| < Kwiecień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        
Zakładki:
Autorka
Autorka pisuje do:
Autorkę można też znaleźć
Chihiro2@gazeta.pl
Czytam
Filmy
Gazety
Instytucje
Książki
Wyzwania czytelnicze
Tagi

visit tracker on tumblr

Wpisy z tagiem: dzieciństwo

wtorek, 27 stycznia 2009
W Krainie Fantazji

Zobaczyłam dziś tę reklamę w telewizji i zdecydowałam, że muszę ją Wam pokazać, bo przesłanie jest wspaniałe. Jest to reklama Acadomii, organizacji dbającej o edukację dzieci i młodzieży i wspierającej rodziców w pomocy własnym dzieciom. Nie znającym francuskiego tłumaczę tekst: w reklamie mama pyta chłopca: "Jak minął twój dzień?", na co człopczyk odpowiada: "Był fantastyczny! Widziałem królika tak dużego jak ty i pojawił się nawet kot z dziwnym uśmiechem!". Mama niezadowolona: "Skończ z tymi historiami!", a synek: "Obiecuję, mamo". Na końcu pojawia się na ekranie tekst: "Kilka lat pózniej Lewis Carroll napisał "Alicję w Krainie Czarów"". I przesłanie Acadomii: "Uwierzyć w potencjał każdego dziecka".

Jakże często rodzice nie wspierają wyobrazni dziecka, przejmują się jego zmyślaniem opowieści, a cóż złego jest w odrobinie fantazji? Pamiętam sama, jak mając dwanaście lat opowiadałam wieczorami młodszej o cztery lata siostrze historyjki o wróżkach. Miałyśmy wtedy wspólny pokój i marzenie każdego chyba dziecka - łóżko piętrowe. Ja oczywiście spałam na górze, ale siostra przychodziła do mnie i zaczynały się opowieści. Opowiadałam o mamie wróżce, która ma dwie córki, dokładnie w naszym wieku. One mogły mieć wszystko, o czym tylko zamarzyły. Wystarczyło, że zapragnęły czegoś, a marzenie już się spełniało. Fruwały nie znając granic, młodsza miała wszystkie zabawki świata, mogła wfruwać do każdego sklepu z zabawkami i bawić się nimi do woli, była przecież niewidzialna. Przekonywałam siostrę, że je widzę i że każde dziecko, gdy tylko skończy dziesięć lat, może wróżki zobaczyć, jeśli tylko wystarczająco mocno w nie wierzy. Nie wiem, czy siostra wierzyła w moje historyjki, ale domagała się opowieści, więc nie przejmowałam się, że to przecież fikcja. Zresztą dziecko często z tą samą powagą przyjmuje prawdę i fikcję, nie zna rozgraniczeń i nie są one naprawdę potrzebne.

Do dziś pamiętam moje dziecięce zabawy, budowanie piętrowych domów z krzeseł ustawianych jedne na drugim i przykrywanych prześcieradłem lub kocem. Znosiłam prowiant i bawiłam się, że się przed kimś ukrywam. Bawiłam się z siostrą w statek na wodzie, kładłyśmy kołdrę na podłodze, która udawała morze, na kołdrze układałyśmy najniezbędniejsze rzeczy, a jeśli któraś wypadła poza kołdrę=statek, była stracona na zawsze. Pamiętam chowanie się w pościeli, moja babcia miała poszwy na kołdry z wyciętymi rombami, wchodziłam przez nie z siostrą między poszwę a kołdrę i tam oglądałyśmy książeczki czy szeptałyśmy sekrety. Zaczytywałam się w Mary Poppins, historiach pięciorga dzieci i Piaskoludka, przygodach rodzeństwa z książki Heleny Bechlerowej "Dom po kasztanami". Czy miało jakiekolwiek znaczenie, że mój dom z krzeseł nie był prawdziwy, że kołdra nie była statkiem, że pisarzy nie opisywali 'prawdziwego życia'? I tak i nie. Z jednej strony - nie miało to znaczenia, bo ja i tak w to wierzyłam, a nawet jeśli nie, bardzo chciałam wierzyć i wysilałam wyobraznię. Z drugiej - miało znaczenie, bo pozwalało mi marzyć, rozbudzało kreatywność, fantazję i zwyczajnie upiększało codzienność. Trochę z tego wyrosłam, już nie buduję konstrukcji z przedmiotów codziennego użytku i czytam innego rodzaju fikcję (ale wciąż chętnie wracam do historii z lat dziecięcych). Ale mam koleżankę artystkę T., która w dalszym ciągu tworzy wspaniałe, bajkowe przedmioty i instalacje w przeróżnych konwencjach, jak na przykład ta, i w dodatku utrzymuje się ze swojej pracy. Jej dom rodzinny jest jednak wciąż domem jak z bajki, po którym można chodzić jak po małym labiryncie, stojącym w angielskim lesie, zaprojektowanym i zbudowanym przez jej tatę i ozdobionym bogato pracami mamy - malarki i ilustratorki książek dziecięcych. T. wraz ze swoim ukochanym przyjeżdżają do nas w odwiedziny w weekend walentynkowy i jestem pewna, że będziemy się znakomicie bawić - a to duża radość, bo nie z każdym dorosłym można jeszcze pobyć dzieckiem... Gdyby tylko każdy rodzic wspierał fantazję swojego dziecka...

