| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

środa, 24 lutego 2010
Lars von Trier zapewne popełniłby samobójstwo...

...gdyby pojechał do Solvang, małego miasteczka, właściwie wsi w Kalifornii. Mieścina, założona w 1911 roku, wygląda jak skansen wykreowany na amerykańską modłę. Założyli ją duńscy emigranci z tęsknoty za domem. Odtworzyli swoje ulubione zabytki, m.in. kopenhaskie obserwatorium  Rundetårn. Nie zabrakło nawet kopii słynnej syrenki i popiersia Andersena. Tradycja tradycją, dawniej na pewno ta wioska nosiła znamiona autentyczności, teraz jednak podtrzymuje mit dawnej Danii, który dość zabawnie kontrastuje z okolicą. Tradycyjne chatki, liczne cukiernie oferujące "najprawdziwsze" duńskie słodycze, sklepiki stylizowane na duńskie cepelie, ale z amerykańską żyłką biznesu, obowiązkowy wiatrak odwiedzane są przede wszystkim przez amerykańskich turystów, pragnących zakosztować choćby kęs odległej Europy.

Bawiła mnie scenografia tej wioski, ale z drugiej strony podziwiam Amerykanów za umiejętność uatrakcyjnienia wszystkiego. W miasteczku, liczącym (według rachunków z 2000 roku) niewiele ponad 5 tysięcy mieszkańców, są aż trzy muzea: historii miasteczka, muzeum Hansa Christiana Andersena i starych motocykli. Hoteli i pensjonatów jest bez liku, podobnie z restauracjami. Solvang ma nawet swoją gwiazdkę, świecącą odbitym blaskiem taty - jedyna córka Alfreda Hitchcocka to miasteczko wybrała na swój dom.

Przypuszczam, że amerykańskie dzieci rzadko czytają baśnie Andersena, o ile nie są one zaserwowane w postaci disney'owskich bajek. I zapewne z troski o zdrowie psychiczne nie opowiada się dzieciom tych drastyczniejszych, jak "O dziewczynie, która podeptała chleb". Zastanawiam się, na ile słodzenie wszystkiego, podawanie kultury w postaci kolorowego lizaka pomoże ją poznać. Czy nie tworzy kolejnych mitów europejskich krajów, które można uprościć do kilku skojarzeń. Wszyscy podróżując poszukujemy czegoś znajomego, szczególnie w Stanach Zjednoczonych trudno nie natrafić na obrazy znane z filmów czy zdjęć. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że turyści, którzy najpierw obejrzeli Solvang po przyjechaniu do Danii poszukiwać będą tych elementów, które już widzieli we własnym kraju. A może po prostu przyjemnie żyć w takim Disneylandzie i nie zadawać sobie pytań, czy pod tymi chodakami, kwiatkami i cynamonowymi bułeczkami kryje się prawdziwa Kultura...

Dla mnie Solvang było wielką ciekawostką, przejawem dumy kolejnych pokoleń Amerykanów ze swojego duńskiego pochodzenia. Nie mogę jednak pozbyć się tego uczucia niesmaku i niedowierzania, jakie miałam podczas spaceru po zaledwie kilku uliczkach mieściny. Szczególnie, że na co się tam nie natrafi, wszystko nosi przydomek "autentyczny" i całe Solvang określane jest w reklamówce miasteczka raz jako "authentic Danish experience", innym razem jako "a slice of European culture" - więc teraz wrzucamy całą Europę do jednego worka? Dni Kultury Duńskiej we wrześniu to festiwal tańca ludowego, duńskiej muzyki, smakołyków i szydełkowania. Skansen jak nic. Na szczęście von Trier Solvang nigdy nie odwiedzi, bo boi się latać samolotem, a statek nie wchodzi w grę ze względu na jego ataki paniki. Przynajmniej Amerykanie będą mieli o jednego Duńczyka mniej na sumieniu.

19:57, chihiro2 , USA
Link Komentarze (14) »
czwartek, 14 stycznia 2010
Amerykańskie Południe od A do Z: odcinek czwarty

Respekt - nawet mało uważny przybysz nie tylko z innego kraju, ale także z amerykańskiej Północy, prędzej czy pózniej usłyszy, że na Południu obowiązują staroświeckie maniery, nieobecne w innych częściach kraju. Można spotkać starszych mężczyzn, którzy kłaniają się na powitanie uchylając kapelusza. Szacunek do drugiej osoby wyrażany jest także w mowie, każde zdanie kończy się uprzejmym "Sir" lub "Madam", ewentualnie "Ma'am". Od mieszkańca Południa bije duma i godność, nawet jeśli wszystkim co ów człowiek posiada jest przepiękny zachód słońca i cień palmy, zapach jambalayi i gwizdana bluesowa melodia. Szanuje się swoje pochodzenie, historię, stare tradycje. Buntownicy Południa wyjeżdżają do większych miast w innych częściach kraju, gdzie ich bunt może zostać lepiej odebrany. Natura także wzbudza respekt południowców, o czym przekonali się najlepiej mieszkańcy Nowego Orleanu, który latem 2005 roku nawiedził huragan Katrina. Wiele rodzin nie podniosło się po tragedii do dzisiaj i wciąż wspominają klęski spowodowane przez żywioł.

Savannah - ducha najpiękniejszego amerykańskiego miasta starałam się oddać tutaj.

Stara kamienica w Vicksburgu

Tradycja - Jeden z amerykańskich historyków, Carl N. Degler, powiedział o Południu, że to miejsce, gdzie korzenie, rodzina i tradycja są esencją tożsamości. Ludzie stąd niechętnie wynoszą się w inne rejony, bo powiada się, że południowca najlepiej zrozumie drugi południowiec. Twierdzenie, że ten rejon Stanów Zjednoczonych to nie są prawdziwe Stany, jest jednak bardzo niesłuszne, mimo że Południe różni się od reszty kraju. Ale cała Ameryka składa się z takich barwnych kawałków, jest niczym kołdra patchworkowa, gdzie każdy kwadracik materiału jest inny, ale wszystkie zszyte razem tworzą ładną i ciekawą kompozycję. Także mieszkańcy Południa nie są jednorodni kulturowo. Tradycje są na Południu tak silne, że w Mississippi utworzono nawet miejscowość o nazwie Tradition. 

