| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

piątek, 31 lipca 2009
Wielki Budda we mgle

Lantau jest największą wyspą Hongkongu (nazwa znaczy dokładnie "pęknięta głowa"). Chińczycy nazywają ją Tai Hai Shan - "duża wyspa góra". Po co turysta miałby się tam wybierać? Na Lantau można najlepiej wypocząć na najpiękniejszych i najbardziej dziewiczych plażach Hongkongu, godzinami uprawiać wspinaczkę górską, ale przede wszystkich pokłonić się olbrzymiemu Buddzie Tian Tian. Na Lantau znajdziemy spokój i świeże powietrze, jakiego nie doświadczymy na gwarnych, gęsto zaludnionych Hong Kong Island i Kowloon (dla porównania - na Lantau mieszka zaledwie 45 tys. ludzi, zaś na Hong Kong Island, na mniejszej powierzchni, aż 1,4 mln). Na wyspie są ślady świadczące, iż zamieszkana była już w epoce brązu, ok. trzy tysiące lat temu, zanim dotarli na nią Chińczycy Han. W zamierzchłych czasach wyspa Lantau była bazą dla piratów, a także portem kupieckim dla Anglików. Dawniej nielegalnie produkowano tam sól, do XIX-ego wieku istniały także na wyspie kopalnie srebra.

W specjalnie do tego celu przeznaczonych miejscach zawiesza się karteczki z prośbami do Buddy

Mieliśmy pecha do pogody w Hongkongu - każdy dzień był mglisty, a gdy zdecydowaliśmy się odwiedzić Lantau, mżawka i silniejszy chwilami deszcz uniemożliwiły nam dokładniejsze zwiedzanie wyspy. Pojechaliśmy więc obejrzeć jedynie klasztor buddyjski Po Lin, wielki kompleks, do którego pielgrzymują goście z całego świata, zarówno turyści jak i głęboko wierzący buddyści. Wielką atrakcją klasztoru jest Budda Tian Tian - największa na świecie (licząc wraz z podium mierząca niemal 34 metry) na wolnym powietrzu wykuta w brązie figura siedzącego Siddharty Gautamy. Wewnątrz figury znajduje się dzwon bijący 108 razy w ciągu dnia, co ma symbolizować 108 kłopotów nękających ludzkość, zaś wokół Buddy umieszczonych jest sześć wielkich postaci bodhisattw. Do pomników prowadzą wysokie schody, z góry pięknie widać panoramę wyspy (przy ładniejszej pogodzie), my niestety musieliśmy się z powodu mgły zadowolić widokiem klasztoru i ledwo dostrzegalnymi zarysami pobliskiej wioski.

Mnisi urzędują na terenie, na który turyści nie mają wstępu. Widzieliśmy zaledwie dwie małe kilkuosobowe grupki mnichów w szafranowych szatach schodzących po schodach. Miałam na sobie naszyjnik tybetański i co ciekawe, na jego widok mnisi uśmiechali się do mnie, kłaniali się, a jeden nawet głośno powiedział: "Good you!". Być może był to z mojej strony akt małej odwagi na chińskiej wyspie poprzez biżuterię wyrazić wsparcie dla narodu tybetańskiego - ludzie dostrzegali ten naszyjnik bardziej niż się spodziewałam, kiedy indziej jedna Chinka patrzyła na mnie z dezaprobatą i wciąż na mnie spoglądając szeptała coś wzburzona do swojej znajomej... Po obejściu figury Buddy poszliśmy na obiad do wegetariańskiej restauracji przyklasztornej. Wyboru potraw nie ma - trzeba się tylko zdecydować, czy chce się małą czy dużą porcję. Wybraliśmy małe, ale i tak zostawiliśmy niemal połowę, dania były ogromne i przyznam szczerze, trochę mdłe. Na teren klasztoru w ogóle nie można wnosić alkoholu ani mięsa, tabliczki w rodzaju takich "Nie deptać trawy" przypomną o zakazie, gdyby ktoś zapomniał.

Moje wrażenia z wyspy - i tak bardzo dobre - z pewnością byłyby jeszcze bardziej pozytywne, gdyby pogoda była lepsza. Podobno widok olbrzymiego Buddy, którego można podziwiać w czasie 25-minutowej podróży kolejki linowej na wzgórze, na którym znajduje się klasztor, robi wrażenie. My ledwo widzieliśmy dwa wagoniki przed nami i niknący we mgle kabel - ma się wrażenie bycia zawieszonym w powietrzu, co może niepokoić mających lęk wysokości, ale mnie dawało złudzenie magii. Niemniej jednak nawet me mgle warto zobaczyć największego na świecie siedzącego Buddę, warto przejść się wśród malowniczych, kolorowych budynków klasztornych. Piękne, czerwone lampiony i wykute w kamieniu smoki o rozdziawionych szeroko paszczach wyglądają równie uroczo w deszczu jak i w słońcu. Odurzające kadzidła, których dym unosi się wysoko nad mosiężnymi naczyniami i miesza z mgiełką dają wrażenie uczestniczenia w jakiejś starej legendzie chińskiej, wystarczy tylko przymknąć oczy i pozwolić się ponieść wyobrazni.

