| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

niedziela, 02 października 2011
You're the devil in disguise

Leżymy sobie dziś w parku, niepodal nas francusko-angielska rodzina z dwoma chłopcami i na oko trzyletnią dziewczynką. Dziewczynka wygląda jak aniołek, blond włoski do ramion i różowa sukienka do kostek. Podchodzi do naszego koca i przygląda się nam, więc Gucio rozpoczyna rozmowę:

Gucio: Hello!

Aniołek: Hi!

Gucio: What's your name?

Aniołek: (mówi coś co zabrzmiało jak Evil, czyli "zło").

(Patrzymy się na siebie z Guciem, dziwiąc się wyobraźni rodziców tego Aniołka).

Gucio: Evil? Hmm, that's a nice name.

(Oboje nie możemy powstrzymać się od śmiechu)

Aniołek, przygryzając wargi i ewidentnie wkurzona: Not Evil! Eva!

Oboje wydajemy westchnienie ulgi, w nadziei, że rodzice małej Evy nie słyszeli wymiany zdań.

Eva odchodzi, a my wybuchamy głośnym śmiechem.

Tagi: Londyn
21:43, chihiro2 , Podsłyszane
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
"Polska poezja jest przygnębiająca"
polska poezja 2

Spacerowaliśmy wczoraj po Regent's Parku. Wzdłuż parkanu jednej z części parku przechodnie mieli rzadką okazję natrafić na wiersze polskich poetów, przetłumaczone na język angielski. To słynna inicjatywa Polskiego Instytutu Kulturalnego i kilku innych organizacji. Wiersze polskich poetów znaleźć można przede wszystkim w metrze, my napotkaliśmy je w parku. Planszy z nimi jest kilkadziesiąt. Czytałam właśnie któryś z nich, gdy stojąca obok mnie Angielka w starszym wieku głośno powiedziała do swych znajomych: "Polska to taki przygnębiający kraj. Nic dziwnego, że ich poezja jest też taka przygnębiająca". Chwilę potem obok przechodziła młoda Polka z rodzicami. Podekscytowana zwróciła swym rodzicom uwagę na poezję Miłosza, nie byli zainteresowani. 

polska poezja 1


polska poezja 3


polska poezja 14
wtorek, 04 maja 2010
Spotkanie z hrabią C.

Na poczcie w Londynie spotykam czasem przeróżne osoby. Dziś spotkałam "starą" znajomą, Turczynkę Hamiyet, której miesiąc temu pomogłam znalezć przychodnię osteopatyczną dla dziecka i pod swoją parasolką w deszczu ją tam zaprowadziłam. Dziś spotkałyśmy się ponownie, na poczcie, i ucałowałyśmy jak dobre przyjaciółki. Uznała, że to niezwykły zbieg okoliczności i wzięła ode mnie numer telefonu, może się umówimy, gdy przyjdzie do przychodni na kolejną wizytę.

Ale mam ochotę opowiedzieć Wam o hrabim C., z jednej z najszlachetniejszych arystokratycznych polskich rodzin. Stałam sobie kilka tygodni temu na poczcie w ogonku, aż usłyszałam za mną śpiewane na cały głos urywki piosenki (którą, jak pózniej sprawdziłam, Polacy śpiewali w bitwie pod Somosierrą): "Polscy ułani biją się... amaranty zapięte pod szyją...". Ludzie zaczęli się uśmiechać, ja także i odwróciłam się, by spojrzeć, któż to śpiewa po polsku. Za mną stał starszy pan w tweedowej marynarce i z białą czupryną, która tego dnia grzebienia na oczy nie widziała. Nasz wzrok się spotkał i pan zapytał po angielsku, czy rozumiem język. Odparłam, że rozumiem, na co zadowolony pan wykrzyknął: "Pani Polka?! Hrabia C., miło mi." - i wyciągnął do mnie dłoń. Przedstawiłam mu się także i pan zasypał mnie gradem pytań.

- Skąd pani jest?

- Z Warszawy.

- Warszawa to mocno po wojnie zniszczona, co?