Pozwólcie, że pod lupę wezmę Luizjanę. To jedyny amerykański stan podzielony na parafie, które odpowiadają hrabstwom (counties) jako jednostce administracyjnej, stosowanej w pozostałych stanach. Większość białych mieszkańców południowej części tego stanu dumna jest, że pochodzi od katolickich kolonizatorów francuskich i hiszpańskich (szczególnie od tych z Wysp Kanaryjskich, niektórzy mówią jeszcze podobno wyspiarskim hiszpańskim, w przeciwieństwie do Amerykanów posługujących się meksykańskim hiszpańskim). Słynny jest też język Cajun French, będący swoistą wariacją języka francuskiego i brzmiący bardzo zabawnie (ale tylko 7% mieszkańców stanu mówi po francusku, mimo że jest to obok angielskiego język używany w administracji stanowej). Czarni w dużej mierze pochodzą z Haiti, ich przodkowie walczyli tłumnie w wojnie secesyjnej i na ich cześć stoi w Savannah imponujący pomnik.

Jak pielęgnuje się tradycje? Przede wszystkim gotując potrawy, których sposób przyrządzania i składniki są dziś tak odmienne od oryginału, jak mieszane społeczeństwo amerykańskie różni się od swych przodków. Gumbo, jambalaya, po'boy, crawfish étouffée to potrawy będące połączeniem tradycji francuskich, hiszpańskich, kreolskich i dostosowane do warunków amerykańskich. Muzyka mająca swe korzenie na obcych lądach (zydeco, cajun, jazz) dziś uchodzi za tradycyjnie amerykańską. Jeśli chodzi i rytuały i obrzędy Południe nie ma sobie równych. Pisałam już niejednokrotnie o voodoo, do tego dochodzą festiwale i parady, takie jak nowoorleańskie Mardi Gras. Wielu Indian, zamieszkujących te rejony zanim nadpłynęli kolonizatorzy, trudniło się wyplataniem koszy. Podobnie Afrykanie, sprowadzani jako niewolnicy, pielęgnowali stare tradycje i kontynuowali wyrób koszy z naturalnych materiałów: igieł sosnowych, liści palmowych czy traw. Stoiska z przeróżnymi koszami ustawione są wzdłuż wielu autostrad i ulic Luizjany, Południowej Karoliny i innych stanów południowych. Niestety młodzi nie chcą kontynuować tej tradycji i rzemiosło powoli popada w zapomnienie. O tradycje na szczęście dba się jeszcze w budowie domów. Domy widziane w Nowym Orleanie żywo przypomniały mi kolorowe osiedla domostw, które podziwiałam kiedyś na Dominikanie. Karaibska paleta barw stanowi inspirację jeśli chodzi o kolor domu, zaś w architekturze korzysta się z modeli francuskich domów letniskowych, ale budowanych często z cienkich deseczek. Dodajmy do tego ażurowe balkoniki niczym w rezydencjach hiszpańskich i już mamy tradycyjny domek nowoorleański.

Nie wolno zapominać, że i na północy Luizjany miejscowa ludność pielęgnuje tradycje nieznane na południu stanu. Mieszkają tu potomkowie Brytyjczyków, Włochów, ale też Węgrów i Czechów - każdy z dumą dba o narodowe tańce, potrawy, rzemiosło i język. Przypuszczam, że bywa, iż kolejne pokolenia kochające ojczyznę dziadków czy pradziadków na odległość, nigdy nie postawiwszy w niej stopy, pielęgnują bardziej mit dalekiego kraju niż wielbią ten kraj za to, czym obecnie jest...

Uczta kinomana - niejeden film nakręcono na podstawie południowych książek bądz też z akcją rozgrywającą się na Południu. Niektóre przywołują malownicze czasy wojny secesyjnej i wielkich plantatorów, inne skupiają się na napięciach między czarnymi a białymi mieszkańcami, jeszcze inne opowiadają po prostu zwykłe historie zwykłych ludzi mieszkających w małych, południowych wsiach i miasteczkach. Każdy znajdzie dla siebie coś, co go zainteresuje. Do historii kina przeszło m.in. "Przeminęło z wiatrem" z Clarkiem Gable i Vivien Leigh, "Zabić drozda" z Gregorym Peckiem, "Wożąc Miss Daisy" z Morganem Freemanem i Jessicą Tandy, "Tramwaj zwany pożądaniem" z Marlonem Brando, "Kotka na gorącym, blaszanym dachu" z Paulem Newmanem i Elizabeth Taylor, "Smażone, zielone pomidory" i cała masa innych produkcji. Obszerną listę zamieściłam na blogu z wyzwaniem literackim dotyczącym lektur Południa.

mural przedstawiający Vicksburg w 1912 roku

Vicksburg - jedna z ważniejszych bitew wojny secesyjnej rozegrana została w sympatycznym miasteczku Vicksburg, którego strategiczna lokalizacja przyniosła mu sławę. Miasto oblężone było przez wojska generała Granta przez 47 dni, dopóki nie poddało się 4 lipca 1863 roku i czym nie przypieczętowało dominacji Północy nad największą rzeką Ameryki, Mississippi. Tu wyraznie widać, że Południe może nie jest już, jak pisał Henry Miller w "Klimatyzowanym koszmarze" "otwartą, ziejącą raną", ale blizna po klęsce zadanej przez Półnoć w dalszym ciągu jest dostrzegalna. Starówka Vicksburga leży tuż nad rzeką, gdy my spacerowaliśmy kilkoma głównymi ulicami, rozstawiano akurat na nich namioty na festyn, mający odbyć się wieczorem. Zewsząd dochodziły zapachy lokalnych przysmaków, smażonych raków, krabów i panierowanych krążków cebuli i tamales, które jest kolejnym tradycyjnym daniem Południa z mąki kukurydzianej, gotowanej w liściach kukurydzy, z dodatkiem mięsa, warzyw, sera i chili. Schodząca farba z zaniedbanych framug okiennych cieszących się dawniej świetnością kamienic w stylu nowoorleańskim przedstawiała dość smutny widok. Szeroka rzeka być może latem przyciąga spacerowiczów i chętnych na rejs staroświeckim parowcem, lecz miałam wrażenie, że w kwietniu miasteczko jeszcze nie obudziło się porządnie do życia. Największe wrażenie robią murale, malowidła wzdłuż muru przy rzece, obrazujące całą historię okolicy. Jak na osadę liczącą niecałe 30 tys. mieszkańców i tak liczba historycznych budynków i miejc wartych obejrzenia przy dłuższej wizycie jest imponująca, ale nie da się ukryć, iż miasto żyje w cieniu dawnych wydarzeń i oddycha bryzą znad rzeki Mississippi.