Dekoracyjny element dachu jednego z budynków klasztornych

10:44, chihiro2 , Hongkong
Link Komentarze (16) »
piątek, 10 lipca 2009
Kulinarny zawrót głowy w Hongkongu

Sprzedawca przysnął nad pomarańczami i jabłkami

Chińczycy pozdrawiają się nie pytaniem: "Jak się masz?", lecz "Czy już jadłeś?" ("Láy sik-jó faan may?"). To bardzo ważne, by nie być głodnym, trzeba mieć siłę, by podołać nieustannemu pędowi w tym mieście. W Hongkongu jada się do pięciu razy dziennie, z reguły bardzo szybko w ciągu dnia, by trochę zwolnić pod wieczór, gdy robi się chłodniej i nieco spokojniej - choć to zależy od tego, gdzie się jada. Na szybkie śniadanie biedniejsi z reguły spożywają juk (zwana też pod nazwą congee), ryżową owsiankę. Pracownicy biur zaś często zadowalają się zupą z makaronem, najwygodniejszym daniem z torebki, które można zjeść przy biurku. Gdy ma się ochotę wyjść na lunch i nie wydać za dużo, przeróżne małe sklepiki i knajpki serwują dania z mięsem (przeważnie wieprzowiną, kaczką lub kurczakiem) i ryżem. Popołudniami podtrzymuje się energię słodkimi tartami, np. wszechobecną tartą jajeczną, którą na Macau rozpowszechnili Portugalczycy, a ona tak posmakowała mieszkańcom Hongkongu, że zaczęto się nią delektować także tutaj. Kolacje często jada się w restauracjach, nie trzeba długo szukać, by znalezć taką serwującą dania na każdą kieszeń. W niedziele i święta zaś w porze obiadowej całe rodziny spotykają się na pierożki dim sum (dosłownie 'dim sum' oznacza 'dotknąć serca') w jednej z licznych restauracji serwujących niemal wyłącznie dania tego rodzaju. Pierożki podaje się często w liczbie trzech sztuk (prawie nigdy czterech, bo ta liczba przynosi pecha), gotowane są na parze, smażone, pieczone, z krewetkami, kurczakiem z orzeszkami, szpinakiem i grzybkami mun czy shiitake, warzywami i ryżowym makaronem, do tego przygotowane w woku brokuły, pak choi, smażone bakłażany, pędy bambusa, polane kleistym sosem, no i obowiązkowe miseczki z ryżem... Wybór potraw doprawdy bywa oszałamiający. Do tego pije się zwykle ogromne ilości zielonej jaśminowej herbaty - Chińczycy mawiają zresztą, że lepiej być pozbawionym jedzenia przez trzy dni niż herbaty przez jeden dzień. Cudzoziemca sama lektura menu potrafi przyprawić o ból głowy. Nierzadko widnieje w karcie ponad sto potraw. Najlepszym przykładem zagubienia w chińskiej sztuce kulinarnej jest Clement Atlee, były premier Wielkiej Brytanii, który powiedział kiedyś: "Uwielbiam kuchnię chińską. Moja ulubiona potrawa to numer 27" (nie sposób w restauracjach wymówić poprawnie nazw wszystkich dań, dlatego niemówiący po chińsku często podają numery przy składaniu zamówienia).

Pomimo długoletniego panowania Brytyjczyków w Hongkongu, kuchnia pozostała zdecydowanie chińska. Angielskie wpływy można zauważyć w istnieniu 'high tea', kiedy to przede wszystkim panie z towarzystwa, tzw. tai tai, spotykają się po południu, by przy minikanapeczkach i malutkich bułeczkach z masłem i dżemem bezkarnie oddać się plotkom. Angielskie tradycyjne potrawy nie znalazły zwolenników w Hongkongu, już łatwiej znalezć dania kuchni włoskiej, francuskiej czy japońskiej niż np. fish & chips. Najsilniejsze są jednak korzenie chińskie, szczególnie z rejonu Kantonu, ponieważ stamtąd, z prowincji Guangdong, pochodzi najwięcej mieszkańców Hongkongu. Nie znam się na kuchni chińskiej na tyle, by dostrzec różnice między poszczególnymi stylami przyrządzania potraw, zresztą nigdy w Chinach nie byłam, ale czytałam, że kuchnia kantońska jest generalnie łagodniejsza i smak dań jest bardziej subtelny.

