| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

wtorek, 18 grudnia 2012
Work hard, play hard

Po raz pierwszy w życiu mogę powiedzieć, że ubóstwiam moją pracę i nie zamieniłabym jej na żadną inną. A jednak jakieś nauczycielskie powołanie kryło się we mnie... Uciekłam, mam nadzieję, że na dobre, od znienawidzonego "biura" do pracy, która jest wymagająca, nakazuje ciągłą koncentrację, ale sprawia tyle radości, że budzę się z uśmiechem i po 10 godzinach lekcji mam ochotę śmiać się i śpiewać na głos w metrze. Nauczam angielskiego w prywatnej szkole językowej w Tokio, w Akihabarze, małym, spokojnym studio, do którego przychodzą tak różni klienci, że nie sposób się nudzić. Moja szkoła ma ok. 35 filii w mieście i jeszcze więcej w innych miastach japońskich i chyba jest największą w Japonii. Oferuje lekcje indywidualne - grupowe nauczanie angielskiego generalnie nie sprawdza się w Japonii. Każdy instruktor ma elastyczny czas pracy, sam decyduje w jakie dni i w jakich godzinach pracuje, kiedy bierze urlop i na jak długo. Mnie to niezmiernie odpowiada, męczyłaby mnie praca codziennie od-do, czego zdążyłam w moim życiu doświadczyć, wolę być panią własnego czasu, pracować wieczorami (zwykle do 22:00), kiedy jestem najaktywniejsza i najlepiej funkcjonuję, za to wysypiać się do 9 rano i zaczynać koło południa. Klienci wykupują pakiety lekcji (od kilkunastu po powyżej setkę, ile kto chce) i rezerwują sobie lekcje, kiedy im odpowiada i z którym instruktorem chcą się uczyć (o każdym mogą sobie poczytać na stronie i zobaczyć jego zdjęcie) - każdą lekcję z osobna, nawet na pięć minut przed rozpoczęciem lekcji. Nikt nie jest przypisany do stałego czasu zajęć i instruktora, nie ma żadnego układania sobe życia wokół kursu językowego, co jest taką zmorą we wszystkich krajach, w których mieszkałam. Zaczęłam pracować dopiero trzy tygodnie temu, ale już obwołano mnie najpopularniejszą instruktorką w studio. Klienci pchają się na moje lekcje, specjalnie wybierają zajęcia właśnie ze mną, doradcy klienta polecają mnie zarówno początkującym jak i zaawansowanym biznesmenom. Mam już swoich adoratorów, m.in. młodego chłopaka (który ma żonę i dwuletnią córeczkę), który dopiero co zapisał się na lekcje w zeszłym tygodniu, a już uczył się u mnie sześć godzin w tym tygodniu i zarezerwował ze mną lekcje w styczniu. Po każdej lekcji klient może wystawić instruktorowi ocenę (1-5) i dopisać komentarz. Moje oceny są w przeważającej większości z tych najwyższych. Daję z siebie wszystko i lekcje ze mną zawsze pozostawiają klientów w świetnym humorze, z poczuciem, że dużo się nauczyli. Komentarze, które dostaję, bardzo mnie cieszą. Najbardziej rozbawił mnie ten o mniej więcej takiej treści (podobno trudno było przetłumaczyć, bo nawet po japońsku sposób sformułowania myśli był mętny): "Instruktorka prowadziła lekcję w tak dobry sposób, że nawet mimo mojego niskiego poziomu i fatalnej znajomości angielskiego lekcja była w stanie się odbyć" :)))

Kto do mnie przychodzi? Olbrzymia większość to mężczyźni. Tak już jest, że kobiety (tych generalnie jest mniej wśród klientów) wybierają przeważnie męskich instruktorów, a mężczyźni wolą uczyć się z kobietą, zwłaszcza drobną, blondwłosą i - co mi wiele osób powtarza, a co mnie zaskakuje - supersłodką. "Supersłodki" wygląd (którego ja zupełnie tak nie postrzegam u siebie) fajny jest jako zmyłka, bo potem - zwłaszcza z zaawansowanymi klientami - potrafię prowadzić dyskusję na poważne tematy: o klasyfikacji ubezpieczeń, poszanowaniu praw człowieka w Chinach, sposobach użytkowania satelitów, przyczynach upadania i rozwoju narodów, reinkarnacji i buddyzmie, aplikacjach na iPhone, pozwalających własnoręcznie badać swój stan zdrowia, klasyce japońskiego kina itd. Przydaje się czytanie "Economista". Specjalnie głębokie te rozmowy nie są, ale wystarczą, by wprowadzić odpowiednie słownictwo i dopasować lekcje do potrzeb i zainteresowań klientów. 