środa, 17 grudnia 2008
Jest taki dzień, tylko jeden raz do roku

I nie chodzi mi o Wigilię Bożego Narodzenia, ale o dzień przed. Dzień, kiedy cały dom czeka na Boże Narodzenie. Prezenty kupione (przyniesione przez Świętego Mikołaja), w niektórych domach leżą już pod choinką. Dom wypucowany, choinka ubrana, pachnąca lasem, lampki świecą nastrojowo (wiem, że w niektórych rodzinach ubiera się choinkę w dzień Wigilii, u mnie nigdy tego zwyczaju nie praktykowano). Część potraw już przygotowana, dzieci biegają i starają się podkraść świąteczne ciasteczka tak, by mama nie zauważyła. Mama gorączkowo sprawdza, czy wszystko jest: odświętny obrus, sianko, opłatek. Porcelana i rodowe srebra wypolerowane. Na drzwiach wisi wieniec, w oknach świeczki lub lampki mają pradawnym zwyczajem obwieszczać wędrowcom, gdzie znajdą ciepło i życzliwe przyjęcie. Obok choinki leży śpiewnik, by w razie ochoty można było pośpiewać rodzinnie kolędy. Można zjeść przedostatnią czekoladkę z kalendarza adwentowego. Bo najprzyjemniej jest czekać na przyjemności.

U mnie niestety tak Świąt nie obchodzono. Rodzice nie byli specjalnie religijni, więc Bożego Narodzenia nie przeżywano jako święta przede wszystkim religijnego. Nie czytano fragmentu Biblii, nie śpiewano kolęd. Moja rodzina nie jest liczna, z reguły na Wigilii byłam zaledwie ja z rodzicami i siostrą, czasem dołączali babcia z dziadkiem od strony mamy. Pamiętam tylko jedne Święta w większym gronie, miałam wtedy sześć lat i dostałam pod choinkę tornister. Dziś Święta stanowią dla mnie okazję, by odwiedzić rodziców i siostrę, która jeszcze do niedawna z nimi mieszkała, by pobyć przez parę dni razem. Jak zawsze wracam wtedy wspomnieniami do dzieciństwa, oglądam zdjęcia rodzinne, moje książki popakowane w kartony, stare zabawki. Czasem uda mi się odkryć coś, czego istnienia nie pamiętałam, poczytać w starych pamiętnikach o dawnych miłościach szkolnych, przypomnieć sobie dawne emocje, radości i smutki. I choć z jednej strony żałuję, że obecnie spędzane Święta nie są tak naładowane wrażeniami, to cieszę się, że u rodziców mogę tak łatwo przejść do świata dzieciństwa, niczym przez magiczne drzwi w krainie Narnii znalezć się w innym świecie.  

Tymczasem oglądam pięknie przystrojony Paryż, podziwiam choinki w sklepach, dekoracje, rynki świąteczne (choć daleko im do urody rynków niemieckich). Szukam prezentów, mam problem z prezentem dla mamy, bo zażyczyła sobie coś, co wcale nie tak łatwo znalezć. Dla taty prezent zakupiony, dla siostry także. Przy okazji odkryłam przecudowny sklepik, ale napiszę o nim kiedy indziej. Z Guciem prezenty już sobie daliśmy, dostałam od niego tomiki komiksów o Marzi i czytam po francusku wspomnienia Polki pamiętającej dzieciństwo w latach 80-tych (Chiara, Pyza - to coś a propos Waszych wpisów). Przyszły śliczne kartki świąteczne od Chiary i Nutty - dziękuję Wam przeogromnie. I wspaniała paczka od Pyzy z prezentami, wzruszyłam się bardzo, dziękuję. Niedawno odwiedził nas młodszy brat Gucia i także przywiózł prezenty od Gucia mamy - naprawdę za wiele tego dobrego. Jutro lecę do Berlina na Święta, muszę jeszcze tylko w mieszkaniu choć trochę posprzątać, by nie straszyło po powrocie.