Wielka uliczna restauracja na słynnym nocnym rynku Temple Street Night Market

Etykieta przy stole właściwie nie obowiązuje. Można śmiało sięgać pałeczkami do wspólnych koszyczków czy miseczek z daniami, można wsuwać ryż czy kawałki kurczaka do buzi tak jakby się łopatą zgarniało ziemię do dołu. Można wydawać dzwięki, które w kulturze zachodniej uchodzą za niezbyt eleganckie. Jednego nie wolno - wtykać pałeczek pionowo w miseczkę z daniem. Tak podaje się ryż zmarłym w Japonii, w Chinach zaś tak wtyka się kadzidła w naczynie z popiołem. W obu krajach włożenie tak pałeczek do miseczki to zły znak.

Najważniejsza jest świeżość produktów. A dokąd udać się po najświeższe składniki? Oczywiści na targ! Nie dotarliśmy na targ rybny, bo tam trzeba się zjawić o świcie, by móc obserwować wracających z połowów rybaków i podpatrzeć zaopatrujących się w świeże ryby i owoce morza restauratorów i zwykłe gospodynie domowe. Nie ominął nas jednak uliczny rynek w Kowloon, w rejonie zwanym Tsim Sha Tsui, w pobliżu którego ulokowany był nasz hotel. Mimo że rynek niewielki, wybór owoców i warzyw był chyba największy, jaki w życiu widziałam. Poza znanymi mi warzywami i owocami, pełno było takich, których same nazwy są mi obce, a co dopiero smak lub sposób ich przydządzania. Całe stoiska zapełnione różnoraką zieleniną przypominały niekiedy mały las tropikalny. Ogromna różnorodność warzyw strączkowych - od zwykłego groszku cukrowego, przez wszelkie odmiany ziaren fasoli, aż po egzotyczne, długie fasolki wężowe. Soczyste mango uśmiechało się do przechodniów, wielkie duriany straszyły kolcami, na niektórych stoiskach frapowały liczne korzenie, wysuszone części ciała zwierząt, których nie potrafiłam rozpoznać, ale ich lecznicze działanie opisane było po chińsku na karteczkach z boku. W sklepikach kryjących się za stoiskami ulicznymi sprzedawano głównie drób - czasem pod jedna ścianą stała klatka z żywymi kurami, pod drugą zaś wisiały kury już zabite i oskubane. Można było nabyć całe łby świńskie, krew lała się po chodnikach strumieniami, polewana co jakiś czas wodą. W wanienkach pływały różniste ryby, części rekina, niemrawo chadzały jeden po drugim kraby, wolniutko ruszały się homary i inne skorupiaki. Nie widziałam gołębi, a te podobno stanowią przysmak kuchni kantońskiej, szczególnie drobno pokrojone i pieczone, podawane z sałatą i słodkim sosem hoisin. Na rynku dostępne są także warzywa nieznane w Chinach, takie jak poczciwe szparagi, tutaj podawane z kawiorem i jajkiem lub słuchotkami (polska nazwa 'abalone', ślimaków morskich) i oliwą. Wiele jest sklepików sprzedających naczynia do gotowania. Przygotowywanie dań w woku wywodzi się również z Kantonu, znawcy wok-hay, czyli zapachu i gorąca potrawy potrafią po nich i po smaku potrawy rozpoznać rozmiar i wiek naczynia, w którym danie było przyrządzane (sic!).

Wegetarianie nie mają na co dzień lekko w Hongkongu. Wprawdzie jest całkiem sporo wegetariańskich restauracji, ale są one zwykle dosyć drogie. W ulicznych knajpkach często nie można dostać nic, co nie miałoby w składzie produktu zwierzęcego. Ponadto nawet jeśli danie oficjalnie nie zawiera mięsa, często sos bądz bulion przyrządzany był z częściami kury. Trzeba wiedzieć, dokąd się udać po prawdziwie wegetariańskie i zdrowe potrawy, bo nie oszukujmy się, kantońska kuchnia do najzdrowszych nie należy. Będziemy jeść w otoczeniu buddystów nie tylko pierwszego i piętnastego dnia miesiąca księżycowego i w dzień urodzin Buddy, kiedy większość mieszkańców Hongkongu spożywa dania bezmięsne. Przyzwoite dania wegetariańskie można dostać w klasztorach, np. w buddyjskim klasztorze Po Lin na wyspie Lantau - świetna opcja, gdy ogląda się największą na świecie rzezbę siedzącego Buddy.

Jedzenie w Hongkongu można wychwalać, można na nie narzekać, ale z jednym wszyscy, którzy tam byli, są zgodni - zawsze stanowi wielką przygodę, nawet jak egzotyczne warzywa czy ryby tylko oglądamy, nie biorąc ich do ust.