Klienci trafiają mi się całkiem zwyczajni: sprzedawca automatów z napojami, księgowy, miałam trzech pracowników firmy tytoniowej, gospodynie domowe (jedna starsza pani zdradziłaby, że chciałaby mieć taką wnuczkę jak ja - a ja poleciłam jej filmy Mikio Naruse, których nie znała). Niektórzy mają fascynujące zawody. Do moich ulubieńców należy przesympatyczny, szalenie dociekliwy, rewelacyjnie ubrany (żona wybiera mu wszystkie ubrania, chciałabym zobaczyć jej szafę...) młodziutki chłopak zajmujący się designowaniem satelitów. Bardzo lubię pewnego wiecznie roześmianego stomatologa, któremu pomogłam wybrać drukarkę, której faktycznie potrzebował. Fajnie rozmawia mi się z pewnym studentem ostatniego roku, który opowiada mi zawsze o spotkaniach informacyjnych firm, u których chce pracować (na pierwszy plan wybijają się Nikon i NASA) i który wpada do mnie na lekcje po spotkaniach ze swoją dziewczyną. Fascynujące dwie lekcje miałam z menedżerem ubezpieczeniowym, przystojniakiem jakich nawet w Japonii mało, który po godzinie rozmowy o ubezpieczniach przyznał mi się, że on przez ostatnie 30 lekcji rozmawiał niemal tylko o swojej pracy, ale przy mnie wreszcie poczuł się gotowy nadrobić swoje braki w umiejętności prowadzenia rozmowy na inne tematy, więc przez kolejną lekcję rozmawialiśmy o malarstwie impresjonistycznym i podróżach do Francji i Włoch (to jego zainteresowania - zdradził mi, że zarabia ogromne pieniądze i może sobie pozwolić na wakacje w obu krajach i wynajęcie prywatnej plaży i posiadłości). Trafiła mi się słodka dziewczyna, wyglądająca na jakieś 14 lat, ubrana jako Gothic lolita, w czarne koronki i falbanki, z dwoma kucykami i aparacikiem na zębach, która studiuje na Tokyo University i opracowuje rewolucyjny język komputerowy, który w przyszłym roku będzie prezentować na międzynarodowych konferencjach. Teraz patrząc na te kiczowato ubrane małolaty w Harajuku czy Shibui będę miała moją uczennicę przed oczami... Wczoraj przyszła do mnie bardzo ciekawa dziewczyna, pragnącą podszkolić angielski, by móc rozumieć seminaria swojego guru medycyny alternatywnej w Indiach, bo w tej chwili ma z tym trudności. Dziewczyna była kiedyś płetwonurkiem, ale zachorowała na chorobę dekompresyjną (ang. 'bends') i ukrywała to przed rodzicami z olbrzymim wysiłkiem. Teraz tylko niekiedy odczuwa ból w lewej połowie ciała, ale zyskała niesamowite poczucie, że może mieć kontrolę nad sobą, własnym ciałem i umysłem. Jest mocno uduchowiana, z matki katoliczki i ojca buddysty, rozmawiałyśmy więc o buddyzmie i religiach w ogóle, o karmie i energii (ona wybrała mnie przez moje wspomnienie w profilu na stronie internetowej wiosek himalajskich) i przyznała, że czuje bijącą ode mnie ciepłą energię. Fantastyczna jest ta różnorodność lekcji - dopiero co uczę kogoś, jak opisywać lokalizację i tłumaczyć jak gdzie dojść, a zaraz potem mogę rozmawiać na metafizyczne tematy, używając wysoce abstrakcyjnego słownictwa, które akurat ta dziewczyna rozumiała w locie... 

