| < Listopad 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

piątek, 03 sierpnia 2012
I love London - wywiad osobisty

Zamiast pisać typowy tekst postanowiłam przeprowadzić wywiad sama ze sobą, opowiadając na pożegnanie sama sobie (a zarazem Wam) o moim Londynie.

***

Jak opisałabyś Londyn?

Miasto jedyne w swoim rodzaju, przepełnione energią. Metropolia iście światowa, która nie jest tylko stolicą jednego państwa. Centrum finansowe świata, centrum mody i kuchni sprawia, że to miasto globalne, nie angielskie. Anglii jest tu trochę, ale nie przyjeżdża się do Londynu, by posmakować angielskości, tylko skupiska wielu kultur świata. Zgadzam się całym sercem ze stwierdzeniem Samuela Johnsona: "Jeśli jesteś zmęczony Londynem, to jesteś zmęczony życiem". Moim zdaniem nie sposób nie lubić tego miasta i nie cenić jego rozwoju.

widok z mojej sypialni

Gdzie mieszkasz?

W Clerkenwell, fantastycznej okolicy, gdzie mnóstwo artystów ma swoje atelier i studia, a jednocześnie są to już artyści z pieniędzmi, że tak się wyrażę, i uznaniem. Zaha Hadid, Grayson Perry, Roksanda Ilincic, Aleksander McQueen tworzą (a w przypadku tego ostatniego należałoby użyć czasu przeszłego) tutaj. Mieszkam zaraz przy najlepszym tanecznym teatrze w Europie, Sadler's Wells; o rzut beretem od British Museum i domów członków grupy Bloomsbury; po drugiej stronie ulicy od Exmouth Market, kultowej ulicy z własnym festiwalem i zatrzęsieniem dobrych i niedrogich restauracji (słynne są nawet w Japonii i Nowym Jorku - nie żeby to miało dla mnie znaczenie). Prawie wszędzie chodzę pieszo lub jeżdżę rowerem - do Southbank i rzeki, jak również do komercyjnego serca miasta, Oxford Street, mogę dojść pieszo w 20 minut. Okolica jest centralna, a jednocześnie budzą mnie rano śpiewające ptaki, po ulicach po zmroku wędrują lisy w poszukiwaniu jedzenia, często muszę wymijać wiewiórki wjeżdżając rowerem na mój zaciszny skwerek. Niemal codziennie policja przejeżdża tu konno i nie mogę nie uśmiechnąć się, słysząc przyjemny dla ucha stukot końskich kopyt.

Ale mieszkania do kupienia szukaliśmy gdzie indziej, troszkę bardziej na północ, w ukochanej dzielnicy Stoke Newington - najbardziej multikulturowej okolicy jaką znam. Wadą Londynu są niezmiernie wysokie ceny mieszkań - lokum w mojej okolicy, w starym budownictwie, trzypokojowe, to wydatek około miliona funtów. Jeszcze długo nie będzie nas stać, by taką sumkę wyłożyć na mieszkanie. Jedno mieszkanie, o które się kiedyś staraliśmy, znajdowało się na ulicy, na której jednym krańcu była czynna synagoga, a na drugim - meczet. Prawdziwie londyńskie :)


Jakie jest twoje najwcześniejsze londyńskie wspomnienie?

Takie prawdziwie londyńskie? Po przeprowadzce tutaj dostałam pracę, która polegała w dużej mierze na jeżdżeniu po konsulatach i ambasadach i załatwianiu ludziom wiz. Fakt, że musiałam w błyskawicznym tempie zacząć orientować się w mieście, był świetną lekcją poznania miasta. Moje pierwsze wspomnienia dotyczą rządowych przedstawicieli przeróżnych krajów, taki multikulturalny Londyn w pigułce i wersji oficjalnej (przy czym przekonałam się, że w konsulacie Wybrzeża Kości Słoniowej nikt nie mówi po angielsku, a mnie ciężko było dogadać się po francusku; w konsulacie nigeryjskim zaś wręczanie łapówek odbywa się na oczach wszystkich - nie zliczę, ile widziałam zwojów pięknych materiałów chowanych całkiem nieśpiesznie pod kontuarem). Nieoficjalną wersję miałam w pracy - pracowałam z ludźmi wielu narodowości i różnego pochodzenia. Mimo że pracy nie lubiłam, to poczułam bardzo szybko, że jestem w końcu we właściwym mieście.

niestety zdjęcia nie da się powiększyć, ale zwróćcie uwagę na tatuaż na łydce chłopaka po lewej - sowa z książką mnie urzekła

Za czym będziesz tęsknić, gdy wyjedziesz?

Cieszę się na Japonię niezmiernie, ale wiem, że będę tęskniła. Za tym, co znajome i oswojone. Za łatwością życia. Za bezpretensjonalną uprzejmością i wesołością ludzi. Za ludźmi chyba najbardziej. Nie jestem z tych, którzy sądzą, że wszyscy Japończycy wyglądają tak samo i są tacy sami, ale faktem jest, że nigdzie na świecie nie ma takiej różnorodności ludzi co w Londynie. Starsze panie w barwnych jak papuzie upierzenie sari spacerują obok odzianych w nikaby i hidżaby młodych Arabek i Afrykanek o kasztanowych oczach, matrony w fantazyjnych turbanach z afrykańskiego batiku czekają na przystanku autobusowym obok dziewczyn o różnobarwnych włosach, z ramionami wytatuowanymi w syreny i róże i drobnych Japonek w bieli i czerni. Sikhowie w eleganckich turbanach i muzułmanie w kurtach i taquiyah robią zakupy obok ortodoksyjnych Żydów w czarnych fedorach i rastafarian z burzą dreadlocków ukrytych tylko częściowo pod wełnianymi czapkami w czerwono-żółto-zielono-czarne pasy. Takich scenek z życia codziennego będzie mi brakować. Będzie mi brakować tego luzu, że możesz wyglądać jak chcesz i nikt się za tobą nie obejrzy, nikt nie będzie się wgapiał i każdy pozwoli ci być po prostu sobą.

tłum spacerowiczów w Southbank śpiewa wraz z orkiestrą walijskie pieśni, czytając tekst z rozdawanych przez wolontariuszy kartek

Będzie mi też brakować rewelacyjnych londyńskich instytucji kulturalnych. Zawsze je doceniałam, ale teraz mam w perspektywie ich utratę na parę lat. Trudniej będzie nawet kupić film na dvd i liczyć na angielskie napisy czy wyjść do kina, nie wspominając o festiwalach literackich, teatrze czy innych imprezach. Regularnych spotkań z pisarzami z Wielkiej Brytanii, Chin, różnych krajów afrykańskich i Indii będzie mi brakowało. Przynajmniej książek mam wystarczająco dużo, by przynajmniej przez najbliższe pięć lat nie zabrakło mi lektury, nawet jeślibym wylądowała w kraju bez księgarni i dostępu do internetu.

Księgarnia w Chiswick

Ostatni numer "Time Out" jest pod hasłem "London. Greatest City in the World. Fact" ("Londyn. Najwspanialsze miasto na świecie. Fakt"). Regularni czytelnicy mojego bloga wiedzą, jak bardzo zgadzam się z tym twierdzeniem. Londyn to mój dom, moje serce i pisałam o tym nie raz. Nigdzie na świecie nie czuję się tak dobrze, choć cudownych miast jest wiele. Z jakimi miastami redakcja "Time Out" porównuje Londyn? Pisząc o kuchni stwierdza, iż nigdzie nie ma takiego wyboru jak w Londynie (2. miejsce - Nowy Jork, 3. miejsce - Tokio) i takiej liczby dobrych restauracji dla osób o średnim budżecie (fenomenalny przewodnik po 100 najlepszych londyńskich daniach tutaj). Londyn jest na pierwszym miejscu jeśli chodzi o teatr (2. miejsce - Nowy Jork, 3. miejsce - Berlin). Nowy Jork jest bardziej komercyjny, a ceny biletów do teatru są wyższe, Londyn zaś króluje jeśli chodzi o klasykę (nieśmiertelny Szekspir) oraz nowe, awangardowe dramatopisarstwo, aktorstwo, musicale, sprowadzanie najlepszych spektakli z całego świata (od Polski poprzez RPA, Iran po Chiny) przy zachowaniu rozsądnych cen biletów. Londyn przewyższa Nowy Jork i Berlin (ex aequo 2. miejsce) w muzyce - tutaj rocznie odbywa się o 12 tysięcy więcej koncertów niż w Nowym Jorku (łącznie 32 tysiące, rekordowa liczba nie do pobicia przez żadne miasto na świecie). Pięć miejskich symfonii na najwyższym poziomie to liczba imponująca, chóry znane na całym świecie, opery i operetki. Setki lokalnych festiwali muzycznych z najróżniejszą muzyką zadowolą każdego. Dziesiątki artystów pochodzących z Londynu podbijają świat, a w Londynie grają największe sławy świata. Londyńczycy kochają komedie (2. miejsce - Nowy Jork, 3. miejsce - Melbourne i Sydney) - co miesiąc ma tu miejsce 1200 spektakli komediowych. Brytyjskie poczucie humoru jest znane na świecie, a miejscowi mieszkańcy szanują swych komików - jeden z najsłynniejszych z nich, Peter Kay, w zeszłym roku tylko w Londynie zebrał na swoje przedstawienia tłumy liczące 240 tysięcy osób! Awangarda i ekscentryczność są tu w cenie, nic nie jest zbyt dziwne, by nie mogło zostać docenione. Za takim szacunkiem do dobrej, RÓŻNORODNEJ, kultury będę tęsknić ogromnie... 