Odszukałam na youtube bajki, które oglądałyśmy z siostrą, gdy byłyśmy małe, na video. Wspomnienie ich męczyło mnie przez wiele lat, bardzo chciałam zobaczyć je ponownie, teraz udało mi się obie znalezć. Z bajkami wróciła pamięć o tym, jak Święta miały smak nowości, smak słodyczy przywiezionych przez tatę z Niemiec, czekoladowych bombek wieszanych na choince - nie za nisko, by pies się nie połasił (raz zreszta przewrócił całą choinkę sięgając pyskiem po smakowicie pachnącą bombkę). Emocje związane z szukaniem prezentów ukrytych w całym mieszkaniu (najczęściej w szafie rodziców), niemal zawsze udało mi się znalezć wszystko, co potem dostawałam. Pamiętam sklep narciarski dla Barbie, leżał pod łóżkiem rodziców, a ja przez kilka dni przed Wigilią wyciągałam go po kryjomu i wpatrywałam się w pudełko wyczekując chwili, gdy wreszcie będę mogła się nim pobawić. Pamiętam wspaniałe listy od Świętego Mikołaja, które przychodziły do mnie z Finlandii (historię listów opisałam tu w zeszłym roku). Śnieg, który jeszcze za tamtych czasów nie rozczarowywał i pokrywał świat przynajmniej na kilka grudniowych dni świątecznych. I pomyślałam, że dzieci muszą mieć takie rytuały, jak Święta. Muszą czekać na coś niesamowitego, co nie zdarza się na co dzień. Mnie nie wolno było śpiewać kolęd w innym okresie jak tylko w okolicach Świąt, cały rok czekałam na to, by mama mogła zaśpiewać mi "Lulajże Jezuniu" i "Jezus malusieńki", przy czym miałam gulę w gardle i łzy w oczach, że ja leżę ciepło pod kołdrą, a Maryja musiała chustkę z głowy zdejmować, by przykryć malutkiego Boga. Pamiętam klejenie na lekcjach ZTP dłuuuugich łańcuchów z bibuły czy kolorowego papieru na choinkę, pamiętam robienie prezentów (te ramki do zdjęć z zapałek, te koszyczki z włóczki, tajemnicze teczki i portfeliki...). Pamiętam moje wzruszenie, gdy młodsza siostra chcąc sprawić mi przyjemność i widzieć moją radość kładła mi pod choinką swoje czekoladowe pierniczki (znając jej ogromną miłość do słodyczy to musiał być heroiczny czyn). To zdarzyło się tylko w jedne Święta, ale do dziś obie żartujemy z tych pierniczków. Nie wyobrażam sobie, bym miała spędzić Boże Narodzenie w ciepłym klimacie, raz obchodziłam je w Indiach i nigdy więcej. Chcę z moimi przyszłymi dziećmi celebrować nie tylko święta, ale wszystko, co tylko się da. Jak u Muminków zapalenie lampy symbolizuje koniec lata i początek jesieni, tak ja też chcę stworzyć rytuały symbolicznej zmiany pór roku. Chcę celebrować pierwszy śnieg, bo ja wiem czym, może naleśnikami z orzechami i nutellą?. Chcę świętować sukcesy, urodziny, pierwszego mleczaka, który wypadnie, pierwszą przeczytaną samodzielnie książkę, wszystko, wszystko!

