie dzieli się tym z czytelnikami. To subiektywne spojrzenie wielu czytelników ceni sobie niezmiernie, gdyż wielu uważa, że książki nie czyta się, by docenić, jak wielka to jest literatura, tylko by mieć z lektury przyjemność i nic ponadto.

4) Nie trzeba płacić ani grosza, by poznać opinię wielu osób i ewentualnie pokierować się ich zdaniem przy wyborze lektury czy wystawy, na którą warto się wybrać. Dziś wiele mediów każe sobie płacić za dostęp do pewnych treści w internecie (nie mówiąc o tym, że prasa kosztuje), a blogerzy czy komentatorzy na Amazonie czy Goodreads publikują swe zdanie, do którego mamy bezpłatny dostęp.

W takiej sytuacji łatwo sobie wyobrazić, że los profesjonalnych krytyków jest przesądzony. W Europie sytuacja krytyków jeszcze nie jest taka zła, jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie od lat gazety ich zwalniają, likwiduje się opiniotwórcze programy telewizyjne, a prasa amerykańska już kilka lat temu publikowała teksty pod wiele znaczącymi tytułami "The Death of the Critic" ("Śmierć krytyka"). W Wielkiej Brytanii tymczasem mówi się o "The Death of Cultural Elitism" ("Śmierć kulturalnego elitaryzmu") i pyta o wartość opinii specjalistów. 

figura artystki Yayoi Kusamy, na wystawie sklepu Louis Vuitton w Tokio, dla której to marki zaprojektowała w tym roku ubrania i akcesoria

W moim odczuciu opinie krytyków profesjonalnych, mimo niezaprzeczalnych zalet opinii amatorów, będą długo jeszcze cieszyły się zainteresowaniem. Czemu miałoby się tak dziać? Na korzyść krytyków działają następujące czynniki:

1) Nic nie zastąpi fachowej wiedzy. Osobiście jest mi wszystko jedno, czy blogerka XY wynudziła się przy lekturze Kawabaty czy nie - choć przyznaję, że mam swoje ulubione blogi i są osoby w internetowym świecie, których zdanie szanuję bardziej niż zawodowych krytyków i co do których wiem, że zawsze mogę się zgłosić po polecanki. Blog może założyć każdy, każdy może sięgnąć po książkę noblisty i ją skrytykować. Jak wiadomo jednak, wyrobiony gust, obcowanie z wieloma różnymi książkami poszerza pole widzenia i łatwiej wówczas wydaje się opinię (a może inaczej: łatwiej uzasadnić swoją opinię, bo przecież napisać, że książka była nudna jest łatwo, trudniej podać argumenty dlaczego za nudną ją uważamy). Osobiście nigdy nie pokusiłabym się o napisane recenzji książki sci-fi, bo to nie moja działka, tak samo więc dziwi mnie, gdy ktoś czytający zwykle ciepłe, słodkie czytadła bierze się za recenzowanie Pamuka czy Rushdiego. Nie ufam opinii tych osób. Podobnie rzecz ma się z każdym rodzajem sztuki. W 2008 recenzent spektakli tanecznych dla "Financial Times", Clement Crisp napisał: "Zacząłem chodzić na przedstawienia baletowe jako dziecko w 1943 roku i w ciągu następnych 20 lat obejrzałem wszystko, co było do obejrzenia. Widziałem powstanie wielkich zespołów, nadejście Rosjan, Duńczyków... Uczyniłem to, zanim zacząłem o balecie pisać. Ktoś, kto był na pięciu produkcjach "Jeziora Łabędziego" może pisać o nim w internecie. Ale ja chcę usłyszeć, co sądzi osoba, która widziała 500 "Jezior Łabędzich", zanim podniosła pióro". Nic dodać, nic ująć. Dlatego też większość dobrych gazet brytyjskich zleca recenzje książek specjalistom od danej tematyki, autora czy rejonu geograficznego. Nie do pomyślenia, by recenzję książki, dajmy na to, o Chinach pisała osoba, która nigdy w Chinach nie była, nie mówi po chińsku i (często) sama nie opublikowała przynajmniej jednej książki na podobny temat. Inna postawa byłaby brakiem szacunku dla czytelnika. Mało co irytuje mnie w recenzjach pisanych przez amatorów bardziej, niż zarzut o nieautentyczność, gdy autor recenzji nie ma pojęcia o danej kulturze czy kraju. Amatorzy nieporównywalnie częściej z niespełnienia ich oczekiwań względem dzieła czynią zarzut wobec jego autora.