Jaki widok miasta lubisz najbardziej?

Nie robi na mnie wrażenia miejska panorama, nigdy specjalnie nie przepadałam za widokami z lotu ptaka (np. nigdy nie byłam na London Eye). Bardzo lubię widok z mostu Blackfriars Bridge, z reguły jestem tam po zmroku, po wyjściu z jakiegoś spotkania literackiego w Southbank, podekscytowana spotkaniem autorów, przepełniona myślami po tym, co od nich usłyszałam. Lubię patrzeć na statki na Tamizie i bryły budynków, także brutalistycznych, betonowych budowli Southbanku.

Jaka muzyka kojarzy ci się z Londynem?

To się zmienia. Przez lata kojarzyłam z Londynem Hot Chip, teraz też przeważnie z miastem kojarzy mi się muzyka skręcająca choćby w elektronikę. Ale też Polly Scattergood i jej "Bunny Club". Praktycznie zawsze chodzę po ulicach z iPodem, w metrze czy autobusie nigdy nie czytam, ale obserwuję ludzi i słucham muzyki.

ekologiczny i artystyczny karmnik dla ptaków w pobliskim parku

Kiedy ostatnio przeklinałaś Londyn?

Ja raczej nie przeklinam, a samo miasto budzi we mnie wielkie pokłady cierpliwości. Nie stresuję się tu niczym - lubię gwar, umiarkowany hałas, brak zanieczyszczenia powietrza (w porównaniu z wieloma miastami, które znam, także europejskimi i o wiele mniejszymi od Londynu). Irytują mnie jednak czasem wycieczki Włochów czy Hiszpanów, którzy, mam wrażenie, kompletnie nie potrafią poruszać się w dużych miastach i nie myślą o innych, blokując przejście do metra, ruchome schody w metrze, wejście do muzeum itp. Ale rzadko zdarza się, by naprawdę wyprowadzało mnie to z równowagi. Smutno mi czasem, jak pomyślę, ile kosztują tu mieszkania i jak bardzo trzeba o nie walczyć. O ostatnie mieszkanie "biło się" niemal 30 osób! Mieszkania schodzą tu jak świeże bułeczki, ale w niektórych dzielnicach, zwłaszcza tych najzamożniejszych wiele mieszkań stoi niemal permanentnie pustych - bogaci Rosjanie, Arabowie i Grecy odwiedzają je jedynie na kilka tygodni w roku, co oznacza, że przez resztę czasu dzielnica praktycznie nie żyje, nie ma się żadnego poczucia, że mieszka tam jakaś zgrana społeczność, której zależy na rozwoju lokalnym. To napawa mnie szczerym smutkiem.

Jakie doświadczenie mówi o tobie: jestem londyńczykiem?

Pikniki. Wszędzie, na każdym skrawku trawy (a tych w mieście jest dużo) można rozłożyć koc i wiktuały. Jeśli jesteśmy we dwójkę, wystarcza nam to, plus weekendowe gazety. Jeśli z przyjaciółmi, to rozwieszamy też na gałęziach drzewa, pod którym siedzimy, kolorowe balony i wieszamy bunting, czyli sznurki z barwnymi chorągiewkami. Ale już samo wyciągnięcie się na trawie na skwerku, jakich w mieście mnóstwo, z książką i z pudełeczkiem z lunchem z jednego ze stoisk z kuchniami świata licznych rynków, które w porze obiadowej są oblegane, jest doświadczeniem iście londyńskim.

Młodzi tancerze ćwiczą układ przed występem w ramach weekendowego festiwalu tanecznego nastolatków w Southbank

Którego londyńczyka podziwiasz?

Podziwiam przede wszystkich anonimowe osoby. Podoba mi się w tym mieście, że jeśli pomieszkasz gdzieś dłużej, czujesz się częścią społeczności. Znasz/kojarzysz mieszkańców swojej dzielnicy (nie wszystkich, rzecz jasna, to niemożliwe), łatwo nawiążesz przyjaźnie, jeśli tylko wykażesz odrobinę dobrej woli. Odnoszę wrażenie, że tu ludzie są siebie ciekawi, a przy tym nie wścibscy, jak by to może miało miejsce w małej wsi. Dają ci swobodę bycia tym kim jesteś i akceptują cię. Do osób w mojej dzielnicy, o których myślę ciepło, należy z pewnością pan Ahmed, menedżer mojej ulubionej restauracji bangladeskiej, który przyjechał do Anglii 38 lat temu i z którym nigdy w rozmowie nie można poprzestać tylko na small talku. Jeden z najbardziej serdecznych ludzi, jakich znam. Gdy wybieraliśmy się do Bangladeszu dał nam całą listę adresów i numerów telefonu do członków swojej rodziny w różnych regionach kraju. Podziwiam go za determinację, ciężką pracę (siedem dni w tygodniu od południa do północy), zawsze pozytywne myślenie i życzliwość, jaką obdarza innych. Bardzo londyńskie cechy charakteru, jak wynika z mojego doświadczenia :)

W Londynie człowiek uczy się myśleć nieschematycznie, to miasto łamie stereotypy. Do jednej z moich ulubionych kawiarni przyjeżdża na specjalnym wehikule pewna pani. To nawet nie jest wózek inwalidzki, ale pojazd, który pozwala jej być niemal samodzielną i dawać sobie radę w mieście, w którym niemal zupełny brak nóg i ręce o połowę krótsze od tych zdrowego obywatela nie stanowią wielkiej przeszkody w życiu. Śmiech tej pani słychać z daleka, jest niezmiernie towarzyska i bardzo rozmowna. Niedawno widziałam jej zdjęcie w Guardianie, okazało się, że jest aktorką National Theatre. Londyn nie dyskryminuje nikogo, nie znam drugiego miasta, które byłoby tak przyjazne ludziom. 


Jakie jest twoje ulubione muzeum?

Zdecydowanie Victoria & Albert Museum! Jeśli miałabym polecić komuś odwiedzenie tylko jednego muzeum w tym mieście, koniecznie musi to być V&A. Wielkim plusem instytucji kulturalnych jest to, że do olbrzymiej większości muzeów wstęp jest za darmo, płatne są tylko okresowe wystawy. Nic tylko korzystać!

Jaką radę dałabyś turyście, który chce zobaczyć nieturystyczne miejsca?

Niech zboczy z utartego szlaku. Warto wybrać się do Hampstead, które jest śliczną dzielnicą, i pospacerować tamtejszymi ulicami, nurzając się w literackości tej dzielnicy. W sobotę wybrać się, idąc wzdłuż kanału Regent's Canal, na Broadway Market, fantastyczny, bezpretensjonalny rynek z najróżniejszymi stoiskami i mnóstwem kawiarni, sklepików i restauracji na ulicy. W niedzielę trzeba pójść na Spitalfields i Brick Lane i przekonać się na własne oczy, czym jest moda, i na własne kubki smakowe, czym jest dobra, londyńska kuchnia (ale radzę nie wierzyć, że dobre indyjskie jedzenie jest na Brick Lane - ani nie jest dobre, ani specjalnie autentyczne, do prawdziwego "Hindusa" warto udać się gdzie indziej). A potem pójść w kierunku Whitechapel i poczuć się prawie jak w Dhace (prawie!). Obecnie, w porze Ramadanu, szczególnie polecam wybranie się po zachodzie słońca na Edgware Road do jednej z libańskich, syryjskich, irańskich czy irackich knajpek. Panuje szczególna atmosfera wspólnoty. Nasza ulubiona knajpka leży na jednej z odchodzących uliczek i dość trudno znaleźć w niej wolny stolik na zewnątrz. Ostatnio siedzieliśmy między dwoma chłopakami, jeden był z Brazylii, drugi z Egiptu, i grupką nastolatek (też każdy miał inne korzenie: egipskie, armeńskie, karaibskie) - wszyscy z wyrozumiałością podchodziliśmy do dość zmęczonych już kelnerów, którzy pościli od świtu, a musieli poczekać aż ostatni klienci wyjdą, by móc w spokoju zjeść swój posiłek. To jedno z najlepszych miejsc do oglądania ludzi i można godzinami siedzieć paląc jabłkową sziszę po wspaniałym posiłku złożonym z bliskowschodnich meze.