Rozczulam się kiczowatymi, ale nastrojowymi obrazkami świątecznymi i odnalezionymi kreskówkami. Mam słabość do ośnieżonych widoczków z ciepłym domem, światełkami w mroku i choinką. Nie jest to szczyt wyrafinowania, ale czasem dobrze przenieść się do świata bajki...

czwartek, 06 listopada 2008
Magia papierowych wycinanek

Każdy z nas słyszał o origami, ale chyba mało kto zna nazwisko Su Blackwell. Dla miłośników literatury, w szczególności lubiących ten mistyczny kontakt z książką jako przygodą, a nie książką jako produktem, Blackwell jest postacią nie do zignorowania. Trzydziestokilkuletnia Angielka, kochająca literaturę, obrała sobie książki za inspirację do swych dzieł. Jej papierowe rzezby urzekają swoim pięknem, delikatnością i ulotnością. Przenoszą w magiczny świat bajek, gry świateł, sprawiają, że znów czuję się dzieckiem. Miałabym ochotę postawić sobie taką rzezbę na parapecie, oświetlić ją świeczką, włączyć muzykę Preisnera i w deszczowy dzień po prostu przyglądać się tym ślicznym miniaturom słuchając muzyki. Zapomnieć o całym świecie, przenieść się gdzieś tam, gdzie nic nie jest ważne...

Więcej o Su Blackwell na jej stronie: http://www.sublackwell.co.uk

Ruchoma rzezba Su Blackwell "Merry-go-Round" do muzyki Meret Becker.

Alice in Wonderland

The Land Far and Beyond

The Secret Garden

The Castle

Margaret and Marjorie

Circus Days and Circus Nights

niedziela, 13 kwietnia 2008
Na mocy nosa

Nie, to nie będzie wpis inspirowany ani książką "Pachnidło" ani filmem. Tak po prostu wiosna budzi we mnie pewne wspomnienia zapachowe. Co roku wychodząc z domu w kwietniu mam skojarzenie z czasami, gdy chodziłam do podstawówki i wracając ze szkoły do domu było zdejmowałam kurtkę i przyczepiałam ją do plecaka/tornistra. Szłam wolniej, by nasycić się zapachami wiosny, słońca, kwiatów kwitnących na drzewach. Zaczynały się też wypady do lasu, co było o tyle fajne, że jeden las miałam na końcu ulicy (wtedy jeszcze bezpiecznie było dla dzieci bawić się w lesie bez dorosłych), a drugi tuż za szkołą. W weekendy zaś leśne gry w podchody z rodzicami i siostrą były normą. Pamiętam zapach nasłonecznionego mchu, tak innego od mchu z końca lata, gdy ten przesiąknięty był zapachem grzybów - w zbieraniu grzybów byłam niedościgniona!

Jakie zapachy pamiętacie z dzieciństwa? Ja mam pełno skojarzeń jedzeniowych: szarlotka mamy (u nas mówiło się "jabłecznik"), naleśniki z jagodami u jednej babci i cały sad zapachów u drugiej. Babcia z dziadkiem mieli ogród pełen skarbów owocowych - gdy miałam ochotę na maliny, czereśnie, truskawki czy śliwki, po prostu szłam do krzaka czy drzewka z kubeczkiem i rwałam. Agrest, trzy rodzaje porzeczek, także świeże pomidory i ogórki z ogrodu - to także była podstawa dziennego jadłospisu i raj dla nosa. Zawsze już tęsknić będę za letnimi wakacjami u babci i dziadka, beztroską, całodziennym czytaniem książek w ogrodzie i owocami...

Z latem kojarzy mi się też zapach kremów do opalania. Z rodzicami zawsze wyjeżdżałam gdzieś nad morze, mniej lub bardziej egzotyczne, i zawsze zapach gorącej skóry posmarowanej kremem do opalania kojarzyć będzie mi się z rodzinnymi wakacjami.

Czy zauważyliście/łyście, że kiedyś kosmetyki pachniały inaczej? Ten zapach pudru, gdy całowało się ciocię czy babcię w policzek jest już zupełnie inny teraz. Pamiętam, gdy pierwszy raz pomalowałam sobie usta maminą szminką, było to chyba w drugiej klasie podstawówki (a może wcześniej). Ten zapach wydał mi się tak okropny, iż stwierdziłam, że nigdy nie będę niczym malować ust. Ze starszym kuzynem lubiliśmy zamykać się w łazience u babci i dziadka i wąchać wszystkie kosmetyki po kolei. Na szczęście nikt nie myślał, że zabawiamy się jakoś nieprzyzwoicie - wszystko, co robiliśmy, to odkręcanie zakrętek kolejnych szamponów i smarowideł i wąchanie ich. Do dziś pamiętam oszałamiający zapach szamponu "Zielone Jabłuszko"!

Mile wspominam też zapach czystej pościeli, gdy spałam u babci.Babcia miała kolekcję koszul nocnych, a ja nigdy nie zabierałam włąsnej piżamy, by móc spać w babcinej koszuli do ziemi (albo i dłuższej) - wykrochmalonej, wypachnionej, cudownie świeżej.