Przyszedł do mnie wreszcie prawdziwy dziwak. Mężczyzna pracuje w jednej z podtokijskich miejscowości w muzem techniki i na lekcje do mojej szkoły (aczkolwiek różnych filii, moja istnieje dopiero od października) chodzi od wielu lat. Wybiera wyłącznie kobiety instruktorki, co od razu spowodowało, że pomyślałam: oho, to nie będzie typowy klient. Faktycznie, po króciutkim small talku, wyjął kartkę i powiedział: "And now communication time" ("A teraz czas na komunikację"), a ja w myślach wywróciłam oczami. Zaczyna się... Facet miał przygotowany interview dla mnie! Całą godzinę zadawał mi pytania, a jego angielski był bardzo słaby, zbyt słaby, byśmy mogli sobie porządnie porozmawiać. Pytał mnie, co robiłam przed tą pracą, co studiowałam, gdzie pracowałam, dlaczego pracuję jako nauczycielka (niemal jak na rozmowie kwalifikacyjnej), jakie aspekty życia w Japonii mi się podobają, co lubię robić w czasie wolnym, a nawet... gdzie mieszkają moi rodzice. Opowiadałam mu o "Archipelagu", a on przyznał, że w ogóle nie czyta - koncept pisma online wyłącznie o książkach był dla niego niepojęty, dopytywał mnie kilka razy, co w ogóle można o książkach pisać (!). Szybko odniosłam wrażenie, że mężczyzna cierpi na jakąś odmianę autyzmu, jego sposób komunikowania się był mocno upośledzony i jego słaby angielski nie miał tu nic do rzeczy. On nie rozumiał uczuć, o czym się momentalnie przekonałam. Próbowałam żartować, ale na nic się to zdało. Mnie cała ta sytuacja bawiła, ale była też dość męcząca. W końcu przyznał, usatysfakcjonowany moimi odpowiedziami, że teraz koniec komunikacji i możemy przejść do ćwiczeń z książki :) 

Zbieram sobie małe anegdotki o moich klientach, śmieszne powiedzonka, czasem zadziwiające informacje, podane w specyficzny sposób... Kilka dni temu wprowadziłam jednemu klientowi słówko "empty" ("pusty") zamiast "void" (też "pusty" lub "niewiążący", ale w innym kontekście, a chodziło o puste i zatłoczone pociągi - znał "void", a nie znał "empty"). Wyjaśniłam znaczenie, a on na to: "To tak jak moje serce do mojej żony... bardzo ciężko...". Na moment mnie zatkało i mogłam tylko mruknąć, kiwając lekko głową, po pełnej respektu dla tego wyznania parusekundowej ciszy. Uwielbiam obserwować, jak Japończycy otwierają się przede mną. Jak niektórzy narzekają na tatemae w swojej pracy, jak odważnie zwierzają się między słowami ze swoich problemów w związku (jeden młody chłopak nie chodzi z kolegami po pracy na drinki, bo żona nie pozwala, nie wolno mu też wychodzić z nimi na lunch, bo ona przygotowuje mu bento box, a on daje się wcisnąć pod pantofel i nie myśli chyba, by się zbuntować). Niektórzy pokazują mi zdjęcia swoich dzieci, uduchowiona dziewczyna wyciągnęła nawet swój amulet, by mi go zaprezentować. Wychodzi na jaw krytyka japońskiej kultury i mentalności Japończyków ze strony moich klientów. Nie zliczę ile osób narzekało mi na brak poczucia humoru u Japończyków i duszenie wszystkiego w sobie. Świetnie, że chociaż lekcje ze mną zapewniają niektórym pewnego rodzaju wentyl, przez który mogą wyrazić co myślą - a do tego w obcym języku, w którym łatwiej zdobyć się na dystans...