Śmiać mi się chciało, odparłam, że owszem, była zniszczona, ale już ją odbudowano. Spytałam, skąd hrabia pochodzi. Także z Warszawy, ale wyjechał z niej 50 lat temu i był w stolicy tylko raz, 14 lat temu. Wyjaśnił, że tu ma syna, tam siostrzeńca, ale często jezdzi też do Aleksandrii, gdzie ma przyjaciela, innego polskiego arystokratę. Wypytywał o mój stan cywilny, o to jak mi się w Londynie podoba i czy byłam już w tej polskiej restauracji, którą przejęli Gesslerowie. Przy okienku pocztowym hrabia zachowywał się niezmiernie szarmancko, mimo że po angielsku mówił znakomicie, jego sposób wyrażania się nie był z tej epoki. "Jak on żyje, co robi?" - zastanawiałam się. Pożegnaliśmy się elegancko uściskiem dłoni, otoczeni przez uśmiechy innych klientów, nie rozumiejących oczywiście ani słowa z naszej wymiany zdań.

wtorek, 27 października 2009
Trzy scenki

W bibliotece

Siedziałam przy komputerze, po obu moich stronach tłoczyły się dziewczynki w wieku na oko 10-11 lat. Było ich może siedem, zachowywały się bardzo głośno, rzucały papierki po cukierkach na podłogę i generalnie przeszkadzały innym. Szczególnie jedna z nich, potężna, otyła czarnoskóra dziewczynka zachowywała się niewłaściwie – jeździła od jednego komputera do drugiego na krześle obrotowym i głośno przeklinała. W pewnej chwili podeszła do nich bibliotekarka i powiedziała, że kończy ich sesję internetową, ponieważ nie potrafią się zachowywać, są zbyt głośno, śmiecą i obowiązuje zasada, że przy jednym komputerze mogą siedzieć tylko dwie osoby – zresztą dziewczynki są za młode, by używać komputera w dziale dla dorosłych. Bibliotekarka skierowała je do działu młodzieżowego i odeszła, by rozłączyć ich komputery z internetem. Wtedy najgłośniejsza z dziewczynek powiedziała do koleżanek rozżalona:

- Głupia suka. Jest za stara, by dostać darmowe mieszkanie od gminy i wyżywa się na nas.

W kolejce do kasy kinowej

Stałam godzinę przed seansem w kolejce do kasy po bilet na irański film „No one knows about Persian cats”, żeby dostać bilet tzw. last minute (generalnie bilety na film były wyprzedane i można było dostać bilet tylko wtedy, gdy ktoś zwrócił swój i było się odpowiednio wcześnie przed seansem). Przede mną stały dwie starsze Iranki, jedna mieszkająca w Londynie, druga przybyła z USA.

Iranka z Londynu:

- Jezdzi pani czasem do Iranu?

Iranka z USA ze śmiechem:

- Nie, nie byłam tam od prawie trzydziestu lat. Mój mąż, Amerykanin, boi się, że jak pojadę, to już nie wrócę. Z moim charakterem najpewniej skończyłabym w więzieniu i tyle by mnie widział.

Przed moim domem

W sobotę wieczorem moją uwagę zwrócił hałas za oknem pokoju zwanego potocznie salonem, wesołe nawoływania w obcym mi języku i śmiech. Wyjrzałam za okno i zobaczyłam kilkadziesiąt osób pochodzenia pakistańskiego, odświętnie ubranych, szykujących się do wyjazdu na wesele. Robiono sobie zdjęcia, filmowano wszystko naokoło, kobiety i dziewczynki pakowały do samochodu masy jedzenia na wielkich tacach i talerzach, mężczyźni klepali jednego przystojniaka (najpewniej pana młodego) po plecach i cała uwaga skierowana była na nim. Wyglądało to pięknie i bardzo uroczyście.

W pobliżu zaś trzej nastolatkowie, biali, ubrani typowo po dresiarsku, co jakiś czas podjeżdżali na rowerze w pobliże grupki elegancko ubranych, radosnych, podekscytowanych osób i głośno krzyczeli:

- Fucking Paki! ("Pieprzeni Pakistańczycy!" - 'Paki' to obrazliwy epitet na Pakistańczyka)

Nikt z gości weselnych ani sam pan młody nie zareagował, kompletnie ignorowano dresiarzy, którym w końcu znudziła się ‘zabawa’ i odjechali.

Ile trzeba mieć w sobie nienawiści, by w tak wredny sposób chcieć sprawić przykrość obcym ludziom, cieszącym się w tym wyjątkowym dla nich wszystkich dniu...

poniedziałek, 28 września 2009
Na rynku ulicznym

Bardzo 'puszysta' dziewczynka, na oko może 9-letnia, zapychając się słodkim kolorowym ciastkiem i trzymając inne w dłoni, mija nas na rynku, mówiąc do taty z pełną buzią:

- Dzisiaj jest mój słodki dzień! ("Today is my sweet day") 

***

Jakiś czas wcześniej w tej samej okolicy mijała mnie para rozmawiająca o czymś. Usłyszałam tylko, jak mężczyzna mówi do partnerki:

- Nie ma jej na Facebooku, więc nie mogę zobaczyć, jakich ma przyjaciół i ocenić jej.

 
1 , 2