Uczennice jedzą swój lunch w jednym z centrów handlowych na wyspie Lantau

12:41, chihiro2 , Hongkong
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 11 maja 2009
Betonowa melancholia

Tym, którzy nigdy nie byli w Hong Kongu, miasto to kojarzy się głównie z obrazem przedstawianym w filmach Wonga Kar Wai. Z pełnym smutku wyrazem oczu Tony'ego Leunga. Ze złotą rybką w woreczku wypełnionym wodą. Z ciasnymi mieszkaniami. Z posiłkiem zjadanym naprędce, samotnie, przy stoisku ulicznym. Trudno i zarazem bardzo łatwo być samotnym w Hong Kongu. Miasto przystosowane jest do osób samotnych. To nie raj, gdzie wychowywanie dzieci sprawia przyjemność. Zamykają cię w jednym z wysokich do samego nieba wieżowców. Gdy jesteś ekspatem - dają klimatyzację, byś nie musiał otwierać okna na hałas ulicy, gdy jesteś biednym imigrantem z Chin - trzeszczące pudło, które wmiata do mieszkania kurz uliczny. Pracujesz ponad własne siły, w kolejnym wieżowcu, do którego dostajesz się metrem i przejściami dla pieszych zawieszonymi wysoko nad ulicą (twoja droga do pracy może w ogóle nie obejmować wyjścia na powietrze) albo w malutkiej budce, w której jest jeszcze goręcej niż w twoim mieszkaniu, sprzedając przez piętnaście godzin dziennie podrabiane Rolexy. Wystarczy mrugnąć, by w twoje pole widzenia dostał się nowy tłum biegnący gdzieś, starający się znalezć swoje miejsce na zapełnionym już przez innych chodniku. Jeśli cię stać, oszkloną i zadaszoną promenadą chadzasz na lunche i kolacje do kolejnego apartamentowca, szumnie zwanego World Trade Center, Crown Plaza albo Prince's Building. Jeśli cię nie stać - znajdujesz kącik na jednym z nielicznych skwerków i zjadasz posiłek przyniesiony z domu albo kupujesz u ulicznego sprzedawcy danie z mięsem i ryżem. Po pracy spotykasz się z innymi ekspatami w jednym z barów, do którego swe kroki kierują głównie cudzoziemcy, by wspólnie ponarzekać na upał, stres i nudę i wychwalać, dla równowagi, urodę tutejszych kobiet. Jeśli nie zaliczasz się do grona ekspatów po powrocie z pracy robisz pranie, które z braku miejsca musisz zawiesić na framugach okiennych modląc się, by nie spadło na chodnik. Oglądasz telewizję jednym okiem biorąc prysznic w łazience, uważając brak ciepłej wody za dobrodziejstwo w tym dusznym klimacie. Do towarzystwa masz złotą rybkę albo ptaszka w klatce.

Uważasz się za szczęściarza. W weekend możesz przepuszczać pieniądze w kasynie w Macau nie przejmując się zbytnio tym, co chodzi po głowach twoim kumplom w Londynie czy Nowym Jorku - ceny nieruchomości, brzydka pogoda czy kolejne skandale polityczne. Możesz grać w go i ćwiczyć Falun Gong w parku, współczując głęboko twoim rodzicom w pobliskich Chinach, którym za takie praktyki grożą wieloletnie więzienie i tortury. Jeśli chcesz odetchnąć od ludzi i hałasu jedziesz na urocze plaże Repulse Bay czy Stanley, zwiedzasz piękne świątynie, wieszasz na karteczce prośbę o błogosławieństwa do boga, w którego nie wierzysz, może palisz kadzidła i składasz mandarynki i piwo na ołtarzu w ofierze, by dobry los cię nie opuszczał. W urodziny Buddy nie jesz mięsa, wtedy rezerwujesz stolik w jednej z klimatyzowanych restauracji wegetariańskich na trzydziestym szóstym piętrze Imperial Plaza i zastanawiasz się, czy jedzenie warzywnych sajgonek i szpinaku z nerkowcami da ten sam efekt, co przejście przez czerwony most w Repulse Bay, mające zagwarantować trzy dodatkowe dni życia.

Tylko czasem zasypiając pózną nocą, do cichego, kojącego szumu klimatyzacji albo do niegasnącego nigdy gwaru ulicznego, tęsknisz. Za piwem w prawdziwym angielskim pubie, za kobietami, którym nie zależy na twojej wysokiej pensji, za rześkim porankiem z deską surfingową na jednej z plaż Sydney. Albo za swoją rodziną pozostawioną gdzieś w małej chińskiej wiosce, za górskim krajobrazem Nepalu, za twarzami przyjaciół z dzieciństwa. Lecz zmęczenie nie pozwala ci długo o tym myśleć i świat z przeszłości wraca już do ciebie tylko w snach.

18:59, chihiro2 , Hongkong
Link Komentarze (34) »