czwartek, 06 grudnia 2012
Pokorny liść, jeden z wielu

Całymi garściami znoszę liście do domu. Wystarczy pojechać rowerem w dzień wolny od pracy do pralni odebrać górę koszul, by wrócić z naręczem złocistych liści miłorzębu. Zatrzymuję się na środku chodnika, podnoszę głowę do góry, a liście fruwają, fruwają, spadają mi na ramiona, a ja uśmiecham się do nich i siebie samej. Nikt się nie dziwi, nikt nie zerka jak na wariatkę. Obserwowanie koyo, kolorowych japońskich liści to narodowa pasja i wszyscy dobrze rozumieją moję oszołomienie. Szczególnie, że ja przecież pewnie obca, po raz pierwszy być może spędzam jesień w Japonii, jeszcze nie mam albumów mieniących się kolorami z corocznego święta ku czci matki natury. Trzeba dać mi się zachwycać do woli. Już na początku września w metrze zaroiło się od plakatów przedstawiających co bardziej malownicze zakątki kraju i zachęcające do planowania wycieczek. Ja  pierwszych dni listopada jechałam co kilka dni do parku Yoyogi, by obserwować zmiany na drzewach i cieszyć się kolejnym czerwieniejącym klonem. Liczyłam dni do końca miesiąca, gdy jesień wybuchła pełną krasą. Zapomniałam już, jaką radość sprawia widok cudownie skomponowanych drzew i synchroniczne przystrojenie szatek jesiennych. W tworzeniu ciekawych kompozycji drzewa japońskie nie ustępują nawet północnokoreańskim tancerzom. W międzyczasie mogłam cieszyć oczy niezwykle starannymi jesiennymi opakowaniami słodyczy, które obecnie przybierają już, ku mojemu żalowi, stroje zimowe.

(ciąg poniżej - mój przydomowy park Yoyogi)


Japończycy przy pierwszych rumieniących się liściach niecierpliwie wyciągali iPhone'y i pstrykali zdjęcia komórką, by parę tygodni potem wyciągnąć poważniejsze działa. Widok starszych i młodszych (głównie starszych) taszczących arcykosztowne aparaty fotograficzne z długimi na kilometr obiektywami i statywami, ustawiających się strategicznie pod/przed konkretnymi drzewami jest codziennością. Całe wycieczki pielgrzymują do parków i na ulice znane z pięknego ulistowienia. Przez Icho Namiki dori, Aleję Miłorzębów w Aoyamie, trudno się było przecisnąć we zeszłowtorkowe przedpołudnie - zadarte w górę głowy i oszałamiający blask złotych liści powoduje, że ludzie dosłownie tracą zdrowy rozsądek. Zatrudniono więc policjantów, pilnujących, by ludzie w amoku nie wyskakiwali pod jadące samochody, próbując utrwalić najbardziej urocze ujęcie ulicy. A ja wracając z przejażdżki cieszyłam się jak dziecko, gdy na równie żółtej, ale nie odwiedzanej przez nikogo ulicy, znalazłam liście miłorzębu o wiele większe niż na Icho Namiki dori i w dodatku nie podeptane przez setki podziwiających. Zatrzymałam się przy niepozornym krzaczku i zerwałam kilka zielonych liści wyglądających, jakby je ktoś powycinał misternie nożyczkami (okazały się być liśćmi morwy, ale nie wiem, jakiej konkretnie).

(ciąg poniżej - Icho Namiko dori)

zwyczajna ulica w mojej okolicy

Niczym szczególnym nie są w ostatnim czasie rozmowy między mną a Guciem, w których licytujemy się, gdzie kto widział bardziej oszałamiające kolory i dokąd jeszcze trzeba się wybrać. Gucio z entuzjazmem opowiadał, jak widział w parku grupkę mężczyzn ze stroświeckimi aparatami, takimi, że trzeba głowę nakryć, by zrobić zdjęcie, a ja oczyma wyobraźni już pstrykałam fotkę takiego przedpotopowego ezgemplarza z dzieckiem robiącym zdjęcie iPadem obok. Już to nieistniejące zdjęcie włożyłam do szufladki: "Nadaje się do Economista"... :) Guciowi w pracy polecono park Hibiya, więc pojechaliśmy do Maronouchi. Ja wybadałam Shinjuku gyoen i tak pewnego przedpołudnia można mnie było znaleźć podziwiającą karpie w strumyku i mieniące się wszelkimi barwami jesieni liście klonu, miłorzębu i wszelkich innych, których nazw nie znam w żadnym języku. I dumałam tak nad własną niemocą nienazwania tego, co przed oczami. Jakże człowiek zgłupiał - zna nazwiska setek gwiazd i gwiazdeczek filmowych czy muzycznych, a zwykłego-niezwykłego drzewa określić nie umie, mimo że ma je pod nosem i może nawet jego cząstkę zabrać ze sobą do domu.