I jeszcze jedno. Niech nikt nie da się zwieść, że Soho to tylko dzielnica "czerwonych latarni". W ostatnich latach Soho wróciło na mapę kulinarną i klubową Londynu, i choć nie jestem w stanie polecić żadnych klubów, to dla mnie ta dzielnica jest jedną z lepszych, jeśli chodzi o jedzenie. Coraz więcej restauracji w Londynie nie przyjmuje rezerwacji, więc by zjeść w najlepszych knajpach, jak w prawdziwej japońskiej udon-yi (restauracji, która serwuje dania tylko z makaronem udon, na ciepło i zimno) Koya, czasem trzeba swoje odstać w kolejce. Ale ich kitsune ramen z miso z orzechami włoskimi jest prawdziwym rarytasem! Podobnie smacznie jest w Dishoomie, w pobliżu Covent Garden, restauracji serwującej dania kuchni ulicznej z Bombaju mniejszości parsi, czyli wyznawców zoroastrianizmu, którzy przed wiekami przybyli do Indii z Iranu - palce lizać!


Widać, że wiele możesz mówić o jedzeniu... Na jaką kuchnię panuje teraz moda w Londynie?

Mody zmieniają się szybko i z reguły wyprzedzają cały świat o kilka sezonów. Parę lat temu modna była kuchnia skandynawska. Teraz w modzie jest peruwiańska, otworzyło się sporo ciekawych restauracji peruwiańskich, jest nawet jedna peruwiańsko-japońska, bo jak wiadomo w Peru mieszka olbrzymia grupa potomków imigrantów z Japonii, którzy mieli wpływ na kuchnię tego południowoamerykańskiego kraju. Cieszę się, że dywersyfikuje się coraz silniej kuchnia chińska, która tak naprawdę składa się z 17 bardzo odrębnych kuchni. Od pewnego czasu coraz więcej pojawia się knajpek z daniami kuchni ujgurskiej, która jest ciekawą mieszanką dań Azji Środkowej, potraw znanych w Afganistanie czy Pakistanie, z wpływami tureckimi (bo przecież Ujgurzy są plemieniem tureckim) i chińskimi, które to dania Chińczycy Han przywieźli w te rejony z różnych prowincji. O wielu modach na jedzenie mogłabym pisać, ogranicza mnie tu miejsce :)

Twój ulubiony pub?

Zdecydowanie The Crown Tavern w Clerkenwell. Przeurocze wnętrze - w okresie bożonarodzeniowym w pokoju na górze przy kominku ustawiona jest wielka choinka, a obrazki na ścianach i światło lampek dają złudzenia tkwienia w dickensowskiej powieści. Na zewnątrz znajduje się sympatyczna piazza, więc przy dobrej pogodzie można jeść i pić na świeżym powietrzu. Z ciekawostek - to w tym pubie po raz pierwszy Lenin spotkał Stalina.

Bardzo lubię też Princess Louise w Holborn. Nie przypomina tych unowocześnionych gastropubów, gdzie częściej można zjeść dania kuchni tajskiej niż porządne fish & chips (które notabene nie jest daniem typowo angielskim, a przynajmniej nie bardziej niż chicken tikka masala - przybyło do Anglii wraz z Żydami aszkenazyjskimi uciekającymi od pogromów w Europie wschodniej). Tu w ogóle nie serwuje się jedzenia poza chipsami (po angielsku zwanymi 'crisps'; 'chips' to bardzo grube frytki, te cienkie można dostać niemal wyłącznie z dinerach w amerykańskim stylu, tyle że ze zdrowszą kuchnią). Ten staroświecki przybytek jest nietypowy pod tym względem, że można się w nim zgubić - mnogość maleńkich salek, takich na 2-3 osoby i niemożność przejścia z jednej strony pubu do drugiej powoduje, że wydaje się być on labiryntem. Cudnie rzeźbione szklane panele i stare drewno tworzą niesamowitą atmosferę.


Jakie są twoje ulubione ścieżki spacerowe?

Jest ich całe mnóstwo! Nigdy chyba nie znudzi mi się łażenie po Bloomsbury i zaglądanie do tych wszystkich księgarni i antykwariatów, jakie ta dzielnica kryje. Soho pozwala poczuć, jakby zawsze w mieście panował karnawał, lubię bardzo tę atmosferę, gdy nawet przed południem można spotkać drag queens palących papierosy przed barem. Czasem jedziemy do Archway czy Hampstead albo przechodzimy przez Regent's Park, mijając największy londyński meczet i udajemy się do eleganckiej dzielnicy Primrose Hill, gdzie mieszkała Sylvia Plath... Prawie zawsze na rejon spacerów obieram północny Londyn. A jeśli chcę się przenieść do innego świata, świata niczym z innej epoki, idę na aleję - zamkniętą dla ruchu samochodowego - Kensington Palace Gardens. Skryta między Notting Hill a South Kensington, zaraz obok pałacu księżnej Diany jest szeroka ulica z posiadłościami, w których mieszkają ambasadorzy i bardzo zamożni mieszkańcy Londynu, delikatnie mówiąc. Podziwiam szalenie zróżnicowaną architekturę, kilkuskrzydłowe stare rezydencje i przymykając oczy mogę sobie wyobrazić, że jestem postacią z książki...

Podczas zwykłych spacerów lubię zaglądać na uliczki, którymi jeszcze nie szłam, i odkrywać niebieski tablice z nazwiskami znanych londyńczyków, których wcześniej nie widziałam. W Londynie nie ucieknie się od historii, ona jest wszechobecna. 

Jaki Londyn wybierasz: północny Londyn czy południowy?

Tylko i wyłącznie północny! Bywam czasem w południowym Londynie, tak by mieć pojęcie o tym, co tam się dzieje, i zawsze z ulgą wracam do siebie, na swoją stronę rzeki. Te zachwalane czasem przez różnych znajomych dzielnice: Dulwich, Clapham, Fulham, które mają tętnić życiem, wydają mi się dość nudne, nieszczególnie ładne i bardzo... mieszczańskie, zupełnie nie w moim guście. Tylko Brixton wpasowuje się w mój gust. W Londynie ludzie dzielą się na południowców i tych, którzy serce oddali północy. Pozostanę chyba na zawsze dziewczyną z północnego Londynu, wciąż tyle jest tu do odkrycia.


Jak najlepiej poznać Londyn?