2) Nie interesuje mnie na ogół cudza prywatna opinia - chcę wiedzieć, czy książka, film lub sztuka jest dobra. O ile w świecie literatury generalnie czuję się dość pewnie, o tyle wybierając się do opery chciałabym polegać na opinii osoby znającej się na rzeczy przy wyborze spektaklu. Wierzę, że osób myślących podobnie jest sporo. Profejsonalny krytyk jest w stanie odsunąć na bok własne preferencje czy gusta, blogerowi-amatorowi przychodzi to z trudem. Profesjonaliści, nie dość, że dysponują większą wiedzą, z reguły ostrożniej wyrażają swoją opinię. Nie chwalą filmu, bo lubią konkretną aktorkę i przymkną oko na braki w scenariuszu (ile razy czytałam niepochlebne opinie na temat różnych nieanglojęzycznych filmów na Lovefilm, w których jedynym zarzutem był fakt, że trzeba czytać napisy i to męczące). Nie zarzucą książce, że jest nudna, bo traktuje o czymś, co ich nie interesuje. Profesjonalny krytyk potrafi uargumentować, dlaczego dane dzieło jest dobre lub złe, potrafi dotrzeć do głębszych jego warstw, potrafi polemizować z autorem w sferze merytorycznej. Amator rzadko kiedy jest w stanie to czynić, nazbyt często zaś pisze, że "książka była dobra, bo mnie wzruszyła", a zdarzają się też niedojrzałe opinie, w których przebrzmiewa krytyka dzieła za użycie przez autora wulgarnego języka lub wyrażanie poglądów przez bohatera, z którymi autor recenzji się nie zgadza (sic!). Opinie wydawane przez tego typu osoby są w najlepszym razie nieodpowiedzialne i niewarte uwagi, w najgorszym - krzywdzące i kłamliwe. Zawodowi krytycy pozbawieni są uprzedzeń.

3) W prasie brytyjskiej dość często można znaleźć recenzje książek przed ich publikacją, podobnie jest z filmami, przedstawieniami teatralnymi itp. Dla mnie to bywa istotne, bo np. spotkania z pisarzami odbywają się często w dniu premiery ich nowych książek i lubię poczytać o danej pozycji zanim zdecyduję, czy kupię bilet na spotkanie (zwłaszcza jeśli autora nie znam). Wielkim plusem obecności blogerów - którzy mogą recenzować dane dzieła szybko, ale w praktyce rzadko to robią - jest fakt, iż profesjonalni krytycy przyśpieszyli wyrażanie własnego zdania, choćby poprzez wspomniane wyżej kanały. 

4) Fakt, iż profesjonalnym krytykom płaci się za pracę, powoduje, że przykładają się oni do niej. W internecie można znaleźć mnóstwo fatalnie napisanych recenzji, niekonstruktruktywnej krytyki, nieuzasadnionych pochwał i zarzutów. Nikt nie wymaga, by recenzent-amator doszkolił warsztat, stawiał sobie wyzwania i dbał o język oraz styl. Nawet piszący wyjątkowo niechlujnie znajdą swoich fanów. Tymczasem profesjonalni krytycy - zaznaczam, że mówię o dobrej prasie - z reguły mają świetnie opanowany warsztat, nie robią błędów językowych, wiedzą, że tekst ma mieć rozwinięcie, środek i zakończenie, a jeśli łamią ten schemat, to celowo. Ich język jest precezyjny, dokładny, przemyślany. Oni zwyczajnie potrafią pisać i często wydali przynajmniej jedną książkę w dziedzinie, na której się znają. Rzecz jasna w internecie też można znaleźć recenzentów-amatorów, których pisanina wcale amatorska nie jest, a wznosi się na poziom równy, albo nawet przewyższający ten krytyków profesjonalnych. Ale to wyjątki, o czym wszyscy dobrze wiemy.

Jeden z najbardziej przeze mnie cenionych krytyków filmowych, Philip French, który dziś, w wieku 79 lat wciąż ogląda kilkanaście filmów tygodniowo i pisze dla "Observera" od ponad 30 lat, a niedawno wydał własną książkę, tak mówi o wyzwaniu dla krytyków rzuconych przez blogerów: "Ludzie zawsze powinni mieć prawo do wyrażania własnego zdania. Prawo do własnej opinii zostało rozciągnięte, ale nie trzeba być elitystą, by stwierdzić, że nie każda opinia ma tę samą wartość. Jest dobry krytycyzm i zły krytycyzm. Ryzyko polega na tym, że zły krytycyzm może wyprzeć ten dobry poprzez zwykłą skalę". W ostatnich latach widać, że autorzy coraz silniej przejmują się tym, co sądzą o ich dziełach anonimowi często blogerzy i komentatorzy. Wystarczy pośledzić trochę wydarzenia w polskim światku internetowym, by zauważyć, że tzw. artyści zrobili się bardzo wrażliwi na jakąkolwiek krytykę. Pomijam tu już idiotyczne zarzuty o łamanie etyki dziennikarskiej, jakie pod adresem Tomasza Raczka (skądinąd profesjonalisty) wysuwał jeden z reżyserów polskich. Znane wielu blogerom są wojny na słówka i argumenty między kilkoma początkującymi polskimi autorkami książek a recenzentkami blogowymi, co doprowadziło do powstania dwóch polaryzacyjnych obozów. Świadczy to o tym, iż społeczeństwo coraz chętniej przypisuje blogerom i amatorskim komentatorom ten sam autorytet - abstrahując, czy na niego zasługują czy nie, którym cieszyli się przez lata profesjonaliści. Skończył się monopol zawodowych krytyków na wyrażanie zdania, a osoby takie jak ja - zwyczajnie piszące o swoich wrażeniach z lektury czy filmu - dołączyły do krytycznego dyskursu