(ciąg poniżej - park Shinjuku gyoen; tak, w sercu Shinjuku można odetchnąć od salonów pachinko i karaoke w takim pieknym miejscu)


zimowa wiśnia także wzbudziła mój zachwyt


Został jeszcze do obrzejrzenia - to z tych absolutnie koniecznych - park w Ryogoku, który polecił mi jeden z moich klientów (tych, których nauczam, nie nazywa się studentami ani uczniami, więc przełknijcie dwuznaczne brzmienie tego słowa). W ostatnim czasie pytanie zadawane przez mnie często na początku lekcji ("Jak spędziłeś weekend?") lub na końcu ("Jakieś plany na weekend?") w większości przypadków sprowadza się, jak to o tej porze roku, do udzielenia odpowiedzi, że ogląda/oglądało się liście (po czym następuje nazwa parku) i piło się/zamierza się pić z przyjaciółmi. To drugie właściwie jest standardem niezależnie od pory roku :)

(ciąg poniżej - park Hibiya)


No i wracam z tymi liśćmi do domu. Wkładam je między magazyny, pieczołowicie wygładzam i czekam, aż będzie można rozłożyć je na blacie kuchennym i... tu inwencja mi się kończy. Niektórymi przyozdabiam sobie potrawy, niektóre pakuję do kopert i lecą w świat. Trafiła się nawet gałązka jarzębiny, która powędrowała do wazonika do sake (w którym sake akurat nie gości), uboższa o kilkanaście oberwanych w torbie owoców. Do pracy jeżdżę dalej, niż się spodziewałam, bo aż do specyficznej, ehm, Akihabary, no i muszę metrem w jedną stronę pół godziny pokonać, co właściwie cieszy mnie - oglądanie codzienności tokijskiej dostarcza wielu refleksji i przyjemności, ja się już zżyłam z tym miastem i pokochałam je tak silnie jak Londyn. Nie ma więc tego złego co by na dobre nie wyszło. Doskwiera mi tylko teraz brak porządnej antologii haiku, którą mogłabym taszczyć ze sobą i podczytywać w metrze jak dziesiątki pasażerów wokół mnie podczytują swoje mangi i powieści samurajskie. Jedno haiku dziennie stanowiłoby świetny wstęp do medytacji...

Wiatr przynosi

dość opadłych liści,

by rozpalić ogień.

Ryokan (1758-1831)

panowie grający w warcaby w Yoyogi

poniedziałek, 26 listopada 2012
Codzienność tokijska w obiektywie

Nie mam ostatnio czasu i ochoty, by pisać. Zajmuje mnie przeżywanie życia, a niekoniecznie uwiecznianie go w słowach. Zdjęcia jednak robię, więc dziś zapraszam Was do mojej galerii fotografii. Pisałam już o założonym przeze mnie niedawno blogu fotograficznym, dziś przypominam jedynie, że on istnieje.

Moje zdjęcia znajdziecie na Tokyo Memoir. A poniżej zdjęcie, którego na drugim blogu nie ma (jeszcze nie ma).


wtorek, 06 listopada 2012
Żyć w poszanowaniu Ziemi

To po prawej to chyba ma być Totoro :)