Spacerując pieszo i rozmawiając z ludźmi, którzy mieszkają tu dłużej. Londyn nie odkrywa się tym zamkniętym, z nieufnością podchodzącym do innych. Londyńczycy nigdy nie będą się narzucać, krytykować twoich wyborów ani wyrażać swego zdania niepytani. Ale wystarczy spytać ich o polecanki, a posypie się lawina nazw i adresów i trzeba będzie w pośpiechu wszystko zapisywać, bo spamiętać nie sposób. Londyn ma wiele twarzy, więc Londyn mój i tych, którzy siedzą obok mnie w jakiejkolwiek kawiarni nigdy nie będzie tym samym miastem. Rozmawiając z ludźmi poznamy ponadto historie prosto jak z książek. Jest takie powiedzenie, że każdy nosi w sobie książkę. Można to interpretować na wielu płaszczyznach, ale faktem jest, że za ciepłym uśmiechem mogą kryć się niewiarygodne historie. Warto się otworzyć, by je poznać. Kilka dni temu lekarka w mojej przychodni opowiedziała mi o sobie. Ciemnoskóra muzułmanka w hidżabie, ojciec Nigeryjczyk, matka Irlandka, kobieta wychowała się w Stanach Zjednoczonych i w Londynie. Miała zostać sportowcem - do tej pory biega maratony, skacze przez płotki, strzela, jeździ konno, pływa na długie dystanse. Słuchałam z podziwem o jej uwielbieniu sportu. I jeszcze na moją prośbę streściła mi, co Koran mówi na temat usportowionych kobiet. Parę dni temu wynosząc kolejną porcję śmieci do recyclingu przed dom zauważyłam, że w tym, co przed chwilą wyniosłam, grzebie młody, przystojny brunet. Spytałam, czy w czymś pomóc i czy szuka czegoś konkretnego. Szukał porządnej torby papierowej (nie pytałam po co). Ale zaczęliśmy rozmawiać, okazało się brunet pochodzi z Rumunii i studiuje tu sztuki teatralne. Pogawędziliśmy więc o rumuńskiej literaturze, dostał swoją torbę, zaraz zniosłam mu też kilka książek z dramatami Millera i klasyką grecką (i tak miałam oddać do sklepu charytatywnego), dorzuciłam świetny szal ze szkockiej wełny i sweter Gucia, którego już nie będzie nosił. Chłopak się ucieszył, a ja poczułam się o wiele radośniejsza. Takimi doświadczeniami się karmię. Miasto w końcu to nie tylko budynki i ulice - to przede wszystkim skomplikowana siatka ludzkich losów i zależności. Miasto jest tym, czym są jego mieszkańcy. 

A jeśli mieszkasz w Londynie mam dwie rady: zaabonuj "Time Out", jeśli jeszcze nie kupujesz tego tygodnika. Odkryjesz strony miasta i zakątki, o jakich nie miałeś pojęcia. Czasem wsiądź w przypadkowy autobus i daj się wywieźć gdzieś, gdzie jeszcze nie byłeś. Obserwuj życie za szybą, przemierzając nieznane ulice i dzielnice. To fascynująca przygoda i świetne remedium na rutynę.



poniedziałek, 03 października 2011
Oaza Orientu w Londynie - wizyta w Leighton House Museum
Arab Hall

Wnętrze Arab Hall, fot. Will Pryce (w muzeum nie wolno robić zdjęć, ale udało mi się mimo to kilka sal sfotografować, jednak pozwoliłam sobie tu wspomóc moją wystawę fotografii cudzymi pracami; zdjęcia niepodpisane są mojego autorstwa)

W słoneczny letni dzień stanęliśmy przed sporym budynkiem na obrzeżach londyńskiego Holland Park. Zamierzaliśmy obejrzeć dom malarza i rzeźbiarza lorda Frederica Leightona, zwany Leighton House Museum. Z zewnątrz nic nie zapowiadało tego, co oczekiwało nas w środku. Cieszę się, że nie oglądałam wcześniej żadnych zdjęć wnętrza, bo nie miałabym tej niespodzianki. Tymczasem po okazaniu naszych promocyjnych trzymiesięcznych kart Art Fund (dzięki którym nie płaci się za wstęp do tych nielicznych galerii i muzeów prywatnych, które są płatne) przeszliśmy do okazałego holu, a stamtąd do salonu, zwanego Arab Hall i... stanęłam jak wryta. Myślałam, że śnię, że takich wnętrz Londyn nie skrywa. Od razu wyobraziłam sobie, że znalazłam się w haremie sprzed dwustu lat (przynajmniej ja tak sobie wyobrażam pokój, w którym orientalne księżniczki spędzały dnie). Brakowało tylko kobiet. Na środku sali  znajduje się kwadratowy, płytki, marmurowy basenik z fontanną. Wysokie okna pokryte są ażurowymi płytami z drewna, które przepuszczają światło do środka i pozwalają wyglądać na zewnątrz, pozostając niewidzialnym z ogrodu. Pod oknami siedziska zachęcają, by rozłożyć się na nich z herbatą miętową i dobrą książką albo backgammonem. Zachwyt wzbudzają też ściany pokryte złotem i ponad tysiącem XVII-wiecznych kafli, sprowadzanych z Damaszku przez samego Leightona. Malarz podróżował chętnie na Bliski Wschód i jego pasją było kolekcjonowanie kafelków. Z tego samego okresu pochodzą zresztą ażurowe, drewniane zasłony na okna, którymi Leighton zachwycił się w Algierze tak bardzo, że zapragnął mieć identyczne u siebie w Londynie.

hol Leighton House Museum, fot. Will Pryce

hol domu, fot. Will Pryce

sypialnia Leightona

sypialnia malarza

Reszta domu jest mniej imponująca, choć wciąż robi duże wrażenie. Piękny hol, ze ścianami pokrytymi kaflami i obwieszonymi obrazami, ze schodami prowadzącymi do ustronnego "pokoju", otoczonego ażurowymi ściankami, zawieszonego niejako nad parterem. Gabinet malarza jest skromny, ale przytulny, z soczyście zielonymi ścianami. Równie skromna jest sypialnia z maleńkim łóżkiem i miniaturową łazienką - widać, że malarz nie spędzał wiele czasu w łóżku. Mając TAKI orientalny salon, kto chciałby kryć się w sypialni? Kolejne niewielkie pokoje prezentują dziś dzieła prerafaelitów i samego Leightona, o którym jego rówieśnik, Dante Gabriel Rosetti, mówił jako o mężczyźnie, który "kochał małe rzeczy, małe dzieci, małe kotki". Na ostatnim piętrze przestronne sale poświęcone były w czasie naszej wizyty ekspozycji szkiców prac architekta George'a Aitchisona, który zaprojektował m.in. dom Leightona. W Leighton House Museum ponadto znajduje się sala użyczana "artists in residence" - artystom, którzy malują tam, pokazują swoje prace i dają się poznać w tak przyjaznych wnętrzach. Zachwyciłam się scenografią obrazów Clarissy Koch, portretującej przede wszystkim kobiety w kimonach w nastrojowym, orientalnym klimacie.

legowisko

siedzisko/legowisko na piętrze

okno Arab Hall

jedna ze ścian w Arab Hall

ekspozycja Koch

sala, w której rezydowała Clarissa Koch i jej obraz na sztalugach

Po wyjściu z muzeum poszliśmy na tyły domu, pokryte trawą. Ewidentnie Leighton nie był wielkim ogrodnikiem, wolał chyba przesiadywać w krainie wyobraźni i wspomnień z dalekich podróży, którą stworzył w swych wnętrzach. I mnie ciągnęło cały czas, by powrócić do Arab Hall, podziwiać kolorowe kafle, żyrandole, lampy, wsłuchiwać się w szmer wody. Jest coś niebywale uspokajającego w tej sali, dobra energia, która powoduje, że ten pokój stanowi centrum spirytualne całego domu. Nie bez powodu na pewno nad wejściem do pokoju ulokowane są kafle z pięknie wykaligrafowanym wersetem z Koranu oznajmiającym stworzenie świata. Sam Leighton nie był jednak muzułmaninem, otwarty na różne religie świata, pozostał do końca agnostykiem. Przepiękne wnętrza, łączące sztukę Bliskiego Wschodu z japońskimi naczyniami, stojącymi w holu, secesyjnymi tapetami, wypchanym pawiem, oprawionymi w skórę zniszczonymi książkami o historii starożytnej, filozofii i sztuce sprawiają wrażenie nie z tego świata, a ze świata baśni Tysiąca i Jednej Nocy. Wizyta w domu Leightona robi wrażenie na każdym. Któżby się spodziewał po przekroczeniu progu tego bądź co bądź niepozornego, lecz typowego dla ruchu Arts & Crafts, domu cofnąć się momentalnie w czasie i przestrzeni?