To, co mnie może martwić, i niekiedy martwi, to odczucie, że w imię prawa do wyrażania własnego zdania zbyt często przestajemy koncentrować się na poziomie owego zdania, a skupiamy się niemal jedynie na wyrzuceniu go z siebie i daniu znać wszem i wobec, czy wobec danego dzieła czy zjawiska jesteśmy na "tak" czy na "nie". Zbyt często wpadamy w pułapkę, w której nasze emocje biorą górę nad oceną wartości danego dzieła (nie twierdzę bynajmniej, że udział emocji w ocenie jest zły, twierdzę jedynie, że nie powinien być zawsze decydujący oraz że powinniśmy umieć zdawać sobie z niego sprawę). Często pisząc o mniejszej roli krytyków, a większej blogerów, zwracamy uwagę na sukces komercyjny kontra uznanie tzw. elit. Lekceważy się często zdanie profesjonalistów przy komentowaniu decyzji odnośnie nagród literackich czy filmowych, tymczasem sądzę, że warto czasem przyjrzeć się ich kryteriom oceny - być może nauczymy się czegoś w podejściu do literatury lub filmu. 

Na koniec chciałabym przytoczyć ciekawą opinię Hariego Kunzru, który wypowiedział ją na łamach "Observera" ponad półtora roku temu:

"W Ameryce elitaryzm kulturalny mało ma do czynienia ze sztuką. W jadowitej debacie między populistami Jacksonowskimi [chodzi o odniesienie do Andrew Jacksona, bohatera z wojny o Nowy Orlean w 1829, zwolennika populizmu] a kimkolwiek, kto wszedł im przed lufę karabinu/naruszył symbole pomiarowe w tym tygodniu, "kultura" odnosiła się przede wszystkim do wartości: wiary w Boga, patriotyzmu, rodziny nuklearnej itd. Idea artystycznej "elity krytyków" zazwyczaj pojawia się wyłącznie w kontekście kontrowersji takich jak skandal wokół usunięcia przez Smithsonian filmu video z roku 1987 autorstwa Davida Wojnarowicza, po skargach republikańskich kongresmenów odnośnie rzekomego obrażania chrześcijan.

Wartości estetyczne są tu, w Ameryce, bez znaczenia. Kluczowy jest atak na społeczne dziedzictwo z lat 60. i próba odwrócenia upadku moralnego autorytetu kościoła. "Nowy Jork" wraz ze swymi bankierami i "obrzydliwymi" galeriami sztuki oraz podejrzanie europejskim systemem transportu publicznego często reprezentuje mglistwe wyobrażenie tego Co Jest Nie Tak z Ameryką. Albo "Hollywood", rozumiany jako żydowska konspiracja mająca na celu podważenie wartości narodowych, pokazująca amerykańskich żołnierzy, jak przegrywają bitwy, i kobiety z gołym biustem.

W bardziej ideologicznie wyrafinowych kręgach amerykańskiej prawicy, pojęcie elit kulturalnych jest groźne, gdyż sugeruje, że wartość może mieć coś innego niż tylko czyste siły rynku. Jak śmiesz ty, niewybrany krytyku, kierować się fachową wiedzą, która może być w stanie podważyć mistyczne wybory konsumentów? W takim klimacie podział na wysoką i niską kulturę zdaje się byż reliktem z zamierzchłej epoki. Żyjemy obecnie w czasach tyranii średniej półki. Nikt poważnie nie myśli, że Oscarami nagradzane są najlepsze filmy albo Grammy najlepsza muzyka. Litościwie ktoś mógłby powiedzieć, że reprezentują one rodzaj równania do przeciętności, że są wyznacznikiem gustu grupy dobrze poinformowanych osób. W najgorszym wypadku krytycy, występujący masowo, z jednym okiem na tym co popularne i drugim na tym co dobre, wychwalają dzieła, które nie budzą w nich niepokoju. To dlatego mamy tak dużo rzeczy, które wyglądają jak sztuka, pachną jak sztuka, ale jeśli się w nie wgryziesz, smakują jak tektura. 

To dlatego mamy internet. Serwisy społecznościowe nie dążą do konsensusu. Zamiast tego karmią się sprzecznymi opiniami. Wątek ciągnięty przez różnych ludzi (zawodowców lub amatorów, opłacanych lub nieopłacanych), których gustowi ufasz (a z niektórymi możesz nawet produktywnie się nie zgadzać) to najlepsza droga, by wydostać się spod tego nużącego, przygniatającego ciężaru kultury średniopółkowej. To wymaga więcej pracy niż zdobycie opinii z telewizji, ale jeśli raz spróbujesz, nigdy już nie obejrzysz się na to, jak było kiedyś".  