Prawie co weekend w parku Yoyogi organizowane są dwudniowe festiwale, najczęściej poświęcone jedzeniu. Zdaje się, że organizatorzy wychodzą z założenia, że przez jedzenie najłatwiej poznać kulturę danego kraju czy regionu, mamy więc festiwale tajskie, indonezyjskie, lankijskie, Hokkaido, a także wegańskie. Tydzień po festiwalu jedzenia i stylu życia wegańskiego odbył się festiwal życia świadomego, zgodnie z poszanowaniem naszej planety. Z wielką przyjemnością wybrałam się do parku - piszę zawsze, że to park, ale faktycznie festiwale odbywają się tuż obok parku, na przestrzeni chyba specjalnie do tego celu przeznaczonej. W Japonii całkiem sporo osób żyje opierając się wszechobecnemu konsumpcjonizmowi, pracując tyle, by spełnić swe niewygórowane potrzeby i dbając o środowisko. Kryzys ekonomiczny wymusił, zwłaszcza na młodych ludziach, przewartościowanie swoich potrzeb i dostosowanie marzeń do ciężkich dla coraz większej liczby osob realiów. Bardzo łatwo przechadzając się po głównych alejach Ginzy, Shibui i Omotesando pomyśleć, że Japończycy są megazakupoholikami. Nie każdy jednak, kto robi zakupy, jest od razu zakupoholikiem i jednostką konsumpcyjnie nastawioną do świata :) No i obok tych osób znajduje się spore grono ludzi, które ubiera się w ciuchy używane, je organiczne produkty, dla którego liczą się prawa człowieka i zwierząt, energia odnawialna i harmonia między pracą a wypoczynkiem. Podoba mi się, że dla wielu Japończyków ważne jest to, by produkty pochodziły z lokalnych upraw i były wyrabiane w Japonii. Niektóre marki, np. Onitsuka Tiger, mają kolekcję produktów produkowanych gdzieś, gdzie jest taniej (najczęściej w Chinach) oraz część tej samej kolekcji wyrabianej w Japonii - oczywiście odpowiednio droższej (dla porównania buty wspomnianej marki z Chin kosztują ok. 8 tys. jenów, czyli 320 zł, a z Japonii - 22 tys. jenów, czyli 880 zł). Da się tu więc unikać, jeśli komuś zależy, produktów "made in China". Warzywa są na ogół tanie, o ile są sezonowe - a to się ceni, droższe są specjalne odmiany i te sprowadzane z innych krajów, najczęściej z USA, na które popyt jest mniejszy. Zresztą mnóstwo produktów sprowadzanych jest ze Stanów Zjednoczonych, przede wszystkim zdrowych, organicznych (ale nie tylko), relacje gospodarcze między obydwoma krajami widać wyraźnie gdy tylko wejdzie się do przeciętnego większego supermarketu. Według ostatniej ankiety przeprowadzonej przez Japan Finance Corporation wynika, że 70,6% Japończyków preferuje wyroby rodzime, japońskie, i jest to rekordowo niski wskaźnik. Ciekawa jestem, jak takie statystyki wyglądają w innych krajach, wątpię, by w wielu miejscach na świecie ta liczba była większa.

Pyszne pierożki w stylu chińskim, gotowane na parze, z warzywami w środku


Na festiwalu Vegefood Festa oraz Earth Festival nie było jednak nic z USA, przynajmniej nic nie dojrzałam. Serwowano dania wegańskie na pierwszym festiwalu i organiczne na drugim (z których duża część także była wegańska). Mnóstwo tradycyjnych dań kuchni japońskiej, ale też tajska, indyjska i taka "ogólnozdrowa". Wiele było stoisk, na których można było kupić ubrania z tkanin pochodzenia niezwierzęcego oraz z dobrej, japońskiej wełny. Od przesympatycznego uśmiechniętego chłopaka kupiłam cudną torbę z grubego, szarego płótna ze skórzanymi rączkami - wszystkie torby sam projektuje i szyje, można zamówić u niego kolor i rozmiar jeśli ma się konkretne życzenie. Kupiliśmy słoiczek marmolady śliwkowej i słynne mydło syryjskie od starszego, przystojnego Syryjczyka. Zachwycałam się płóciennymi okładkami na książki tkanymi i ozdabianymi przez jedną z Japonek, wysupłałam parę monet na organiczne, wegańskie ciasteczka kokosowe i posłuchałam wykładu o podobno rewelacyjnych garnkach niemieckich (nie rozumiejąc ni słowa).

Całe rządki śwliwkowych marmolad i ceramiczne uśmiechnięte grzybki enoki

Ta para sprzedawała zielone, warzywno-owocowe smoothie - niebo w gębie!


Na jednym ze stoisk sprzedawano wegańską karmę dla psów i kotów - nic szczególnie dziwnego, w Europie też są ludzie, którzy karmią swych pupili karmą bezmięsną. Na małej scenie można było posłuchać koncertów różnych wykonawców, zauroczył mnie głos Kojie z zespołu Breath Mark (szkoda, że najpiękniejszych utworów nie można posłuchać w sieci, z dostępnych najbardziej nastrojowy jest utwór "Whale"). To, co zawsze sprawia mi wielką radość na tego typu imprezach to spotkanie radosnych, uśmiechniętych osób, po których widać, że czerpią przyjemność z przebywania wśród ludzi o podobnych wartościach i podobnym stylu życia. Japończycy pod tym względem zdają się być podobni do Anglików - serdeczność i ciepło bijące od ludzi są wielkie i zawsze mnie wzruszają, a uśmiechy rozświetlają oblicza setek kobiet, mężczyzn i dzieci w zupełnie naturalny sposób. 

tradycyjne japońskie buty jika-tabi, w nowoczesnym designie

Kreator mojej torby

A jednak niektóre drzewa już się robią kolorowe, co widać na zdjęciu... ale to nieliczne.