Leighton House Museum od tyłu

Leighton House Museum od tyłu

Muszę uczciwie przyznać, że malarstwo Leightona mnie nie porywa. Z jego wszystkich dzieł, które miałam okazję obejrzeć, najbardziej podoba mi się jego autoportret, na którym malarz wygląda jak mędrzec ze starożytnych Aten. Zapewne nieprzypadkowo namalował siebie w szacie, przypominającej stroje wielu postaci z jego obrazów. O Leightonie krążyło wiele plotek za jego życia - że miał dziecko z jedną ze swych modelek, że był homoseksualistą. Żadna nie została potwierdzona ani zdementowana. Leighton nie zostawił żadnych pamiętników a listy nie zdradzają wielu szczegółów z życia prywatnego malarza. 

autoportret Frederica Leighton z 1880

autoportret Leightona z 1880

W muzeum wciąż odbywają się imprezy tematycznie związane z Bliskim Wschodem: w przyszłą sobotę zorganizowany będzie marokański souk, na którym kupić będzie można orientalną biżuterię, perfumy, stroje, bibeloty i potrawy. Zapowiadana jest impreza poświęcona hip hopowi z Bliskiego Wschodu, której przewodniczyli będą marokański raper Master Mimz i Randa Safieh, nauczający muzyki specjalista od hip hopu w świecie arabskim, w szczególności od palestyńskiego hip hopu. Na jesienne tygodnie zaplanowano też projekcje filmów z Iraku, Syrii, Egiptu i Libanu. Cały program dostępny jest tutaj

Leighton House Museum, 12 Holland Park Road, London W14 8LZ

Leighton House, sufit Arab Hall

sufit Arab Hall, fot. Will Pryce
czwartek, 08 września 2011
Domki jak z piernika
Spitalfields 5

Z gwarnej stacji Liverpool Station kieruję się ku Spitalfields. Tu mieści się rynek, na którym od 1638 roku co niedzielę można kupić dobra wszelakie. W XVII wieku to była wieś, o finansowym centrum Europy, jakie znajduje się w City tuż obok, nikt nie śmiał nawet marzyć. Na rynku sprzedawano mięsiwo, warzywa i owoce. Dziś jedzenie też stanowi mocną stronę targowiska, ale najczęściej jest to wyborne pieczywo, babeczki i lukrowane ciasteczka niczym kolorowa biżuteria, pasująca do pastelowego lakieru do paznokci. Niezależni projektanci sprzedają szyte przez siebie ubrania, można tu dostać naturalne kosmetyki, oryginalną biżuterię i akcesoria, przedmioty retro, stroje vintage. Są nawet meble. Na rynku byłam już tyle razy, że dziś zboczę z trasy. Mijam sklep z organicznymi warzywami i owocami Verde, prowadzony przez pisarkę Jeannette Winterston (tę od "Płci wiśni"), która notabene mieszka w apartamencie nad sklepem, wyglądający jak z innej epoki - wystawa przypomina teatrzyk papierowych kukiełek i tylko skrzynki z jabłkami sugerują, że to nie przybytek kultury, a handlu. Wchodzę w uliczki, które kojarzą mi się z baśniami Andersena, choć związku tej części Londynu z duńskim pisarzem nie ma żadnego.

Spitalfields 10

Spitalfields 7

Spitalfields 13

Spitalfields 3

Kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się bengalska Brick Lane i Whitechapel, meczety i restauracje z bangladeskimi daniami, sklepy, w których można dostać na dvd najnowsze przeboje kina bollywoodzkiego i starą, dobrą klasykę. W porze Ramadanu z licznych cukierni klienci wychodzą, niosąc w rękach mniejsze i większe paczuszki z ociekającymi cukrem wypiekami. Ale jestem z dala od tego wszystkiego - wprawdzie na końcu ulicy rzuca się w oczy wielki szyld supermarketu Bangla Town, jednak tutaj na chodnikach pustki. Amerykański turysta, obwieszony aparatami fotograficznymi filmuje całą uliczkę, lecz poza nim i jego partnerką pustka i cisza. Musiało tu być gwarnie w XVII wieku, gdy mieszkali tu uchodźcy francuscy i flamandzcy, którzy z biedy wyrwali się dzięki smykałce do szycia i tkania. Ponad trzynaście tysięcy Hugenotów znalazło w tej wsi, wówczas podlondyńskiej, schronienie i pomału stworzyli w Spitalfields zagłębie jedwabiu. W ciągu następnego stulecia pobudowano georgiańskie kamienice, które stoją tu do dziś. Mieszkali w nich najlepiej prosperujący przedsiębiorcy. Biedni czeladnicy spali na ogół w budynkach, gdzie dokonywało się folowanie tkanin (obróbka tkanin, która ma na celu spilśnianie i zagęszczanie struktury włókna), nie mieli oni własnego lokum. Po nich ostały się w mieście nazwy ulic: Petticoat Lane, Fashion Street. Tenterground, a w Londynie raz nadanych nazw ulic nie zmienia się. W XVIII wieku przybyli w te okolice Irlandczycy, gdy załamał się przemysł lniany w ich ojczyźnie. Zajęli sie w Spitalfields jedwabiem. W tym stuleciu jednak zaobserwowano, co mogła zdziałać konkurencja i jak produkcja tańszych tkanin zmusiła tkaczy do obniżenia swych cen i pogorszenia sytuacji materialnej tysięcy mieszkańców dzielnicy. Zamieszki wyniosły masy sfrustrowanych, głodnych tkaczy na ulice, a do domostw wkroczyła bieda. Powoli nadchodził zmierzch przemysłu jedwabnego. W czasach wiktoriańskich Spitalfields kojarzyło się już tylko ze slumsami, w których mieszkali najubożsi. W 1832 roku Londyn nawiedziła epidemia cholery, a tygodnik "The Poor Man's Guardian" tak pisał o domkach na Spitalfields: "Niskie domy, wszystkie stłoczone razem w zamkniętych i ciemnych alejkach, sprawiają na pierwszy rzut oka wrażenie niezamieszkałych, w tak opłakanym stanie są bowiem drzwi i okna. W każdym pokoju każdego domu jednak całe rodziny: rodzice, dzieci i sędziwi dziadkowie gnieżdżą się razem". 

Spitalfields 17

Spitalfields 12

Spitalfields 4

W drugiej połowie XVIII wieku układ z Francją, polegający na imporcie stamtąd taniego jedwabiu, ostatecznie doprowadził do upadku przemysłu lokalnego. Porzucono jedwab, zajęto się stolarką i szewstwem, a do Spitalfields zaczęli napływać uchodźcy żydowscy. Nie było tu wówczas przyjemnie. O tej części miasta mówiono wówczas, że jest jedną z najbardziej niebezpiecznych i cuchnących w całym Londynie. Ulicami spacerowały panie lekkich obyczajów, a te kilka ulic na krzyż stały się zagłębiem złodziejstwa. To tutaj grasował Kuba Rozpruwacz, podrzynając gardła ubogim prostytutkom. 

Spitalfields 6

Spitalfields 9

Spitalfields 14

Spitalfields 16

Przez całą pierwszą połowę XX wieku w tej okolicy mieszkała jeszcze biedota. Zniszczone domy można było kupić za bezcen. Żydzi wynosili się do północnych części miasta. Kilkadziesiąt lat temu zaczęli Spitalfields tłumnie zaludniać przybysze z Bangladeszu, z prowincji Sylhet. Zajmowali - i nadal zajmują - się oni przede wszystkim gastronomią i handlem. Przemysł tekstylny znów rozkwitł, w wielu kamienicach znajdują się szwalnie, niektóre kobiety szyją także w domach, co zostało uwiecznione na kartach powieści "Brick Lane" Moniki Ali i w filmie nakręconym na podstawie tej książki. Dawny kościół kalwinistyczny, zamieniony później na synagogę, dziś jest meczetem. Jaką funkcję będzie pełnił za kilkadziesiąt lat? W Spitalfields zaczęli także osiedlać się artyści. Tu mieszkają Tracey Emin, Gilbert & George, aktorka Samantha Morton, dom z ogrodem ma tu także znana w Anglii gwiazda kuchni Angela Hartnett. Galerie, niezależne butiki wyrastały tu w ostatniej dekadzie jak grzyby po deszczu. 

Spitalfields 11

Spitalfields 1

Spitalfields 8

Mam wielki sentyment do Spitalfields. Twierdzę, że kto nie był w Spitalfields, zwłaszcza w niedzielę, gdy na ulicach jeden rynek zamienia się płynnie w drugi, gdzie mieszają się języki bengalski z urdu, szwedzki z francuskim, hiszpański z portugalskim, gdzie obok starszego sprzedawcy w białej kurcie, sprzedającego pawie pióra młodziutka, długonoga Japonka o rudych włosach oferuje klientom swoje używane buty, a ze stojących nieopodal straganów dobiegają zapachy kuchni etiopskiej, karaibskiej i wietnamskiej, ten nie zna współczesnego Londynu. Londynu, który tętni życiem, jest dynamiczny, wibruje energią. Londynu, w którym znikają podziały i granice. Można tu przy ładnej pogodzie spędzić cały dzień, siedząc na krawężniku i obserwując przepływające życie. Dumając nad tym, jak kolejne grupy ludzi przez stulecia znajdowały tu dom, choćby na chwilę, choćby po to, by odetchnąć od prześladowań i nabrać sił na dalszą wędrówkę. Spitalfields jest dla mnie symbolem metamorfozy, jaką przechodziło i nadal przechodzi miasto, w którym "wszystko płynie". Lecz na zdjęciach, które towarzyszą temu przedstawieniu okolicy, nie widać gwaru i dynamiki miasta. Widać tylko ciszę starych kamieni i spokoju drewnianych okiennic. Latarnię, która być może pamięta opierające się o nią prostytutki, zagadujące przechodzących mężczyzn. Przy odrobinie wyobraźni można jednak dosłyszeć stukot krosna tkackiego i szelest jedwabiu...