A co Wy sądzicie na ten temat? Czy w dzisiejszym świecie jest jeszcze miejsce na profesjonalnych krytyków? Czy są oni jeszcze w stanie kreować opinię publiczną, czy ich rolę przejęła rzesza mniej lub bardziej anonimowych amatorów, wyrażających swoje zdanie w internecie?

billboard w metrze w Berlinie

środa, 18 lipca 2012
Orgia kulturalna na Latitude - część I

Fot. Jen O'Neill

Zawsze podziwiałam umiejętność zachowania dobrego nastroju u Anglików niezależnie od okoliczności. Na tegorocznym, siódmym już, festiwalu Latitutde w Suffolk, który reklamuje się jako "o wiele więcej niż tylko festiwal muzyczny", pogoda nieszczególnie dopisała. Było zimno, przez trzy dni z czterech padał deszcz, przedzieranie się przez błoto wymagało czasem niezłej kondycji, a gęsto rozstawione namioty zapewniały jedynie minimum prywatności. Nie przeszkadzało mi jednak nic z tego, nawet branie prysznica w lodowatej wodzie (intymności żadnej, nawet zasłonek nie ma w rzędzie prysznicy ani ścianek odgradzających jeden prysznic od drugiego) - zaprawiłam się już w Himalajach i takie drobne niedogodności mi niestraszne, a zdrowie mam iście końskie. Nie przeszkadzało to też kilkudziesięciu tysiącom ludzi, w wieku od kilku miesięcy do na oko osiemdzięciu lat. Latitude jest podobno jednym z najbardziej przyjaznych rodzinom festiwali i to widać. Mnóstwo rodziców z niemowlakami i starszymi dziećmi chodziło z koncertu na koncert do późnej nocy, taplało się w błocie, pchało wózki przez pola namiotowe. Starsi fani muzyki spacerowali wolno z ubłoconymi laseczkami, a w namiotach, gdzie odbywała się część imprez, rozstawiali składane krzesełka i siadali na nich z termosem. 


Uważam się za zahartowaną dziewczynę, ale nawet ja musiałam nosić rajstopy pod sukienką przy temperaturze ok. 10 stopni i w deszczu. Tym bardziej nie mogłam wyjść z podziwu patrząc na tysiące dziewczyn w króciutkich spodenkach, z gołymi nogami. Te ich nogi! Przepięknie zgrabne i szczupłe, długie do nieba, niesamowite. W moim prywatnym rankingu Angielki uważam za jedne z najatrakcyjniejszych kobiet świata. Ich młodziutcy koledzy wcale od nich nie odstawali, wielu wyglądało jak młodzi bogowie. Co się stało z trądzikiem, który kiedyś był zmorą nastolatków? Podczas całego festiwalu nie widziałam chyba ani jednej osoby poniżej 20 roku życia z pryszczami. Nie utożsamiałam nigdy porcelanowej cery z wiekiem nastoletnim, ale naprawdę co dzień naocznie przekonuję się, że można mieć kilkanaście lat i cerę jak przysłowioa pupka niemowlaka. 


Ta dziewczyna wolała słuchać Johna Pilgera w pozycji leżącej

Latitude jest imprezą dla klasy średniej, wiele jest żartów wokół tego. Rozmawialiśmy z Guciem na ten temat próbując określić, czymże ta klasa średnia na tego typu festiwalu się charakteryzuje. Pierwsze, co Gucio zauważył, to posiadanie disposable income - dochodu, którym można swobodnie dysponować. Dla osób pracujących i zarabiających nieźle wydanie ok. £200 na osobę za cztery dni imprezy to pikuś, ale młodzież nie zawsze może sobie na to pozwolić. A jednak kilkadziesiąt tysięcy nastolatków mówi samo za siebie. Jeśli nie płacą za wstęp z własnej kieszeni to nie dziwię się rodzicom, że fundują takie atrakcje, nie wyobrażam sobie bowiem bezpieczniejszego miejsca na posłanie swych dzieci. Latitude uchodzi za bardzo cywilizowany i grzeczny festiwal. Nie ma picia do nieprzytomności, choć imprezy toczą się niekiedy przez całą noc przed namiotami, gdy nawet silent disco dobiegnie końca (a swoją drogą takie silent disco to świetny wynalazek - tańczy się przy słuchawkach do muzyki, której osobnicy bez słuchawek nie słyszą; takie dyskoteki można organizować więc zaraz przy namiotach, bo nikomu nie przeszkadzają). W ciągu dnia popija się piwo lub cider, wodę i ewentualnie herbatkę lub kawę. 



Cywilizowany charakter festiwalu polega też na tym, że wszystkie atrakcje dostępne są dla osób niepełnosprawnych. Widziałam przynajmniej kilkanaście osób na wózkach inwalidzkich, a także staruszkę, która z tobołami przejeżdżała przez pole namiotowe na specjalnym automobilu dla osób mających trudności z chodzeniem. Wszędzie są toalety dla niepełnosprawnych, takie osoby bez problemu dostaną się do każdego namiotu, przed każdą scenę i na każde stoisko - przed największą sceną jest też kilka rzędów miejsc siedzących specjalnie dla niepełnosprawnych. Żadnej dyskryminacji nie ma. Ponieważ nie miałam wcześniej doświadczenia z festiwalami wydawało mi się, że oferują raczej nieciekawy wybór jedzenia. Tymczasem zostałam bardzo mile zaskoczona. Co rano ustawiała się kolejka po darmowe musli z mlekiem sojowym Alpro w kilku smakach, sojowe jogurty i smoothies (znakomita reklama, swoją drogą). Wybór vanów, budek z jedzeniem i kawiarni rozstawionych na wzgórzach był imponujący. Od angielskich pies i ryby z frytkami poprzez dania kuchni meksykańskiej, chińskiej, hiszpańską paellę, po wegańskie przysmaki (szczególnie wegańskich i wegetariańskich miejsc było moim zdaniem całkiem sporo) i bezglutenowe kanapki i sałatki. W deserach też można było przebierać - cupcakes z londyńskiej kawiarni Hummingbird Bakery, bezglutenowe macaroons, churros, donuty i lody laktozowe i bez laktozy. Upodobaliśmy sobie Hurly Burly Café. Fenomenalna wegetariańska kawiarnia w sporym namiocie (ich zupa z soczewicy i słodkich ziemniaków z pełnoziarnistym chlebem rozgrzała nas nieźle w deszczowe, sobotnie popołudnie), w którym obsługa przebrana była w stroje jak z cyrku i burleski i co kilkanaście-kilkadziesiąt minut przerywała pracę, by oddać się kontrolowanemu szaleństwu tanecznemu ku uciesze jedzących i tych, którzy dopiero stali w długaśnej kolejce po jedzenie.