Kojie z gitarą

Zachwyciłam się sukienką tej dziewczyny, której wzór przypomina indyjski block printing, i pod pretekstem zrobienia zdjęcia jej psu, uwieczniłam jego właścicielkę

Wargi zbyt zziębnięte

żeby paplać - 

Wiatr jesienny.

Bashō (1644-1694)


poniedziałek, 29 października 2012
Japoński ślub w fotograficznym zbliżeniu

Moim lokalnym chramem szintoistycznym jest Meiji jingu, który przez wiele tygodni jakimś cudem omijałam, aż zdecydowałam się tam w końcu wybrać i... zachwyciłam się. Cudownie mieć pod bokiem, pięć minut od domu, takie miejsce, gdzie można się poczuć jak w lesie. Zaraz za gwarną i pełną kolorowo ubranych nastolatek stacją Harajuku kryje się bowiem duży kompleks świątynny i niemalże leśne drogi, biegnące wzdłuż wschodniej strony parku Yoyogi. Sam chram przybliżę później, kiedy liście zaczną przystrajać jesienne barwy i gdy zapłacę za obejrzenie wewnętrznych ogrodów - są piękne, ale ze względu na konieczność opłaty nie będę tam chodzić często; teraz chciałabym zaprezentować kilka zdjęć ślubów, na które natknęłam się na terenie chramu. Śluby tam odprawia się wręcz taśmowo, w czasie jednej tylko półgodzinnej wizyty widziałam ich kilka. Na zdjęciach widzicie różne rodziny i pary, mimo że wszyscy wyglądają podobnie. Podczas pochodu państwa młodych, rodziny i bliskich odwiedzający chram mogą przyjrzeć się parze młodej z bliska, a także robić zdjęcia (oczywiście z zachowaniem taktu i pewnej odległości) - obce pary fotografują zarówno turyści spoza Japonii jak i sami Japończycy.


Z fascynacją przyglądałam się tej mieszance dumy, nadziei i wiary w to, że ślub cokolwiek zmienia, malującej się na twarzy panny młodej (u pana młodego widać najczęściej po prostu dumę i radość). Nie widziałam nerwowości u nikogo, sztab ludzi do pomocy odpowiada za to, by wszystko przebiegało jak należy - i chyba najczęściej przebiega, nie wyobrażam sobie, co mogłoby pójść nie tak, skoro każdy ślub odbywa się według identycznego scenariusza. Stroje państwa młodych też są niemal identyczne u każdej pary, podobnie fryzury i dekoracje na włosach u panny młodej. Tu nie ma miejsca na spontaniczność, nutkę szaleństwa, przybranie innej pozy niż ta tradycyjna na zdjęciu. Jeśli ktoś chce zaszaleć, dodatkowo organizuje ślub w zachodnim stylu, kiedy może puścić wodze fantazji. Wydaje mi się, że to wielka ulga nie musieć wymyślać własnego ślubu i dekoracji, a zdać się na sprawdzone recepty.



Co wzbudziło mój niekłamany podziw, to pieczołowitość i troska, z jaką organizatorzy przygotowują państwa młodych i gości do zdjęcia grupowego. Kilka osób odpowiedzialnych jest za zadbanie o to, by wszystkie fałdy na kimonach, spodniach i sukniach układały się właściwie, by kolana siedzących mężczyzn były rozstawione w odpowiedni sposób, by stopy osób siedzących w pierwszym rzędzie były ustawione prosto, by żaden niesformy włos we fryzurach pań nie popsuł zdjęcia, by watabōshi - biały kaptur panny młodej układał się tak jak powinien, by niczyje okulary nie odbijały światła niewłaściwie itp. Coś niesamowitego! Przygotowanie do zdjęcia trwa dobre kilka minut, ale ma się pewność, że fotografia wyjdzie idealna.

przygotowanie do zdjęcia:

i zdjęcie idealne (co ciekawe, nikt się nie uśmiecha, wszyscy mają neutralne miny):


Tutaj panna młoda ma na głowie tsunokakushi, tradycyjną białą obręcz z materiału, symbolizującą przykrycie kobiecych rogów zazdrości, ego i samolubstwa. Oznacza ona także obietnicę bycia łagodną i posłuszną żoną.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6