Spitalfields 15
środa, 31 sierpnia 2011
Od kawiarni do kawiarni po Londynie

Przymierzam się do tego wpisu już od dawna. Wyrywkowo śledzę londyńskie blogi kulinarne, ale jestem na bieżąco z knajpkami otwieranymi każdego tygodnia w mieście. Informacje zapewnia mi przede wszystkim "Time Out", tygodnik kulturalny po Londynie, który prenumerujemy i który ma bardzo ciekawą i pełną informacji sekcję o londyńskiej scenie kulinarnej, ale też recenzje restauracji w gazetach. Większości restauracji, nawet jeśli zyskują znakomite opinie, nie odwiedzam. Nie dla mnie kuchnia bogata w mięso czy ryby, nie interesują mnie zupełnie nowo otwarte knajpki włoskie czy francuskie, jeśli wybieram dania kuchni europejskiej zdecydowanie preferuję "fusion cuisine". Sama gotuję, jak na moje skromne potrzeby, całkiem nieźle i mojej paście nie dorówna żadna - nie mówiąc o tym, że nie znam restauracji włoskiej, która serwuje dania z makaronem pełnoziarnistym, a białego nie jadam, chyba że gdy jestem u kogoś z wizytą. Gdybym musiała wybrać jeden kulinarny kontynent nie wahałabym się ani chwili: Azja. Wciąż odkrywam przysmaki, jakie ma do zaoferowania. Każdy, kto choć trochę zna się na kuchni światowej i jada(ł) w Londynie przyzna, że tutejsza kuchnia dorównuje tej, jakiej można posmakować w Indiach, Wietnamie czy Japonii. Pewnie, że są też słabe restauracje, ale gdzie ich nie ma? Ja jeszcze na naprawdę kiepską nie natrafiłam. Przyznaję, że nie interesują mnie miejsca, w których jedno danie kosztuje powyżej £10. Nie sztuką jest zjeść dobrze za duże pieniądze w knajpie odznaczonej gwiazdkami Michelina, sztuką jest zjeść smacznie, w miłej atmosferze i za niewielkie pieniądze (o obsłudze nie wspominam, bo kiepska obsługa to wielka rzadkość tutaj). Nie wiem jeszcze, czy ta notka stanie się zaczątkiem całego cyklu - wszystkich moich ulubionych knajpek nie zmieszczę tutaj, dziś znajdzie się miejsce wyłącznie dla kawiarni, a ostatnio mam tak mało czasu i energii na blog, że wolę żadnych nowych cykli nie obiecywać.

Ca Phe 2

Cà Phê na Broadway Market

Zacznę od nowego odkrycia, jakim jest dla mnie kawa. Gdziekolwiek jestem, ZAWSZE wybieram herbatę zieloną ponad kawę. Nie jestem kawoszem, kawa w najlepszych paryskich kawiarniach zawsze była dla mnie zbyt kwaśna. Pracując w Sydney jako kelnerka robiłam kilkadziesiąt kaw dziennie i podobno były znakomite, ale sama nigdy nie spróbowałam żadnej przez siebie robionej. Tam jednak nauczyłam się przyrządzać typowe australijskie kawy (sporo z tej wiedzy już mi uleciało) i widzieć różnice między flat white, cappuccino a latte (wiem, to żadna rewelacja, ale jako że nie piłam nigdy kawy i nie miałam własnych preferencji dla mnie to była nauka). Dawniej w Londynie ze świecą można było szukać dobrej kawy. Jakieś dziesięć lat temu jednak Australijczycy rozpoczęli rewolucję. Dziś jeśli otwiera się nowa kawiarnia czy bar, o którym plotki mówią, że podaje wyśmienitą kawę, można się założyć o grube pieniądze, że właścicielami są właśnie kawosze z Antypodów. Co nie udało się Włochom ani Francuzom, bez problemu udało się Australijczykom. Nie mówiąc o tym, że nie trawię mleka krowiego (bardziej psychicznie niż fizycznie), a wszędzie mogę dostać, jeśli tylko sobie życzę, mleko sojowe. Pamiętam sprzed siedmiu lat w Sydney, że ogromna liczba osób tam piła kawę właśnie z mlekiem sojowym, którym ja zastępowałam już od dawna tylko mleko do musli. W Europie kontynentalnej mleko sojowe w kawiarni to wciąż rzadkość, tutaj absolutnie normalna rzecz. 

Brill

Brill na Exmouth Market

Mam jedną  ulubioną kawiarnię i jednocześnie sklep muzyczny, gdzie piję przynajmniej w jedną sobotę w miesiącu sojowe latte, jem bejgla z cheddarem i ogórkiem kiszonym, rozkładając się z gazetą przy stoliku na chodniku. Słoneczko grzeje i można poczuć się jak na Brooklynie, bo kawiarnia ma właśnie klimat brooklyńskiego Williamsburgu. Do niedawna jeszcze pracowała tam moja koleżanka, Amira Kheir, znakomita śpiewaczka mieszająca sudański jazz z arabskimi, poetyckimi tekstami (pisałam o niej tutaj). Rzuciła jednak wiosną pracę po czterech lat. "Czas ruszyć naprzód" - stwierdziła. Ta kawiarnia to Brill, prowadzona jest przez Jeremy'ego Brilla, Londyńczyka z krwi i kości o żydowskich korzeniach (może stąd te pyszne bejgle). W środku miejsc siedzących jest niewiele, pod ścianą ustawione są regały z płytami, które pan Brill wybiera osobiście, a nie sprzedaje byle czego. Większość osób pracujących u niego to początkujący muzycy, latem czasem organizowane są minikoncerty, szczególnie podczas ulicznego festiwalu (tak, tak, ulica ma swój własny festiwal). Wiele naszych muzycznych fascynacji pochodzi od pana Brilla. Wizyta w Brillu to niemal zawsze okazja do spotkania znajomych twarzy. Przyjeżdża tu niepełnosprawna pani na specjalnie skonstruowanym wózku, której wszystkie kończyny krótkie są jak u pięciolatki, ale która radości i energii zdaje się mieć w sobie za pięć zdrowych osób. Godzinami można gadać z Aftabem, Pakistańczykiem, którego życie przypomina losy bohatera z "Buddy z przedmieści" Kureishiego. Gucio podsłuchał kiedyś rozmowę trzech dziewczyn, które nabijały się w fantastyczny sposób z "męskości" i stylu podrywania Francuzów, Włochów i Hiszpanów. Ale jeśli nie ma się ochoty ani na pogaduszki, ani na podsłuchiwanie cudzych rozmów, zawsze można zatopić nos w gazecie (pan Brill kupuje kilka najlepszych weekendowych gazet) i po prostu zapomnieć o świecie naokoło. W tej chwili trwa mała przebudowa kawiarni i niedługo można będzie także przesiadywać w ogródku z tyłu.

Brill, 27 Exmouth Market, Clerkenwell EC1R 4QL

Ca Phe 1

Cà Phê na Upper Street

Drugie miejsce, które pragnę opisać, jest dla mnie odkryciem ze względu na samą kawę. Właściwie są to dwa miejsca, oba pod tą samą nazwą Cà Phê. Kawiarnia uliczna na Broadway Market to instytucja, po szczególną wietnamską kawę Londyńczycy pielgrzymują tam z odległych dzielnic. Niedawno właściciel (Anglik ożeniony z Wietnamką) otworzył drugie miejsce, bliżej nas, gdzie mieści się tylko blat z dwoma stołkami w środku i jeden stolik na zewnątrz. Tam właśnie po raz pierwszy spróbowałam kawy wietnamskiej (rodzaj espresso ze skondensowanym mlekiem), która jest najpyszniejszą, jaką zdarzyło mi się pić. Smakuje jak skrzyżowanie gorącej, gorzkiej czekolady z migdałami, pieści gładko język i powoduje niemal, że ma się ochotę fruwać ze szczęścia. Poezja, a nie kawa! A najlepsze, że nie muszę się decydować, czy wypić kawę czy herbatę, bowiem wietnamskim zwyczajem za £2 dostaję gorącą kawę ORAZ herbatę zieloną (do mrożonej kawy nie dostaje się herbaty). W południowo-wschodniej Azji kawa wietnamska to powszedni napój, w Europie musi się dopiero przyjąć, ale sądząc po entuzjazmie londyńczyków wróżę jej wielką karierę. Poza kawą w Cà Phê można dostać słynne wietnamskie kanapki Bánh mì z bagietki robionej z pszenicy i mąki ryżowej, które od jakichś dwóch, trzech lat stopniowo podbijają Londyn. Ja jeszcze ich nie próbowałam..