Zaniedbana kamienica w historycznej części Vicksburga

"Home by Dark", fotografia zrobiona przez Eudorę Welty

Welty Eudora - jedna z nasłynniejszych pisarek amerykańskiego południa. Przez 75 lat żyła w mieście Jackson w stanie Mississippi. Każda księgarnia w południowych stanach ma całe półki wypełnione powieściami i zbiorami opowiadań tej autorki, nagrodzonej nawet Pulitzerem. Na kartach swych książek uwieczniła wiele miast i miasteczek Południa Ameryki, W Polsce wydano tylko dwie książki Welty: "Jezioro księżycowe: Opowiadania" i "Złote jabłka", ale do najsławniejszych jej dzieł należy zbiór opowiadań "A Curtain of Green" i powieść "The Optimist's Daughter". W swych dziełach Welty skupiała się na ukazaniu zwykłej codzienności mieszkańców Mississippi i Luizjany, czarnych i białych, ukazywała ich wzajemne relacje, opisywała sprawy, które były dla nich ważne. Poza tym, że Welty należy do jednych z bardziej cenionych autorek opowiadań w Stanach Zjednoczonych, chwali się też piękne fotografie, które wykonywała przez kilka dekad pierwszej połowy XX wieku. Często uwieczniała na nich czarnoskórych mieszkańców Południa i można poznać, że potrafiła sprawić, by jej modele poczuli się przy niej swobodnie. Miała oko do kompozycji, z jej zdjęć ponadto emanuje wrażliwość wobec drugiego człowieka.

Zydeco - stworzony przez czarnych wieśniaków Luizjany na początku XIX wieku dziś ten gatunek folkowej kreolskiej muzyki wciąż cieszy się dużą popularnością na Południu Stanów Zjednoczonych. By grać zydeco niezbędne są akordeon i tarka, zwana rub-board lub frottoir. Dawniej zydeco grano w lokalnych, przykościelnych centrach kultury, dziś przede wszystkim w klubach tanecznych. Muzycy wciąż śpiewają w kreolskiej wersji języka francuskiego, w utworach zaś oprócz kreolskich wykorzystują wpływy muzyki afro-amerykańskiej: R&B, bluesa, jazzu i gospel. Po II wojnie światowej, kiedy wielu biednych, czarnych wieśniaków wyemigrowało do Teksasu, zydeco stało się popularne także tam. Temu gatunkowi poświęca się festiwale, znawcy mogą wymienić dziesiątki nazwisk konkretnych muzyków, którzy konkurują między sobą o nagrodę Grammy (od niedawna przyznaje się osobną nagrodę w kategorii zydeco).

Muzycy zydeco z Luizjany, rok 1938 (źródło: Wikipedia)

17:55, chihiro2 , USA
Link Komentarze (8) »
piątek, 08 stycznia 2010
Amerykańskie Południe od A do Z: odcinek trzeci

Wspaniała plantacja Oak Alley

Literackie Południe - tak jak każdy rejon Ameryki, także Południe ma swoich pisarzy, którzy rozsławili małe mieściny i południowe tradycje na kartach swych książek. Za ojca literatury Południa uchodzi Mark Twain, który doskonale potrafił opisać rasizm w tej części Stanów Zjednoczonych, społeczeństwo południowe sprzed wojny secesyjnej i przywołać kwestie praw człowieka. Z Mississippi pochodzi Eudora Welty (patrz: Welty w kolejnym odcinku), jedna z najwybitniejszych amerykańskich autorek, ale słabo znana w Polsce. W tym samym stanie urodził się i żył William Faulkner. Faulkner wprowadził amerykańskie Oxford na arenę literacką, do którego i dziś pielgrzymują miłośnicy prozy pisarza, pragnący ujrzeć dom, w którym Faulkner mieszkał przez ponad 30 lat. Na lokalnym cmentarzu jest także grób pisarza, a w księgarni można zapewne kupić wydanie każdego jego dzieła. W samym Nowym Orleanie w stanie Luizjana urodził się Truman Capote, który jednak dorastał w Alabamie, gdzie zaprzyjaznił się z kolejną znaną pisarką południową, Harper Lee. W opowiadaniach i powieściach Capote'a jak i w powieści Lee świetnie oddany jest południowy klimat, dziecięce zabawy, a oryginalne postacie (szczególnie u Capote'a) gęsto zaludniają strony. Nikt nie był w stanie lepiej oddać atmosfery gorących letnich wieczorów na Południu niż Tennessee Williams, jeden z najsłynniejszych dramaturgów Ameryki. Począwszy od lat 1940-tych na Południu tworzyli m.in. Carson McCullers, Anne Rice, Erskine Caldwell i Reynolds Price. Czasy najbardziej współczesne na Południu kojarzyć się mogą z Johnem Grishamem, Fannie Flagg, Tomem Robinsem, Tomem Wolfe, Anne Tyler i Johnem Berendtem, którego "Północ w ogrodzie dobra i zła" rozsławiło Savannah w Georgii na cały świat.

A którą powieść można uznać za typową powieść Południa? Nie można tego stwierdzić jednogłośnie. Na pewno XIX wiek należy do "Przygód Hucka" ("Adventures of Huckelberry Finn") Marka Twaina. W XX wieku bestsellerem stało się "Przeminęło z wiatrem" Margaret Mitchell, a opisywana przez nią plantacja Tara (w filmowej wersji dom mieści się w Atlancie) stała się chyba na całym świecie okrzyknięta najbardziej znaną plantacją Południa. Wszyscy słyszeli także o kolejnej słynnej powieści południowej - "Zabić drozda" Harper Lee, która podobnie jak Twain porusza kwestie etyczne.