A co z kulturą? Ta była na najwyższym poziomie. Z kilkuset imprez odbywających się przez cztery dni trudno wybrać te najlepsze. Sam program zawarty był w książce ponad 300-stronicowej, którą każdy wertował w przerwach między koncertami czy spotkaniami z poetami. Każdy zapewne ma poczucie, że musiał zrezygnować z czegoś, co bardzo chciał zobaczyć, bo zwyczajnie mnóstwo imprez pokrywało się czasowo z innymi. Pięć scen muzycznych z koncertami różnych zespołów w tym samym czasie, do tego wielki namiot z poezją (każde spotkanie z poetami przyciągało kilkusetosobowe tłumy, trudno się było czasem przepchać), wielki namiot z literaturą innego rodzaju, sceny z kabaretem, komikami, dwie sceny poświęcone teatrowi, namiot filmowy, salonik literacki, do tego las... A w lesie niesamowite atracje: instalacje na drzewach, wśród drzew, namiociki i domki gdzie tylko okiem sięgnąć. Atmosfera była magiczna! Zachwycił mnie salonik z dziewczynami w stylu pin-up w japońskich kimonach, pijących herbatkę i od czasu do czasu tańczących z parasolkami. Rozbawił namiocik z warsztatami robienia na drutach - liczba młodych mężczyzn dziergających szaliki i czapki przewyższała liczbę kobiet. Wzruszył van z poezją na wynos - poeci pisali wiersze na zamówienie, niestety kiedy to odkryłam nie przyjmowali więcej zamówień, bo popyt przekroczył ich najśmielsze oczekiwania. Pokaz mody na wodzie absolwentów najlepszych angielskich uczelni mody przegapiłam na rzecz koncertu The Antlers, a na zdjęciach wygląda spektakularnie. Warsztaty jogi, swingu, lindy hop. Wykłady The School of Life z londyńskiego Bloomsbury, "szkoły życia" założonej m.in. przez Alaina de Bottona, przyciągały tłumy - ale tłumy były wszędzie, każda impreza cieszyła się powodzeniem, pustek nie zauważyłam nigdzie. Mnóstwo zabaw zorganizowano dla dzieci, lecz w ogóle nie wchodziłam do olbrzymiej części dziecięcej, więc nie wiem dokładnie, co dla nich przyszykowano. Już pierwszego wieczoru zaparło mi dech z wrażenia, gdy trzeba było przejść z pola namiotowego do części z koncertami przez tzw. Most Pisarzy - oświetlony megawielkimi papierowymi kolorowymi latarniami, nad rzeką, w której wyświetlano scenki z igrzysk olimpijskich sprzed lat, z ciemnymi sylwetkami ludzi idących w obu kierunkach przypominał mi do złudzenia słynny most z filmu Miyazakiego "Spirited Away". 

Szycie bunting, czyli chorągiewek, z różnych materiałów


Do tego dziesiątki sklepików - od obowiązkowych księgarń z książkami używanymi (z perełek dostrzegłam album o polskich plakatach filmowych reklamujących westerny i komiks irański o ratowaniu biblioteki w Bagdadzie, a także stare egzemplarze "Paris Review"), po przepiękną, srebrną biżuterię ludów wędrownych z terenów Sahary, mnóstwo stoisk z ubraniami vintage,  i typowe sklepiki z tandetą w stylu rynku w Camden. 

Sporo było dobrego teatru, od najlepszych w minionym roku w Wielkiej Brytanii i nagradzanych sztuk, o których było głośno, po spektakularne przedstawienia taneczne pod patronatem Sadler's Wells (który jest najbardziej cenionym teatrem muzycznym w Europie i który notabene mam za rogiem). Darowałam sobie ponoć rewelacyjną sztukę Irańczyka Nassima Soleimanpoura "White Rabbit, Red Rabbit" czy "Clockwork Orange", ale poruszyła mnie "Dream Pill" kobiecej grupy Clean Break - krótka, minimalistyczna sztuka grana przez dwie młodziutkie czarnoskóre brytyjskie aktorki o przemycie dziewczynek z Nigerii do pracy jako prostytutki w Wielkiej Brytanii. 