Cà Phê, 149b Upper Street, Islington N1 1RA

Cà Phê / Saigon Street Café, Broadway Market E8 4PH, strona internetowa

Nordic Bakery 1

Nordic Bakery 4

Nordic Bakery w Soho

Nordic Bakery to kolejna moja ulubiona kawiarnia. Mieści się na zacisznym skwerku w samym centrum Soho. Gdy nie ma w środku wolnych stolików można wziąć kawę na wynos i usiąść na ławce wśród kwiatów, nie mając zupełnie poczucia, że parę metrów dalej jest gwarna Regent Street. Jak sama nazwa wskazuje to miejsce nordyckie, właściciele pochodzą z Finlandii i Nordic Bakery to typowe Suomi-kahvilla, fińska kawiarnia. Na marginesie: tu przypomniał mi się dość zabawny film "Kamome Shokudo" o Japonce, która otwiera japońską kawiarnię w Helsinkach... Nieważne. W Nordic Bakery ściany pomalowane są na granatowo i częściowo pokryte boazerią, stoły, zaprojektowane m.in. przez Alvara Aalto są komunalne (to, co uwielbiam w kawiarniach) i tak jak stołki czy krzesła wykonane z drewna. Na ścianie wisi kilim według starego wzoru wykonany przez fińskiego artystę. Wszystkie naczynia, jak to na prawdziwą fińską kawiarnię przystało, pochodzą z Iittali. Właściciel Jali Wahlsten zajmował się wcześniej marketingiem w firmie designerskiej i zadbał o świetny wystrój wnętrza, minimalistyczny, ale z charakterem. Zaraz po wejściu omiata mnie zawsze aromat świeżo pieczonych bułeczek cynamonowych, którym rzadko kiedy potrafię się oprzeć - ale ponieważ są duże dzielę się jedną z Guciem. Do wyboru są także szwedzkie ciasta, w tym klasyczne ciasto Tosca, miękkie z migdałowo-waniliowym wierzchem. Z niesłodkich dań można tu dostać tradycyjne nordyckie przysmaki w postaci kanapek z chrupkiego pieczywa z różnymi rybami (królują śledzie i łososie z musztardą i twarożkami). 

Nordic Bakery 2

Nordic Bakery 3

Finowie podobno spożywają najwięcej kawy na świecie w przeliczeniu na mieszkańca (średnio wypijają pięć filiżanek dziennie) i lubią mocną kawę. W Nordic Bakery kawa pochodzi albo od Illy (do cappucino, osobiście nie przepadam) albo od Monmouth (rwandyjka, do filtra, zdecydowanie lepsza). Komu ikeowskie sklepiki za daleko, a nie chce się szukać w supermarketach albo delikatesach nordyckich przysmaków, ten może w Nordic Bakery kupić skandynawskie dżemy czy salmiakki (słona lukrecja). Można tu dostać nawet plecaki słynnej szwedzkiej firmy Fjällräven. Niedawno wyszła także książka kucharska Nordic Bakery, więc miłośnicy kuchni mogą odtworzyć jej dania w zaciszu domowym. Nic dziwnego, że do tak klimatycznego i coolerskiego (moje słowo, to coś więcej niż cool :)) miejsca przychodzi klientela nie tylko nordycka. Ukochali je sobie szczególnie Japończycy, którzy mają najlepszego nosa do wyłapywania tego co dobre i unikalne.

Nordic Bakery, 14a Golden Square, Soho W1F 9JG, strona internetowa

LRB

London Review Bookshop, kawiarnia prezentuje się tak

London Review Bookshop jest miejscem, do którego uciekam, gdy mam ochotę na herbatę wśród książek. Od tylu lat, odkąd jestem na świecie, istnieje na rynku angielskim magazyn o książkach pt. "London Review of Books". W 2003 roku doczekał się własnej księgarni - mimo niewielkiego rozmiaru jednej z najlepszych w mieście - oraz, cztery lata później, kawiarni. Uwielbiam szperać po półkach, a jeszcze chętniej po stoliczkach, notować tytuły "na później", a potem usiąść przy jednym ze stolików w salce obok, rozłożyć gazetę (często "LRB") i popijając jaśminową herbatę zatopić się w lekturze. Szczególnie w leniwe, jesienne lub wczesnowiosenne niedziele, gdy nie mamy ochoty wypuszczać się dalej, moje i Gucia kroki zmierzają do kawiarni. Bliskość British Museum (zaledwie rzut beretem, niecałe 50m dalej) i mnogość książek nadają nawet zwykłemu popołudniu złudzenie obcowania z kulturą. A może to nie złudzenie...? Cóż może być bardziej kulturalnego niż herbata z tygodnikiem literackim na tak wysokim poziomie? Gdy chwyci głód do wyboru są różne sałatki, kanapki i quiche, a także wybór kilku smacznych ciast. Kawa (tej samej firmy Monmouth, którą parzy się w Nordic Bakery) podobno też jest bardzo dobra - osobiście stwierdzić tego nie mogę, w kawiarni LRB zawsze piję herbatę. Ta maleńka kawiarnia z księgarnią (a raczej księgarnia z kawiarnią) stanowi świetny przykład na to, że londyńczycy kochają niezależne miejsca. Przy regałach z książkami zawsze jest wiele osób, a i na stolik trzeba niekiedy trochę poczekać. Dla osób, którym nie zależy na atmosferze, pozostaje pobliski Starbucks czy Costa, gdzie przesiadują chmary turystów. Ja wolę przebywać wśród książek. Na marginesie: London Review of Books każdego roku w czerwcu organizuje znakomity World Literature Weekend, wypełniony spotkania i warsztatami z pisarzami. W zeszłym roku byłam na dwóch spotkaniach, które opisałam tu i tu. W tym roku tematem przewodnim festiwalu była "History and memory" ("Historia i pamięć"), w liście, który dostałam od organizatorów, napisane było, że skupili się na ranach pozostawionych na narodach i ludziach przez historię. Pojawiło się wyjatkowo wielu pisarzy hiszpańskich, m.in. Javier Cercas, ale przybyli też np. Cees Nooteboom (spotkanie z nim prowadziła z A.S. Byatt), Daniel Kehlmann, Ramsey Nasr i Carlos Casajuana. 

London Review Bookshop, 14 Bury Place, Bloomsbury WC1A 2JL, strona internetowa

poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Jak to miło chmurką być... w Regent's Parku
Regent's Park 2

Odświeżanie po latach lektury "Kubusia Puchatka" przypomina wiele głupiutkich wierszyków. W dodatku mamy z Guciem tendencję do rymowania wszystkiego, nie żebyśmy byli dobrymi wierszokletami, ale jakoś pewne rymy nasuwają się same do znanych melodii czy pierwszych linijek wierszy. I tak sobie pomyślałam o chmurkach, gdy wybraliśmy się do Regent's Parku, mojego absolutnie naj, naj, naj w Londynie. Najładniejszego, najbardziej różnorodnego, najbardziej ustronnego. W języku angielskim istnieje wiele określeń na coś, co ja nazywam po prostu parkiem (ew. parko-lasem), niezależnie od tego, czy bardziej przypomina las czy łąkę, ale nie jest ani jednym ani drugim. Mamy Regent's Park, ale Hampstead Heath, co tłumaczy się jako "wrzosowisko", mimo że żadne wrzosy tam nie rosną (ale czyż "wrzosowisko" nie kojarzy się od razu z Anglią i "Wichrowymi Wzgórzami"?), oraz np. Clapham Common, czyli "błonie" (czyli "duża łąka"), choć to zdecydowanie więcej niż zwykła łąka. 