Niewielki parowiec na Mississippi w Natchez

Mississippi - najszersza amerykańska rzeka, wzdłuż której jechaliśmy przez kilka dni słynną drogą Hwy 61. To tę rzekę musiało przekroczyć niemal 90 tysięcy zrozpaczonych Indian, na mocy ustawy podpisanej w 1830 roku przez prezydenta Andrew Jacksona, zwanej Indian Removal Act. Indianie mieszkający po wchodniej stronie rzeki Mississippi dostali ziemie na zachód od jej brzegu. Przerażające wydarzenia miały miejsce w 1838 roku: w wyniku przymusowego marszu (Trail of Tears) życie straciły 4 tysiące Indian Cherokee. Rzeka Mississippi płynie przez dziesięć stanów, ale najciekawsze rejony są na południu. W Luizjanie organizowane są spływy po niej, a dokładnie po bagnach rzecznych pokrytych zielonym planktonem, podczas których spotkania z aligatorami nie należą do rzadkości (nie zdecydowaliśmy się na tę przygodę). Mississippi przybliżył kiedyś Mark Twain w książce pt. "Life on the Mississippi", opisującej codzienność na rzecznym parowcu, na którym pracował. Takie parowce można jeszcze gdzieniegdzie zauważyć, można też wybrać się w rejs na pokładzie Delta Queen i przy odrobinie fantazji powyobrażać sobie, jak takie podróże po Mississippi wyglądały 150 lat temu. W uroczym, choć podupadłym mieście Vicksburg (patrz: Vicksburg) wzdłuż rzeki ciągnie się długi mur oddzielający tory kolejowe od brzegu. Na murze tym wspaniale rozrysowano całą historię miasta - na niejednym malowidle przedstawiona jest właśnie rola, jaką rzeka odgrywała w rozwoju prosperity Vicksburga.

Bura i mętna rzeka Mississippi widziana z Natchez

Stary rynek niewolników, gdzie dziś mieści się muzeum

Niewolnictwo - gdyby nie niewolnicy, którzy pełnymi statkami transportowani byli do Stanów Zjednoczonych z Afryki, Karaibów i innych rejonów świata, Południe nie rozwinęłoby się tak wspaniale, jak przez wiele dziesięcioleci miało to miejsce. Część turystów pragnących zobaczyć pamiątki po czasach, gdy bawełna i trzcina cukrowa rządziły Ameryką i gdy na salonach królowały koronkowe suknie rodem z "Przeminęło z wiatrem" nie będą zawiedzeni. Ale i ci, chcący poznać historię czarnoskórych przybyszy, którzy przyczynili się do bogactwa Południa, także znajdą coś dla siebie. W bardzo bogatym Charleston znajduje się skromne Muzeum Niewolnictwa (Old Slave Market Museum), w miejscu, w którym przed laty odbywał się targ niewolników. Kamienna podłoga pochodzi jeszcze z tamtych czasów - ile drobnych stóp pamiętających gorący piasek Afryki stąpało po niej? Ogromne wrażenie zrobiły na mnie kajdany w różnych rozmiarach, które dawniej otaczały czyjeś kostki u nóg, nagrania wspomnień ostatnich niewolników, którzy z poczuciem humoru niekiedy potrafili opowiadać anegdotki o swoich "panach" i własnej buńczuczności. Studiowałam tabelę dokładnie przedstawiającą relację ceny niewolnika do jego wieku, płci, stanu zdrowia i wykonywanego zawodu. Ze zdumieniem też czytałam, że niektóre rodziny traktowały swoją czarną służbę bardzo dobrze, np. edukowały ją za własne pieniądze czy posyłały kucharzy do Francji, by ci tam nauczyli się gotować wykwintne potrawy. Na tydzień przed aukcją niewolników zaczynano lepiej karmić, leczono ich dolegliwości, poprawiano stan uzębienia, kupowano nowe ubrania. Większość możnych panów nie biła niewolników, gdyż to obniżało ich wartość (poza dolegliwościami fizycznymi bity niewolnik mógł zacząć przejawiać nastroje rewolucyjne i namawiać innych do buntu). Co ciekawe, na takiej aukcji niewolnik mógł zgodnie z prawem poskarżyć się na swojego właściciela albo odmówić pójścia na służbę do konkretnego kupca. Tak naprawdę zresztą zaledwie 6% mieszkańców południa stać było na więcej niż dwie osoby służby, ale najbogatsi (było ich zaledwie kilku) mieli po ponad tysiąc niewolników.

Cennik niewolników

Orlean, Nowy Orlean - na długi tekst o tym południowym mieście zapraszam tutaj.

Jedna z niewielkich plantacji w Natchez

Plantacje - na południu plantacji jest co niemiara. Można zwiedzić wiele z nich, posłusznie trzymać aparat fotograficzny w torebce (nigdzie wewnątrz willi nie wolno robić zdjęć), wysłuchiwać wykładów na temat powiązań architektury Południa z architekturą starożytnego Rzymu, wydawać okrzyki zachwytu nad robiącymi wrażenie meblami, dywanami, lustrami i bibelotami sprowadzanymi z Europy, i czujnie obserwować pełne skrywanego niesmaku szybkie spojrzenie przewodniczki na pytającego o niewolnictwo ciekawskiego turystę. Lakoniczne słowa wyjaśnienia odnośnie miejsca zamieszkania czarnych służących ("Mieszkali w szopach, po których nie został żaden ślad") będą dzwięczały w uszach jeszcze długo po wizycie w rezydencji. Jedną  z niewielu posiadłości, przy których zachowały się budynki mieszkalne niewolników i ich narzędzia pracy na plantacji jest Laura Plantation, którą to prowadziło kilka pokoleń kobiet. Tam można dowiedzieć się wiele o roli i życiu kobiet kreolskich na południowych plantacjach trzciny cukrowej i bawełny. My widzieliśmy szopy niewolników przed imponującą plantacją St. Francisville - kontrast warunków mieszkalnych jest szokujący.

Tak mieszkał niewolnik...

A tak jego właściciel...

Wokół licznych plantacji często znajdują się sady drzew orzechów pekanowych (te orzechy to jeden z wielu przysmaków Południa), ale także tworzące wspaniały klimat hiszpańskie wierzby, czy dęby, jak na słynnej Oak Alley Plantation, gdzie kręcono "Wywiad z wampirem". Okolicę gęsto ścielą żyzne pola, stosunkowo niedaleko jest zawsze do szerokiej rzeki Mississippi. My zwiedzaliśmy imponującą posiadłość Stanton Hall z 1857 roku w Natchez, które w połowie XIX wieku było jednym z najbogatszych miast Ameryki.