Zainteresował mnie jeden z najbardziej lubianych poetów brytyjskich (i dodatkowo bardzo aktywnie udzielający się społecznie już od lat 80. weganin), Benjamin Zephaniah pochodzący z Jamajki, który przez godzinę wykrzykiwał swe pełne złości i goryczy, a zarazem bardzo dowcipne, wiersze do entuzjastycznego tłumu - a słuchaczy było może 300-400 w namiocie plus ze dwie setki na zewnątrz. Jego poezja jest nietuzinkowa, ale w moim odczuciu dość jednowymiarowa; ileż można posiłkować się złością, pielęgnować ją w sobie, karmić się nią?

Benjamin Zephaniah

Ze spotkań literackich zaplanowałam jedno, w sumie brałam udział w trzech.

- Siri Hustvedt zaskoczyła mnie swym entuzjazmem do nauki i inteligencją. Rozmawiała z redaktorką magazynu "Psychologies" o neurobiologii, filozofii percepcji, sile pamięci, chorobach psychicznych i kreatywności nawiązując do i rusz do Husserla, Merleau-Ponty'ego i Freuda. Promowała na spotkaniu swój nowy zbiór esejów "Living, Thinking, Looking", który Gucio od razu po spotkaniu zakupił. Bardzo inspirująca kobieta.

Siri Hustvedt

- John Pilger, którego już słuchałam 10 lat temu w Sydney i który wówczas nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, tym razem zasiał w głowie wiele pytań. Australijczyk od lat mieszkający w Wielkiej Brytanii wybił się przed laty swymi reportażami z Kambodży i Wschodniego Timoru, a na festiwalu mówił o zobowiązaniach, jakie dobre media posiadają wobec odbiorców, interwencji zbrojnej Wielkiej Brytanii w Iraku i Syrii, naszym obowiązku żywszego reagowania na izraelski apartheid i zmianie roli odgrywanej przez gazety na przestrzeni lat.

- John McCarthy, uznany brytyjski dziennikarz, który lata 1886-1991 spędził jako zakładnik Hezbollah w Libanie podczas tzw. Lebanon hostage crisis, oderwany od reszty świata (był najdłużej przetrzymywanym brytyjskim zakładnikiem). Na spotkaniu mówił jednak o swojej nowej książce "You Can't Hide the Sun: A Journey Through Israel and Palestine" i prześladowaniach Palestyńczyków przez Izraelczyków, na które to łamania praw człowieka wciąż reaguje zbyt mało narodów. Mowa była o ludzkiej wrażliwości, wartościach humanitarnych i czemu, skoro presja ze strony Wielkiej Brytanii była w stanie pomóc znieść apartheid w RPA, nie byliśmy w stanie do tej pory zrobić tego samego w Izraelu.


Muzyczny ciąg dalszy nastąpi... - blox twierdzi, że mój wpis jest zbyt długi.

PS. Niestety nie wolno było mieć aparatów fotograficznych z usuwanym obiektywem, więc zabrałam ze sobą mój stary aparat - zapomniałam już jak kiepski jest i jak fatalne zdjęcia wychodzą robione nim. Na festiwalu jednak widziałam, że niektórym udało się przemycić lepsze Canony i Nikony i żałowałam, że nie wzięłam lepszego aparatu. Tych, którzy pragną zobaczyć o wiele lepsze fotografie, zapraszam na oficjalną stronę festiwalu Latitude.

środa, 20 czerwca 2012
Jak blisko do natury, jak daleko...


Nie mogę się napatrzeć na te zdjęcia. Chłopcy i dziewczęta, mężczyźni i kobiety z doliny Omo, z plemion Surma i Mursi, żyjących na granicy Etiopii, Sudanu i Kenii, przystrajają swe ciała naturalnymi darami natury, a efekt jest powalający. Hans Silvester, niemiecki fotograf, przemierzył sawanny, by obserwować piękno ozdób tamtejszych mieszkańców i uwiecznić je na fotografiach zawartych w rewelacyjnym albumie "Natural Fashion. Tribal Decoration from Africa". Ozdoby te niemal zawsze nie mają podobno żadnego rytualnego znaczenia, są często tak pozbawiono głębi, jak naszyjnik, który wiesza sobie na szyi Polka czy Angielka. Mieszkańcy doliny czerpią hojnie z natury, wykorzystując co tylko się da: rogi kozic, liście drzew, gałęzie przyozdobione listowiem, zęby dzika, kolorowe pióra ptasie, barwne kwiaty, a dodatkowo malują ciała we wzory pigmentami powstałymi ze sproszkowanych kamieni, najróżniejszych roślin, jagód i błota rzecznego. Niekiedy wykorzystują też elementy nienaturalne: puste naboje do karabinu, szczątki popsutych dlugopisów, koraliki czy odłamki szkła - smutne suweniry z kontaktu z zachodnią cywilizacją, ale te są rzadkością. Preferuje się naturalne dekoracje. Szczęśliwcy noszą miedziane bransoletki, ale one są prawdziwym luksusem i jedna z nich może być warta kilka kóz, więc mało kto może sobie na nie pozwolić. Ciało jest niczym płótno dla malarza - stanowi niesamowite pole do popisu dla swych umiejętności, fantazji i kreatywności. Ozdoby podkreślone są przez fakt, że nikt w dolinie nie nosi żadnych ubrań. Jedyny praktyczny aspekt ozdób jest ten, iż mogą one chronić przed słońcem, które bywa bezlitosne w tej szerokości geograficznej. Błoto i pigment tworzą barierę równą mocnemu filtrowi przeciwsłonecznemu. 