Regent's Park 1

Regent's Park 9

Regent's Park 10

Co jest takiego niezwykłego w Regent's Park? Omówmy najpierw okolice. Wokół parku znajduje się kilka dzielnic o bardzo odmiennym charakterze. Na południu elegancka Marylebone, w której mieści się najpiękniejsza londyńska księgarnia i francuskie butiki (ale też boski Oxfam książkowy), a nieopodal mieszkał Sherlock Holmes. Po zachodniej stronie znajduje się Centralny Meczet, zaprojektowany przez Fredericka Gibberda w 1978 ze złotą kopułą, wielki budynek, który może pomieścić ponad pięć tysięcy wiernych. Wieża minaretu góruje nad zachodnią stroną parku. W północnej części parku odwiedzić można zoo, a za nim, po przejściu przez most nad kanałem - dzielnicę Primrose Hill, śliczną, pełną uroczych restauracyjek, sklepików i lekko cukierkowych kamienic, jedną z najdroższych w mieście. Tu mieszka Alan Bennett, Alain de Botton, Ed i David Miliband, John Cleese, Helena Bohnam-Carter, Jamie Oliver, Jude Law, Neneh Cherry, Martin Amis, Tim Burton, Kate Moss... Mam wymieniać dalej? Po wschodniej stronie parku zaś mamy Camden, nieszczególnie ciekawą i ładną dzielnicę byłych punków, popularną wśród buntowników w latach 80. ubiegłego wieku, ale teraz odwiedzaną głównie przez nastoletnich turystów, choć próbuje się ją rewitalizować. Starsi mieszkańcy żyją przeszłością i tworzą dość zamkniętą społeczność. Sława Amy Winehouse, przed której domem wciąż leżą kwiaty, średnio, tak sądzę, pomoże okolicy. Podobnie nie pomoże raczej małe, ale świetne Muzeum Żydowskie, otwarte z wielką pompą ponad rok temu przez Nigellę Lawson, po wieloletniej renowacji. 

Regent's Park 3

Regent's Park 4

Regent's Park 6

Mimo że tak blisko bram parkowych znajdują się główne arterie miasta, wypełnione pędzącymi samochodami, w samym parku jest cicho i spokojnie. Każdy znajdzie tu zakątek dla siebie. Angielski park, moja ulubiona część, pełna pagórków, rozłożystych drzew i zakrzewionych alejek, kusi najmocniej do rozłożenia koca i po prostu wyciągnięcia się z książką czy koszem piknikowym. Między drzewami można zawiesić chorągiewki i baloniki i już klimat przyjęcia gotowy. Łatwo się tu umówić z przyjaciółmi, ta okolica nie przytłacza swoim rozmiarem jak Hampstead Heath. Idąc dalej trafiamy do alei kwiatowych, które sprawiają wrażenie, jakbyśmy spacerowali po parku należącym do włoskiego arystokraty: krzewy równiutko przycięte, grządki kwiatów dopasowane do siebie kolorystycznie (ale z angielskim przymrużeniem, oka, to w końcu nie ogród francuski, układany z linijką w dłoni), cedry i fontanny. W niedzielę rozstawiono na fragmencie alejki parkiet i zorganizowano tango al fresco - dziesiątki par tańczyły tango po dwugodzinnej lekcji do muzyki argentyńskiej puszczanej z wielkich głośników. Dalsze wielkie, otwarte przestrzenie parkowe ceniłam sobie bardzo, gdy przybiegałam tu pobiegać w zeszłym roku. Co roku odbywa się tu ogromny festiwal kultur subkontynentu azjatyckiego, na co dzień liczne drużyny grają na trawie w piłkę nożną, baseball i rugby, nieopodal są korty tenisowe, bieżnia i tereny upodobane przez graczy w krykieta. 

Regent's Park 5

Regent's Park 8

Regent's Park 7

Regent's Park zaprojektowany został przez Johna Nasha, ulubionego architekta Jerzego IV, jako małe miasteczko w parku na początku XIX wieku. Miało się tam znaleźć 56 rezydencji, zbudowano tylko osiem (w jednej z nich mieszka dziś amerykański ambasador, w innej - książę Brunei). Park otoczony jest obwodnicą zewnętrzną, mającą ponad cztery kilometry, i wewnętrzną, która otacza Queen Mary's Gardens. Queen Mary's Gardens to perełka parku i o niej będzie zaraz. Cały park ma powierzchnię 166 hektarów, jest zdaje się drugim lub trzecim największym parkiem w Londynie. Stanowi niezmiernie interesujący eksperyment, nie przypomina wiejskich terenów jak Richmond Park, gdzie po łąkach biegają jelenie, ani Hampstead Heath, gdzie można poczuć się jak w lesie za miastem, ale nie ma też tak wiele wspólnego z arcymiejskim parkiem jak St James's Park w samym sercu miasta, w którym nigdy nie jest dalej niż 10 minut spacerem do szykownej kawiarni czy Ritza. Wielkie jezioro, po którym pływają łódki i rowery wodne - a które na szczęście nie przyciąga żadnych komarów (brak komarów w Londynie zawsze mnie zastanawia), stanowi zdecydowany plus parku, ale tutejsze jezioro jest o niebo piękniejsze od tego w Hyde Parku. 

Regent's Park 12

Regent's Park 11

Regent's Park 13

Regent's Park 15

Regent's Park 14

W Open Air Theatre w Queen Mary's Gardens latem można oglądać sztuki na świeżym powietrzu, w tym roku hitem był "Władca Much", w zeszłym - "Czarownice z Salem". Bilety wyprzedane są w mgnieniu oka, o czym się niestety przekonaliśmy sami. Nad jeziorem znajduje się duża altana, w której przygrywa orkiestra, a na trawie rozstawione są pasiaste leżaki, widok znany z wielu londyńskich parków. Starsi spacerowicze pamiętają, że w 1982 IRA podłożyła w altanie bombę, przez którą zginęło siedmiu członków orkiestry parkowej. 

Regent's Park 16

Regent's Park 17

Regent's Park 18

Regent's Park 19

Alejki w Queen Mary's Garden sprawiają złudzenie terenów nieco z innego świata. Podobno jedną z najfajniejszych londyńskich guilty pleasures jest dać się zamknąć w Regent's Park na noc. Wyobrażam sobie! Nie jest trudno "zniknąć" na małej japońskiej wysepce, otoczonej strumieniem, na którą dostać się można po drewnianym mostku. Albo wśród zwisających gałęzi płaczących wierzb zbudować sobie domek z kaczkami i czaplami jako sąsiadkami. Spacerowałam tu dwa tygodnie temu z audiobookiem "Białego tygrysa" w słuchawkach i kontrast scen z książki z tym, co widziałam przed oczami, był iście przytłaczający. Niedaleko znajduje się oszałamiający ogród różany z tysiącami róż czerwonych, herbacianych, białych, kremowych, żółtych, bladoróżowych... Od zapachu może się zakręcić w głowie. Ja wracam wąskimi alejkami znów do angielskiej części parku, mijając parkan z polską poezją

Regent's Park 26

Regent's Park 20

Regent's Park 21

Regent's Park 22

Regent's Park 23

Tutaj rozłożę koc i układając się w cieple niedzielnego słońca zastanowię się nad książkami, w których występuje Regent's Park. Nie kojarzę zbyt wiele, muszę sięgnąć do źródeł. Okazuje się, że niedaleko Regent's Park mieszkała rodzina ze "Stu jeden dalmatyńczyków", a same psy często spacerowały po parku. Niedaleko znajdowała się główna siedziba M16 z powieści o Jamesie Bondzie. Rosamund Stacey, bohaterka powieści "Rozamunda" ("The Millstone") Margaret Drabble, zajmowała "przyjemne mieszkanko na czwartym piętrze dużego bloku z początku XX wieku na wyciągnięcie ręki od Regent's Park". W tutejszym zoo swoje urodziny obchodził kuzyn Harry'ego Pottera w "Harrym Potterze i kamieniu filozoficznym". Zoo odgrywa też dużą rolę w powieści Petera Høega "Kobieta i małpa". Po obwodnicy Regent's Park jeździł taksówką Herkules Poirot w opowiadaniu Agathy Christie "The Adventure of the Italian Nobleman". Tuż obok parku, po wschodniej stronie, Cumberland Terrace było miejscem, gdzie rozgrywała się akcja ostatnich stron powieści "Mag" Johna Fowlesa. Więcej książek nie udało mi się znaleźć. Zanim zamknę oczy, pomyślę więc tylko "Jak to miło chmurką być..." i pozwolę liściom platanów ukołysać mnie do snu.

Regent's Park 24

Regent's Park 25
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5