Uliczka prowadząca do Stanton Hall

Przed wojną secesyjną Natchez miało najwięcej milionerów na głowę i ponad 500 wspaniałych rezydencji. Dziś widać ślady dawnego bogactwa, całe ulice usiane są przedwojennymi willami, co czyni z Natchez jedno z przyjemniejszych miast amerykańskich do spacerów. Stanton Hall położone jest na spokojnej ulicy, w samym środku ocienionego ogrodu na wzgórzu. Biały dom niczymi nieskazitelnie wykrochmalony fartuszek czarnej służącej góruje nad innymi, misterne, ażurowe balkoniki i obramowania tarasów z pomalowanego na biało metalu i ciemnozielonee, drewniane okiennice obojętne są wobec turystów zachwyconych czystym pięknem. Zwiedzając willę w pewnym momencie roześmiałam się w głos, gdy starsza przewodniczka, wyglądająca jakby była najpilniejszą członkinią Klubu Chrześcijańskich Gospodyń Domowych w promilu 500km, oznajmiła z dumą w głosie, że oto stoimy w sypialni, która w filmowym serialu "Północ - Południe" była sypialną bohatera granego przez Patricka Swayze. W Ameryce nie sposób uciec od miejsc znanych z filmów.

ja na bujanej ławce przed rezydencją St. Francisville

Niezwykłe hiszpańskie wierzby na posiadłości plantacji St. Francisville

środa, 06 stycznia 2010
Amerykańskie Południe od A do Z: odcinek drugi

R.L.Burnside, jeden z bardziej znanych południowych muzyków bluesowych

Ghosts, czyli Duchy - na Południu, a szczególnie w Charleston, legend o duchach jest bez liku. Gdzie ludziom działa się krzywda, tam straszą podobno po dziś dzień duchy pragnące zemsty, choć mieszkańcy tego miasta uważają po prostu, że duchy nie chcą opuścić Charleston, gdyż jest to tak wspaniałe miasto, że stąd najbliżej jest do nieba. Charleston bez wątpienia uchodzi za najbardziej nawiedzone miasto Ameryki. Julian T. Buxton III w książce "The Ghosts of Charleston" (poza nią napisane zostało jeszcze kilka książek na ten temat) przywołuje zjawy bezgłowego żołnierza, ludzi zakopanych żywcem, wampirów, gwiżdżącego doktora, którego można przy odrobinie szczęścia (albo nieszczęścia, zależy jak na to patrzeć) usłyszeć spacerując nocą po ulicy Church Street, i wielu innych. Organizowane są wycieczki po nawiedzonych cmentarzach, rezydencjach i licznych zakątkach miasta, gdzie nie tylko żywi czują się jak u siebie w domu. Mieszkańcy pielęgnują historie o duchach i dumni są ze sławy Charleston jako nawiedzonego miasta. Oczywiście na takich opowieściach opiera się także turystyka, a ciekawscy i spragnieni wrażeń turyści płacą za oprowadzanie ich po miejscach, w których urzędują duchy - choć który szanujący się duch ukazałby się grupie rozkrzyczanych i roześmianych Amerykanów w szortach i z aparatami fotograficznymi na szyjach?

opustoszała ulica Leland

Henson Jim - twórca Muppetów urodził się w małej dziurze Leland w delcie Mississippi. Wybraliśmy się do tego malutkiego miasteczka, które wygląda jakby tkwiło w epoce postapokaliptycznej, na chwilę dosłownie i to nie pchani pragnieniem ujrzenia kolebki tych śmiesznych futrzanych stworków. Dawno temu wyrwałam z "Financial Times" artykuł o muzyce Południa, ilustrowany jednym wspaniałym malowidłem ściennym, w dodatku błędnie podpisanym. Podpis głosił, iż mural znajduje się w Greenville, zajechaliśmy więc do Greenville (było po drodze) i tam w centrum turystycznym dopytywaliśmy się, gdzie dokładnie można znalezć owo malowidło. Przemiła pani pracująca tam nie miała pojęcia, ale wykonała kilka telefonów w naszym imieniu i tylko dzięki niej i jej kontaktom udało się ustalić, że malowidło zaszczyca jeden z murów miasteczka Leland. Pani skopiowała dla siebie nasz artykuł i była wyraznie pod wrażeniem, że chcemy jechać 30 mil tylko po to, by ujrzeć kilka kolorowych portretów gwiazd bluesa. Oczywiście pojechaliśmy tam i tak Leland nie kojarzy nam się wcale z Muppetami, a właśnie z owym muralem.

mural w Leland 

Indianie - dziś mało kto kojarzy amerykańskie Południe z rdzennymi mieszkańcami Ameryki Północnej. Jednak to z tych rejonów pochodzą tzw. paleoindianie, będący przodkami reprezentantów kultury, której Europejczycy po odkryciu kontynentu w XVI wieku nadali nazwę "kultura Mississippi". Rozkwit kultury Indian przypadał na lata 800-1500 naszej ery. Stosunkowo szybko kolonizatorzy zaczęli wykorzystywać Indian do pracy, a także sprowadzać Afrykanów jako niewolników. Niektórzy Europejczycy poślubiali rdzennych mieszkańców (właściwie niemal wyłącznie mieszkanki) kontynentu, jak również niewolnice z Afryki, co dało początek multikulturowemu społeczeństwu Stanów Zjednoczonych. W XIX zaczęto przesiedlać Indian na zachód od rzeki Mississippi (patrz: Mississippi w kolejnym odcinku), co doprowadziło do śmierci wielu z nich w wyniku oporu. Niektórych udało się pozostać na ich ojczystych ziemiach, przede wszystkim Indianom z plemień Choctaw i Chickasaw, jednak większość musiała znosić straszne upokorzenia. Potomkowie białych kolonizatorów fatalnie traktowali rdzennych mieszkańców Ameryki, stawiając ich w hierarchii niżej niż afrykańskich niewolników (mimo że Indianie szybko adaptując zachodnią kulturę zaadaptowali także koncept niewolnictwa i sami posiadali czarną służbę). Równocześnie zaczęto "cywilizować" Indian, często siłą i przemocą zmuszając do przyjęcia nowych amerykańskich wartości i starając się wykorzenić wszelkie indiańskie tradycje i ślady dawnej kultury. Dopiero w 1924 wszyscy Indianie uzyskali obywatelstwo amerykańskie. Dziś mniej niż 0,5% społeczeństwa na Południu ma indiańskie pochodzenie, głównie plemion Choctaw i Cherokee.