Z zimą kojarzy mi się przede wszystkim zapach choinki. Moi rodzice zawsze kupowali pachnącą, a ja lubiłam w nocy albo wczesnym rankiem pochylać się nad gałązkami i wdychać zapach igieł. Ile emocji wiąże się z tym zapachem! To także zapach ozdobnych czekoladek, które wisiały na gałązkach, a które mój tata przywoził z Niemiec i których nie wolno było zjeść przed rozebraniem choinki, zapach prezentów i śniegu (nie pachnąc faktycznie, ale w mojej pamięci pozostaną jako ogólny zapach Bożego Narodzenia).

Jesień to aromat liści, które wkładałam między karty albumów i suszyłam. Lubiłam chodzić po lesie mocno szurając butami w górach suchych liści (ten odgłos!), zbierać kasztany i żołędzie, orzechy laskowe, które pózniej łuskałam wieczorami (jak cudownie pachną świeże orzechy!), nanizywać owoce jarzębiny na nitkę i robić sobie naszyjnik. Nie lubiłam dawniej jesieni, wydawała mi się smutną porą roku, oznaczającą koniec letniej beztroski i przygód, a początek szkoły, za którą nigdy nie przepadałam. Teraz natomiast jesień jest najbardziej ukochaną przez mnie porą, pełną melancholii i romantyzmu.

Pamiętam też z dzieciństwa zapach mojego psa, zmarłego niestety 6 lat temu. Lubiłam wtulać się w jego falującą sierść, choć musiałam uważać, żeby mnie nie ugryzł (och, to był wielki indywidualista! Jak nie miał na coś ochoty, to nie miał i już). Zapach ciepłego, śpiącego psa, zwłaszcza za uszami,  jest czymś najwspanialszym w świecie...

A co Wy pamiętacie?

sobota, 19 stycznia 2008
Dwie dekady temu

Wczorajszy wieczór spędziliśmy niemal w całości na oglądaniu na youtube teledysków z lat 80-tych i wczesnych 90-tych. Ile emocji przy tym było! Gucio wielu nawet nie znał, jako że nie miał MTV, ale ja miałam progresywnych rodziców i video mieliśmy odkąd skończyłam siedem lat (a wraz z nim pirackie kasety z teledyskami nagrywanymi przez właściciela wypożyczalni). Krótko potem staliśmy się także odbiorcami telewizji satelitarnej, a ja potrafiłam spędzać całe godziny przed telewizorem czekając na ulubiony hit.

Pominęliśmy wczoraj tak oczywiste 'gwiazdy' jak Milli Vanilli, Sandrę, Paulę Abdul czy Michaela Jacksona, bo tych dobrze pamiętamy. Ale przypomniałam sobie teledyski Queen, "I don't like Mondays" Boba Geldofa, cudowne usta Billy'ego Idola w "Sweet Sixteen" (on mi się autentycznie podobał, gdy miałam jakieś 9 lat!), "True Blue" Madonny, teledyski Eurythmics, Scorpions, Alphaville i masę innych... Z lat 90-tych obejrzeliśmy głównie Aerosmith (ta śliczna Liv Tyler!) i Guns'n'Roses (kto jeszcze pamięta niezwykle seksowną Stephanie Seymour?).

I taka myśl mnie naszła: jak inaczej ogląda się to wszystko po latach, gdy nasze postrzeganie świata jest już znacznie wyrazniej zarysowane. Dziecko nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo te obrazy się gdzieś w jego głowie kodują, jak tworzy się ideał kobiecości przez filmy, zdjęcia, muzykę, jak wyłania się obraz tego, czym miłość powinna być. Dochodzi do tego jeszcze ten fakt, że nie znałam angielskiego jako dziecko, więc przekaz tekstowy był mi zupełnie nieosiągalny (a nawet jakbym rozumiała tekst, to czy potrafiłabym odebrać go właściwie?).

Z innej beczki: jaką wielką 'fountain of useless knowledge' jestem! Tata kupował mi Bravo niemieckie, potem krótko czytałam Popcorn i nałykałam się tych trywialnych informacji o piosenkarzach i zepołach. I co ciekawe - wiele z nich zostało mi w głowie, w pawlaczu umysłu, dawno nie odkurzanym, ale dostępnym, gdy chce się tam sięgnąć. To chyba też jakaś część dzieciństwa...

1 , 2 , 3 , 4 , 5