Silvester pisze, że domy członków plemienia Musi i Surma są równie naturalne, jak ornamenty na ich ciałach. Od dawien dawna te plemiona są wędrowne, muszą być w stanie zbudować domy "z niczego" i zostawić je za sobą bez żalu. Ich dobytek sprowadza się do stadka zwierząt i majątku, który można unieść na plecach: glinianych naczyń, tykwy, skór zwierząt, na których się śpi oraz broni (kałasznikowów dla mężczyzn, noży dla kobiet i dzieci). Domów nie buduje się z gliny, a wyłącznie z konarów drzew i przyozdabia liśćmi. Mają dawać schronienie, być łatwe w budowie, ale nic poza tym. 

Zdawać by się mogło, że tak silnie rozwinięta sztuka przyozdabiania ciała będzie obwarowana przeróżnymi zasadami i swoistą hierarchią rodzajów ozdób. Silvester nie zaobserwował nic takiego, poza jednym rytuałem. Po powodzi, jaka nastąpiła w wyniku straszliwej burzy i ulewy, porywającej ze sobą chaty i drzewa, każdy we wsi namalował trzy zielone linie na czole. Te znaki miały uspokoić złego boga burzy i zmniejszyć jego destrukcyjne moce. Fotograf dostrzegł natomiast, że dzieci uczą się malowania ciała od małego. Najwięcej czasu na "makijaż" poświęcają, co wcale nie dziwi, nastolatkowie. Większość wzorów maluje się palcami, ale do tych bardziej skomplikowanych wykorzystuje się cieniutkie gałązki lub trzcinki, zapewniające większą precyzję. Gdy jakiś wzór nie wychodzi, wskakuje się do rzeki, by zmyć z siebie wszystko i zacząć od nowa. Malować trzeba się szybko, w temperaturze ok. 40 stopni C pigment schnie błyskawicznie i nie ma czasu na poprawki. Przyozdabianie ciała nie jest też czynnością wykonywaną w samotności. To okazja do towarzyskich spotkań, plotek i rozmów. Przydaje się też pomoc drugiej osoby, zwłaszcza przy malowaniu twarzy i pleców.


Ciekawe jest to, że nikt nigdy nie widzi swych dzieł, chyba że rzadko kiedy na zdjęciach. Nikt nie posiada lustra, woda w rzece jest zbyt mętna, by można było się w niej przejrzeć jak w zwierciadle. Dowodem świadczącym o urodzie własnych ozdób jest jest zachwyt widziany w oczach innych. 

Malowidła przypominają mi czasem maski japońskiego teatru Noh, zwłaszcza na fotografiach Silvestra, na których twarze mieszkańców doliny nie mają żadnego wyrazu. Elementy ozdób mogą przypominać dzieła Matisse'a (gwiazdki i powtarzający się motyw plamek) lub Picassa (szczególnie jeśli chodzi o motyw podziału twarzy na połowy przez namalowanie pionowej kreski na środku twarzy i malowania obu połówek innymi kolorami). Z niektórych twarzy bije wielka melancholia i czasem jeden kwiat wetknięty za ucho i kilka białych smug na policzkach robi większe wrażenie niż lico całe w kolorowe ciapki. 


Na ile sztuka plemion Mursi i Surma ma szanse na przetrwanie? Silvester zadaje to pytanie w kontekście kontaktu z mieszkańców z przybyszami. Podkreśla, że malowanie ciała było od prehistorycznych czasów nieodłącznym elementem codzienności i sposobem na przetrwanie. By polować skutecznie, trzeba było wtopić się w naturę, nie odróżniać się wyglądem od buszu czy zwierzyny. Pełna harmonia z otoczeniem. Turystyka w regionie doliny Omo nie jest rozwinięta, jak można przypuszczać, ale można się spodziewać, że głodni egzotyki turyści będą najeżdżać te tereny za jakiś czas - ochota na zwiedzanie ziem jeszcze dziewiczych (których coraz mniej pozostało w dzisiejszym świecie) jest większa niż wiara, że należy pozostawić te plemiona samym sobie. Choć z drugiej strony, tak mi się wydaje, osoby, które wybierają się do doliny Omo, najpewniej są wystarczająco wrażliwe i pełne szacunku, że nie narzucają się ze swoją kulturą. Jednakże Silvester wspomina, że gdy odwiedził te rejony w 2004 napięcie było wyczuwalne. Każdej nocy słyszał strzały z kałasznikowów, a w powietrzu wyczuwało się zapach nadchodzących wojen międzyplemiennych... Największe zagrożenie dla istnienia kultur Mursi i Surma stanowią przedsiębiorcy z Kenii, którzy ściągają zagranicznych turystów do doliny Omo, by pokazać im "egzotykę", jakiej ci łakną. Podobnie jest w innych krajach - głośny był w Wielkiej Brytanii parę miesięcy temu skandal z indyjskimi operatorami wycieczek na Wyspy Andaman, którzy nie respektując kultury mieszkańców wysp, oferowali turystom (w dużej miesze także indyjskim) "ludzkie safari" (tak ochrzciła typ wycieczek, na których podejrzeć można było nagość członków plemienia Jarawa, prasa brytyjska). Kenijczycy zaczęli już zwozić hordy turystów do jednej z wiosek plemienia Mursi, każą tańczyć mieszkańcom przed turystami i przyzodabiać ciało bardziej spektakularnie niż mają na to ochotę sami mieszkańcy. Operatorzy wycieczek wprowadzili zwyczaj pobierania opłaty za fotografowanie miejscowej ludności, zapoznali członków plemienia ze zwyczajem picia alkoholu i chętnie sprzedają im broń palną. Jak napisał Silvester, "cały ten biznes cuchnie tragedią", szczególnie, że plemię Mursi nigdy nie było wojownicze, a jako lud wędrowny nie znało przywiązania do ziemi. Przykre, że zanikają kultury, a poszczególnym ludom (spójrzmy na plemiona z dorzecza Amazonki, na Nubijczyków czy Masajów) narzucona jest "cywilizacja". Szkoda, że zawsze owo "cywilizowanie" innych wiąże się z podlewaniem własnego ego i zdobywaniem zysków dla siebie.