Indianie z plemienia Choctaw z Mississippi, 1908 rok (źródło: Wikipedia)

Jambalaya - tradycyjne kreolskie danie Luizjany, będące połączeniem tradycji kulinarnych Hiszpanii, Francji i Stanów Zjednoczonych. Składa się z mięsa (głównie kurczaka i kiełbasy), warzyw (cebuli, pomidorów - choć jambalaya w Cajun County obywa się bez nich, selera i zielonej papryki), owoców morza i ryżu gotowanych w bulionie. Danie przypomina nieco hiszpańską paellę i kochane jest przez południowców. Pierwsze jambayale zaczęli przyrządzać hiszpańscy osadnicy, którzy z braku szafranu musieli zastąpić je pomidorami (marny substytut, ale przynajmniej kolor dania został zachowany). Danie nabrało unikalnego charakteru, gdy przybysze z Karaibów wzbogacili je o oryginalne egzotyczne przyprawy, które przywozili z tych gorących wysp. Jambalaya budzi w południowcach gorące uczucia. O niej pisze się piosenki, wspomina w książkach jako przykład wielokulturowości Południa i prostych korzeni wielu jego mieszkańców. W Gonzales w stanie Luizjana, które uchodzi za światową stolicę potrawy (tak, Amerykanie bardzo serio traktują takie sprawy), organizowany jest nawet coroczny Jambalaya Festival.

Konfederaci - południowe stany USA, które pragnęły odłączyć się od Północy i brały udział w wojnie secesyjnej i które w latach 1861-1865 stworzyły własne państwo zwane Skonfederowanymi Stanami Ameryki (Confederate States of America). Oficjalnie tych stanów było 13, ale w Missouri i Kentucky panował rozłam na rząd prounijny i prokonfederacki. W tamtych czasach ok. 40% mieszkańców południowych stanów było niewolnikami. Rządy Północy opowiadały się za zniesieniem niewolnictwa nie tyle ze względów humanitarnych, co ekonomicznych. Dążono do uwolnienia taniej siły roboczej, której na bogatym Południu było nadto, ale której brakowało na Północy. Jak wiadomo, Południe przegrało wojnę, niewolnicy zostali uwolnieni, co niestety nie poprawiło ich losu...

Dziś eksponowanie flagi konfederackiej budzi wiele kontrowersji. Przeciwnicy konfederacji utożsamiają ją z nacjonalizmem, dewocyjną religijnością, rasizmem skierowanym ku Afroamerykanom i nostalgią za czasami, gdy biały człowiek panował nad czarnym. Zwolennicy flagi widzą w niej symbol dziedzictwa narodowego i pielęgnowania szczególnych tradycji kulturalnych Południa, zjednoczenia Południa, a także wolności od opresji Północy. Niestety trudno z rozrzewnieniem myśleć o czasach południowej prosperity, zapominając jednocześnie o krzywdach wyrządzonych czarnym niewolnikom, więc wybiórcze traktowanie tradycji i kultury Południa budziło mój niesmak za każdym razem, gdy widziałam naklejkę przedstawiającą flagę konfederatów na zderzaku samochodowym czy powiewającą na czyimś balkonie.

"Oblężenie Vicksburga" - mural nad rzeką Mississippi w Vicksburgu przedstawiający jedno z ważniejszych wydarzeń wojny secesyjnej

poniedziałek, 04 stycznia 2010
Amerykańskie Południe od A do Z: odcinek pierwszy

Charleston

Gdy tylko zaczęliśmy planować naszą podróż po Stanach Zjednoczonych jasne było, że obowiązkowym rejonem, który odwiedzimy, będzie amerykańskie Południe. Mówi się, że historia Południa jest tak jak kuchnia tego rejonu, czyli messy (nieporządna). Na pięknych, historycznych miejscowościach swe piętno odcisnęło przede wszystkim niewolnictwo. Spacerując ocienionymi palmami alejami i podziwiając podupadające niekiedy (a niekiedy trzymające się zaskakująco dobrze, niczym leciwa dama po liftingu) wielkie rezydencje najzamożniejszych dawniej miast nie sposób nie zastanowić się, ile łez i krwi przelano, by osiągnąć bogactwo. Prawdopodobnie najważniejszym wydarzeniem w historii Południa była wojna secesyjna, którą jako dziecko śledziłam w serialu "Północ - Południe", nie zwracając oczywiście uwagi na historyczne tło, a zachwycając się urodą i pełnymi przepychu kreacjami głównych bohaterek. W wyniku wojny 4 miliony niewolników zyskały wolność, ale wiele majątków upadło po utracie taniej siły roboczej. Na Południu zapanował bałagan i dziś mniejsze miejscowości zaludnione są często przez bezrobotnych potomków dawnych niewolników.

W Stanach Zjednoczonych panuje powszechna opinia, że południowcy mówią trochę dziwnie (faktycznie, czasem trudno było zrozumieć niektóre osoby, szczególnie starszych, czarnoskórych mężczyzn), żyją wolniejszym rytmem i dużo piją. Kochają muzykę (nasza podróż po tamtych okolicach wciąż przyprawiona była innym rytmem, a cisza nie panowała nigdy), potrafią się bawić i wszystkich traktują ze staroświeckim, ale jakże uroczym szacunkiem.

Charleston

Zapraszam Was w podróż po Południu, dziś pierwszy odcinek serialowego tasiemca (będą zaledwie cztery odcinki, więc mój serial takim znowu tasiemcem nie jest):

Abdul-Rahman - książę z zachodniej Afryki, który po studiach w Mali i dowództwie w przegranej bitwie w tym afrykańskim kraju został pojmany i sprzedany do niewoli amerykańskiemu milionerowi, Thomasowi Fosterowi, mieszkającemu w Natchez. Przez 40 lat Afrykanin zarządzał plantacjami bawełny należącymi do milionera, ożenił się też z pracującą tam niewolnicą, z którą miał dziewięcioro dzieci. Któregoś dnia do Natchez przybył stary znajomy księcia, irlandzki chirurg, dr John Cox. Oburzony losem księcia doktor przez wiele lat błagał jego właściciela, by ten sprzedał mu Abdula-Rahmana, którego - gdyby błagania przyniosły dobry efekt - zamierzał wysłać z powrotem do Afryki, co było zgodne z życzeniem księcia. Cox umarł nie otrzymawszy zgody od Fostera, a książę sam zaczął pisać do swoich krewnych w Afryce. Jeden z listów dotarł do rąk marokańskiego sułtana, który wstawił się za księciem u prezydenta amerykańskiego, Adamsa. Foster wreszcie zgodził się odesłać księcia do Afryki bez wypłacenia mu pensji za pracę i pod warunkiem, iż Abdul-Rahman nigdy nie wróci do Stanów Zjednoczonych i nie będzie tu wolnym człowiekiem. Książę, nie mając pieniędzy na wykupienie swojej rodziny (która miała pozostać u Fostera) mieszkał jeszcze przez jakiś czas w USA, pisząc listy do polityków i zbierając fundusze na poczet wolności swoich dzieci. Wieść o tym dotarła do Fostera, który potraktował działania księcia jako złamanie umowy. Abdul-Rahman zmuszony był wyjechać do Afryki z żoną (którą udało mu się wykupić), ale bez dzieci - nie udało się zebrać pieniędzy, by one mogły wyjechać razem z rodzicami. Zaledwie cztery miesiące po przybyciu do Afryki, do Liberii, książę zmarł z wyniku wysokiej gorączki. Nie zobaczył przed śmiercią ani swojej ojczyzny ani swoich dzieci. Żonie udało się wykupić dwóch synów i ich rodziny, a po śmierci Fostera (zmarł mniej więcej w tym samym czasie co książę) jego majątek został podzielony między potomków Abdula-Rahmana, których dzieci do dziś dzień żyją w Liberii i Stanach Zjednoczonych.

Blues i bawełna - jedno nie może istnieć bez drugiego. Czarni niewolnicy harujący jak woły na plantacjach bawełny (w pierwszej połowie XIX wieku bawełna stanowiła niemal 60% całego eksportu USA) uprzyjemniali sobie czas wolny piosenkami, śpiewanymi w rytm podtrzymujących na duchu melodii afrykańskich zapamiętanych z domu i przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Stąd tylko krok dzielił te piosenki do prawdziwego bluesa, którego kolebką jest właśnie amerykańskie Południe. W muzyce niewolnicy wyrażali cały swój ból, tęsknotę za domem i rodzinami, cierpienie, nadzieję, wiarę i dumę. Jeśli ktokolwiek z Was oglądał "Bracie, gdzie jesteś?" braci Coen, to wie o czym piszę. Nie widzieliśmy podczas naszej podróży żadnych ludzi pracujących na polach, ale słuchaliśmy typowej południowej muzyki w tych rejonach, bo tylko taka wydawała się odpowiednia do otoczenia. W różnych miastach organizowane są festiwale poświęcone muzyce blues, w tym jeden nawet w całości organizowany ku czci BB Kinga.

Jeden z mieszkańców Południa odpoczywa w parku

Charakter południowca - w "Klimatyzowanym koszmarze", będącym luznym zapisem podróży Henry'ego Millera po Stanach Zjednoczonych w 1944 roku, autor tak opisuje człowieka Południa: "Jestem zdania, że w całej Ameryce nie ma regionu, który tak sprzyjałby miłej rozmowie, jak właśnie Południe. Tutaj ludzie raczej gaworzą, a nie dyskutują czy toczą spory. Wydaje mi się, że więcej tu dziwaków i oryginałów niż w jakiejkolwiek innej części Stanów Zjednoczonych. Południe wyrabia charakter, a nie jałowy intelektualizm. W wypadku niektórych ludzi fakt, że żyją odcięci od świata, prowadzi do nieuchronnego rozwoju osobowości: osobnicy ci tchną siłą duchową i charyzmą, wypowiadają się w sposób błyskotliwy i pobudzający do myślenia. Wiodą bujne, ciche życie na własny rachunek, w harmonii z otoczeniem, wolni od małostkowych ambicji i współzawodnictwa światowców. Na ogół jednak ustatkowanie przychodzi im z pewnym trudem, bo większość objawia talent i wigor, o jaki nie posądzałby ich ciekawski przybysz. Moim zdaniem prawdziwy południowiec jest szczodrzej obsypany darami przez naturę, bardziej rzutki i dalekowzroczny, bardziej pomysłowy i z pewnością ma więcej chęci do życia niż człowiek z Północy czy Zachodu. Jeżeli postanawia usunąć się w zacisze, to dokonuje tego wyboru nie z powodu zwątpienia, ale dlatego że - jak w wypadku Francuzów i Chińczyków - z umiłowania życia czerpie mądrość, która wyraża się w akcie wyrzeczenia. Ekspatriantowi, który dopiero co powrócił do ojczyzny, najtrudniej odnalezć się właśnie w rozmowie. Najpierw odnosi się wrażenie, że w ogóle nie istnieje coś takiego jak swobodna wymiana myśli. My, Amerykanie, nie rozmawiamy - my okładamy się po łbach faktami i teoriami zaczerpniętymi z pobieżnej lektury gazet, czasopism i przeglądów. Rozmowa to rzecz osobista, i jeśli ma być cokolwiek warta, powinna przejawiać charakter twórczy. W Ameryce usłyszałem coś takiego dopiero po przybyciu na Południe. Musiałem poznać ludzi, których nazwiska nikomu nic nie mówią, mieszkających w niemal niedostępnych regionach, by rozkoszować się tym, co nazywam prawdziwą rozmową."