Wszystkie fotografie są autorstwa Hansa Silvestera i pochodzą z ww. albumu.

***

Dla pragnących zgłębiać tematykę:

"The Book of Peoples of the World: A Guide to Cultures" - Wade Davis (National Geographic) 

"Tribal Asia: Ceremonies, Rituals and Dress" - Robert Schmid, Fritz Trupp (Thames & Hudson)

"Faces of Africa: Thirty Years of Photography" - Carol Beckwith, Angela Fischer (National Geographic)

"Decorated Skin: A World Survey of Body Art" - Karl Groning, Ferdinand Anton (Thames & Hudson)

"The World of Tattoo: An Illustrated History" - Maarten Hesselt van Dinter (KIT Publishers)

"Vanishing Beauty: Indigenous Body Art and Decoration" - Dos Winkel, Bertie Winkel (Prestel)

"Tribe: Endangered Peoples from around the World" - Piers Gibbon (Cassell Illustrated)

"Edward S. Curtis: The Women" - Christopher Cardozo (Little, Brown & Company)

poniedziałek, 27 lutego 2012
Fotografie o mocy rażenia

Przeglądam gazetę i nagle czuję, jakbym dostała obuchem w głowę. Serce zaczyna mi bić szybciej i z wrażenia nie mogę wymówić ani słowa. Widzę fotografię, która na zawsze zapisuje się w mojej pamięci. Podnoszę głowę i nic już nie jest takie samo. Fotografie o mocy setek słów. Zbieram je pieczołowicie, niektóre mam na pocztówkach, cudem zdobytych, inne tkwią w mojej głowie, jakby wyryte dłutem. Susan Sontag napisała kiedyś, że "zbierać fotografie - to zbierać świat". Układam sobie z tych "moich" zdjęć mozaikę świata, różnorodną, barwną, tajemniczą, radosną i bolesną. Nigdy nie będzie miała granic, tak jak świat granic nie posiada. I chyba nic nie pochłania mnie silniej niż to zbieranie świata...

An old Cantonese woman Guangzhou 1868-70, fot. John Thomson 

John Thomson, An Old Cantonese Woman, Guangzhou, 1868-70

Manufacturing #17, Deda Chicken Processing Plant, Dehui City, Jilin Province, 2005, Edward Burtynsky  

Edward Burtynsky, Deda Chicken Processing Plant, miasto Dehui w prowincji Jilin, fotografia z serii Manufacturing, 2005

Tehran, 1986, Jean Gaumy

Jean Gaumy, brak tytułu, Teheran 1986

Bosnia and Hercegovina, 1993, Ron Haviv

Ron Haviv, brak tytułu, Bośnia i Hercegowina, 1993

Margaret Bourke-White, 1937, Kentucky, USA

Margaret Bourke-White, bez tytułu, Kentucky, USA, 1937

Iracki wiezien ze swoim czteroletnim synem, Naaf, Irak, 2003, Jean-Marc Bouju

Jean-Marc Bouju, Iracki więzień ze swoim czteroletnim synem, Naaf, Irak, 2003

Son La Province, polnocno-zachowni Wietnam, Dang Ngoc Thai

Danc Ngoc Thai, kąpiące się kobiety, prowincja Son La, północno-zachodni Wietnam 

Urban Renewal, 2004, Edward Burtynsky 

Edward Burtynsky, City Overview from Top of Military Hospital, Szanghaj, fotografia z serii Urban Renewal, 2004

shirin neshat, untitled, 1996

Shirin Neshat, Untitled, 1996

Tom Stoddart famine in sudan, 1998

Tom Stoddart, Famine in Sudan, 1998

Louise Brooks, 1928, fot. WireImage

Louise Brooks w 1928, nie wiem, kto jest autorem fotografii, ale właścicielem jest WireImage 

Liu Heung Shing, Beijing 1989

Liu Heung Shing, 5 czerwca 1989 roku młoda para czeka pod mostem Jianguomenwai na obrzeżach pekińskiej dzielnicy dyplomatycznej, aż przejadą po moście czołgi Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, 1989
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14