Dziwactwa - czym byłyby amerykańskie stany bez swoich dziwactw? Każdy region musi się czymś wyróżniać, w końcu bycie innym niż wszyscy to cel życiowy Amerykanów i forma promocji wielu miejsc w USA. I tak Południowa Karolina poza tym, że może pochwalić się pierwszą publiczną biblioteką w kraju (założoną już w 1698 roku) znana jest także z dorocznego Chitlin' Strut Festival organizowanego w miasteczku Salley, kiedy to koneserzy zajadają się daniem z faszerowanych jelit świni, zwanych chitterlings albo chitlins, będącym lokalnym przysmakiem. Georgia uchodzi za bardzo religijny stan, do tego stopnia, że prawo zabrania tam sprzedaży alkoholu w niedzielę. W Atlancie można zwiedzić muzeum coca-coli, bo ten słynny napój pochodzi właśnie stamtąd. W Georgii jeszcze, w małym miasteczku Dublin, organizowany jest też raz w roku festiwal Redneck Games, polegający na jedzeniu hot dogów, piciu piwa, machaniu falgą konfederatów (patrz: Konfederaci w następnym odcinku), wydawaniu entuzjastycznych okrzyków, a także braniu udziału w szeregu konkursów, takich jak paplanie się w błocie, zawody w pluciu i przenoszeniu... zębami kopytek świńskich z jednej miski do drugiej (!). W Nowym Orleanie można kupić laleczki voodoo i praktykować czarną magię. Jedno z więzień Luizjany, Angola Prison, organizuje nawet coroczne słynne rodeo. Do pewnego sklepu w Jackson w Mississippi z daleka przyjeżdżają dzieci i dorośli w poszukiwaniu rzadkich smaków - sprzedają tam m.in. cukierki "miętowe" o smaku bekonu i lemoniadę ogórkową. Do Tuscumbii w Alabamie natomiast, skąd pochodzi niewidoma i głuchoniema Helen Keller, latem zjeżdżają się tłumy upośledzonych dzieci na festiwal organizowany ku czci tej autorki i działaczki politycznej.

Pastelowe rezydencje Charleston

Elegancja Charleston - sława tego miasta położonego w Południowej Karolinie nie odnosi się wyłącznie do duchów (patrz: Ghosts, czyli Duchy w następnym odcinku). To poza Savannah w Georgii jeden z najbardziej urokliwych zakątków Ameryki. Henry Miller napisał: "Na dziesięć tysięcy pokonanych dotąd przeze mnie mil widziałem jedynie dwa miasta, w których były dzielnice warte obejrzenia - mam na myśli Charleston i Nowy Orlean. Co się zaś tyczy innych miast, miasteczek i osad oglądanych po drodze, to mam nadzieję, że nigdy więcej ich już nie zobaczę." Miller pisał te słowa w 1944, gdy zmuszony był wyjechać z ukochanego Paryża i osiedlić się w znienawidzonych Stanach Zjednoczonych, można więc wybaczyć mu surową ocenę. Uważam, że reszta Ameryki jest jak najbardziej godna obejrzenia, ale z pewnością Charleston należy do miast robiących ogromne wrażenie. Liczba imponujących posiadłości przyćmiewa wszystko inne, co widziałam, włącznie z osławionym Los Angeles i jego okolicami, które przy Charleston wydały mi się prowincjonalne i w bardzo złym guście. W Charleston jest miejsce na prawdziwą elegancję z innej epoki, na perły i kostiumiki Chanel, najlepszy szampan i najbardziej luksusowe samochody. Przy tym zamożność mieszkańców nie kłuje w oczy, aczkolwiek na dłuższą metę życie w tym mieście może być nieco nużące przez swój brak szaleństw. Urocza architektura pastelowych willi nie może pozostawić chyba nikogo obojętnego, zapach wszechobecnego jaśminu, wiciokrzewu i gardenii zakręci w głowie każdemu spacerowiczowi. To obok Savannach najbardziej szykowne i romantyczne miasto Ameryki, w którym każdy kościółek i każdy placyk nadają się idealnie na ślub i wesele jak z bajki o Kopciuszku.

A jednak za tym wszystkim nie zawsze kryje się szczęście i radość... Charleston przed wojną secesyjną było jednym z najbardziej liczących portów na wschodnim wybrzeżu. Tu przypływały statki z Indii Wschodnich, Afryki, Francji i innych europejskich krajów, przywożąc oprócz egzotycznych produktów także tysiące czarnych niewolników na sprzedaż. Tu odbywał się największy targ niewolnikami (patrz: Niewolnictwo w jednym z kolejnych odcinków). Zacytuję znów Millera: "Podtrzymywał to wszystko [bogactwo] - niczym żywy fundament, niczym wielki filar z potu i krwi - trud niewolnika. Cegły, z których wzniesiono ściany słynnych domów, ociosały ręce Murzyna." W Charleston, w Fort Sumter, oddano pierwsze strzały zapoczątkowujące wojnę secesyjną. Po wojnie wiele wielkich plantacji, pozbawionych taniej siły roboczej, popadło w ruinę. Duże zniszczenia posiadłości w Charleston spowodowały liczne pożary, sztormy, trzęsienia ziemi (mające miejsce jeszcze w XIX w.), a także huragan Hugo z 1989 roku. Część historyczna miasta jednak zachowana została w znakomitej kondycji i po dziś dzień olśniewa urodą i elegancją.

Clarksdale

Freeman Morgan - w niewielkim, wyludnionym miasteczku Clarksdale w stanie Mississippi, trafiliśmy akurat na coroczny festiwal bluesa, trwający jedynie przez weekend. Wybraliśmie się wieczorem do najbardziej znanego klubu w mieście, Ground Zero Blues Club, którego właścicielem jest nie kto inny niż sam amerykański aktor Morgan Freeman, prawdziwy południowiec. W rozlatującym się na pozór (a faktycznie trzymającym się mocno) budynku ustawiono proste stoły i krzesła, skąd można bez problemu obserwować, co dzieje się na scenie. Przed wejściem na mocno już zniszczonych kanapach można leżeć i tęsknym wzrokiem wypatrywać gwiazd na nieskażonym smogiem niebie. Tamtego wieczora grał jakiś zespół, a my gawędziliśmy z emerytowanym nauczycielem z Chicago, który wraz z żoną i przyjaciółmi przybył do Clarksdale specjalnie na festiwal. Mężczyzna okazał się mieć polskie korzenie (dziadkowie wyemigrowali do USA pod koniec XIX wieku) i polskie nazwisko. Zajadałam się niezbyt smaczną kanapką ze smażonymi, zielonymi pomidorami i myślałam, ze oto jestem w ojczyznie bluesa, gdzie narodziły sie i tworzyły największe sławy i gdzie nawet psy poruszają się w bluesowym rytmie. Na marginesie - na Południu mijaliśmy nawet miasteczko Juliette, gdzie kręcono film "Smażone, zielone pomidory" na podstawie słynnej powieści Fannie Flagg.

Koncert w Ground Zero Blues Club

Klub Morgana Freemana

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6